Ultra Okulary

12434272_905816019486448_1012362694_n

fot. Małgorzata Nikiel

Posłuchaj stary,

Jakie mam kupić okulary?

Na ultra, czaisz?

Nie, no da się bez ale wiesz

Jak zapierdalam tak na stoku jak … jak

Jakiś kurwa szczupak w potoku

albo ten no Kilian, nie ?

to wiesz, te drzewa, gałęzie te jebane konary

wiesz stary

nie no da się ale to nie ten

wiesz nie do końca

tylko czy chronią od słońca

i systemy mają te anty kurwa ufał

i się synchronizują z moim dżipiesem

(sunciakiem no raczej bo garmin przekłamuje

nawet jak się go apdejtuje

ze sto dwa metry

znajomego ojebał jak pocisnął ostatnio rzeźnika

mocno poszli

jebnęli grubo poniżej 13)

i ładnie kolor pasuje z kompresem

tak, tym co opina łydę i mogę mocniej wiesz i dłużej bo kwas się nie odkłada

rozumiesz żaden

bo to ważne jest

nie, no nie NAJważniejsze

bo w bieganiu wiesz chodzi o kurwa tą, wiesz wolność

i kontakt z naturą wiesz w chuj

rozumiesz

bo w tych nowych minimalistycznych laczkach

to ja naprawdę kumasz czuję więź z podłożem

zwłaszcza jak te skarpety włożę co nie przemakają choćby nie wiem co

bo biegłem w nich wiesz kurwa w śniegu rozumiesz

zimno wiesz

a ja napierdalam i nic tylko czuję podłoże

nie, nie tu

w taterkach czaisz

po lodzie przy mega chujowej pogodzie

wiesz trzeci stopień

a ja nic – napieram

nie jak te zera czaisz ta jebana stonka

co w klapkach na Kaspro

bez bukłaka debile

i bez kijów z karbonu

jeb

no ale cisnę przewyższenia

z tysiącpincet mi wyszło jak nic na dwunastu

tak od niechcenia

zgrałem na stravę to se przeanalizujesz

to jak już znajdziesz te okulary

tylko wiesz maks do ośmiu stów stary

nie więcej bo to przegięcie

nie dam tysiaka za jebane patrzałki jak ci debile z warszawki

to daj znaka

może się kiedyś zgadamy na trening

albo spotkamy gdzieś na szlakach

wiesz

nie ma co siedzieć

wrzucę na fejsa to będziesz wiedział gdzie śmigam

to nara

bywaj

fot. Małgorzata Nikiel

fot. Małgorzata Nikiel

Posted in Artykuły | Tagged , , , , | 1 Comment

Z pamiętnika początkującego ultrasa – ŁUT150

12189143_914644835296447_529452461984428769_n
Sobota, godzina zero – start zawodów, ale tak naprawdę walka zaczęła się zdecydowanie wcześniej. Wokół widzę tylu facetów, wydaje się – dobrze przygotowanych – a ja taka nieogarnięta, wcale nie ukrywająca tego. Rozglądam się zdezorientowana i zastanawiam się – co ja tutaj robię?
Walka ze snem, ze słabościami, z samą sobą. Gdyby nie to, że obok były osoby zmagające się zapewne z tymi samymi problemami – albo uciekłabym z tego miejsca, albo zwyczajnie poszłabym spać i tu skończyłaby się cała zabawa. No, ale nie o to mi przecież chodziło, prawda? Przecież chciałam w końcu zostać prawdziwym ultrasem. Zatem dotrwałam – dotrwałam do startu.
Jeszcze nie do końca świadomi tego, co nas czeka udaliśmy się na linie startu. Powoli zaczyna udzielać się euforia pozostałych zawodników. – Nagrywaj start, wyślemy Kaśce, żeby wiedziała jak to jest. Niech czuje się, jakby tu z nami była. –powiedziałam Dawidowi. Kasia to prawdziwa ultraska
i pomysłodawczyni całego startu, z przyczyn niezależnych od niej, nie mogła,
a bardzo chciała wystartować. –3, 2, 1 start.. – wystartował Krzysiek, dyrektor zawodów i … ruszyli. Wokół zimno, ciemno, miasto śpi, tylko nieliczni przyszli na linię startu nas dopingować. To miłe! Zawsze doceniam kibiców – zwłaszcza tych dodających energii o tak dziwnej porze. Biegniemy po drodze, szlakiem czerwonym, tempo widzę dość szybkie, ale staram się trochę zwolnić, bo przecież czeka nas długa droga… Nie ma się co zbyt wcześnie wyrywać się, bo przecież zaraz zdechniemy. Widzę tylko zawodników wyprzedzających nas co chwile, i myślę sobie, że pewnie jeszcze nie raz się miniemy, albo… no właśnie… albo padną, bo za szybko wystartowali… Jak mówi stare powiedzenie jeśli Ci się wydaje, że zacząłeś wyścig powoli, to zwolnij jeszcze bardziej przecież na początku zawodów działa na nas niesamowita adrenalina, która nas nakręca, a przecież czas tu decyduje… i głowa…
Mijają pierwsze kilometry, czuję się dobrze.. Gnamy z Dawidem przed siebie, jak tylko najlepiej możemy. Prawie cały czas biegliśmy, jedynie na podejściach zwalnialiśmy. Do pierwszej bazy było dość gęsto, ale potem na szlaku zrobiło się w miarę luźno. Czuliśmy moc, więc mogliśmy z górek śmiało nadrabiać – i tak robiliśmy. Naprawdę było dobrze. Ale… Pierwszy kryzys pojawił się dość wcześnie, bo na ok. 30 km, gdzie odezwały się kolana, z którymi już wcześniej się zmagałam. Kilka przeciwbólowych i mogłam iść dalej. Noc nie była taka straszna, jak by się wydawało, problem pojawił się nad ranem, gdy druga lampka odmawiała posłuszeństwa. –Matko! Trzeba mieć szczęście! –pomyślałam. Na szczęście słońce miało za chwilę wstać, więc się uspokoiłam, ale problem nie zniknął – przecież jeszcze jedna noc przede mną.

804732_936369643065458_1366895099_n
Pojawiło się słońce, pojawiła się nowa moc – nie na długo, ale była. Jak tej mocy nie było bądź ubywało, zaraz aplikowaliśmy glukozaminę albo kalorie w innej postaci. Tak swoją drogą, bardzo dużo energii traciłam, co za tym szło cały czas byłam głodna. Mogłam jeść i jeść. Śmiem stwierdzić, że za rzadko punkty z jedzeniem były a i mało zapasów ze sobą miałam. Nad ranem, po przebyciu prawie pięćdziesięciu kilometrów dotarliśmy do długo wyczekiwanego punktu w Bartne, gdzie czekał nas pyszny posiłek. Zapach ziemniaków czułam już chyba z 10 km wcześniej – warto było po nie tak biec. Weszłam na chwilę do schroniska, bo ktoś wspominał, ze w środku, już są finiszerzy. Musiałam to zobaczyć! Widzę że dwudziestu chłopa, siedzi, śmieje się i sączą piwo. –Kurczę! – myślę sobie, -co jest!? To są te osoby, które tak podziwiałam na początku? Które w jakimś stopniu były dla mnie wzorem już za samo to, że były na starcie? A teraz się poddają? Ehh.. Ja nie mogę szukać sobie wymówek. Nie chcę tak skończyć… tak szybko przez pierdołę skończyć. Jestem tu po to, by w końcu stać się ultrasem. No, ale co jakiś czas powracał uporczywy ból kolan, a palące czwórki również nie ułatwiały zabawy. Walczyłam z tym i szukałam innego punktu zaczepienia. A trasa? Można by rzecz, że sama też bardzo nudna. Ciągle tylko las, błoto, kamienie, liście, czasem jakaś wioska i asfalt.. z górki i pod górkę i tak w kółko. Wokół rozlega się piękna ruda jesień, której piękno sprawiało, że po trudnym podejściu koniecznym było zatrzymanie się na chwilę i podziwianie uroków tego pięknego, magicznego miejsca. Wracajmy do rzeczywistości. Trzeba biec dalej, ale jak, skoro ból nie ustępuje? Zaaplikowałam kolejną dawkę mocy w postaci prochów i magnezu i po chwili odzyskałam siłę na dalszą drogę. Do punktu kontrolnego w Chyrowej dotarliśmy z lepszym czasie, niż się spodziewaliśmy. Zjedliśmy coś ciepłego, przebraliśmy skarpetki na suche i mogliśmy ruszać dalej. Spotkaliśmy się z osobami, z którymi mijaliśmy się kilka razy po drodze, które miały podobne tempo. Po każdym było widać coraz większe zmęczenie. Byli i tacy, którzy chcieli zrezygnować, ale po krótkich rozmowach udało się przekonać do dalszej drogi – tak, mowa o dziewczynie w prześlicznej spódnicy
Nadchodzi kolejna noc. Wokół las. Ścieżkę wytyczają tylko migające w oddali światełka, którymi organizatorzy wyznaczyli trasę. To było świetLna droga – droga do mety. Pomimo przebytych już prawie stu kilometrów przyjemnie się szło, ciepło było, było też błoto. Powiem szczerze, że to błoto wcale mi nie przeszkadzało. Lubię błoto i inne podobne przeszkody, którymi uraczyła nas Matka Natura. To cały urok tych zawodów – nie tylko kilometry, których przed nami jeszcze sporo. Pokonaliśmy mega trudne – wtedy odnosiłam wrażenie – niekończące się wzniesienie, a potem już nie taki łatwy spacer grzbietem Cergowej. Po wyjściu z lasu mym oczom ukazało się niebo. Tak piękne, jakiego jeszcze nie widziałam. Gwiazdy były takie duże, świeciły tak mocno, jak nigdy dotąd – to było piękne!
I tak przy blasku gwiazd docieraliśmy do kolejnego punktu w Iwoniczu. Gdzieś w lesie słyszymy jakieś krzyki… –pewnie jakiś festyn –stwierdziłam. Podchodzimy jeszcze bliżej widzimy punkt kontrolny
z którego wybiegają osoby! Tak! WY-BIE-GA-JĄ. Boże! Czy ty to widzisz. Setny kilometr, nie wiem która godzina, ale jest ciemno i chwile temu kroku nie mogłam postawić, bo mały kamyk uwierał mi
w bucie, ale to co widzę mnie zadziwia. Podchodzimy jeszcze bliżej facet na scenie wykrzykuje nasze imiona, rzuca kilka miłych słów, pyta, czy potrzebuję pomocy… Pomagają całą ekipą, przy okazji zapraszają na Ultramaraton Podkarpacki. No jak nie przyjechać, skoro tam panuje taki nastrój? Mówię będę i niby pełna sił wychodzę w dalszą drogę. A oni krzykiem odprowadzają, uskrzydlają nas …
o Matko… chce mi się biegać. Hahaha coś, co wydawało się niemożliwe wcześniej stało się faktem! Niewiarygodne ile mocy nam przekazali Ale moc ta nie była w nas wiecznie – tzn. we mnie. Zaaferowana tym, co tam się działo nie zjadłam nic – w zasadzie nie było tam też nic pożywnego
z wyjątkiem paluszków czy owoców. No ale tym się nie najem. Dawid miał jeszcze jedną bułkę. Oddał mi ją. Wzięłam 2 gryzy – było mi niedobrze.. nie mogłam tego jeść. Miałam w sobie za dużo cukru
i marzyłam o czymś ciepłym, dobrym, pożywnym. Szukałam jakiejś knajpy, stacji. Hot-dog ze stacji byłby tutaj wybawieniem. Nie było stacji – nie było jedzenia. I tak w bólu i głodzie mijały kolejne kilometry – przez błotnisty las. W końcu wyszliśmy z lasu na asfaltową drogę. Podobno do punktu w Puławach Górnych zostało ok 5 km – przynajmniej tak zapewniał Dawid. Szliśmy dalej. Od skrzyżowania miało tych kilometrów być 2,5. Cieszyłam się, ąe tak blisko, bo tutaj – naprawdę kontakt moich stóp z twardą nawierzchnią oznaczał niesamowite cierpienie. W końcu stwierdziłam, że to koniec. Powiedziałam Dawidowi, żeby biegł, bo niepotrzebnie go hamowałam, a gość miał tyle energii w sobie, że męczył się idąc u boku takiego ślimaka. Zostało mi tylko 3 km więc pomału doczłapię się i skończę tą ultra przygodę. Byłam zła na siebie, że poszłam taka nieprzygotowana. Biłam się z myślami. Tak bardzo chciałam skończyć ten bieg. Za mną już myślę, że 2 km, więc wg moich obliczeń został tylko jeden – jeden kilometr do ciepła, odpoczynku, do końca mojej krótkiej, łemkowskiej przygody. Mimo niesamowitego wiatru i bólu chciałam biec. Nagle pojechał samochód. Chłopak spytał, czy mijałam jakiś punkt po wyjściu z lasu. Pomyślałam, ze jak bym ich dostrzegła, to pewnie już dawno by mnie tu nie było! Siedziałabym w ciepłym schronisku, grzała tyłek i zajadała się pyszną zupą dyniowa, którą każdy tak zachwalał, a nie gadała z nim na takiej pizgawicy. Odpowiedziałam i zapytałam go tylko retorycznie, z uśmiechem na twarzy –daleko jeszcze? – 3 kilometry – odpowiedział. Myślałam, ze żartuje. Przeszłam kawałek i widzę jak żółte taśmy-drogowskazy zakręcają za znakiem „Puławy górne 2,5 km” Gdy to zobaczyłam, ogarnęła mnie taka złość. Złość na siebie, ze uwierzyłam Dawidowi. Przecież miesiąc temu pokonał ten szlak, wiedział co mówi. Było mi tak strasznie zimno. Chciałam już skończyć. Zaczęłam biec. Nie zważałam na ból… chciałam tylko się napić ciepłego, coś zjeść. W końcu widzę jakiś oświetlony budynek. Może to tam? Rozglądam się po okolicy, szukam szlaku.. Nie wiem… idę po prostu przed siebie. Nagle przybiega ten prawdomówny szaleniec – 3km. Przybiegł z kubkiem gorącej zupy dyniowej! Boże.. To było takie… wspaniałomyślne! Jak by wiedział, czego mi trzeba. Przez te 200 m, które przeszliśmy zdążyłam opowiedzieć całą historie, wylać wszystkie żale, no i oznajmić, że się poddaje, bo chodzić nie mogę. Porozmawialiśmy chwilę w środku, doradzili, żebym się przespała i mogą mnie obudzić, jak będę chciała. Mam tyle czasu, że nie biegnąc zdążę. Mówię, ok. Gdy tylko ktoś się pojawi mogą mnie obudzić i wtedy zdecyduję. Po 15 minutach wstałam. W schronisku pojawiło się kilka osób. Początkowo myślałam, że dołączę się do jednej z dziewczyn, ale ta dosyć niechętnie podeszła do tematu. –Słabo trochę –myślę sobie, no ale czego mogę się spodziewać… któż by chciał ciągnąc za sobą kalekę, która nie wiadomo czy się doczłapie do tej mety. To samo kilu mężczyzn… Czułam się strasznie. Nie chciałam się już z nikim bratać. Stwierdziłam, ze pójdę sama, bo po co będę kogoś narażać na wolne tempo. Jeden z wolontariuszy przekonał mnie, żebym się dołączyła do kogoś. Na szczęście Marcin nie miał nic przeciwko. I tak sobie razem – w bólach i cierpieniach pokonywaliśmy ciemny, wietrzny las. Marcin opowiedział mi swoją historię. Nie pasuje mu do niego określenie ultras. Był kimś więcej! Iron-ultra-men – to on! Ma wiele na swoim koncie, ale Łemko go nie zachęcało do działania. Wykończony, z ogromnym bólem kolana człapał się jeszcze wolniej niż ja i prawie usypiał idąc. Chłopaki z Puław obiecywali, że za 8 km możemy się spodziewać ogniska i kiełbaski. Czekaliśmy na to, jak na zbawienie. Znów byłam głodna, bo zupą sobie nie pojadłam. Doczekałam się – co prawda były tylko ziemniaki i chleb z boczkiem, ale smakowało, jak mało co, a herbata z cytryną była czymś niesamowitym. Lepszego napoju nie mogłam sobie wyobrazić. Marcin zdążył zdrzemnąć się w miedzy czasie. Nagle podjeżdża quad z chłopakami z GOPRu. Mówią, że zamykają trasę. Wystraszyłam się. Przyspieszam Marcina i zaczynam panikować, że nie zdążymy. Do ostatniego punktu zostało jeszcze 7 km a i czasu coraz mniej. Próbujemy coś pozbiegać z Marcinem – raz bardziej, raz mniej udolnie, ale próbujemy.
2 km przed ostatnim punktem słyszę ten cholerny quad. Wspominali coś, ze jadą ostatni i zamykając trasę. No to włączyłam wyższy bieg i dawaj. Takiego przyspieszenie jeszcze na całej trasie nie miałam. Tak mocno się wystraszyłam, że to już koniec mojej Łemko-przygody. Nie dałam się dogonić – musiało to komicznie wyglądać. Jeszcze niedawno kaleka, której każdy kontakt z podłożem sprawiał ból, a teraz najszybszy na mecie pewnie pozazdrościł by mi tempa. Na szczęście uparci GOPR-owcy uspokoili mnie, że mam jeszcze chwilkę na dotarcie do punku. No i dotarłam. Znów nie ma jedzenia. Były tylko ogórki i kawa – były pyszne i tak. Wzięłam kilka na drogę i poszłam dalej. Obliczyliśmy z Marcinem, ze spokojnym tempem zdążymy, bo drogowskaz wskazywał 3h. Mieliśmy taktykę, że na ostatnie metry – dokładnie było ich 500 a w dodatku asfaltem dociśniemy i będziemy w domu. Idziemy chwilę, narzuciłam sobie jakieś tempo – ogólnie mieliśmy różne tempa, ale finalnie zgrywaliśmy się i szliśmy razem – i szłam. W pewnym momencie obracam się nie widzę Go. No nic. Nie będę już traciła czasu na czekanie, bo nie wiem jak się to wszystko skończy. –Pewnie mnie dogoni – pomyślałam –zależało mu na ukończeniu tego tak samo jak mi. Jemu chyba bardziej, bo już raz przez kontuzję musiał z Łemko zrezygnować. Na 140 km w lesie znów goprowcy i znów przyprawili mnie o palpitację serca. Zaryzykowałam i retorycznie pytam – zdążę? – jak delikatnie podkręcisz tempo, to tak – kurwa – pomyślałam. Znów za wolno! Znów mogę nie zdążyć. 8 km mi zostało. Dam radę. Przecież było gorzej. Byłam dalej i się nie poddałam, to teraz czas mnie wyeliminuje? O nie! Medal będzie mój! Ile mogę tyle biegnę, ale droga coś mi się dłuży. Gdzieś ja jakimś wygwizdowie miła dama ze Staff- u informuje mnie, ze jeszcze 5 km i jestem. Hmmm… wydawałoby się, ze 5 już przeszłam, ale ona wie lepiej.
Jest szczere pole. Z górki. Wbiegam go lasu… tzn. ile mogę tyle zbiegam. Dzwoni do mnie Kaśka –I jak Ci Ruda idzie? – pyta – Lewo ale idzie – No to dawaj, dawaj. Nie poddawaj się, już tak mało masz do pokonania. Pamiętaj jesteś ultrasem! Nie pozwól, żeby Dawid miał powód do podśmiewania się z Ciebie – skubana wiedziała, jak zagrzać mnie do działania. – Dobra Kaśka, kończę, bo muszę podgonić, żeby zdążyć – Powodzenia – krzyknęła i się rozłączyła. Zostało mi już tysiąc metrów + pięćset wspomnianym asfaltem i koniec! Minął ten cholerny kilometr a tu nie ma żadnej drogi. – co jest kurwa? – przeklęłam pod nosem kolejny raz. – źle popatrzyłam na zegarek, stąd to całe zamieszanie. Zła liczę raz jeszcze w myślach. Ok – jeszcze 300 m – ale ta trasa się ciągnie – 200m, 100m – już jest.. już widzę samochody.. te ostatnie metry ciągną się niesamowicie długo. W końcu ten cholerny zbieg i jestem na asfalcie. Podleciałam do kosza, wyrzuciłam wszystkie papierki, które zalegały mi w kieszeniach oraz
rozerwany przez wiatr płaszcz przeciwdeszczowy i na nowo odliczam te 500 m. Najpierw w lewo, za mostem w prawo i … -CO!? Co to ma znaczyć!? – szukam tego następnego skrętu, ale jakiś kilometr dalej widzę 2 osoby, które gdzieś tam mnie wyprzedziły no i w dodatku droga, którą wyznaczają żółte taśmy ciągnie się hen, hen przede mną. –Teraz to już nie możesz zwalniać – mówię do siebie. Przeszłam na drugą stronę, gdzie uraczyłam trochę miększego podłoża i pędzę, jak mogę z zakwaszoną miną. Gdzieś z okna ktoś krzyczy – kończysz już? –No. – wydusiłam tylko z siebie i lecę dalej. –Chyba dopiero – pomyślałam sobie. Ludzie wokół gratulują mi, klaskają, zagrzewają na te ostanie metry. Mimo wszystko uśmiechnięta im dziękuję. W końcu stało się coś, o czym marzyłam od tak dawna. Zobaczyłam JĄ. Stała taka ogromna, czekająca na ostatniego chyba już zawodnika. – Meta ją nazwali. Tłum ludzi zgromadzony wokół – jakby na kogoś czekał. Każdy patrzy na mnie, klaszcze. A ja z tą skwaszoną miną próbuję ją w końcu przekroczyć by stać się ultrasem. Udało się. Podbiega Sylwia, zarzuca mi ten upragniony medal – wiedziała, że to dla niego tak wytrwałam – No czekałam na was, jak na mało kogo – Dzięki – odpowiedziałam taka szczęśliwa. Dyrektor zawodów również czekał na ostatnią przybłędę, pogratulował.

8 finisher

Chłopakom z Puław podziękowałam, bo przecież gdyby nie oni, to bym tam została. Odebrałam bluzę Finishera i byłam szczęśliwa – głównie dlatego, że ukończyłam. Nie ważne, ze ostatnia. Ważne, że nie poddałam się. Przecież noga i tak by mnie bolała, gdybym została w Puławach. A tak, mam kolejne zwycięstwo nad sobą w pakiecie z bólem. Jak to mawiają sławy: ból przeminie, chwała pozostanie. A następnym razem obiecuję Wam – przygotuję się lepiej i nie będziecie musieli na mnie tyle czekać!
Do zobaczenia Ziemio Łemkowska!

 

Sylwia Kordaszewska

Posted in Relacje | Tagged , , , , | 1 Comment

Salomon FELLRAISER -kutasik z kieszonką

 

DSC_0275

Nie pisuję już zbyt wielu recenzji obuwia bo ciężko miałbym z czasem. Tyle ich pada po drodze, że nie zdążyłem się jeszcze przyzwyczaić do żadnej pary. Przez jakiś czas myślałem, że moim złotym Graalem będzie La Sportiva w wydaniu Raptora lub Wild Cata ale kombinacja cech cena /(nie)trwałość/(nie)dostepność powolli mnie zniechęcała aż do ostatniej przygody kiedy to okazało się, że zmienili coś w gumie na podeszwie i nie trzyma nawet na najeżonej gwoździami jezdni.

DSC_0283

W międzyczasie wielokrotnie przymierzałem się do butów spod znaku wielkiego S ale zawsze coś nie pasowało. Najczęściej cena ale i wąska cholewka czy zbyt mocne zabudowanie. Dodatkowo znajomi wciąż rzęzili jaka to jakość słaba i że po 200km się rozsypują W każdym. razie nie było mi dane.

DSC_0276

Na szczęście w pewnym momencie na widoku pojawiły się w niesamowitej jak na S promocji Fellraisery więc bardziej z chęci udowodnienia sobie, że Salo są do dupy niż z potrzeby realnej poszedłem, przymierzyłem i zakupiłem.

DSC_0277

Ani chwili nie żałowałem (no może podczas Rzeźnika kiedy mnie pozbawiały paznokci – ale po co komu paznokcie?) ale może po kolei.

Salomon Fellraiser to podając za stroną samego Salo: „Niski, lekki i szybkoschnący model z ostrą rzeźbą bieżnika jest doskonały do treningów w błotnistym i mokrym terenie.” o wadze 290 g/parę , dropie 7,6 mm i bardzo agresywnym bieżniku.

DSC_0279

 

Jeśli chodzi o technikalia to posiada „systemy”, pianki iinne, które w zasadzie sprowadzają się do tego, że:

  • but jest niski
  • ilość amortyzacji jest odpowiednia ale jednocześnie pozwala na bardzo dobre czucie terenu
  • otok wokół palców jest bardziej „ku ozdobie” – przynajmniej w Beskidach
  • na mokrym, błocie, kamieniach, śliskim itp. trzyma idealnie.
  • ma fatalny system wiązania i jeszcze gorszą kieszeń na dyndajacego kutasika, który co rusz z niej wypada
  • jest lekki, przewiewny i łatwo schnie

DSC_0280

Ale po kolei…

  1. Wygląd

Nie ma co opisywać tego, co wyraźnie widać. But jaki jest każdy widzi. To, czy komuś odpowiada, wpasowuje się, lezy itp. to ogromnie subiektywna sprawa. Ja osobiście biegałbym w czymś okropnym wizualnie ale praktycznym więc nie próbuję nawet oceniać jego stylistyki. Mnie się podoba na tyle na ile rolnikowi może się podobać Ursus C 330. Działa?- działa! I właśnie dlatego kupiłem drugą parę.

  1. Dopasowanie

Zasada jaką kieruję się w kupowaniu butów do biegania brzmi- musi pasować od strzału. I tak właśnie było z Fellraiserami. Włożyłem w sklepie i już się nie mogłem doczekać kiedy wyląduję w górach. Są bardzo wygodne, cholewka nie uwiera kostki, palce mają naprawdę sporo miejsca a wiązanie daje spore mozliwości regulacji jak już się je nieco opanuje. Przy tym wszystkim Salomonowi udało się na pozór niemożliwe połączenie „sprężynującej” amortyzacji z niesamowitym czuciem podłoża. Buty są szerokie i bardzo pewnie trzymają się podłoża a dodatkowo nawet na najostrzejszych i najbardziej technicznych zbiegach nie czuć, że to nie ich bajka. Pasują i już.

  1. Użytkowanie.

Nie wiem ile kilometrów trzeba przebiec by móc zrecenzować obuwie. Są tacy, co po jednym biegu wiedzą co w trawie piszczy ale są też i tacy, co muszą zajechać buty, żeby się o nich cokolwiek wypowiedzieć. Fellraisery nie od razu dały się poznać ze swej najlepszej strony. Zresztą ciężko je było poznać tak naprawdę, bo gdzieś , ktoś mi powiedział, że one to dobre są tak do około 30 km ale potem dramat. I co? I jak to tępa owca poszedłem za głosem barana. Do 30 rzeczywiście się sprawdzały. Pięknie trzymały pod górę na błocie, idelanie odbijały na twardych podbiegach, bardzo dobrze amortyzowały na zabójczych zbiegach. Słowem miód. Na samym tylko początku nie za bardzo ogarniałem jak działa ten cholerny system wiązania. Nie żebym nie wiedział jak wiązać buty – aż takim debilem nie jestem ale trochę czasu zajęło mi uzyskanie kompromisu między „zasztymowaniem” na beton a utrzymaniem jako takiego krążenia w obu stopach. Jednak po wielu ciężkich czasami przeprawach udało się i odtąd sznurówki służą jak się patrzy. Jeden tylko ich element uważam za bubel klasy S a mianowicie tę beznadziejną kieszonkę na wiązanie. Pomysł sprytny, ale działanie dramatyczne. Nie ma praktycznie do dziś biegu na którym ten przebrzydły kutasik nie wypadłby z kieszonki tym samym zmuszając mnie do zatrzymania się i poprawienia go. Widać jednak tak już kutasiki mają, że raz na dzień muszą z kieszonki wypaść. Irytujące to niezmiernie lecz niezaradliwe. Ważne jednak, że w jako takim użytkowaniu nie nie przeszkadza i w zasadzie nawet z dyndającym zapięciem da się biegać.

DSC_0284

 

W dniu gdy złamałem magiczną barierę 30km dowiedziałem się co się dzieje z Fellraiserami.

NIC – działają nadal. Co więcej działają tak samo czyli nad wyraz dobrze. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że na Rzeźniku też dadzą radę i zdecydowałem, że polecę w nich. Po około 60 km nie miałem już paznokci bo otok dużego S jest raczej z tych delikatnych a postawione na sztorc kamyczki na Wetlińskiej i Caryńskiej nie przebierają w środkach. Jednak buty doniosły mnie do mety i dalej na Hardcora. Pomijając paznokcie ( a wiadomo,że bez nich jest lepiej) Fellaisery nie zawiodły ni razu. Ani na lekko błotnistym początku ani na spalonych słońcem skałach przed Tarnicą. W sam raz. Żałowałem, że nie zabrałem ich na Dolomiti Sky Run, które pochopnie zdecywałem przebiec w felernych Wild Catach od La Sportivy. Ale za to ładnie poradziły sobie na prawie 130km rekonesansie BUTa 120, który zajął mi ok 22 godzin. Dziś, z przebiegiem ok 1000km ciężko je wyprowadzić z równowagi  mimo,że bieżnik jest już mocno sfatygowany ale co najważniejsze żaden z butów nie ma śladu naderwania, nadrpucia, zepsucia, rozklejenia i innych. Kupiłem drugą parę bo po ostatnim roku przygód z butam właśnie i ich reklamacjami do teraz nie mogę wyjśc z szoku, że tak intensywnie użytkowany sprzęt nie sypie się. Ale to, co najważniejsze to fakt, że Fellraisery wciąż można zakupić w cenie poniżej 300 zł ( ja za pierwsze dałem 269a za drugie 289). Nie w sklepie Salo bo tam kosztuja ponad 400 PLN ale internet służy pomocą. Kupujcie zatem bo warto.

Podsumowanie

PLUSY:

  • rewelacyjne dopasowanie
  • świetne trzymanie na mokrym, w błocie, na kamieniach i na skale
  • waga
  • niski profil
  • czucie podłoża
  • jakość wykonania
  • trwałość
  • cena

MINUSY:

  • wyskakujący kutasik
  • magisterka z dopasowania zacisku sznurówek
  • wątły otok

Poniżej foto porównanie buta z przebiegiem 0km i 1000km:

 

DSC_0293

DSC_0295

DSC_0296

DSC_0297

Posted in Sprzęt | Tagged , , , | 2 Comments

BUT 2015

circle-1

Przypadkowy ultrr, tfu, biegacz

przy czynnym udziale

Spółki Beskidy Ultra Trail S.A. prezentują

BUT 90km czyli Cholernie Długi Spacer

Odcinek 2

Bie-gnij, bie-gnij! Mówcie co chcecie, ale ryk tysięcy gardeł na stadionie olimpijskim nie byłby w stanie zmotywować mnie bardziej niż zwykłe ‘bie-gnij’ skandowane przez grupę kilkunastu dzieciaków ze szkolnej wycieczki. Stoją, klaszczą, krzyczą. Co ja mogę, trzeba biec.

Przełęcz Salmopolska. Duże żarcie. Chwila odpoczynku i radosnej zadumy nad sensem istnienia. Zaciągam się powietrzem i z wolna konsumuje makaron z serem. Na słodko, znaczy z cukrem. Nie lubię makaronu, cukru to już w ogóle, ale teraz, po czterdziestu z groszkiem proste żarcie napędza mnie lepiej niż dzika żołędzie.

W zeszłym roku zabawiłem tutaj zdecydowanie za krótko. Mając z tyłu głowy, że do mety zostało ledwie kilkanaście kilometrów nie chciałem mitrężyć i tracić czasu na odpoczynki czy wykwintne dania. Garść daktyli, kawa z cukrem i kopniak na drogę. Dzisiaj jednak jest inaczej. Dzisiaj chcę chwilę posiedzieć. Zdjąć buty, rozprostować stopy, zjeść i napić się pod korek. I na Malinowskiej wybrać czerwoną tabletkę.*

Wody w bukłak, do pełna. Dziękuję. Izo? Nie pijam, ale poproszę, w tę oto butelkę po koli. Ziemniak? Ee, jadłem makaron. Ale w sumie, pyr na słono, czemu nie? I trochę tych pysznych daktyli. I migdały, lubię migdały. I w drogę. Dzięki, byliście jak zwykle niezwykli.

1

Barania. Nawet nie wiem kiedy to minęło, tak po prawdzie to niespecjalnie pamiętam jak się tutaj znalazłem. Fajnie się napierało, wyszumiałem się na tych podejściach, a wiatr wywiał z głowy resztki absurdu, którym karmi mnie codzienność. Warto przewietrzyć głowę, cholera, bardzo warto.

W drodze w dół spotykam kumpla z pokoju**, siedzi, masuje stopę. Chyba się trochę popsuł, ale napieraj, ja chwile posiedzę i dam radę. Jasne. Najlepszego i napieram. W dół, więc nie muszę nawet napierać, wystarczy się toczyć. Dalej idę szeroko, bo i szutry są szerokie. To zdecydowanie cholernie urokliwe miejsce, z daleka widzę sylwetki biegaczy, którzy cisną za mną. Bawię się tą przygodą, z uśmiechem mówię sobie żywcem mnie nie weźmiecie, dam się wyprzedzić, ale trzeba będzie się trochę namęczyć i puszczam się biegiem. Szuter się kończy, zaczyna asfalt, nie chcąc zbić sobie dokumentnie ud zaczynam galopołejować – 100m marszu, 900 biegu. 100. 900. Sikanie. 900. O, cześć, jak zbieg? Mnie też się podobał, oo, znowu pod górę? Rewelacja, dawno nie wypluwałem płuc. Mijam dwóch kolegów w niedoli i wspinam się na tego, no. No w każdym razie się wspinam. Za chwilę Węgierska Górka co jest wspaniałą opcją, bo zdążyłem zgłodnieć.

Na Carskim Trakcie postanawiam usiąść na chwilę i zrobić porządek w butach. Stopy zaczynają doskwierać więc dobre kilkaset metrów idę na bosaka i nagle spływa na mnie wszechwiedza – już rozumiem niechęć człowieka pierwotnego do noszenia kawałka gumy na stopie. Wolność, mądrość i, kurww, po cholerę ktoś rozsypał ten żwir na drodze? Dobra, dosyć bratania się z praczłowiekiem, zakładam cichobiegi.

Popas, a jedzenia po szyję. Na trawie leży kilku tęgich zawodników z nietegą miną wtłaczając w siebie kolę i inne specjały. Też tak chcę, objadam się owsianymi, kosztuję daktyli, piję kolę i kawę. Uzupełniam ostatni raz bukłak, w butelkę po izo wlewam kolę, biorę garść ciastek. Pozbierajcie mnie po drodze, rzucam na odchodne i odchodzę.

5

Odchodzę. Dosłownie. Od tego miejsca niewiele już pobiegam, natomiast sporo dowiem się o wyrypach gdzie dystans zbliża się do trzech cyfr, a czas spędzony na trasie przekracza dwie szychty.

Na, albo w kierunku Magurki idziemy we czterech. Dobre sobie, idziemy, dwóch wyrywa do przodu jadąc na czterech***, ostatni kompan opuszcza mnie gdy zwalniam na jednym z podejść. Dobra jest, w górach lubię być sam. Na długim podejściu siadam na chwilę i dumam nad sensem istnienia (a nie, to już miałem połapane po Salmopolu więc zastanawiam się pewnie nad czymś tak prozaicznym jak to, czy po odkręceniu siusiaka odpadnie mi dupka) i trochę nad tym jak bardzo zjeba, yy, zmęczony jestem. Nadchodzi Agnieszka i zatroskana opiernicza mnie co ja niby robię na tym korzeniu. Kontempluję odpowiadam i by uwiarygodnić swoją wersję spluwam niedbale w krzaki. Przyłapała mnie na leżakowaniu, podnoszę się zatem i dziarsko ruszam pod górę.

Gdzie są do cholery te pieprzone taśmy? Dżizas, przecież dałbym sobie paznokcie obciąć, że chwilę temu były. Wyciągam rozpiskę trasy i po raz kolejny czytam:

‘Z punktu odżywczego wracamy przez punkt widokowy na szlak CZERWONY i biegniemy w kierunku na Glinne, a następnie Magurkę Radziechowską. Na niej skręcamy w prawo na szlak ZIELONY w kierunku na Murońkę i Ostre.’

Czytam i nie rozumiem. To nawet jest dość zabawne – znam litery, słowa brzmią znajomo, ba, nawet zdanie jakieś ulepiłem, ale z rozumieniem ewidentnie mam problem. Sugeruje się zdaniem napotkanego 30 minut temu turysty, który stwierdził, że do Magurki jeno kawałek. Kawałek, no tak, to dość dokładna jednostka miary, uszczegóławiam więc pytaniem ile schodził z tej Magurki. 10, może 15 minut. Czyli 30 minut podchodzenia później powinienem być na szczycie. I szukać zejścia na zielony szlak. Szlag by to trafił, wracam do ostatniej taśmy.

Jest. Żadnego zejścia w prawo czy w lewo. Jest też owa Agnieszka z którą od pewnego czasu mijam się na trasie – jej zostały nogi, by zbiegać, mi resztki pary, by podchodzić – mija mnie i chwilę później krzyczy, że jest taśma. A więc musiałem przeoczyć. No tak, chyba zaczynam odczuwać zmęczenie tą awanturą. Pociągam solidny łyk wody, odpakowuje batona i ruszam dalej.

Chwilę później kolejna Magurka, ta właściwa, przechodzę z delikatnego truchtu do marszu i rozglądam się za czymś co mogłoby pomóc mi w ostrym zejściu do Ostrego. Jest. Za suchy. Jest. Za długi. Trzask. Jest okej. Odpalam czołówkę i mozolnie schodzę w dół. Uda nie trzymają, kilka razy obsuwam się na płaskich kamieniach i wtedy kij ratuje portki. Schodzę i schodzę, i mimo, że idzie wolno, że w ogóle idzie, a nie biegnie, czuje się jakiś taki na właściwym miejscu. Noc paradoksalnie rozświetla myśli, cieszę się z prostego faktu, że jest noc właśnie. Wyszedłem nocą, wrócę po nocy. Cały dzień na nogach, cholera, podoba mnie się.

W lewo czy w prawo? Kiedyś jeden taki, mocniejszy ode mnie w przebieraniu nogami po górach powiedział mi, że jak na starcie nie jestem zdecydowany na konkretny dystans to on wie jaki wybiorę. Ja też już wiem. Chyba wiedziałem od początku. Potrzebowałem tego lewego planu B na wypadek gdyby odezwała się kontuzja, w innym wypadku wybór jest cholernie prosty.

Klamka zapadła (czy co tam robią klamki), będzie pełne dziewięćdziesiąt czy więcej nawet. Będzie, bo taki był plan, bo od początku oszczędzam siły, bo nie mam lepszego pomysłu na zagospodarowanie tak pięknego dnia. Zbiegnę krótką trasą i zostanie mi pić piwo. Lubię piwo, ale bieganie i góry lubię bardziej.

4

Koniec kamieni. Po prawej jakieś zabudowania, za chwilę asfalt i w dół. I w lewo, szukać hotelu Zimnik. Skoro i tak idę to może zagadam do napotkanych turystów, idą w tę sama stronę. Kilka minut rozmowy, żegnamy się, bo ponoć za szybko idę (pewnie oni tak z grzeczności, bo przecież wloke się jak kuracjusz na spacerze) nagle przede mną wyrasta czerwony lampion z ludźmi w środku. No tak, żaden lampion, jest ostatni punkt odżywczy. I przyjaźni patrolowcy. Oo, jak miło, bulion? Chętnie. I tego izo. I ciasteczka, smaczne są te owsiane. I jeszcze izo, i ciasteczko na drogę. W tak zwanym międzyczasie zbiera nas się pięciu w tym punkcie i postanawiamy wyruszyć. Słyszę jak ktoś mi każe biec to zabije i wiem, że to dobry kompan na ostatnie 8 kilometrów. Po co biec, całe życie w biegu, przejdźmy się po górach z plecakiem i śpiewajmy jak fajnie jest przy ognisku.

Ruszyli. Prawie jak Drużyna Pierścienia, z mętnym wzrokiem Froda, gracją Sama i ogarnięciem Merrego czy Pippina. Niebieskim do góry (daleko jeszcze?), wieje Halny, wieje wiatr samobójców słyszę i myślę sobie, że gość niekiepską ma banię. O czym ona gada? Muszę jednak dziwnie się na niego patrzeć, bo szybko tłumaczy, że tutaj, u nich, ludzie często targają się na życie gdy wieje halny. Aha, teraz to ma ręce i nogi, mocniej do góry, potargajmy to Skrzyczne i stoczmy się strumieniem.

Jest. Strumień. Wiatrołom. Masakra Czworogłowych. Schodzimy wolno, suniemy niemal nie odrywając stóp od podłoża. Dwóch kompanów poszło przodem – zbiegli, spadli? Nie, zbiegają, widzę blade światło czołówki puszczające zajączki na połamanych drzewach. Ja nie zbiegam. Sunę. Pełznę. Każdy centymetr od pasa w dół krzyczy. Morda w kubeł warczę sam do siebie i zdecydowanie ignoruję piekące mięśnie, bolące i powykręcane stawy. Jest zabawa, gra muzyka, pląsajmy zatem i w dół. W dół!

Teren gwałtownie się wypłaszcza. Bagnieje i dłuży się w nieskończoność. Naciskamy już tylko z Witkiem, jeden czeka na drugiego i choć mam wrażenie, że w tym duecie to ja zdecydowanie jestem słabszym ogniwem to wciąż idziemy razem. Podbiegam kawałek ale nogi zbyt głęboko tkwią w, za przeproszeniem, dupie więc jednak postanawiam iść. Płasko, tak cholernie płasko i długo, ale nie silę się na więcej pamiętając, że tak jak żółw porusza się z odpowiednią prędkością do upolowania sałaty**** tak ja mam prędkość wręcz idealną do złamania limitu czasowego. Dużo podobnych mądrości przebiega mi przez głowę zanim przypełzamy do ostatniej już drogi w dół (17 godzin temu napisałbym zbiegu).

Do dreptaka docieramy we dwóch zachowując ostatnie dżule energii na finisz. Słyszę fanfary puszczone przez patrolowców i zbieramy się do truchtu. Meta. Medal. Piwo. Uścisk dłoni orga i szeroki uśmiech na twarzy gdy mówię do niego Michał, zejdź mi z oczu, do jutra nie chcę Cię gościu znać. Taa, mocny komplement.

10

I koniec. Awantura skończyła się tak jak się zaczęła – w nocy, w gronie nieznajomych, ale cholernie życzliwych ludzi. Trwała pięknie, a ja wbiegając na metę krokiem tak drewnianym, że z powodzeniem zawstydziłbym samego Pinokio myślałem o jednym – co do niewiasty nadobnej, skąpo w szaty odzianej pobiegnę tutaj za rok?

Dwa słowa tytułem posłowia. Po pierwsze, odcinka nr 1 nie ma i nie będzie, a to z tej prostej przyczyny, że go nie pamiętam. Pierwsze 44 kaemy to siła i świeżość, to lewa, prawa, mocno pod górę, spokojnie po płaskim, szybciej w dół. Było świetnie, fantastycznie wręcz, tak wspaniale, że aż zapomniałem. Impreza rozkręciła się na dobre w drugiej połowie, a tak po prawdzie to po wyjściu z Węgierskiej. Mimo, że ten odcinek z bieganiem górskim miał niewiele wspólnego (o ile dobrze pamiętam na te 22 km potrzebowałem prawie 6 godzin) to całkiem mocno wyrył się w mojej głowie. Można rzec, że od podejścia na Magurkę zaczęły się istotne schody. Schody do nieba.

Ania, Michał, cała ekipa wspierająca organizację tej imprezy – dziękuję. Było wyjątkowo.

* Przypowieść o Neo i Morfeuszu

** Pokój. Sześcian znaczy gdzie stłoczeni na glebie wdychaliśmy atmosferę w nocy poprzedzającej bieg. W noc po biegu wdychaliśmy już nie tylko atmosferę, a nawet jeśli to jakoś inaczej ją było czuć.

*** Siedząc w bazie zawodów zachodziłem w głowę po cholerę mi przepak na 68 kaemie. 22 do mety, chyba tylko koli może mi brakować. Błąd. Brakło kiji.

**** Tako rzecze mistrz Pratchett.

Krzysiek Kupisiewicz

Posted in Relacje | Tagged , , , , , , | Leave a comment

Teraz Twój ruch

Przyjrzyjmy się małym dzieciom – czy one w ogóle się rozciągają i rozgrzewają przed zabawą? Tak samo zwierzęta. Te dziko żyjące, bardzo często zmuszane są do gwałtownego zrywu i ucieczki. A przecież nie skutkuje to u nich, na przykład zerwaniem ścięgna Achillesa ( no chyba że inny zwierzak im w tym pomoże).

Stretching? Co najwyżej, czego fantastycznym przykładem są koty, po drzemce przeciągają sobie grzbiet, kończyny, najczęściej łącząc to z ziewnięciem. I tyle.

1Albo spróbujmy sobie wyobrazić sytuację, kiedy myśliwi z afrykańskich plemion stają w kółeczku i po kolei wykonują krążenia bioder zanim wyruszą w pościg za antylopą (polecam Artykuł Biegnący Myśliwi). Continue reading

Posted in Artykuły | Tagged , , , , , | Leave a comment

PRIMAVIKA – naturalnie w słoiku

Parę tygodni temu dostałem możliwość testowania produktów firmy Primavika. Jest to firma rodzinna z tradycjami, istniejąca od 1989 roku specjalizująca się w produkcji zdrowej żywności i pomagająca ludziom realizować zdrowy styl życia. Primavika produkuje wyroby wegetariańskie, wegańskie oraz produkty BIO, bez cholesterolu, konserwantów, sztucznych barwników i aromatów, wolnych od GMO, a także bez glutaminianu sodu. Jak można zauważyć na oficjalnej stronie firmy (http://www.primavika.pl/o-firmie/) otrzymała ona sporo nagród i wyróżnień za dobrą jakość swoich produktów.
Jak już wspominałem na początku, miałem przyjemność testowania kilka produktów tej firmy a dokładniej:

  • Paprykarz z kaszą jaglaną

W skład paprykarza wchodzi: woda, olej rzepakowy, koncentrat pomidorowy, kasza jaglana 17%, teksturowane białko roślinne sojowe, cebula, marchew, przyprawy (zawierają: seler i gorczycę), skrobia kukurydziana, sól, seler, pietruszka, hydrolizat białka roślinnego, substancja zagęszczająca: guma guar, przeciwutleniacz: kwas askorbinowy = witamina C, aromat z ekstraktu drożdżowego.

Continue reading

Posted in Dieta, Porady | Tagged , , , , , , | Leave a comment

Szacun za walkę czyli jak wygrać przegrywając

PRZYGOTOWANIA

Można by się tak na ten przykład zapisać na jakiś straszliwie straszliwy bieg, który miażdży przewyższeniem i dystansem, wymaga pokonania niezliczonych bagien, gór i skalistych przełęczy najlepiej w deszczu kategorii potop lub skwarze jak na Badwater. Ważne jest jednak by za bardzo nie trenować a już na pewno nie pod ten konkretny dystans,nie robić za długich wybiegań i nie biegać regularnie. Ultra to w końcu ultra – liczy się głowa a nie jakieś interwały. Naturalnie, a powinienem wspomnieć to dużo wcześniej, absolutnie trzeba mieć fejsbuka i ogłosić odpowiednio wcześniej że oto jest cel (pudło lub łamanie czasu) i treningi (!!!) idą pełną parą w sprytny sposób dając do zrozumienia, że wszyscy obserwujący mają oczekiwać zwycięstwa bo to jedyna opcja. Komentując obficie przelewające się komentarze wypada objąć taktykę skromnisia zaznaczając, że „wszystko się może zdarzyć” lub „ to w końcu nie jest znowu taki wyczyn” jednocześnie podbijając ilość lajków do trzycyfrowej liczby. Teraz pozostaje czekać godziny zero jednak nie bezczynnie. Oczywiście nie chodzi tu o czynności treningowe bo to już omówiliśmy ale raczej o działania promocyjno-prewencyjne. Ważne będą na pewno zrzuty z Garmina/Suunto lub ostatecznie z Endo ale tak, żeby było widać dystans i przewyższenie – bez czasu. Do tego parę pytań lub postów związanych z obecnie używanym sprzętem no i na pewno zdjęcia tak średnio co parę dni.

Z pewnością jakieś parę tygodni przed startem pojawi się jakaś mała kontuzja ale należy o niej wspomnieć z lekką nutą irytacji jednocześnie kompletnie ją ignorując poprzez np.: „zabiega się”.

GODZINA ZERO

Dzień startu jest ważny bo trzeba się spakować koniecznie pamiętając o 2 rzeczach: telefonie, który będzie robił zdjęcia i powerbanku, który będzie ten telefon napędzał. A no i jeszcze buty i plecak i wyposażenia obowiązkowe. Opcjonalnie można zabrać czołówkę bez baterii lub z niepasującą baterią – będzie o wiele fajniej. Continue reading

Posted in Artykuły | Tagged , , , , | Leave a comment

R2R2R – oblatywanie Wielkiego Kanionu

kilka godzin przed startem…

“Dwa najważniejsze dni w życiu człowieka, pierwszy to ten w którym się urodził, a drugi to ten w którym zrozumiał po co” Te słowa jakoś mi zapadły w głowie. Jest dużo cytatów które tak naprawdę potrafią nas mobilizować, dać do myślenia. Czasem potrzeba czasu aby coś sobie uświadomić, coś doświadczyć rozpoznać co jest dobre i co jest złe. Dziś są moje 30 urodziny, dla mnie najważniejsza data w całym roku kalendarzowym, dotychczas 80% moich urodzin spędzałem na imprezie może i miało to sens, teraz ciężko o tym myśleć, bo raczej żyje teraźniejszością i przyszłością. 1 kwietnia 2015 na pewno jednak zapamiętam do końca życia, niesamowite jest robić coś wyjątkowego, to takie spełnianie marzeń. Stawianie co raz większych celów.

Continue reading

Posted in Wyprawy | Tagged , , , , | 1 Comment

Dolomiti Sky Run – łomot bez szału

Każda impreza dla mnie ma jakiś numer przewodni. Numer w sensie utworu muzycznego z gatunku pop lub raczej rock gdyż wiadomo, iż ta druga odnoga muzyczna jest mi nieco bliższa. Stąd hymnem przewodnim Rzeźnika jest np. „Drive Home” z repertuaru Steven Wilson Band z nieprawdopodobnym solo Guthriego bo po prostu pięknie pasuje. A znienacka nieco, bo od popu stronię, pieśnią przewodnią Dolomiti Sky Run stało się „This Summer’s Gonna Hurt You Like a Motherfucker” i to bynajmniej nie ze względu na linię melodyczną.

Ale ja tu o pioseneczkach a miało być o biegu. Otóż o biegu nie będzie wiele bo wiele go nie było. Ale po kolei…

W poszukiwaniu letniego lania

Continue reading

Posted in Relacje | Tagged , , , , , | Leave a comment

Idealny pomysł na urlop, czyli relacja z XXI Setki z HAKiem

Urlop to taki okres w życiu, kiedy mamy trochę więcej czasu na różne rzeczy. Na przykład pisanie relacji z jakiegoś biegu, albo w ogóle startowanie w nim. Wczoraj rano dobiegłem do mety najdłuższej (odległościowo) z moich dotychczasowych wycieczek. Jeśli to czytasz, prawdopodobnie też masz urlop i bardzo Ci się nudzi. Nie przestawaj, spróbuję opisać na chłodno jak wyglądała XXI Setka z HAKiem z punktu widzenia finiszera. Smacznego ;)

Nie od dziś wiadomo, że wymagam od siebie za dużo, za szybko. Ten typ tak ma. Ten typ bardzo chciał w końcu coś wygrać. Dlatego też postanowił po raz trzeci wziąć udział w najtańszym i najbliższym znanym mu rajdzie. Wyszło nieźle, choć nie wygrałem, ale po kolei.

Plan na piątek był piękny- spać do południa, potem nażreć się w’wodanów, pójść na start i zrobić co w mojej mocy. Nie udało się spać do południa. W ogóle niewiele udało się pospać, z przerwami i jakoś tak nieefektywnie, norma. Ale złej baletnicy… no, ju noł. Continue reading

Posted in Relacje | Tagged , , , , , | Leave a comment