Słowacja

DZIEŃ PIERWSZY

Kap, kap a później coraz gęściej i szybciej – pisząc wprost – leje…Stoję na przystanku, ktoś jadący z naprzeciwka trąbi i podnosi rękę na przywitanie…chyba mnie pomylił z kimś innym. W końcu jest, zatrzymuje się, taksówka do lepszego i prostszego Świata. Wsiadam. Autobus jak na „Tą” relacje średnio wypełniony. Można stać dość swobodnie bez konieczności „intymnych kontaktów” ze stojącym milimetr obok „lekko” grubszym i mocno wczorajszym Panem lub wyfiokowaną Białogłową, której perfumy wiercą dziurę w mózgu powodując efekt wymiotny. Skręt w prawo, skręt w lewo, góra i dół jak na karuzeli. Uff, nareszcie wysiadam. Czuję na sobie dziwne spojrzenia…” po co tu on wysiada, przecież jeszcze jeden przystanek”, nerwowe rozglądanie się po współpasażerach: „czy my też tu wysiadamy?” Nie – Wy lepiej jedźcie dalej dla mojego spokoju i Waszego dobrego samopoczucia.


Plus dodatni jest taki, że już wysiadłem, plus ujemny, że ciągle leje. Stoję pod wiatą, co robić? Może za granicą będzie lepiej? W końcu to bardziej na południe :) Mity o gorących krajach południowych można między bajki włożyć, pada jeszcze mocniej.
Następne schronienie to otwarty, niczym nie zabezpieczony, bez obsługi w środku sklep monopolowy. Przycupnąłem na skrzynce z piwem, czekam aż mnie ktoś wyrzuci na deszcz, uprzednio sprawdzając mój plecak czy niczego nie ukradłem i oddech czy nie konsumowałem na miejscu. Pomyłka, w zamian za to właściciel sklepu a zarazem miły obywatel tego południowego kraju zaprasza do siebie na herbatę. Jednak nie wszyscy południowcy są tak uczynni. Kierowca ichniego pekaesu pluje na naszą walutę, u niego kursy tylko za euro…Nie to nie, od teraz jeżdżę autostopem. Nie mija pięć minut a już siedzę w samochodzie pary Polaków a za następne dziesięć wysiadam w Tatrzańskiej Jaworzynie u wylotu Doliny Jaworowej.


Mój cel na dziś to wbiegnięcie na Lodową Przełęcz ( 2376m n.p.m. ), wcześniej planowałem przedostanie się na drugą stronę i zbieg do Chaty Teryho i dalej aż do Starego Smokowca. Pogoda jest innego zdania, sprawy nie ułatwia, więc będzie na Przełęcz i z powrotem po „śladach”.


Start: Tatranska Javorina ( 1000m n.p.m. ) – pada. Po trzydziestu minutach biegu zacząłem zawracać…lało coraz mocniej ale po pięcio minutowej dezercji przymawiam wewnętrznie do siebie, zaklinam pogodę, chwilę się zastanawiam, że to wstyd tak szybko rezygnować, co ja będę robił na dole, może zaraz wyjdzie oślepiające słońce itd. Itp. Chwilę się okłamuję i w tak samo równo lejącym deszczu biegnę na nowo do góry. Woda z góry, woda na dole. Na szlaku od jakiegoś czasu płynie regularny potok. Nie widać niczego, ani Lodowego Szczytu ani Jaworowego nic kompletnie, tylko mleko dookoła. Pogoda nie jest przeszkodą w osiągnięciu poczucia niczym nie skrępowanej wolności.


Tak, w tym momencie jest wolnym człowiekiem, sam na sam z górami. Wyłączyłem postrzeganie rozumem, włączyłem serce. Każda komórka mojego ciała jest zarazem przemoczona do suchej nitki ale niezrównanie szczęśliwa, że tu jest. Jestem sam, żadnych ludzi, nawet wiatru tu nie ma. W tej chwili jestem najmniejszą i najlichszą częścią gór a właściwie tak bardzo chce Nią być, że nie mogę zrezygnować. Rezygnacja oznaczałaby wypieranie się Siebie więc biegnę i idę dalej.
Robi się na tyle stromo, że bieg przechodzi w marszo-bieg. Z powodu mgły, chmur ciężko mi się dokładnie zorientować jak daleko do Przełęczy. Z mapy wynika, że powinienem już być na wprost ale czy na pewno? Nie wiem. Pozostało pięć, dziesięć lub dwadzieścia minut do celu, tego też nie wiem dokładnie. Przekroczyłem granicę śniegu i … cisnę w dół. Szacuje, że zawróciłem z wysokości 2320 – 2350m n.p.m. czyli zrobiłem ok 1300m w pionie. Jak na pierwszy dzień jest ok choć duży niedosyt pozostał…Przebiegłem ok. 16-18km. By uspokoić moje wątpliwości czy dobrze zrobiłem podczas zbiegania tez leje równo…

DZIEŃ DRUGI


Dziś znowu Słowacja. Pogoda trochę lepsza, lampy nie ma ale czasami słońce wychodzi zza chmur. Z Łysej Polany stopem do Białej Wody.
Trasa: Biela Voda ( 910 m n.p.m. ) – Biele Pleso – Kopske Sedlo ( najwyższy punt: 1750m n.p.m. zarazem naturalna granica pomiędzy wapieniem a granitem czyli Tatrami Bielskimi a Wysokimi ) – Dolina Zadnich Koperszadów – Tatranska Javorina.


Nie będę się długo rozpisywał, trasa piękna, prawie w 100% biegalna. Zbieg z Kopskego Sedla wyśmienity, „wycięty balkon” w zboczu a po lewej stronie głęboka dolina. Ścieżka szutrowa pozbawiona kamieni sprzyja i zachęca do szybkiego zbiegania. Dolinę Jaworową z Przełęczy osiągam po 35 minutach wyjątkowego zbiegu. Całość zajęła mi dwie godziny, długość trasy podobna jak dnia poprzedniego ok 16-18km. Przewyższenie: do góry 840m , na dół 750m.

KOLEJNE DNI
Był i Tour De Pologne i kibicowanie kolarzom na stałym miejscu czyli na podjeździe w Gliczarowie ( od tego roku: Ściana Bukovina ) i Wysokie Tatry Słowackie z plecakami i po schroniskach. Było pięknie.

PS
Nie będzie zdjęć z samego biegu, Lodowa Przełęcz wzięła swoją ofiarę w postaci mojego telefonu, zamókł mi dość mocno i zdjęcia przepadły…
Nie ma tego złego, poniżej moje zdjęcia z tego samego wypadu, z okolic drugiego dnia biegania i nie tylko.
Po więcej wycieczek biegowych w różne fajne miejsca zapraszam na bloga: http://insanerun.blogspot.com/

Posted in Wyprawy | Leave a comment

Piekielny bieg- relacja z Badwater 2014

Dla mnie bieg w Dolinie Śmierci był brakującym ogniwem do kolekcji najtrudniejszych ultramaratonów Ziemi.
Przez Amerykanów okrzyknięty “World’s Toughest”-najtwardszy na świecie- od kilkudziesięciu lat wzbudza respekt u każdego biegacza.
Już sama selekcja zawodników przyprawia o zawrót głowy.Aby starać się o zaproszenie(!) należy dokładnie pokazać swój dorobek,spełniając przy tym kryteria regulaminu.W jednym z punktów jest napisane:aby ubiegać się o start w Badwater 135 miles musisz mieć ukończone co najmniej 3-biegi 100-milowe,
w tym ostatni w okresie 13-miesięcy poprzedzających aplikację.Ale następne zdanie brzmi: nie myśl sobie,że jeśli masz przebiegnięte te trzy biegi 100-milowe, to my Cię zaprosimy.Musisz nam pokazać całe swoje biegowe CV,a my je ocenimy.A ocenia 5 osób wskazanych przez dyrektora biegu,niezależnie od siebie
punktując każdą zgłoszoną aplikację.Oceny tych pięciu Sędziów trafiają na biurko szefa begu-Chrisa Kostmana w Oak Park w Kalifornii.
Ten po zliczeniu punktów zaprasza na bieg 45 weteranów (tych co już biegli Badwater’a) i 45 rookies (nowych),10 miejsc zostawiając dla siebie.
Oto prawdziwa amerykańska demokracja.Aplikacje wysyła się w ostatnich 2-tygodniach stycznia.
Na początku lutego otrzymałem maila: Congratulation Dariusz Jacek -Welcome to Badwater 135.Takiego samego maila otrzymał również mój wspaniały przyjaciel z tras biegowych i nie tylko-Zbyszek Malinowski z  Kołobrzegu. Jeszcze tylko 995 USD wpisowego i przygodę czas zacząć.
 
Mając to na uwadze przez ostatnie pół roku niezwykle starannie realizowałem narzucony tym wydarzeniem plan treningowy.
Stopniowo zwiększałem tygodniowy kilometraż zaczynając od 80-90, a kończąc na 120-140.Ponadto w moim kalendarzu startowym umieściłem zawody,które miały mnie jak najlepiej przygotować do tego piekielnego biegu: 100 km North Face w Tajlandii (też gorąco i też góry), Ultramarathon Glasgow-Edinburgh (89 km), Ultamaraton Podkarpacki (70 km) i 3-tygodnie przed startem Goral Maraton (50 km).
Te ostatnie potraktowałem  bardziej jako długie wybiegania, do których bardzo ciężko jest się zmusić samemu.
Poza treningami dużo czasu poświęciłem na logistyczne przygotowanie wyjazdu na Zachodnie Wybrzeże USA.Ekipa nasza składała się z 8-osób, oprócz mnie i Zbyszka moja żona z najmłodszym synem i grupa przyjaciół,którzy mieli nas supportować  samochodem w trakcie biegu ( obowiązkowy wymóg regulaminowy).Podczas 10-dniowej aklimatyzacji pokonaliśmy samochodem prawie 6000 mil zwiedzając przepiękne Parki Narodowe m.in.Yellowstone, Yosmite,Crater Lake,Grand Canyon,Sequoia i cuda natury w skalnych parkach Utah (Bryce Canyon,Zion,Archies, Canyonlands) i Monuments Valley.
W końcu “wylądowaliśmy” w Lone Pine- nowym miejscu startu Badwater’a. Od tego roku bieg odbywa się na krawędzi Doliny Śmierci nie dotykając jej dna.
Po raz pierwszy w 30-letniej historii biegu Park Narodowy Doliny Śmierci nie wyraził zgody na przeprowadzenie trasy na chronionym terenie.
Ale żeby nie było za łatwo organizatorzy dołożyli więcej gór: zaraz po starcie wspinaliśmy się na ponad 3000 m.npm (Horseshoe Meadows),na około 100km wdrapywaliśmy się w mroku nocy do bram Miasta Duchów na szczyt Cerro Gordo (ponad 2500 m.npm.) kończąc bieg w dotychczasowym oryginalnym miejscu tj. na Whitney Portal (ponad 2400 m.npm.) u stóp najwyższego kontynentalnego szczytu Stanów Zjednoczonych-Mt. Whitney (prawie 4500m.npm).
Według oceny weteranów,czyli uczestników poprzednich edycji nowa trasa była trudniejsza od oryginalnej, Temperatury były może ciut niższe, bowiem słupek rtęci dochodził tylko do 44 st.C, a nie przekraczał 50-u jak na dnie Doliny,ale suma przewyższeń była zdecydowanie większa (około 5500 m. pod górę i  ok.3800 m. w dół).Tak czy owak mieliśmy być w piekle.
 
Start biegu nastąpił 21.lipca dla mnie i Zbyszka o godzinie 7.00 rano.Zawodnicy startują w trzech grupach po 33 osoby każda:pierwsza o 6-ej,druga o 7-ej, a trzecia o 8-ej,wg klucza od teoretycznie najsłabszej do najmocniejszej. Pierwsze 70 km(1/3) to wspomniany już Horseshoe Meadows tam i z powrotem.Od początku biegło nam się bardzo dobrze,na podbiegu prawie nie przechodziliśmy do marszu- byliśmy w czołówce naszej grupy.Przed szczytem wyprzedziliśmy
ok. 50% zawodników,którzy wystartowali godzinę przed nami.Podczas zbiegu podziwialiśmy -obok nieziemskich widoków- także siłę najlepszych wojowników tego wyścigu,którzy przemykali obok nas niepostrzeżenie.Na punkcie kontrolnym nr 2 zameldowaliśmy się po 8-u godzinach mając 5 godzin zapasu do
ustalonego limitu .Piekielnie grzało,więc zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami zafundowaliśmy sobie godzinną drzemkę i ciepły posiłek, a mianowicie spaghetti.
Jak się okazało był to dla nas punkt zwrotny na tym biegu.Gdy ponownie ruszyliśmy na trasę ,z powrotem biegło nam się lekko i swobodnie,znowu zaczęliśmy wyprzedzać kolejnych biegaczy.Słońce powoli chyliło się ku zachodowi,wydawało się,że wszystko idzie jak z płatka.Nagle ,prawie jednoczasowo dopadły nas niepowściągliwe wymioty-zakupione w barze spaghetti leciało z nas jak przez sito. Ja w swoim dorosłym życiorysie takiego przykrego epizodu nie pamiętam. Bardzo nas to osłabiło,siła zgromadzona na odpoczynku prysła jak bańka mydlana.A wszystko to miało miejsce przed wejściem w drugą górę – Cerro Gordo-przed nami 12 km ostrego,sztywnego podejścia.Myślę, że było to najdłuższe 12 km tego biegu,a w moim przypadku na pewno więcej,gdyż szedłem zygzakiem- organizm przyjął tylko parę łyków wody.Usytuowane blisko szczytu Miasto Duchów (Ghost Town) majaczyło przede mną szczególnie groźnie.
Na szczęście kryzysy mają to do siebie,że przychodzą i odchodzą.Trzeba tylko cierpliwie czekać aż odejdzie.U nas odszedł podczas zejścia.
Ponownie przeszliśmy do biegu i powoli odrabialiśmy stracony czas.Jednak nasze żołądki nadal nie przyjmowały ani odżywek,ani innych pokarmów-od tej pory do zakończenia biegu pochłaniałem jedynie porcję coli średnio co 2 km.Świt zastał nas na Panamint Pass, gdzie zlokalizowany był punkt kontrolny nr 6-140 km.
Ponownie mieliśmy duży zapas-ok.6 godzin do ustalonego limitu.Teraz nawrót i ponad 50 km zmagania z niekończącą się prostą drogi nr 190 przebiegającej przez tereny pustyni Mojave z wyschniętym jeziorem Owena.Ponad 40 st.C,ani grama cienia,okresowo podmuchy parzącego wiatru niosące z sobą ziarna piasku,wciskające się w każdy zakamarek ludzkiego ciała.Zmęczenie narasta,ale do mety coraz bliżej.Już ponad 2/3 trasy za nami.Nasi supporterzy są wspaniali-obecnie na zmianie jest żona z synem i amerykańskim przyjacielem-Bernardem.Co 2 km nowa porcja lodu,woda do przepłukania ust i mrożona cola.
A co najważniejsze mocno “zagrzewają” nas do dalszej walki. I w takiej bardzo monotonnej i gorącej scenerii mija drugi już dzień tego kultowego biegu.
Około godziny 19-ej ponownie docieramy do Lone Pine-mija 36 godzina od startu-jesteśmy na 195 km,do mety pozostało 22-tylko półmaraton,ale cały czas pod górę-na szczęście słońce zaraz schowa się za Mt.Whitney”em. Ponieważ nadal utrzymujemy spory zapas czasu przed atakiem szczytowym udajemy się na drugi dłuższy odpoczynek-śpimy 2 godziny i już w ciemnościach rozpoczynamy ostateczną batalię.Znowu czujemy moc -idziemy jak nakręceni,ponownie zaczynamy wyprzedzać bardzo zmęczonych kolegów.Nie zatrzymujemy się ani na moment.Po 4-ch godzinach osiągamy Whitney Portal i razem ze Zbysiem o 2-ej nad ranem osiągamy upragniony cel-jesteśmy na mecie Badwater’a. Po prawie 43-godzinach walki odczuwamy w końcu słodki smak zwycięstwa.
Teraz chwila dla fotoreporterów ,uścisk dłoni szefa biegu-otrzymujemy pamiątkowe koszulki finisherów oraz klamry z logo Badwater’a..Nad nami powiewa polska flaga-jesteśmy dumni,że jesteśmy Polakami.
Przed nami jako pierwszy Polak bieg ukończył Leszek Rzeszótko z Bielska-Białej w 2012 roku.
Bieg ukończyło 83 z 97 startujących zawodników, w tym 18 z 19-u kobiet,Zbyszka sklasyfikowano na 62.,mnie na 63.miejscu.
Wygrał Amerykanin Harvey Lewis z czasem 23 godz.52 min., a wśród kobiet jego rodaczka Alyson Venti z czasem 28 godz.37 min.( 8.miejsce open).
Szczególne uznanie i wielkie ukłony dla naszego kolegi Darka Strychalskiego,który odniósł chyba największe zwycięstwo. Jako osoba niepełnosprawna ruchowo (niedowład połowiczy prawostronny) ukończył bieg na 73.miejscu z czasem 45 godz.11 min. Mijaliśmy się z Darkiem wielokrotnie w czasie biegu,wiemy,że też miał duże kryzysy,ale był tak pozytywnie zmotywowany,że musiał osiągnąć ten Sukces.
CHAPEAU BAS !!!
 
Atmosfera w czasie biegu wspaniała. Zawodnicy bardzo się szanowali i pomagali wzajemnie,także nieocenione ekipy supportujące,pomagające nie tylko swoim.
Reasumując Badwater 135 to bardzo ciężki bieg,ale wg Zbyszka i mnie- nie najcięższy na świecie.
Uważamy,że najtrudniejszy jest Spartathlon,gdzie obowiązują bardzo wymagające restrykcje czasowe od początku do końca  tego historycznego biegu.
Na drugim miejscu umieściłbym himalajski La Ultra The High, a Badwater’a na najniższym stopniu podium.
Podając za portalem ultrmarathonrunning.com najsłynniejsze biegi ultra na świecie to:
1 /Spartathlon
2/ Ultra Trail Du Mont Blanc
3/ Marathon Des Sables
4/ Comrades Marathon
5/ Western States Endurance Run
6/ Badwater
W takiej kolejności udało mi się je pokonać  w latach 2008-2014,myślę, że jako pierwszemu Polakowi.
Przede mną stawiam Zbysia Malinowskiego,który Spartathlon ukończył 10 razy (rok po roku) jako pierwszy na świecie, a z wyżej wymienionych nie zaliczył tylko Western States’a, bowiem w przeciwieństwie do mnie nie miał szczęścia w losowaniu.
Ponadto razem ukończyliśmy chyba najtrudniejszy bieg w Azji: La Ultra The High-222 km w Himalajach między 3500 a 5500 npm w 2013 roku, a mnie było dane ukończyć jeden z najtrudniejszych biegów w Ameryce Południowej, wzorowany na Badwaterze- Brazil 135 (też 217 km.też bardzo gorąco i też niemałe góry)-jako pierwszy Polak,również w 2013r.
Dariusz Jacek Łabudzki
Posted in Relacje | Tagged , , , , | Leave a comment

Ice Trail Tarentaise – najwyżej rozgrywany ultra trail w Europie


Ice Trail Tarentaise (w skrócie ITT) należy do kategorii biegów Sky Race.
Rozgrywany był 13 lipca tego roku w dolinie góry Izery.
Start i meta znajdowały się w Val d’Isere popularnej miejscowości narciarskiej położonej na 1750 m n.p.m.
Przebiegająca tędy szosa 902 biegnie aż po same podnóża Mont Blanc.
Bieg ma 65km długości i aż 5000 m różnicy przewyższeń, z najwyższym punktem biegu 3589 m n.p.m. na lodowcu Grand Motte.
Średnia wysokość biegu to powyżej 2500 m n.p.m.

Dla jego niesamowitego położenia postanowiłem zapisać się na ten bieg.

Do Val d’Isere ruszyliśmy z żoną i córką prosto z wakacji nad morzem w Ligurii dzień przed biegiem, także o aklimatyzacji nie było mowy. Po przejechaniu Turynu i Susy zaczęliśmy się wspinać na granicę włosko-francuską na Col du Mont Cenis położoną na 2083m n.p.m. Dopiero tutaj zobaczyliśmy co nas może czekać na miejscu: surowe widoki Alp, o 20 stopni zimniej, często zmieniająca się pogoda – od pełnego słońca po zlewne deszcze.

10km przed Val d’Isere dotarliśmy do najwyżej położonej w Europie, przejezdnej cały rok, przełęczy Col d’Iseran (2770m n.p.m.) Tam też znajdował się ostatni punkt kontrolno-żywieniowy na 10km przed metą. Droga którą wiodła trasa biegu pokryta była śniegiem.
Po odebraniu pakietu startowego w biurze zawodów w centrum miejscowości, obowiązkowy briefing. I miła niespodzianka: pomimo że 90% z 320 zawodników to byli Francuzi, wszystkie informacje były tłumaczone też na język angielski. W ogóle cała organizacja biegu była bardzo profesjonalna, tak jak na biegach w ramach UTM.

Start przewidziano na 04:00 w centrum miejscowości. Pogoda nas nie rozpieszczała – padał rzęsisty deszcz, było ciemno i tylko 6 stopni powyżej zera. Na dodatek na starcie zorientowałem się że jeden z moich kijków jest uszkodzony. Przed samym biegiem organizatorzy przeprowadzili wyrywkową kontrolę obowiązkowego sprzętu. Ja pożegnałem się z Jolą i Kasią, które dzielnie mi sekundowały.
Wreszcie rząd czołówek rusza w strugach deszczu ulicami miasta. Szybko jednak wbiegamy w wąskie szlaki by w błocie wspiąć się na przełęcz na 2200 m w drodze do Tignes. Tam w kolejnej stacji narciarskiej zastanie mnie świt.
Od tego momentu zacznie się mozolna wspinaczka na 18 kilometr i najwyższy punkt biegu: lodowiec Grande Motte – 3589 m n.p.m. W międzyczasie pojawia się słońce, okolica robi się coraz bardziej dzika, aż w końcu pojawia się śnieg. Tu zakładamy ciepłe ciuchy i nakładki na buty zgodnie z obowiązkowym wymogiem organizatora i głównego sponsora imprezy firmy Yaxtrax. Moje nakładki kupione w Polsce, jedne z droższych, co chwila mi spadają, kijek się samoistnie zamyka co wystawia moją psyche na próbę.
Wpadam na 15km. Na wysokości 3000 m jest pierwszy punkt żywieniowy i dolna stacja kolejki narciarskiej. Ja patrzę, a tu ekipa w środku lata beztrosko zjeżdża na nartach.
Po zaatakowaniu bokiem nartostrady, zaczynamy wspinać się na 18 kilometr. Cześć zawodników już wraca tędy w dół. Jedni biegnąc w śniegu inni zjeżdżając na plecakach. W końcu pojawia się szczyt, gdzie znajduje się kolejny pomiar elektroniczny, tak że moja rodzinka widzi gdzie akurat jestem. Potem 1 km pętla – odcinek specjalny w kopnym śniegu (to pod te nakładki). Świeci słońce, widoki są powalające.
Czas wracać na dół. Wiedząc, że ze spadającymi nakładkami i o jednym kiju będzie mi trudno zrobić bieg, postanowiłem oszczędzać nogi. Z worka foliowego i zapasowej części garderoby zrobiłem tak zwany ‘dupolot’ i z szybkością przekraczająca prędkość niektórych narciarzy, zacząłem szaleńczo zjeżdżać na dół. Droga do stacji na 3000m upłynęła mi szybko. Na 22km opuściłem strefę śniegu.

Przy zmiennej pogodzie wbiegłem do parku narodowego de La Vanoise. Klimaty z ubiegłorocznego TDS-a wróciły. Uwielbiam widoki dzikich Alp, które nawet powyżej 2500m potrafią być dalej zielone. Trasa była trudna: czasem trawersy, ale częściej góra-dół, wszędzie błoto, kamienie i rzeczki (oczywiście bez mostków).
Brak kijka dał o sobie znać. Na 40km na punkcie kontrolnym w Refuge du Fond des Fours wbiegłem na 15 minut przed zamknięciem limitu. Żarty się skończyły, a zaczął się bieg po limicie. Nie można było sobie pozwolić na żaden odpoczynek, a przede mną kolejne wejście na ponad 3000 m. Teraz jedyne 3 km szosą numer 902 i do punktu w restauracji La Cascade na 47 km (2800m n.p.m.) przybiegam na 8 minut przed zamknięciem.
Kolejna wspinaczka na drugą wisienkę na torcie, czyli lodowiec Aiguille Pers na 3294 m. Tu łamie mi się mój drugi kij Black Diamond. Wysłużył swoje. Zastanawiam się co robić? Hmm… Pozostaje mocniej napiąć pośladki.
Biegi ultra mają swoje tajemnice. Jedną z nich jest motywacja. Ten bieg poświęciłem swojej córce Kasi. Czeka tam na mnie ufając, że tatusiowi się uda. Tata ma być dla niej przykładem - prędzej padnę na twarz bez życia niż się poddam. Na szczęście nie ma tu dużo śniegu, są ordynarne kamole i piargi.
Na ostatni punkt kontrolny na Col d’Iseran wbiegam 12 minut przed zamknięciem. Jeszcze 10 km do mety. Razem z grupą kilkunastu osób uzupełniamy zapasy. Jest piękna pogoda i biegnie z nami jeden z organizatorów. Wygląda jak brat skoczka Thomasa Morgensterna, mówi po angielsku i jest przemiły. W jego obecności miną mi niełatwe ostatnie kilometry. Najpierw w śniegu w pionie 300 m, potem 200 m do tunelu i zbiegi off-roadem śniegowo-błotnym. Potem tak zwane chopki i na końcu szaleńczy zbieg 900 m w pionie w dół do mety. Czwórki płaczą.
Na 13 minut przed zamknięciem limitu spokojnym leszczem wbiegamy grupą na metę. 30% zawodników to się niestety nie uda. Za metą Jola z Kasią i upragniona koszulka z napisem FINISHER.
Jako pierwszy Polak kończę najwyższy ultra trail w Europie.

 

Posted in Relacje | Tagged , , , , | Leave a comment

Kamil Leśniak: „Trasa UTMB jest prosta, przyjemna i przepiękna”


Ultra Trail du Mont Blanc (UTMB) to jeden z najbardziej prestiżowych biegów ultra na świecie. Dystans 168 km, przewyższenia 9500 metrów i piękne, naprawdę piękne szlaki – to powody, dla których co roku w sierpniu tysiące zawodników przybywają do Chamonix u podnóża Mont Blanc. Kamil Leśniak jest jednym z tych, którzy zamarzyli o starcie w tegorocznej edycji. Zawodnik inov-8 team już od miesiąca jest w Alpach, poznaje trasę, planuje taktykę. Wszystko po to, by stać się najlepszym Polakiem w historii, który ukończył ten wyścig.


Najszybszym na trasie UTMB jest jak dotąd zwycięzca z 2013 roku – Francuz Xavier Thevenard. Jego wynik wynosi 20 godzin, 34 minuty i 57 sekund. Xavier poprawił wcześniejszy rekord – należący do Kiliana Jorneta (którego nie trzeba przedstawiać) o 2 minuty. Najlepszy czas zawodnika spod biało-czerwonej “bandery” to 28 godzin, 3 minuty i 43 sekundy. Uzyskał go w 2013 roku Oskar Zimny, co dało mu 65. miejsce. Najbliżej wejścia do ścisłej elity był Piotr Hercog, który 2012 r. zajął 15. miejsce, ale na niepełnej trasie (skrócono ją z powodu warunków pogodowych do 115 km). Najwyższą lokatę na pełnej, 168-kilometrowej trasie osiągnął Krzysztof Dołęgowski (inov-8 team), który zajął 30. miejsce w 2011 r. Kamilowi marzy się „złamanie” 24 godzin, co zapewni znalezienie się na czele tej listy.


Kamil, choć ma dopiero 21 lat, porządnie zasmakował już biegania w górach, nieraz kończąc zawody w czołówce w Polsce i za granicą. Jego ostatni sukces to trzecie miejsce w Biegu Rzeźnika, w którym startował wspólnie ze wspomnianym Krzyśkiem Dołęgowskim (ich wynik – 8:32:53). W lutym dotarł na metę The North Face Thailand 100 na drugim miejscu.

Jego plan na UTMB, który zrodził się przed wspomnianym startem w Tajlandii, od początku zakładał przygotowanie do startu w Alpach. – Analizując moje mocne i słabe strony, stwierdziłem, że kluczem do sukcesu może być poznanie trasy. Taktycznie mądre rozegranie biegu w połączeniu z dobrym przygotowaniem fizycznym i znajomością tamtejszych szlaków, musi poskutkować osiągnięciem celu – twierdzi Kamil.
Z końcem czerwca, w dniu swoich 21. urodzin Kamil kupił samochód. Następnego dnia zrobił ogromne zakupy w spożywczym, objechał znajomych, aby pożyczyć jak najwięcej potrzebnych rzeczy. Spakował wszystko, co uważał za niezbędne i w drogę! Do Francji pojechał z dziewczyną – Olą i jej koleżanką – Patrycją. – Nie mieliśmy pojęcia, co na nas tutaj czeka. Już sama tak długa podróż samochodem była dla mnie sporym wyzwaniem, bo mimo że prawo jazdy mam od dwóch lat, raczej unikam prowadzenia auta. Tymczasem do przejechania było ponad 1500 km. I to samochodem, co do którego… Cóż, nie miałem pewności, że jest w stanie przebyć taką trasę… – opowiada Kamil. – Plan zakładał spanie w namiocie. Optymistyczna wersja miała być taka, że dziewczyny znajdą pracę i wynajmiemy mały pokój. Jak się okazało, było to tylko marzenie. Pracy nie było i po 2 tygodniach zostaliśmy tylko we dwójkę – Patrycja wróciła do Polski.


Życie pod Mont Blanc jest bardzo drogie. Dla studenta wręcz horrendalnie drogie. Kamil i Ola szukają więc najtańszych rozwiązań. Mieszkają na campingach bez dostępu do prądu, wi-fi, a często też ciepłej wody. Zamienili wygodne łóżko, czysty prysznic i obiad mamusi na materac w namiocie, lodowatą wodę z miski oraz konserwę tyrolską lub mielonkę krakowską. – Staramy się jak możemy, żeby posiłki były jak najbogatsze, bo przecież mocno trenuję i nie mogę zapominać o odżywianiu. Jednak finansowo nie możemy sobie pozwolić na pewne produkty. Druga opcja: „kup więcej, zapłać mniej” też odpada. Jesteśmy tylko we dwójkę, bez lodówki. Zmienna pogoda bardzo niekorzystnie wpływa na jedzenie. W nocy mróz lub wilgoć, rano potworny skwar – mówi. – Czasem camping to tylko miejsce gdzie można rozbić sobie namiot. W takich momentach wczuwaliśmy się trochę w Beara Gryllsa. Lodowata woda z rzeki, miska 30 x 30 cm i akrobacje cyrkowe po to, żeby zmyć z siebie błoto i pot – zdradza uroki swojej wyprawy Kamil.
Pierwsze dwa tygodnie spędzili w Chamonix, na campingu oddalonym o 4 km od centrum miasta. – Byłem przekonany, że bardzo dużo spraw było zaplanowanych przez wyjazdem. Jednak z czasem, gdy okres mieszkania pod namiotem się wydłuża, zaskakują nas nowe rzeczy. Zwykłe wyjście do miasta na zakupy było dla nas niespodzianką. Nikt z nas nie pomyślał, że w sklepach spożywczych mają sjestę! I to 2,5-godzinną. We Włoszech, gdzie jesteśmy od kilku dni jest jeszcze gorzej. W czasie sjesty pozamykane jest dosłownie wszystko! Co nas jeszcze zaskoczyło? To, że we Francji na każdym kroku piją wino, do obiadu, do kolacji. Codziennie – opowiada Kamil.
Będąc w Chamonix Kamil skupił się głównie na szlakach, gdzie będzie odbywać się UTMB. To właśnie tam robił większość treningów. Pierwsze wyjścia w góry były ciężkie z powodu kiepskiej pogody. W połowie lipca Kamil i Ola wyruszyli na „wycieczkę” wokół Mont Blanc. Niestety okazało się, że nie było możliwe przemieszczanie się samochodem na poszczególne etapy i wracanie do miasta. Problemem była sieć komunikacyjna. Nie istnieje żadna droga, która wiedzie ciągiem wzdłuż tej trasy. – Wiedziałem, że tak jest, ale nie spodziewałem się, że drogi dojazdowe do tych odcinków, które chciałem przebiec będą tak bardzo odległe od siebie. Przykładem jest trasa: Cotamines-Champieux. Szlakiem to ok. 20 km, a samochodem ok. 70! W efekcie spala się bardzo dużo paliwa na taki odcinek, a dojazd do stacji z obsługą gazu jest po prostu nieopłacalny. Do zwykłej stacji paliw też czasem jest kłopot dojechać. Zresztą to, że znajdziemy stację, nie oznacza, że zatankujemy, bo… nie jesteśmy posiadaczami karty kredytowej, albo maszyna połyka nam pieniądze i oddać nie chce – opisuje Kamil. – Dodam jeszcze, że tutejsze kręte drogi górskie są na tyle niebezpieczne, że ja – raczej niebędący fanem kierownicy – mam zapewnioną bezpłatną dodatkową porcję adrenaliny.
Choć Kamil jeszcze nie przemierzył całej trasy, ma już spore rozeznanie. Jak twierdzi trasa UTMB jest prosta, przyjemna i przepiękna. Biorąc pod uwagę, że zawody są rozgrywane na szlaku TMB – Trial Mont Blanc, co za tym idzie, rzesze wycieczek zagranicznych, kolonii młodzieżowych i innych chętnych łyknięcia górskiego piękna przemierza ten szlak, można uwierzyć, że trasa nie jest bardzo wymagająca technicznie. Zatem trudność zawodów polega nie tyle na trudności szlaków, a na dystansie, jaki jest do pokonania w 24 godziny. – Odcinek 20 km, który „wciągam” jednym tchem na treningu, może być gwoździem do trumny w czasie zawodów, bo okazuje się, że jest to 90. kilometr wyścigu i nogi odmawiają kolejnego klepania w dół. Właśnie klepania! Jest tutaj mnóstwo odcinków, które zaliczam do kategorii ,,musisz biec”. Właśnie takie – biegowe odcinki – będę chciał na zawodach wykorzystać – zapowiada Kamil.
Po poniedziałkowym 50-kilometrowym treningu we Włoszech (najdłuższym, jaki był w planie na okres przygotowań), Kamil i Ola wyruszyli do Szwajcarii. – Chciałbym przebiec całą trasę UTMB jeszcze w tym tygodniu – mówi. Potem wraca do Polski, by 9 sierpnia wystartować w Chudym Wawrzyńcu, ultramaratonie w Beskidzie Żywieckim, uzupełnić zapasy żywieniowe, zabrać rzeczy, które będą potrzebne na przeżycie kolejnych tygodni do startu. – Na pewno są to odżywki! Witamina C, która dotąd była jedynym suplementem już nie wystarcza… – mówi Kamil.
Mimo braku stałego łącza internetowego, Kamil stara się regularnie pisać o swoich przygotowaniach na profilu Kamil Leśniak – fanpage.

Kamil Leśniak – 21-letni biegacz ultra z Torunia. Trzeci zawodnik tegorocznego Biegu Rzeźnika, drugie miejsce w The North Face 100 Thailand 2014, również drugi w Podziemnym Biegu Sztafetowym w Bochni w 2012 i 2013 roku. Tuż za podium podczas ubiegłorocznej edycji Biegu 7 Dolin (100 km).

UTMB (Ultra Trail du Mont Blanc ) – jeden z najbardziej prestiżowych biegów ultra na świecie. Trasa liczy 168 km, przewyższenia wynoszą ponad 9500 metrów. Bieg nie jest otwarty dla wszystkich. Limit uczestników wynosi 2300 zawodników. Aby wystartować w UTMB trzeba zebrać 7 punktów w minimum trzech biegach kwalifikujących w ciągu dwóch sezonów. Imprezy „punktowane” są opublikowane na specjalnej liście. Są wśród nich np. Bieg Rzeźnika, który daje 2 punkty czy Bieg 7 Dolin – 3 punkty. Start tegorocznej edycji odbędzie się 29 sierpnia. W tym samym czasie odbywają się także cztery inne biegi: TDS (Sur les Traces des Ducs de Savoie) – 119 km, 7260 m przewyższeń; CCC (Courrmayeur-Champex-Chamonix) – 101 km, 6100 m przewyższeń; OCC (Orsières-Champex-Chamonix) – 53 km, 3300 m przewyższeń; PTL (La Petite à Léon) – bieg drużynowy na dystansie 300 km, 25 000 m przewyższeń.

Tekst: Justyna Grzywaczewska
Zdjęcia: Kamil Leśniak,
Piotr Dymus,
Krzysztof Dołęgowski

Posted in Artykuły | Tagged , , , | Leave a comment

ULTRA Zegarek

Bieganie to niby najprostszy ze sportów bo wystarczy nałożyć buty i pognać przed siebie w siną dal, bądź ku zachodowi słońca… Z tym, że nie do końca. Jak się człowiek zacznie wgłębiać w to jakie buty ( z torszyn, ermaks, protekszyn i innymi systemami), jakie skarpety ( ze srebrem, z dodatkową amortyzacją, z wełny merynosów), itp. to zanim wyjdzie z domu ma na sobie równowartość niezłego rocznika Cinquecento i to kto wie czy nie ze sportowym tłumikiem.
Tak czy siak każdy w końcu dochodzi do wniosku, że potrzebny mu jest (i to bez dwóch zdań – inaczej nie da się biec) zegarek z dźipiesem. Zegarek ów ma wiele absolutnie niezbędnych funkcji jak: średnie tempo i prędkość ( żeby wiedzieć czy się biegnie szybko czy nie), dystans ( żeby wiedzieć, że się biegnie daleko), przewyższenie ( żeby zrozumieć, czemu 30km bieg dał nam tak bardzo w dupę) i na koniec czas (żeby wiedzieć która jest godzina bo trzeba wracać do domu lub że biegamy długo). Najnowsze zdobycze haj tek oferują również moc innych superwłaściwości typu barometr, kompas, blutuf, miernik mocy, kadencji, basenów a na dodatek może się skontaktować z ajfonem i od razu każdy jeden kilometr umieścić na fejsbuku nastukując liczbę lajków wprost propocjonalnie do dystansu.

 

Jeśli więc już podobnie do mnie ktoś zdecyduje, że bieganie bez gpsa to jak curling po asfalcie stanie przed następującym algorytmem wyborów:

 

  1. Mam kasę?- trzeba się liczyć z wydaniem między 700 a 2500 złotych pieniędzy.

Mówię tutaj tylko o zegarkach mających jako takie zastosowanie w dystansach powyżej maratonu – czyli z baterią pozwalającą na ok 10 godzin użytkowania. W przypadku braku kasy lub jej ograniczonej ilości wybór jest prosty – wydajemy tyle ile mamy na to, co w danym budżecie jest najlepsze. Jeżeli kasiora to no problemo powstaje dylemat numero due:

  1. Estetyka czy pragmatyka?

W sensie, że albo coś już nam się podoba i zastanawiamy się czy toto się nada albo zastanawiamy się najpierw co się nada a imydż to sprawa drugorzędna. W obu przypadkach jednak należy się zastanowić co rzeczywiście jest nam potrzebne a ile z funkcji to jeno wodotryski.
Ponieważ moje doświadczenie jest średnio średnie to co wyodrębniłem należy traktować jako mocno subiektywną sprawę i modyfikować do woli ale z mojej perspektywy ultra zegarek powinien mieć:
- długi czas działania – co najmniej 15 godzin – są „setki”, które spokojnie tyle zajmują, a setki właśnie (lub około) to dystanse w których najczęściej biorę udział.
- sczytywanie (i nie mylić, ze szczytowaniem bo to by było raczej nie możliwe), co 1 sekundę – no bo jak już mieć tracka z zabawy to takiego co jest dokładny. Jasne, że można i co minutę ale wtedy zakręty wychodzą prosto i często są przekłamania na dystansie
- tempo chwilowe i średnie – bo lubię planować i wiedzieć czy plan realizuję
- wysokość – to ważne kiedy się biega z mapą
- przewyższenie – bo się lubię jarać po drodze że „oooo… ale mam ciężko i oooo… ale jestem super”
- czas – bo Panie w przedszkolu nie rozumieją mojej pasji i nie czekają aż „zrobię akcent”
- podświetlenie tarczy – bo nie jestem kotem
- możliwość wgrania zaplanowanej trasy – zwłaszcza jak biegam na Słowacji czy w Czechach i się gubię
- możliwość zgrania tracka i oprogramowania do analizy – żeby się jeszcze bardziej jarać już w domu i lansować na fejsie
- wodoodporność – bo czasami deszcz nie wie że mam trening i też ma
- wygodny pasek – żeby nie męczyć
- sensowną wagę – jw.
- cenę w granicach ludzkiego rozsądku- czyli biorącą pod uwagę średnie wynagrodzenie na wschód od Odry

Inne rzeczy nie są mi potrzebne i na przestrzeni lat zauważyłem, że nawet nie wiedziałem, że zegarki przeze mnie używane te inne rzeczy mają.

Kiedy więc już wyodrębni się potrzebne funkcje przy pierwszej analizie (oczywiście mówimy o sytuacji
„pragmatyka przede wszystkim” dostępnych na rynku urządzeń dźipies dochodzimy do tak samo spektakularnego wniosku jak nasi koledzy ze Słowacji, Czech i Węgier gdzie tego typu sprzęt jest najpopularniejszy - czyli, że najodpowiedniejszym urządzeniem są turystyczne urządzenia „do ręki” a nie „na rękę”.

 

 

 

 

Po pierwsze dlatego, że baterie np. etrex 30 trzyma 24 godziny a potem w trakcie, nie tracąc zapisu można je zmieniać i w zależności od pojemności plecaka i ilości baterii obiec nawet cały świat.
Po drugie dlatego, że mają o wiele większy ekran i widać na nim mapę.
Po trzecie dlatego, że można właśnie wgrać do nich mapę i powiększać i obracać i w ogóle sensownie korzystać. Po czwarte dlatego, że posiadają wszystkie wodotryski zegarka, po piąte, że są dokładniejsze, po szóste, że mają nawet wbudowane aparaty foto więc można pykać i się lansić, po siódme wreszcie, że można ich używać również w samochodzie, którym dojeżdżamy na ukochane zawody.
Wada to oczywiście fakt trzymania czegoś w łapie i to cięższego niż zegarek.
I ona właśnie może przeważyć a wtedy pozostaje nam grzebać w zegarkach.

PSEUDO ANALIZA

Idąc tą drogą postanowiłem, korzystając z możliwości ponad tygodniowego użytkowania Suunto Ambit 2 porównać go z posiadanym przeze mnie Garminem 310XT.

Po co?
Bo przed kupieniem Garmina miałem taki sam dylemat. Miałem kasę na Suunto ale ponieważ kosztował małą fortunkę troszkę się rozejrzałem i zastanowiłem.
Tu znowu muszę zaznaczyć, że to subiektywna rozkmina bo informacja o porównaniu obu wznieciła niemały rwetes na FB ale moim zdaniem bez powodu. Całe to porównanie nie ma na celu pokazania co jest lepsze a co gorsze a jedynie zwrócenie uwagi na parę szczegółów mogących pomóc podjąć decyzję w wyborze zegarka stricte do ultra.
Funkcje tri/adventure/social media itp. nie były brane pod uwagę.

Nie starałem się też stworzyć mega testu na wzór znanego wszystkim DC Rainmakera. Jeśli kogoś interesuje naprawdę fachowa i dogłębna analiza obu urządzeń i kuma po angielsku – zapraszam na www.dcrainmaker.com. Nie będę tu opisywał zegarków, bo wszyscy je znają lub mogą znaleźć u pana gugla a jedynie podzielę się paroma spostrzeżeniami:

  1. WYGLĄD

Tu nie ma wątpliwości – kolesie z Suunto wiedzą co robią bo wysmażyli zegarek, który już samym wyglądem wrzeszczy „jestem twardym twardzielem – najtwardszym”. Nosiłem go do pracy przez cały czas testów i każdy kogo spotkałem go zauważył.  Przy Ambicie – Garmin wygląda jak najnowszy hit odpustu więc do pracy go nie noszę. Poza tym 310Xt nie ma trybu tylko zegarka więc bateria schnie jak dowcip Strassburgera.

  1. BATERIA – Suunto przechwala się 50-cio godzinnym trybem ale to wynik uzyskany w trybie śledzenia co 1 minutę. Nie jest to pomiar dokładny i wg wielu opinii sporo rzeczy przekłamuje więc to sobie odpuściłem. Przy pomiarze co 1 sekundę trzyma ok 15 h.
    Tu Garmin go bije bo spokojnie daje radę 20 – sprawdzone w paru już wypadach.
  2. EKRAN – Suunto jest bardzo ładny i czytelny. Cyfry są duże i wyraźne, podświetlenie też. Garmin może ustawić tych ekranów 4 a na nich pokazywać 4 pola danych jednocześnie. Przy 4 jest trochę gęsto ale daje radę. Tu Suunto zwycięża czytelnością ale Garmin może pokazac 16 różnych pól (nie wiem kto tego potrzebuje).
  3. DOKŁADNOŚĆ – mimo wielu głosów mówiących o różnych generacjach modułu GPS w obu zegarkach – nie zauważyłem różnicy. Na dystansie 12 km róznica wyniosła 1,5 m więc nie ma dramatu. Ciężko powiedzieć, który był „zły” ale przy gps taka tolerancja jest dopuszczalna.
  4. WAGA – to mnie nieco zdziwiło. Kiedy ruszałem na trening z oboma zegarkami wyraźnie było czuć różnicę w wadze na niekorzyść Ambita. Ale podczas biegu z samym Ambitem to nie przeszkadzało.
  5. OPROGRAMOWANIE– wielu ludzi narzeka na Garmin Connect – teraz jest odświeżona wersja i wg mnie jest ok. Inna sprawa, że ja osobiście tego nie używam czy to do planowania treningów czy do analizy jakiejś szczegółowej. Czasami przydaje się kiedy opracowuję trasę i chcę ją potem udostępnić. Instalacja łatwa, łączenie (310XT ma bezprzewodowe) na początku szwankowało, teraz po updejtach i upgrejdach działa. Niestety, choć chciałem se walnąć na fejsa mój movescount score ( założyłem konto i w ogóle) nie dałem rady ogarnąć transferu danych. Jestę debilę. Wiadomo jednak, że to działa i to dobrze więc to na pewno moja wina.

WNIOSKI?

No moja decyzja już jest znana. Poprzednim moim gpsem była 305 a jej największym mankamentem czas używania. Maksymalnie udało mi się wyciągnąć 13:35 i padł.Szukałem więc urządzenia, które przede wszystkim ma długi czas działania.
Nie tylko ze względu na moje autozadowolenie i podjarkę ale również ponieważ używam GPS np. do ustalania tras zawodów – a te bywają długie.
Gugul wypluł Ambita, Feniksa i właśnie 310.
I szczerze mówiąc przekonałem już nawet małżonkę, że nasze gospodarstwo domowe zyska niebywale na zakupie Ambita. Oficjalna cena podchodziła pod 2,5 klocka ale wyhaczyłem na necie za 1700. LUZPotem jednak śmigając po necie tu i tam napatoczyłem się na parę niepochlebnych opinii a zarazem całkiem pozytywnych na temat 310. 20 godzin!!! To mnie kupiło. Cena oficjalna oscylowała w granicach 900 PLN i było to dużo znośniejsze niż AMBIT. Dodatkowo okazało się że dzięki wtyczce w US of A, mogę mieć 310 za uwaga 450PLN !!!!!!!!! Nie było więc dyskusji.Czy jestem zadowolony? Tak, bardzo.
Garmin jest bardzo praktyczny, szybko startuje, jest dokładny i robi co ma robić. Czy chciałbym mieć Ambita? TAK bo jest mega zajebisty z wyglądu i dodaje mi +500 pkt twardości.
Czy jednak jest bardziej przydatny w tym do czego bym go używał ? Nie.

To przypomina trochę sytuację zakupu samochodu, który ma służyć tylko do wożenia dziecka do przedszkola oddalonego 3km. Można to zrobić wygodnym dużym np. Foresterem ale też można Land Cruiserem. Wiadomo, że ten drugi jest bardziej dopasiony, bezpieczny, dzielny w terenie i ma milion funkcji z masażem gluteus maximus włącznie. Ale czy to pomaga w drodze do przedszkola?

Posted in Porady, Sprzęt | Tagged , , , , , , , | 4 Comments

Race to the Stones 100km

Po raz pierwszy dowiedziałem się o tym biegu ponad rok temu i praktycznie stał się on dla mnie priorytetem. Miał to być mój pierwszy start na dystansie 100 km, ale nie wytrzymałem i niecałe 2 miesiące wcześniej ukończyłem pierwszą setkę. Nie znaczyło to, że straciłem z oczu bieg, który był czymś więcej niż tylko 100 km wyścigiem. Oprócz biegania interesuje się bardzo pewnymi rozdziałami historii, tak więc połączenie to było dla mnie podwójną radością ze startu. - ze względu na trasę biegu, która liczy sobie na odcinkach prawie 5000 lat.


Start odbył się w miejscowości Chinnor, a z kolei meta usytułowana była w Avebury, a ostatnie kilometry przebiegały przez jedne z najstarszych monolitów kamiennych. Przez całe 100 km można poczuć cześć niesamowitej tajemniczej historii, odcinki dróg wapiennych, po drodze Biały Koń z Uffington. Krótki odcinek trasy prowadził przez cmentarzysko celtyckie, usytułowane przy starym kościele. Wcześniej zapoznałem się z tym, co mnie czeka po drodze i aby pobudzić jeszcze bardziej wyobraźnie przygotowałem sobie ponad 7 godzin celtyckiej muzyki do słuchania na drogę. Trasa trasą, ale to jest ultramaraton - wyzwanie przez najbliższe kilka godzin. Cześć zawodników pokonywała trasę 100 km w jeden dzień, inni dzielili na 2 dni - po 50 km na każdy. Była też spora liczba osób z kijkami. Razem na starcie ponad 1500 zawodników.
Start zaplanowany na godz. 8.10, wcześniej odebrałem numer i chip startowy. Jak na taką liczbę zawodników. wszystko bardzo ładnie i sprawie. Nie oddawałem żadnej żywności na punkty kontrolne, zdałem się na to, co będzie na trasie, zabrałem może z 3 żele i 2 batony, plus wodę oraz niezbędne tabletki przeciwbólowe. Parę dni przed startem rozmawiałem z osobą, która rok wcześniej skończyła ten bieg i zostałem zapewniony, że na trasie jest wszystko, tak wiec do dzieła..


Na zegarku wybiła 8.10, wszyscy zawodnicy ruszyli. Warunki pogodowe angielskie - dzień wcześniej bardzo gorąco, całą noc burze i rano oczywiście zaczęło padać. I tak przez 2 godziny po starcie przemierzaliśmy szlak w deszczu i błocie. Początek szybki, troszkę mnie to zaskoczyło, jednak 100 km to nie maraton. Utrzymywałem tempo około 6 minut na km i tak dobiegłem na pierwszy punkt kontrolny, który mnie lekko rozczarował - oprócz wody nie było nic. Bałem się wyobrazić kolejne, przegryzłem swoim batonikiem i ruszyłem w drogę, kolejny punkt za około 11 km.


Po trasie widać, jak zawodnicy ślizgają się po błocie - źle dobrane obuwie, kilka osób zaliczyło groźne upadki. Podziwiam osoby, które zdecydowały się na bieg w japonkach minimalistycznych albo fivefingers - było kilku takich. Trasa z błota i kamienia, no nie wiem - jakoś nie przemawiało to do mnie, sam założyłem obuwie do biegania w terenie, które nabrało w bieżnik tyle błota, zamiękło, że był z 10 razy cięższe - ogólnie delikatny dyskomfort. Na szczęście deszcz ustał, trasa wiodła przez pastwiska owiec, kierowała się do pięknego lasu.
Sumując, było troszkę podbiegów, ale aby nie tracić siły - podchodziłem. W taki sposób przyszedł 20 km, wyszło słońce, kolejny punkt kontrolny, na którym było już wszystko, co potrzebowałem (dużo kanapek). Zjadłem drugie śniadanie, uzupełniłem wodę, trochę czekolady i Wyruszyłem w drogę. I tak czas leciał, kilometry z nim, tempo ani nie rosło, ani nie spadało. Trasa wychodziła na plac starego kościoła, na którym było cmentarzysko - niesamowity widok, krótki odcinek wzdłuż rzeki i tak kolejny punkt kontrolny. Co się dało - przekąsiłem.


Niestety od 33 - do 39 km miałem już dość biegania, naprawdę to było straszne. Trasa ciężka, same wzgórza i pastwiska z krowami, do tego pogoda, przelotne deszcze. Wziąłem ze sobą kurtkę przeciwdeszczową, tak wiec co jakiś czas jej używałem. Zaczęło się poprawiać po 40 km i tak przez kolejne 8 km do najważniejszego punktu w połowie trasy. Biegło mi się rewelacyjnie, słońce wyszło za chmur, a nawet bardzo przygrzewało, co mi nie przeszkadzało, tylko dodało energii. Buty i ubrania obeschły, dotarłem na 48 km, pomiar czasu, bardzo duży punkt kontrolny, na którym mogłem zjeść spokojnie obiad. Wielką porcje makaronu przepiłem colą. Złapałem oddech odpocząłem. Średnio na poprzednich punktach spędzałem około 15 minut. Byłem zadowolony, miałem dużo siły chciałem skończyć przed zachodem słońca.


Wyruszyłem więc dalej. Po drodze piękne wzgórza, doliny, biegło się bardzo przyjemnie, na całej trasie rozciągnięci biegacze w odstępie kilku metrów. Jednak na niebie pojawiła się bardzo martwiąca mnie wielka czarna chmura i zbliżała się w stronę trasy, słychać było nadciągającą burze. Dość szybko zaczęło znów padać. Założyłem kurtkę przeciwdeszczową, bo widzę, co się szykuje. Nie myliłem się - zaczęło się oberwanie chmury. Była tak wielka ulewa, że drogą płynął nurt deszczówki. Już mi było wszystko jedno - powtarzałem sobie: lubię deszcz. Burza i pioruny - można poczuć, że to prawdziwe ultra z spartańskimi warunkami pogodowymi. Lecz na tym się nie skończyło - doszedł wiatr i gradobicie, kule lodu średnicy 3 cm uderzały z taką siłą, że nie dało się biec, skryliśmy się z kilkoma zawodnikami na dobre kilka minut pod drzewami, aby jak najmniej odczuć skutki gradu.
Tutaj nic innego nie przyszło mi do głowy, jak kawałek w ostatnio przeczytanej książce “Sekret nie tkwi w nogach. lecz w tym, by zmusić się do wyjścia z domu i biegania, kiedy pada deszcz, śnieg i wieje wiatr; kiedy błyskawice rozświetlają mijane drzewa; kiedy śnieżki albo lodowe kamienie trafiają w twoje nogi i bezbronne ciało, powodując że płaczesz”.
Tak to było - to 20-minutowe gradobicie zamiast zniechęcić dodało mi czegoś, czego jeszcze na trasie do biegania nie przeżyłem - strach przed piorunami, kiedy jesteś schowany pod drzewem, endorfiny w głowie, motywacja, aby iść do przodu. I tak postanowiliśmy wyruszyć z kilkoma zawodnikami, kiedy tylko grad ustał. Biegliśmy równym tempem, woda nie przeszkadzała. Kolejny punkt kontrolny - tutaj postawiłem na mocną kawę, byłem już zmęczony, zjadłem kilka batoników z punktu, ale wciąż chciałem dalej biec, aby zakończyć przed zachodem słońca, Niestety zaczęło się wycieńczenie. Od 70 km ciężko szło, trasa sprawiała coraz więcej przeszkód. Zmęczone i obolałe stopy, które oberwały na kamienistych odcinkach. Do 81 km dotarłem już naprawdę wykończony. Dziwne, wszystko tak szybko zmienia się na trasie, że chyba ciało miało już dość.


Na przedostatnim punkcie kontrolnym 89 km robił się już zmrok. Wiedziałem że nie dobiegnę, nie było siły, postanowiłem już nie ryzykować. Bardzo łatwo ze zmęczenia postawić na śliskiej trasie stopę tak, aby narazić się na kontuzję, która mogła by mi nie pozwolić na zakończenie wyścigu. Maszerowałem, zrobiło się ciemno, dołączyłem do innego zawodnika i w wspólnie szliśmy z latarkami czołowymi. To były najdłuższe kilometry, jakie chyba miałem w życiu, było strasznie ciemno, a moje oczy musiały cały czas patrzeć przed nogi. Głębokie koleiny sprawiały, że trzeba było się tylko i wyłącznie skoncentrować na jak bezpieczniejszym położeniu stopy.


Czas się ciągnął okrutnie, kilku zawodników o większej sile wyprzedzało nas, ostatni 2 km to droga wśród gigantycznych kamieni, które jednak mają w sobie coś. Niestety, zobaczyłem je przy świetle latarki. Przed metą nie wypadało iść, tak wiec wbiegłem o ostatnich siłach z czasem 15:47:24, powitali mnie rodzina i znajomi, dziękuję im za wsparcie na mecie. Oto w taki sposób zakończyłem swoją drugą setkę. Teraz po głowie chodzi setka, ale ta mierzona w milach :)

Pozdrawiam
Mariusz
Sieradzbiega.pl
mariorunning.com/blog

Posted in Relacje | Tagged , | Leave a comment

Wietrzna Wienia – recenzja ultralekkiej kurtki Cumulus – WINDY WENDY

 


Wiecie ile to 55 gram? Hmm to mniej więcej 1/3 średniego jabłka, banana, około 2 batoniki nestle fitness czyokoło 2/3 Garmina Forerunner 310xt.To dużo czy mało? Jeśli za punkt odniesienia przyjąć średnio wyrośniętego świerszcza to raczej bardzo dużo, ale w naszym przypadku to naprawdę mało. Zwłaszcza, że nie mówimy tutaj o wadze jakiegoś rzępolącego letnim wieczorem insekta a o kompletnej, pełnowymiarowej i całkowicie funkcjonalnej kurtce do biegania. Mówimy o najnowszym produkcie gdyńskiej marki Cumulus – Windy Wendy – czyli po naszemu o Wietrznej Wieni.

Macherzy z Cumulusa, którzy nawiasem mówiąc na co dzień zajmują się wytwarzaniem zawodowych produktów puchowych napatoczyli się na materiał Pertex Quantum GL, który nie dość, że waży tyle co nic, to jeszcze oddycha i nie przepuszcza wiatru. Długo nie myśleli i wyszła im Wienia.

 

Lekko znaczy dobrze?

 

Cóż jest takiego niesamowitego w w kolejnej wiatrówce kolejnego producenta? No poza wagą, która już wyrywa z butów- fakt, że pertex jest naprawdę cieniutki i delikatny a przez to w ogóle nie czuć, że się go ma na sobie ale co ważniejsze można go zmieścić naprawdę wszędzie. Nagle pytanie brać czy nie brać kurtkę przestaje mieć rację bytu, bo nie ma też znaczenia gdzie się ją zapakuje. Mieści się w dłoni, kieszeni spodni, pasie biegowym itp. Na pierwszy rzut oka – ideał.

 

Sprawdź Wienię w terenie…

 

Kiedy pokazywałem znajomym Wendy – już po pierwszych zachwytach pojawiły się wątpliwości. Bo choć leciutka, drobniutka i cieniutka – to … leciutka, drobniutka i cieniutka. Zalety potencjalnie mogły przerodzić się w wady. Prawie zgodnie stwierdziliśmy, że zaraz się podrze – „ o byle krzak”.

Postanowiłem, że najlepiej będzie jak sprawdzę ją już na poważnie czyli najpierw rozgrzewkowo na Rzeźniku, gdzie robiłem za zająca a potem bitewnie na Andorra Ultra Trail, gdzie robiłem za kozicę. Oba wystarczająco wietrzne, okrzaczone i pełne rozmaitych sterczących skał, kamieni, kolców i gałęzi gdzie Pertex mógł z powodzeniem ulec.

Oczywiście testom nie podlegała tylko „przedzieralność” ale przede wszystkim te najważniejsze właściwości czyli ochrona przed wiatrem i oddychalność.

Rzeźnik w tym roku był deszczowo- mokrawy a na górze wiało aż miło. Ja biegłem od Smereka i zaliczyłem obie połoniny. I tak na podejściach było mi zdecydowanie za ciepło więc szybciutko zdejmowałem Wendy ale na górze szybciutko zmieniałem zdanie i tu kurteczka się wykazała. Wiatr nie miał szans a przy tym nie czułem się jak w saunie. Myślę, że bardzo pozytywnie odebrała ją również Julka, którą parę razy ratowałem Wienią bo swoją kurtkę zostawiła w Cisnej. I tak, pierwszy lekko ponad 20 kilometrowy test Cumulusowy wytwór zdał na piątkę.

Był to jednak tylko wstęp bo prawdziwy test czekał ją na 170 km bardzo trudnej trasie Ronda dels Cims gdzie średnia wysokość przekraczała 1900 m n.p.m, a najwyższy szczyt Comapedrosa sięgał prawie 3000 m n.p.m. Biegłem ponad 38 godzin i zaliczyłem całą gamę temperatur. Wendy to nakładałem to zdejmowałem i tak niezliczoną ilość razy. I znowu pod względem wiatrochronności i oddychalności zdała egzamin celująco. Ani razu nie było w niej za zimno a małe rozmiary bardzo ułatwiały przechowywanie kiedy nie była używana. Po prostu wciskałem ją do małej przedniej kieszonki plecaka gdzie czekała na swoją kolej kiedy inni musieli grzebać w otchłaniach swoich tasiek.

Pertex nie przedarł się, choć próbowałem dzielnie. Jednak pojawił się problem. Bo oto pod koniec biegu przy tym cały zdejmowaniu i nakładaniu okazało się, że kurtka się spruła. Nie potargała ale spruła na szwie łączącym rękaw ze ściągaczem mankietu.

Po konsultacji z małżonką okazało się, że z krawieckiego punktu widzenia naprawa jest błaha i zajmie może z 10 minut jednak „awaria” miała miejsce. Nie chcę być źle zrozumiany – Windy Wendy to świetny produkt, niebywale użyteczny i świetnie spełniający swoją rolę. Jednak za tą cenę (299 zł) nie powinien się absolutnie pruć. Nie znam się na tym, ale może podwójne szwy albo jakiś inny patent załatwiłby sprawę nie zwiększając kosztów producenta i ten na pewno powinien to przemyśleć. Poza tym jest idealnie.

 

 

Podsumowanie:

 

ZALETY:

  • waga 55g !!!
  • kompresowalność
  • świetne właściwości wiatrochronne
  • oddychalność
  • prostota
  • wytrzymałość materiału

 

WADY:

  • prujący się mankiet

 

 

 

CENA 299zł

www.cumulus.pl

 

Posted in Sprzęt | Tagged , , , , , | Leave a comment

Ronda dels Cims – Harder Rock 100

Wciąż jeszcze żywo mam przed oczami przepastne, wypełnione zielenią doliny, boleśnie błękitne jeziora, oślepiające srebrem płaty śniegu zalegające tu i ówdzie na szlaku ,ostre niczym brzytwy okalające szczyty, cieniutkie paski ścieżynek prowadzących przecinających góry i wszechobecne, krystalicznie czyste i pędzące na złamanie karku strumienie . W uszach wciąż szumi wiatr przerywany pokrzykiwaniem kondorów a skóra płonie spalona bezlitosnym żarem wszędobylskiego słońca. Zdobyłem Andorrę – całą w 38 godzin i 36 minut a każda z nich syta na przemian potem, chłodem, zmęczeniem, uniesieniem, chęcią rezygnacji i zwierzęcą rządzą pogoni. Ronda Del Cims wyścig dla ludzi gór ale czy dla biegaczy?

Moim największym marzeniem biegowym był od zawsze Hardrock. To ikona, zawody po których miałem już przestać biegać bo co może być trudniejszego do pokonania wśród 100 milówek?

Nie chcę już Hardrocka bo Ronda dels Cims to po prostu HarderRock – much harder. Żeby się o tym przekonać wystarczy porównać czasy zawodników, którzy brali udział w obu imprezach i średnio wychodzi ok 3 godzin dłużej. A w tym roku Ronda zaliczyła 2 ostatnie szczyty ekstra.

 

Bardzo ciężko jest opisać jak trudna jest Ronda jednocześnie nie stosując epitetów ogólnie uważanych za wulgarne. Bo można by na przykład powiedzieć, że „było niebywale ciężko”, czy, że to „monstrualny wysiłek” albo „niesłychane wyzwanie” ale szczerze mówiąc na trasie do głowy przychodziło mi tylko jedno słowo – przejebane. Jest wulgarne, brutalne i dosadne – dokładnie jak trasa.

 

Rzut oka na profil i dystans dają pewne pojęcie o tym czego można się spodziewać. Ale tylko pewne ponieważ w moim przekonaniu to tylko 60% trudności bo tak naprawdę w dupę daje nawierzchnia – a tego się nie spodziewałem. Ale po kolei…

 

ESPAŃA

 

Pomysł na Rondę był w zasadzie konsekwencją marzenia o Hardrocku bo jest to jeden z niewielu biegów w Europie, który do niego kwalifikuje. Nigdy nie miałem zajawki na UTMB a Tor de Geantes to raczej etapówka a na to jestem za miękki. Padło na Andorę. Problem był już na początku kiedy próbowałem znaleźć sposób na dotarcie i okazało się, że nie ma lotniska ( najbliższe to Barcelona) i że w sumie jak coś się dzieje w Andorze to w Andorze a nie że w jakimś mieście czy coś bo wszędzie jest rzut beretem. No to zarezerwowałem zabukowałem zapłaciłem i dobrze bo prawie nie poleciałem jak mnie naszła kolejna porcja „po co mi to wszystko”.

W pewnym momencie okazało się, że znajomi Czesi tez jadą więc umówiliśmy się na wspólny wynajem auta i przejazd tam. Po drodze wydarzyła się mała śmiesznostka z Czechami właśnie związana. Na lotnisku się poznaliśmy, ktoś tam mruknął imię ale nie załapałem. Wcześniej, na liście startowej zlokalizowałem Pavla Paloncego, który wygrał Spine w tym roku miażdżąc rekord i tak jadąc jakieś 2 godziny zatrzymaliśmy się w Macu na kawę i pytam czy znają kolesia co wygrał Spine bo chyba startuje i okazało się, że siedział koło mnie w aucie cały czas. Tyle w kwestii spostrzegawczości.

 

Ponieważ mieszkałem w La Massanie, oddalonej od miejsca startu i mety- Ordino o ok 3 km – czwartek spędziłem na zapoznaniu się z miasteczkiem. W całej Andorze widać było flagi, plakaty, bannery itp. związane z biegiem ale dopiero Ordino tonęło w barwach zawodów. Nie było problemu ze zlokalizowaniem biura i już po chwili miałem w rękach zestaw startowy, który zawierał:

  • 2 torby na przepaki
  • 2 torby na zakupy ;)
  • opaskę odblaskową z profilem trasy
  • koszulkę techniczną
  • opaskę na głowę ( z podobnego materiału co koszulka)
  • nalepkę
  • buff
  • światełko odblaskowe
  • chorągiewkę z logo zawodów
  • no i oczywka numer startowy

 

Odprawa dla anglo i frankojęzycznych rozpoczęła się o 18 i trwała może z 30 min kiedy zapewniono nas że trasa jest oznaczona perfekcyjnie, pogoda nam sprzyja i w ogóle będziemy szczęśliwi. Nikt nie miał wątpliwości zwłaszcza kiedy się okazało, że przy Andorra Ultra Trail działa 471 ochotników (!!!!!!!!!!), nie wspominając o lekarzach, strażakach, goprowcach policjantach, masażystach i innych. Przez krótką chwilę przypomniałem sobie ilu mieliśmy na BUT ale mechanizmy obronne w moim mózgu zadziałały szybciej niż błyskawica i wyparłem tą informację.

Ponieważ już wcześniej rozkminiłem miejsce do parkowania za free mogłem spokojnie pojechac do hotelu i spakować się na coś czego jeszcze sam całkiem nie ogarniałem.

 

VENGA VENGA VENGA!!!

Chyba z milion razy sprawdzałem czy mam wyposażenie obowiązkowe ( a sporo tego było). Największą głupotą byłoby odpaść za brak jakiegoś gwizdka. Kiedy już się ubrałem, okazało się, że nowa dopasiona koszulka z pakietu startowego lekko ociera szwem pod pachą i groziło to przykrymi konsekwencjami więc szybko przebrałem ją na swoje ukochane Odlo. Czesi już czekali na dole i ruszyliśmy do auta i do Ordino.

Tłum tłoczył się już w centrum i widać było rewię biegów na koszulkach: UTMB, Tor de Geantes, Ice Trail Tartanaise, Gran Canaria i inne. Kipiało kompresją, dopasionymi plecakami, superlekkimi kijami, gadżetami elektronicznymi itp. Multikolorowy, multinarodowy tłum wyglądał jak dziki zwierz szykujący się do skoku – niespokojny, naprężony, podeskcytowany. Udało mi się wreszcie napotkać Irka – drugiego Polaka, z którym poprzedniego dnia miałem się spotkać na piwku ale mój telefon średnio znosił roaming i próby połączenia spełzły na niczym. Wymieniliśmy kilka słów – Irek brał udział w Mitic- krótszej 111km wersji w zeszłym roku i ponownie ( po Janie Suchomelu z Czech) przestrzegł mnie przed trudnością biegu i chyba trochę się popukał w głowę widząc, że nie mam kijów.

No właśnie – kije. To część wyposażenia zalecanego więc z ulgą z niego zrezygnowałem i to z trzech powodów:

  • nie lubie z nimi biegać bo to nie Nordic
  • zawsze się martwię, że komuś tym wybiję oko
  • Katowice Airport Security mnie poinformowało, że albo mi pozwolą przewieźć kije albo nie – więc zdecydowałem, że nie dam im satysfakcji wrzucenia aluminiowych patyków za dwie stówy do kosza

 

Start był poprzedzony przelotem drona do którego wszyscy machali i już po wystrzeleniu ogni sztucznych i przy akompaniamencie zespołu bębnistów katalońskich (chyba) poszlim. Starałem się nie przegiąć z szybkością ale jednocześnie nie ustawić się w tyle bo wiadomo, że na singletrackach może być krucho z mijankami. I tak w sumie pierwszy etap, ponieważ był na tej samej mniej więcej wysokości co nasze Beskidy, biegłem w znajomym terenie na luzie bez napinki pilnując by nigdzie za bardzo nie żyłować bo przede mną było jeszcze całkiem sporo biegania ( jak się okazało tu się myliłem – biegania było nie sporo ). Po zaliczeniu pierwszego dwu i pół tysięcznika i 18 według mojego GPSa km dobiegliśmy do pierwszego punktu – Refugi de Sorteny . Pozycja 58, forma gitara, na punkcie full wypas, ludzie mili, Cola była więc cóż chcieć więcej? No otóż pomalutku, gdzieś w zakamarkach mózgownicy tliła się czerwona lampka – bo oto po pierwszej dyszce 1000m + po drugiej 2000, szybka kalkulacja i hmm – sprawy zaczęły przybierać interesujący obrót. Na razie mieściłem się spoko w planie (ze wstydem muszę przyznać że plan był na 36 godzin) ale jak tak dalej pójdzie…

I pomknęliśmy dalej. Taktyka polegała na trzymaniu spokojnego tempa oraz nie rozsiadaniu się na punktach i sprawdzała się rewelacyjnie bo już po 25 km ci co polecieli do przodu powolutku zaczynali się interesować moimi plecami. Standardowo przy 30 zaliczyłem mini kryzysik w stylu „po co ja to robię?” ale już już byliśmy na mega dopasionym punkcie w Coma d’Arcalis gdzie przepyszna zupka, sto litrów coli i żółty ser przepędziły kryzysy na długi długi czas. Co nie zmienia faktu, że właśnie chyba tu zorientowałem się ( ta bystrość umysłu) w co się wpakowałem bo oto podłoże przestało być user-friendly i pokazało pazurki. Wspinka na Pic de Cataperdis a zwłaszcza końcówka to wspinka a nie wejście a zbieg po drugiej stronie po luźnym piargu dał stopom przedsmak tego co je czekało 30 godzin później. Na szczęście widoki, te przepiękne, onieśmielające krajobrazy rekompensowały każdą nawet największą niewygodę. Dodatkowe atrakcje typu zjazd 100 m po śniegu dodawały smaczku przygody. I już już zbliżał się najtrudniejszy, najwyższy szczyt – Pic Comapedrosa i w punkcie tuż przed nim trzeba było się najeść bo oto czekało mnie 880m + na 3 km i to po ogromnych głazach, śniegu i piargu. Na tym odcinku pobiłem swój rekord na 1km – 43 minuty!!!! Szczęśliwie okazało się, że paru kolesi trochę to przerosło i myknąłem ich po drodze ( to mykanie trwało jakieś 15 minut przy każdym – więc takie trochę slow motion) i pokonawszy ostatnią najeżoną ostrymi kamieniami grań wszedłem na Comapedrosę. Było pięknie. GoPro zrobiło ładną panoramkę i… padło a ja czując jakiś niesamowity napływ sił pomknąłem na dół. I tu starczyło mi sił aż do samej La Marginedy na 70 kilometrze, Po drodze kilka razy stawałem z wrażenia i strzelałem focie ale ta część była niesamowita: zbieg po śniegu z Comapedrosy obok niebieściutkich jeziorek, śliczne , zielone singletracki od Port Negre i bardzo bardzo techniczna część od Bony de la Pica gdzie miałem kontrolę wyposażenia i skąd zbiegaliśmy 1500m w dół na odcinku 9km. Wciąż czułem moc i niestety wdałem się w ścigankę z jakimś Hiszpanem bo mnie drażnił za każdym razem jak odbierał telefon ( a miał ich z milion). Ścigankę wygrałem i w La Margineda byłem 25 ale kosztowało mnie to mega kryzys. W sumie do dziś nie wiem co go spowodowało ale po konsultacjach z Czechami doszedłem do wniosku, że powodem był makaron z rybą bo objawy mieliśmy wszyscy te same. Ale o tym zaraz bo po „wylądowaniu” w mieście byłem pełen szczęścia – oto miałem za sobą według Jasia Suchomela najtrudniejszy etap.

Ruszyłem do lasu i tuż przed nim na ostatniej drodze zauważywszy bar postanowiłem przełamać już mocno dające o sobie oznaki problemów żoładkowych i w barze zakupiłem piwo. Pomogło – na 400m. W lesie ścięło mnie na maksa. Jedna godzina mineła w ogóle poza moją czasoprzestrzenią i nic nie pamiętam. Szedłem bardzo bardzo wolno albo siadałem na pieńkach. Mijali mnie ludzie a ja nic nie mogłem zrobić. Żoładek wywracał się do góry nogami a każda część ciała stała się super czuła na dotyk. Zrobiło mi się strasznie zimno, zacząłem mieć drgawki choć przed paroma minutami było mi gorąco. Ubierałem się i rozbierałem na przemian. Wmawiałem sobie, żeby cisnąć dalej choćby najwolniej ale przed siebie i jakoś szło. Najgorsze było to , że akurat to podejście było super łatwe. Podłoże równe, tylko czasami strome ale w dużej części szeroki szlak lub nawet asfalt. Można było nawet biec nie tracąc za dużo energii. A tu taka klapa. Punkt kontrolny na Coll de la Gallina okazał się objawieniem. Nie mieli nic do jedzenia tylko wodę ale jeden łyk zmienił wszystko. Nie wiem jak to się stało ale zanim skończyłem kubek po kryzysie nie było już śladu. A ponieważ teraz czekało mnie ponad 1000m zbiegu po łatwej nawierzchni – pobiegłem na dół starając się nie przesadzać wiedząc o czekającej za 10 km wspinaczce, która miała mnie zabrać 1760 m w górę. Moc znowu rosła, piękna, księżycowa noc sprzyjała romantico rozkminie o żonie czekającej w domu więc tu było cudnie i to do tego stopnia, że złapałem tych kolesi co mnie wyprzedzili na podejściu od La Marginedy ( przynajmniej tych co zauważyłem). Idąc pod góre pełną parą policzyłem że jeszcze TYLKO 7 szczytów i to łatwych (dzięki Jasiu!!!) więc humor dopisywał. W Coma Bella napotkałem Pavla Paloncego zwijającego się z bólu na łóżku polowym ( makaron z rybą) i okazało się, że z 25 pozycji spadłem na 35. Lipa. Ale moc była nadal – ruszyłem. Podejście pod Pic Negre to jakaś masakra bo strasznie się dłużyło, prawie cały czas byłem już sam (minąłem 3 kolesi ale nie bardzo chcieli się podpinać) a na dodatek na punkcie kontrolnym jakiś hombre powiedział że do szczytu tylko 1,5 km. Było 5. I od Pic Negre się zaczęło. Jeżeli ktoś do teraz odniósł mylne wrażenie, że w sumie to łatwy bieg bo pewnie użycie czasowników „pomykaliśmy”, „pobiegliśmy” mogłoby na to wskazywać to jest w ogromnym błędzie. Już do Pic Negre były to zdecydowanie najtrudniejsze zawody w jakich brałem udział. Suma przewyższeń i czas jaki mi zajęło pokonanie 100 km o tym świadczą ale relatywnie do tego co mnie teraz czekało było w miarę łatwo. Bo oto rozpoczął się akt drugi tragedii pt. Andorra Ultra Trail .

 

STOP(y)!!!!!

Od jakiegoś już czasu czułem igiełki na podeszwach stóp ale brałem to za pewnik przy tym dystansie i czasie. Nic sobie z tego nie robiłem i w zasadzie aż do Pic Negre nie sądziłem, że będzie to jakiś problem. Zbieg z ledwie pierwszego z siedmiu ostatnich szczytów uświadomił mi skalę mego błędu. Otóż dotychczas stopy się nie odzywały bo teren był stosunkowo łagodny dla nich – miękko, równo, szeroko. Teraz Pireneje pokazały pazur. Nawet najmniejsza część drogi nie była płaska. Wszędzie były nastroszone jeżem olbrzymie kamerdolce, które albo wbijały się w podeszwę albo karciły srogo pałętające się w ich pobliżu kostki. Punkt odżywczy na Refugi de Claror wspominam słabo bo żoładek odezwał się znowu, wypiłem ledwie 2 herbaty i ruszyłem dalej. Tempo spadło dramatycznie bo mimo że w dół to do kamieni doszły podmokłe łąki usłane krowimi plackami i zrobiło się mega nieprzyjemnie. Na szczęście już świtało i to trochę poprawiło mi humor. Byłem przekonany, że zaraz dogoni mnie cała horda biegaczy ale i dla nich teren okazał się niełaskawy więc wciąż napierałem.

Wraz z pogarszającym się stanem stóp zbiegałem coraz wolniej ale za to mocno cisnąłem pod górę. To dawało przewagę nad innymi bo oni jakimś cudem mieli już miękko z mocą. W Refugi de l’Illa dopadłem kolejnego ale na katastrofalnie dla mnie technicznym zbiegu uciekł mi ponownie. I choć czekały mnie już tylko 4 szczyty właśnie miałem poznać znaczenie słowa podchodzenie bo oto każda z następnych gór oferowała swój jedyny i niepowtarzalny sposób na absolutne dobicie moich stóp. I tak katastrofalnie strome zbocze Portella Blanca i zaraz potem Coll dels Isards zmasakrowały uda by zaraz potem dać się poznać podeszwom dzięki sterczącym zewsząd ostrym jak sztylety kamieniom. Trasa przez Rebaixant del Maia wiodła całkowice podmokłą, pełną dziur łąką by potem przejść gwałtownie w ekstremalnie strome podejście pod Pas de les vaques gdzie musieliśmy się wspinać na czworaka przytrzymując się sterczących zewsząd skał i głazów. Tu złapałem jedną z kobiet i już przez jakiś czas biegliśmy razem a w Vall d’Incles dowiedziałem się, że jestem już 22. To dodało mi skrzydeł i hmm ”popędziłem” (choć to słowo jest tu mocno na wyrost) pod następną, przedostatnią już „górkę” Cresta de Cabana Sorda . Tu zaczęli mnie mijać goście z Mitic czyli krótszego biegu – ale oni mieli w nogach dopiero około 80 kilometrów a kiepa była tak konkretna, że po drodze stawałem trzy razy żeby zaczerpnąć tchu. Na szczycie nierozsądnie zdjąłem obuwie żeby wytrzepać kamienie i jeszcze nierozsądniej rzuciłem okiem na jedną ze stóp. Zaczynałem rozumieć, że o 36 godzinach nie było mowy. Możliwe, że ten właśnie widok jeszcze bardziej mnie zwolnił i już na zejściu Hiszpanka dopadła mnie wraz z jeszcze jednym Salomonowym kolesiem z Francji. To spowodowało, że na pukcie spędziłem jeszcze mniej czasu niż na poprzednich i poleciałem. Szybko uciekłem Hiszpance – bo pod gorę była słaba ale Francuz mnie dopadł i wyprzedził. Za zakrętem, gdzie biegło się po śniegu kątem oka dostrzegłem grupę pościgową i nie mogąc dostrzec koloru numerów ( nasz był czerwony – Mitic miał żółty) postanowiłem już nieco przycisnąć. Uda puściły, moc wróciła ale stopy nadal miały problem. Jedynym rozwiązaniem jakie przychodziło mi do głowy było naprawdę mocno zacisnąć je na górze i pognać w dół ile sił w nogach starając się nie myśleć o bólu. Tak też zrobiłem i nie rozglądając się w ogóle na szczyce Collada des Meners popędziłem by ponownie odwiedzić Refugi de Sorteny, gdzie byłem ponad 30 godzin temu. Wspinaczka się skończyła a z nią każde możliwe wytchnienie jakie mogłem zaoferować stopom i teraz musiałem zbiec 1500 metrów w dół a podłoże ani na chwilę nie odpuszczało. Ale wraz ze zbliżającą się metą wracał animusz, i nikło poczucie bólu.

Biegłem cały czas, minąłem jakąś kolejną kobietę, dopadłem de Sorteny i nie pijąc ani nie jedząc po sczytaniu numeru pognałem do Ordino. Wydawało mi się, że gnam na złamanie karku rozwijając niebotyczne prędkości. Niestety Garmin uparcie pokazywał tempo 7:30 na kilometr!!!! Dramat!! Do mety było 12 km a więc w tym tempie ponad półtorej godziny. Wszystko się mogło zdarzyć. Teraz po tych wszystkich mijankach nie znałem swojej pozycji ale liczyłem na 24, może 25. Niby mogłem odpuścić bo w sumie co za różnica, ale jak już się ścigać to do końca. No więc cisnąłem nadal. Jakieś 4 km przed metą dorwałem Salomonowego Francuza, który mnie minął po Cresta de Cabana Sorda i zdawało się, że pod sam koniec przypalił. Wszyscy ludzie napotkani na trasie wiwatowali jak szaleni, samochody zatrzymywały się, pan ze śmieciary stanął na drodze, żeby mnie przepuścić i słyszałem tylko „venga, venga!!” Dostałem skrzydeł bo choć Garmin padł 2 km przed metą widziałem już wieżę kościoła z Ordino. Przycisnąłem i za chwilę śmigałem ( a przynajmniej takie miałem wrażenie) ostatnią uliczką pod górę przed metą. Dopadłem ją w 38 godzin i 36 minut. Byłem w niebie i na 22 pozycji. Speaker darł się w niebogłosy do momentu jak zobaczył moje nazwisko bo wtedy zaniemówił. Taka moja mała zemsta na Andorskich sadystach :)

Dla kogo jest Ronda?

 

Po pierwsze po drugie i po każde następne to najtrudniejsza stumilowa jednoetapówka w Europie i prawdopodobnie na świecie. To nie moja opinia tylko kolesi, z którymi rozmawiałem przy starcie i na odprawie a mówili to w odniesieniu do zeszłorocznej trasy, która nie wiodła ostatnimi dwoma szczytami ze względu na ilość śniegu.

Trasa na pewno jest świetnie oznaczona, impreza idealnie zorganizowana a klimat wspaniały. Każdy w Andorze wie o biegu i widać to na każdym kroku po tym choćby jak żywiołowo i spontanicznie ludzie reagują na widok biegnących Rondę.

Widoki absolutnie zapierają dech w piersiach i tego piękna jest tyle, że nie wiadomo czy patrzeć pod nogi czy dookoła i to na każdy dosłownie etapie.

Czy zatem polecam imprezę? I tak i nie. Tym, którzy ultra cenią sobie element przygody, spory poziom trudności i dzikie oddalone od cywilizacji trasy zdecydowanie polecam.

Jednak Ronda del Cims nie ma rozmachu, blichtru, splendoru i sławy UTMB więc tym, którym na nich zależy zdecydowanie odradzam.

Jeśli o mnie chodzi już tam nie wrócę. To mega trudna impreza, kosztowała mnie sporo zdrowia i po co to komu.

Bez sensu.

Nigdy.

No chyba, że za rok….

 

 

 

Posted in Relacje | Tagged , , , , | 1 Comment

Lavaredo Ultra Trail

Lavaredo Ultra Trail

W sumie na temat biegu Lavaredo Ultra Trail mógłbym napisać 10 różnych wpisów, dotyczących moich przygotowań, kwestii logistycznych związanych z wyjazdem, całego wyjazdu oraz charakterystyki samej trasy. Nie mniej, żeby Was nie zanudzać zbytnio – podzielę moją przygodę z Lavaredo Ultra Trail na dwie części – pierwsza część to będzie relacja z samego biegu i opis trasy biegu, w drugiej części skupię się na praktycznych poradach związanych z samym przybyciem na bieg, trochę o Dolomitach – tak, aby osoba, która przeczyta wpis mogła dużo łatwiej odnaleźć się podczas planowania wyjazdu i samego biegu :)

Słowem wstępu – Lavaredo Ultra Trail do niesamowicie epicki bieg w każdym calu swojej 119 kilometrowej trasy.
Sama idea ukończenia tego biegu zaczęła kiełkować w sumie już kilka lat temu (wtedy byłem tego w zupełności nieświadomy), kiedy będąc na na wyjeździe wspinaczkowym w Dolomitach – w rejonie Tre Cime di Lavaredo,  Cinque Torri (gdzie też przebiegaliśmy) i  zachwycając się pięknymi tofanami. Kilka lat później zacząłem biegać i gdzieś w sieci usłyszałem,że w tych pięknych pionowych Dolomitach jest bieg – Lavaredo Ultra Trail,  jakoś dziwnie przeczuwałem,że tam wrócę :)

Dolomity 2008

Dolomity 2008

Kolejnym ważnym faktem było to,że nie wylosowali mnie na UTMB, więc postanowiliśmy z przyjaciółmi (naszą kalafiorowatą trójcą z Sudeckiej Setki), że pojedziemy w tym roku na jeden wypasiony bieg – padło na Lavaredo Ultra Trail. W walentynki ruszyły zapisy. Mimo padniętych serwerów i  dzięki życzliwości i niesamowicie przyjaznemu podejściu organizatorki – Cristiny, udało się nam zapisać na Lavaredo, zacząć planować wyjazd i coś tam powoli trenować :)

Lavaredo Ultra Trail - profil

Lavaredo Ultra Trail – profil

Do Cortiny przyjechaliśmy w czwórkę razem z Piotrkiem na ponad tydzień przed biegiem – potrenować w Dolomitach i zapoznać się z trasą Lavaredo Ultra Trail. Nocowaliśmy na campingu Cortina – dokładnie w tym samym miejscu (nawet ta sama miejscówka pod drzewem), co kiedyś podczas wypadów wspinaczkowych.  Zrealizowaliśmy kilka treningów na trasie biegu, raczej dłuższych niż intensywnych.

27 czerwca o 23:00 stanęliśmy na starcie biegu – razem z resztą ekipy polskiej, spotkaliśmy także Bartka z Pokonaj Astmę.

Pogoda zapowiadała się bardzo wyśmienicie – nie padało,  niebo było lekko zachmurzone, więc noc zapowiadała się ciepła.

StartPrzed startem organizatorzy przekazali nam kilka informacji przedstartowych dotyczących pogody, warunków na trasie, odegrano oficjalny “hymn” Lavaredo Ultra Trail i ruszyliśmy.

 

 

Cortina – Federavecchia
Pierwszy etap biegu to 3 km asfaltu w Cortinie i pierwszy podbieg serpentynami w stronę jeziora Ghedina, ruszyliśmy z Rafałem bardzo spokojnie, tempem koło 6 min/km,  na podbiegu szliśmy zgodnie z założeniami, trasę poznaliśmy na treningu więc wiedzieliśmy, co nas czeka. Pierwsze podejście to ok. 5 km i 500 m przewyższenia spokojną szeroką drogą do przełęczy Posporcona (1750 m.n.p.m), gdzie bez problemu można było innych wyprzedzać bądź samemu być wyprzedzanym :)

8 km Lavaredo Ultra TrailPo podbiegu zaczął się dość stromy i techniczny zbieg do schroniska Fiames,  tutaj pojawiły się pierwsze trudności – z racji, że wystartowaliśmy bardzo spokojnie, było jeszcze dość sporo ludzi wokół nas i ten zbieg pokonaliśmy bardzo wolno, był wąski i nie dało się wyprzedzać innych zawodników. Po kilku kilometrach zbieg się rozszerzył i mogliśmy puścić nogi – zbiegać swoim komfortowym rytmem, po chwili dotarliśmy do pierwszego punktu odżywczego w Ospitale – był bardzo wypasiony – pełno puszek z red bullami, coca cola, izotonik (bardzo gęsty i smaczny),  jedzenie wszelkiej maści (nie zwróciłem za bardzo uwagi, ale stołów było sporo).
Napełniłem bidon izotonikiem i dalej w drogę – czekało nas dość spore podejście na przełęcz Son Forca (jakieś 8 km i  600 m w pionie), skąd czekał nas kolejny zbieg do Federavecchia. Tutaj czekał kolejny bardzo obfity i syty punkt odżywczy.
Złapała mnie kolka.

Federavecchia – Rif. Auronzo (Tre Cime)
Teraz czekał nas o dziwo – kolejny podbieg w terenie krossowym, było dość błotniście i na wielkie nieszczęście Rafał zrobił sobie coś z kostką, dzięki Bogu był w stanie dalej biec, co prawda zbiegi asekuracyjnie traktował, ale  nie przeszkadzało to w kontynuacji Lavaredo Ultra Trail. Minęliśmy Misurinę i od tego momentu czekało nas siarczyste 7 km podbiegu (podejścia w zasadzie) aż do schroniska Auronzo,  gdzie czekał nas punkt odżywczy oraz przepak, na którym zostawiłem sobie batona białkowego, żela i  pyszną wodę kokosową (dzięki Ekoidea!).

Auronzo - przepakMimo namów reszty ekipy – nie wziąłem sobie zapasowych butów ani ubrania, może było to błędem, ale stwierdziłem, że 48 km to za krótko żeby się przebierać w świeże ubrania/buty – gdyby przepak był za Travenases, gdzie przechodziliśmy kilka razy przez rzekę – wziąłbym z pewnością buty na przebranie.

A propos butów: od lutego rozbiegiwałem Saucony Xodusy z nastawieniem, że będę ich używał na Lavaredo Ultra Trail,  były to buty prawie idealne. Polubiłem je niezmiernie i co ważne – bardzo je szanowałem i sporadycznie używałem, miały może 400 km przebiegu. Niestety na ostatnim treningu przed Lavaredo Ultra Trail w Polsce – rozwaliły się i zdecydowałem, że pobiegnę w Dynafitach Feline Ghostach – czy to był dobry wybór ? – dowiecie się dalej :)

Przed Rif. Auronzo bardzo osłabłem. Tutaj wyszedł jeden z największych błędów jakie popełniłem na tym biegu. Na 40 km zjadłem pierwszego żela – trochę za późno,  na podejściu poważnie to poczułem, spadek mocy był znaczny. Rafał zaczął mi odchodzić, doszedłem do Auronzo, Rafał w schronisku powiedział, że leci dalej i że go na zbiegu dogonię – nie dogoniłem.

Rif. Auronzo (Tre Cime) - Cimabanche
W schronisku uzupełniłem camelbaga. Do bidonu przelałem wodę kokosową i zjadłem dwie porcje pysznego rosołu z makaronem i parmezanem – coś niesamowitego, tego mi było trzeba!  Na przepaku spędziłem może 5 minut i szybko ruszyłem dalej chcąc dogonić Rafała. Wychodząc z schroniska czuć było, że jest niesamowicie zimno, na szczęście wszystko po dwóch kilometrach poszło  w zapomnienie. Mokra koszulka się rozgrzała, a zapierający dech w piersiach wschód słońca motywował do dalszego biegu uświadamiając, że warto było tu przyjeżdżać i tyle mordować się na treningach w zimie. Nie zapomnę tego widoku do końca życia, w dole chmury, obok wielkie i majestatyczne Tre Cime (trzy siostry) i wyłaniający się z oddali wielki czerwony okrąg niosący ciepło i nadzieję, że już coraz bliżej mety, a wszędzie wokół cisza  - było słychać tylko własny oddech, bicie serca i szelest kamieni pod nogami.

Tre Cime- wschód słońca

Uczucie to trwało do pierwszego zbiegu. Trzeba było się skupić na trudnej technicznie ścieżce, czekało mnie teraz bite 8 km zbiegu i ponad kilometr w pionie  w dół, techniczna ścieżka pełna zakrętów – to co lubię!  Przed zbiegiem próbowałem zjeść żela albo batona białkowego,  ale jakikolwiek kęs czegokolwiek słodkiego w ustach doprowadzał mnie do mdłości i zrezygnowałem z jedzenia batonów, bałem się, że na skutek wymiotnego odruchu stracę cenne kalorie przyjęte wraz z pysznym rosołem.
Na zbiegu wziąłem 7 zawodników, czułem się już dużo lepiej.
Energia z rosołu zaczęła działać, kilometry szybko leciały, ani się obróciłem to już był 60 kilometr – połowa biegu. Na połówce miałem rewelacyjny jak na założenia czas – 7:40
Oznaczało to, że trzymam bardzo dobre tempo na wynik w okolicach 16 godzin, niemniej wtedy nie byłem tak euforycznie nastawiony – wiedziałem, że druga połowa biegu jest dużo trudniejsza, czeka mnie Malga Travenases, przeprawy przez rzeki, przełęcz Col dei Bos i inne ciekawe strome podbiegi, które mieliśmy okazję poznać wcześniej na treningach przed Lavaredo Ultra Trail.

Zbieg się skończył i czekał mnie spokojny 8 km podbieg pod Cimabanche – w sumie nie powiedziałbym, że to był podbieg – według mnie było to jedno z najtrudniejszych psychicznie i najnudniejszych miejsc na całym biegu. Wyobraźcie sobie nudne płaskie 8 km po żwirze w pełnym słońcu, wzdłuż drogi mając piękne 60 km w niesamowicie pięknych górach. Może dla płaskich biegaczy był to odcinek, na którym mogli coś nadrobić – ja definitywnie wiele straciłem. Wyprzedziło mnie kilku gości, w tym jeden Kanadyjczyk, który skwitował ten moment: “fuckin flat” – rzeczywiście, było to fuckin flat!
Tutaj też zaczęły pojawiać się kolejne  problemy z żołądkiem. Izotonik w camelbagu przyprawiał o taki sam odruch wymiotny jak żel czy baton, więc piłem na siłę, a do bidonu brałem tylko wodę – ona wchodziła. Zamiast żelów ratowałem się tabletkami carbonox, przegryzając je i popijając szybko wodą, żeby nie czuć słodkiego smaku w ustach.
Na punkcie w Cimabanche zjadłem garść migdałów,  kubek coli (na szczęście cola mi wchodziła wyśmienicie) i ruszyłem dalej.

Cimabanche-Rif. Col Gallina
I zaczął się kryzys. Na początek solidne podejście – 5 km i 500 m w górę na przełęcz Lerosa, a potem 8 km zbieg i 750 m w dół, a w połowie zbiegu czekał punkt odżywczy na polanie Malga Ra Stua. Na podejściu było bardzo ciężko, szedłem z Czechem Janem, z którym rozmawialiśmy o biegach w Czechach i Polsce, ale w pewnym momencie nie byłem już w stanie rozmawiać – nie miałem sił ani ochoty i powiedziałem mu, żeby szedł przede mną. Izotonik nie wchodził, każdy łyk z camelbaga wiązał się z naciąganiem i niesamowitym niesmakiem, ale trzeba było – to był dopiero 70-ty kilometr i jeszcze sporo przede mną, picie samej wody doprowadziłoby do wypłukania minerałów, skurczów i bardzo poważnych kłopotów. Gorzej było z jedzeniem, miałem pół plecaka chemii – 3 żele , nadgryzionego batona białkowego i trzy carbonoxy.

Wchodziły jedynie carbonoxy, znalazłem też kilka kawałków banana które odruchowo zabrałem na którymś punkcie – wcisnąłem je na siłę i szedłem dalej. Na tym podejściu odmówiłem pierwszy różaniec – postanowiłem sobie, że od tej pory na każdym podbiegu będę odmawiał różaniec. A na zbiegu cisnął ile wlezie – bez różańca, żeby się skupić gdzie stawiać nogi. Zbieg był jak zwykle fajny i przyjemny, czekał teraz punkt odżywczy i dalsza droga. Na zbiegu wyprzedziłem Jana, Kanadyjczyka i jeszcze dwóch biegaczy. Na punkcie wciągnąłem kolejną porcję rosołu z parmezanem i dwie ćwiartki cytryny.

Stoły były pełne ciast, ciastek posmarowanych nutellą, przeróżnych słodyczy – teraz gdy to piszę, aż ślina mi cieknie na samą myśl, wtedy na sam widok robiło się niedobrze.

Ale jak to mówił Scott Jurek – czasem trzeba.
W biegu jest jak w życiu, są piękne momenty – takie jak wschód pod Tre Cime, jak niesamowity start wśród owacji kibiców i głośnej muzyki zagrzewającej do walki, ale są też kryzysy, problemy i porażki. To jak sobie poradzimy zależy w głównej mierze od tego jak zachowamy się w momencie kryzysu, jak zachowamy się po druzgocącej porażce. Albo zejdziemy z trasy zrezygnowani, z poczuciem przegrania – albo będziemy walczyć, przezwyciężymy kryzys i sięgniemy gdzieś głęboko schowanych rezerw energii, które zaprowadzą nas ku pełni. Niemniej warto być świadomym,że po momencie świetności zawsze przyjdzie kryzys, a każdy kryzys kiedyś minie.

Na Lavaredo moim kryzysem było niekończące się obrzydzenie do słodkiego, którego wokół było w brud, było ciągłe odcięcie energetyczne. Wpychałem w siebie na siłę co tylko się dało, ale cały czas było to za mało…

Ruszyłem dalej w dół, zbieg był techniczny, sporo wystających korzeni, kamieni – dobrze, bo na takich zbiegach kilometry szybko mijają i człowiek jest zajęty. Nie czuć bólu i jakoś brak energii mniej doskwiera, ale każdy zbieg kiedyś się kończy – ten także. Skończył się na pięknej polanie, gdzie było sporo pasących się krów i pasterka, obok niej duży drewniany krzyż. Dodał mi wiele otuchy, pomyślałem sobie wtedy “Stary, jak Ty wisiałeś na tym krzyżu i umarłeś, to co to dla mnie 120 km, a że trochę boli i jest mi niedobrze- kiedyś przejdzie”.

Czekał mnie jeden z najtrudniejszych etapów biegu. Prawie 12 kilometrowe podejście na przełęcz Forc Col dei Bos, w pionie było trochę ponad kilometr.

20140624_125227

Po kilku kilometrach podejścia trafiłem na znane mi miejsce z jednego z treningów – tutaj łączą się trasy Lavaredo Ultra Trail oraz krótszego biegu Cortina Trail (47 km), nie minęło kilka minut a trafiłem na kilku uczestników tego biegu. Dwie otyłe panie, które spokojnie sobie podążały w kierunku mety. Od tego momentu skończyła się błoga samotność ultrasa, trzeba było co chwilę wołąć, że ma się zamiar wyprzedzenia uczestników Cortiny Trail, jako,że trafiłem na “ogon” biegu, to miałem przed sobą bardzo wiele osób. Z ciekawości policzyłem już na międzyczasach po biegu – na 30 km biegu wyprzedziłem około 300 zawodników Cortiny Trail.  Niektórzy zawodnicy widząc,że wyprzedzam ich wołali i dopingowali “Forza Forza Polonia” wołali moje imię -niesamowite to było, dodawało bardzo dużo siły i otuchy.

Niestety zdarzało się też,że niektórzy nie reagowali na moje okrzyki,że chcę wyprzedzać. Było to bardzo uciążliwe na zbiegach. Nic mnie nie irytuje tak, jak strata czasu na zbiegu i nie ustępowanie.

Gdzieś w okolicach 85 kilometra w Malga Travenases czekały nas trzy przeprawy przez rzekę, tutaj się trochę naraziłem biegaczom z Cortiny Trail. Przy pierwszej przeprawie zobaczyłem tłum około 30 osób, które stały w kolejce w najwęższym miejscu rzeki – wszyscy spokojnie i bez pośpiechu ściągali buty, przerzucali na brzeg i przechodzili, po przejściu przez rzekę starannie czyścili stopy i ubierali z powrotem buty. Na początku myślałem, że to kibice, albo jakiś nieoznaczony punkt z jedzeniem czy punkt gdzie sprawdzają wyposażenie obowiązkowe. Widząc, że to biegacze – rozbawiłem się, zrobiłem rozpęd i przebiegłem przez rzekę obok ich, chlapiąc wszystkich purystów, którzy bali się wody :) Mam nadzieję,że nie byli bardzo źli, że zrobiłem sobie z nich uciechę. Po trzech przeprawach było kolejne niekończące się podejście – kolejny różaniec i równy, aczkolwiek bardzo powolny rytm pod górę.

W momentach kiedy jest bardzo ciężko zauważyłem, że bardzo pomaga robienie czegoś jednym rytmem. Ciężko w życiu, coś się nie układa, coś się wali – nic nie pomaga tak,jak systematyczna praca nad czymś, oddanie się rutynie i terapeutycznemu rytmowi pracy, to samo w biegu – wejście w rutynę, złapanie jednostajnego rytmu to klucz to przetrwania wtedy kiedy boli i jest beznadziejnie.

Żeby nie było tak kolorowo – pojawiła się kolejna przeszkoda. Stopy. Nie przewidziałem wpływu przepraw przez rzekę oraz niesprawdzonych w mokrych warunkach butów na moje stopy.
Niestety moje Dynafity mają bardzo cienką podeszwę, która po prawie 90 kilometrach biegu po samych malutkich kamieniach spowodowały spustoszenie wśród moich stóp, swojego dołożyły mikrokamyczki które wpadały co chwilę, a których nie chciałem ze względu na czas wyrzucać z buta. Kropkę nad i dołożyła woda, która z moich stóp zrobiła swoistą jesień średniowiecza. W momencie zaczęło mnie niesamowicie piec w okolicach palców, pięt, boków stopy, czułem nawet odciski pod paznokciami. Podejrzewam,że ból ten dawał już znaki dużo dużo wcześniej, ale moja głowa była zajęta walką z brakiem energii i walką z tym,żeby nie zwymiotować po kolejnym łyku izotonika. Teraz czułem oba. Z jednej strony ból w żołądku, z głodu,a  zarazem głębokie odcięcie energetyczne, podejrzewam,że wyglądałem dość nieciekawie w tym momencie :)
Z drugiej strony czułem sakramencko palący i piekący ból w stopach. Na podejściach dało się go przeżyć, ale na zbiegach niejednokrotnie pojękiwałem z bólu. Każdy krok był jak nadepnięcie na rozpaloną blachę, dlatego starałem się biec z jak największą kadencją, aby zminimalizować czas kontaktu stopy z podłożem.

Trzecią bolączką, o której nie pisałem – były otarte plecy. Mimo,że miałem bardzo dobrą koszulkę, która się nie podwijała (tutaj specjalne ukłony w stronę firmy Attiq, która stworzyła specjalnie dla mnie świetnego coolmaxowego longsleeve’a ) – mój plecak siał spustoszenie na plecach, pod górę było to mniej czuć, ale na zbiegu, kiedy dociskał do lędźwiów, piekło cholernie, swoje zrobiła też przepocona koszulka, możecie sobie wyobrazić, jak działa słony pot na przetartą skórę. Ała!
To byli moi trzej towarzysze biegu.

- palące stopy

- bolący brzuch i ciągły odruch wymiotny po łyku izo i zjedzeniu czegoś słodkiego

- piekące otarte plecy.

 

Na przełęczy Col Dei Bos ktoś dał mi łyka coli i garść suszonych moreli – nie wyobrażacie sobie jakie to było dobre. Ciągle wyprzedzałem ludzi z Cortiny, ciekawy musiał być widok jęczącego i pokrzywionego gościa, który odmawia różaniec i co chwile woła,żeby się przesunąć. Z mapy wynikało,że z przełęczy czekał nas tylko zbieg do Col Gallina – punktu z jedzeniem. Pomyślałem sobie, że fajnie, ale po kilku krokach zbiegu poczułem znowu stopy. W tym momencie pokochałem podejścia – bo mimo,że w udach nie było już mocy, mimo,że były ciężkie i strome, to stopy tak nie bolały. Tu już były poważne tarapaty, tempo mi drastycznie spadło, co prawda miałem jeszcze międzyczas na wynik w okolicach 17 godzin, ale było bardzo kiepsko. W tym momecie liczyło się już samo ukończenie biegu. Od jakiś 10 kilometrów odliczałem po kilometrze, ba – odliczałem na moim Ambicie co 100 metrów :)

Każde piknięcie mojego ambita to było niewiarygodne szczęście – jeden kilometr bliżej mety, jeszcze jeden, znowu jeden, już coraz bliżej, ale i tak daleko.

W momencie kiedy niektórzy biegacze z Cortiny Trail zaczęli mnie wyprzedzać na zbiegu było już bardzo źle.

Dotarłem jakoś na punkt odżywczy. Ten był zupełnie inny. Na poprzednich punktach byłem sam, albo co najwyżej kilku innych biegaczy, cała obsługa do mojej dyspozycji, wszyscy mili i uprzejmi. Tutaj na punkcie wspólnym dla Lavaredo Ultra Trail oraz Cortiny Trail było zupełnie inaczej. Jakieś 100 osób w kolejce do jedzenia, wszyscy weseli, zadowoleni jak na pikniku. Szybko się wbiłem do kolejki, nie miałem czasu na czekanie – wypiłem dwa rosoły z parmezanem. Skusiłem się też na red bulla – wypiłem całą puszkę,  po czym tak mi zabuzowało w głowie, że z wrażenia rzuciłem nasze polskie “kur** mać”. Z boku usłyszałem śmiech – obok stała przesympatyczna Słowaczka, która znała język polski (studiowała w Warszawie), powiedziała, że uroczo to powiedziałem, zamieniliśmy kilka słów i sru w drogę. Do następnego punktu z jedzeniem 8 kilometrów.  Niby nic, ale wtedy bardzo wiele.

 

Rif. Col Gallina-Passo Giau

Lavaredo Ultra Trail - 102 kmTo 8 kilometrów ciągnęło się w nieskończoność. Długie i strome podejście do Schroniska Avreau, pod koniec zahaczające o Cinque Torri – tutaj kilka lat temu wspinaliśmy się. Przeżyliśmy wiele wspólnych wspomnień z Wiesiem i Kasią (dzisiaj małżeństwem) i ks. Tomaszem, przeważały piękne momenty, ale też tragiczne – jak ten pod Torre Inglese, gdzie dosłownie 2 m obok nas spadł wspinacz i którego nie udało się nam uratować.  Wspomnienie tej tragicznej śmierci i widok wydzierającej się zrozpaczonej  żony wspinacza obok mnie towarzyszył , jak szedłem do Aurozno. Poczułem wtedy wdzięczność, że może boli i jest ciężko – ale robię w tym momencie to, co najbardziej kocham – oni już nie mogą.
Zrobiło się zimno i mocno wiało, ale na szczycie przy schronisku gospodarze podawali gorącą herbatę z sokiem malinowym – ale to pyszne było!
Czekał nas zbieg do Passo Giau i kolejny punkt – już ostatni.

Passo Giau-meta

Tutaj na punkcie pojawiło się piwo i przepyszne owoce z puszki – zjadłem cztery kubki owoców i wypiłem pół piwa i ruszyłem dalej. To już był 101 kilometr – do mety tylko 16,

ale wtedy to było aż 16, albo 160 odcinków 100 metrowych. W sumie to standardowy trening. Spokojne wybieganie nie robiące wrażenia na biegaczu – ale mając w nogach 103 km – robiło wrażenie.

Trasę znałem z jednego z naszych treningów – na treningu myślałem, że pobiegnę co sił w nogach, plany były na zbiegi w okolicach 4 min/km, a teraz 6 min/km wydawało się kosmicznym tempem.  Podejście na Przełęcz Giau było istną Golgotą. Po wypitym piwie i owocach dostałem zgagi, ale przynajmniej przeszła ochota na wymiotowanie. Za przełęczą Giau czekał już tylko długi, 12 km zbieg do Cortiny i zwieńczenie biegu.

Forc Giau – na treningu odczucia były zupełnie inne niż na biegu :)

Bolało coraz bardziej, ale wiedziałem już, że to koniec i że dam radę. Schowałem kijki do plecaka i obiecałem sobie, że ostatni zbieg będę jak najwięcej biegł. Robiłem interwały – 800 m zbiegu i 200 m marszu w nagrodę. Bolało jak diabli – stopy piekły, plecy bolały, ale chciałem jak najszybciej to skończyć.  Minąłem ostatnie schronisko i punkt żywieniowy – który wg mnie był bez sensu na 8 km przed metą, jeszcze jeden przesrany zbieg, bardzo błotnisty i śliski – kolejny minus tego,że puścili przed nami Cortinę Trail – ścieżki były rozdeptane, co chwilę słyszałem jak ktoś zaliczył glebę. Po długim i męczącym zbiegu dobiegłem wreszcie na asfalt.  Były niecałe 2 kilometry do mety.

 

 

Już było widać wieżą kościoła w Cortinie, czas mnie nie obchodził -wiedziałem że jest bardzo kiepski i więcej niż 18 godzin, ale wtedy się to nie liczyło. Ważne było,że mam to już praktycznie za sobą. Ostatni kilometr dziękowałem Bogu i sobie, że udało się. Przypomniałem sobie o wszystkich wyrzeczeniach, nie tylko moich, abym mógł wystartować w tym biegu.

Poczułem głęboką wdzięczność wszystkim tym, którzy stanęli na mojej drodze i pomogli mi wystartować. Tym wielkim, którzy w dzieciństwie pokazali mi piękno gór i całe życie inspirowali do ich zdobywania, ale też tym, którzy w najmniejszych rzeczach dołożyli swoją cegiełkę do tego,że mogę realizować się w mojej pasji. To im wszystkim zadedykowałem wtedy ten bieg.

Dobiegając na metę chyba przez kilometr każdy napotkany przechodzień mi klaskał i wiwatował, a na głównym deptaku w Cortinie stały grupki kibiców i wiwatowali, dzieci przybijały piątki – a w sercu poczułem błogie uczucie satysfakcji i spełnienia. Ostatnie 200 m i spiker głośno woła przez mikrofon “Lavaredo ultrarunner from Polonia – Artuuuuuuuur Pacccjorek” – łza zakręciła się w oku, serce mocniej zabiło –  poczułem się jak Kilian wygrywający UTMB. Już nawet nie bolały stopy ani plecy, brzuch się uspokoił. Zrobiłem to!

Podbeskidzka trójca

Podbeskidzka trójca

Czas nie powala – 18 godzin 30 minut i 30 sekund. Ostatnie 60 kilometrów to była prawdziwa bitwa z samym sobą. Próba charakteru i walka z bólem.  Wyszedłem z niej zwycięsko, bogatszy o wiele kolejnych doświadczeń i przede wszystkim pokory.

Pokory dla gór, dla swoich możliwości i natury. Ona zawsze jest od nas silniejsza i nigdy nie wygramy z nią – możemy jedynie się jej poddać i współpracować.

Na mecie dostałem kamizelkę finishera, spotkałem Rafała – wykręcił rewelacyjny czas – złamał 17 godzin. Usiedliśmy na chodniku i czekaliśmy na Karolinę. Karolina złamała 20 godzin – także rewelacyjny czas.

 

I tak – całą naszą beskidzką trójcą siedzieliśmy sobie na chodniku i szczęśliwi wymienialiśmy wrażeniami z biegu.

zasłużone!

zasłużone!

 

Warto było !

Finisher

Finisher

A dla Was mam jeszcze piękny filmik z Lavaredo Ultra Trail

Artur Paciorek

http://triszerpa.pl/pl/

 

 

 

 

 

 

 

Posted in Relacje | Tagged , , , | Leave a comment

Santa Barbara 100 km

 

Jak to się zaczęło i dlaczego akurat 100 km?
Gdy przebywałem w USA, pierwsze co mnie zainteresowało, to kalendarz biegów ultra. Tutaj jest w czym wybierać - od 50 km do 100 mil, można biegać co weekend, zwłaszcza, że jedyną barierą jest czas dotarcia na zawody. Wielkość kraju robi swoje. W pierwszej chwili chciałem wystartować na 50 mil, lecz terminy i odległość od Los Angeles były zbyt duże - nie miałem dużo czasu na podróżowanie. Najbliższe okazało się miasto Santa Barbara i odbywający się tam bieg pod nazwą DRTE100 Endurance Race. Okazało się, że bieg obejmuje 2 dystanse - 100 mil i 100 km. Ten pierwszy znacznie za długi, natomiast 100 km wydawał mi się do osiągnięcia. Limit czasowy 18 godzin nie był zbyt wymagający; tak przynajmniej mi się zdawało. Wiec zapadła decyzja – 100 km. Parząc na trasę biegu, również do zaakceptowania, ale mój sposób myślenia okazał się błędny, o czym przekonałem się dopiero na miejscu. Bardzo wysokie temperatury plus teren górski przyjąłem z pokorą. Biegałem w górach miesiąc wcześniej na przewyższeniach 1000 m oraz w temperaturach do 37 stopni, tak więc po części mój organizm był przyzwyczajony.
Dzień przed biegiem dojechałem na miejsce. Pierwsze, co mnie zaskoczyło to ważenie zawodników przed odebraniem numeru. Domyśliłem się o co chodzi, wcześniej czytałem o tym w specjalistycznych książkach. Na każdym punkcie kontrolnym należy się zważyć i w przypadku dużej utraty wagi przerwać bieg z powodu odwodnienia organizmu. Moja waga wskazywała 151 funtów = 68,5 kg. Odebrałem numer i pilnie wsłuchiwałem się w strażnika Parku leśnego Los Padres, na terenie którego odbywał się bieg. Jedynie, co mi utkwiło w pamięci, to żeby uważać na grzechotniki i niedźwiedzie - w przypadku niedźwiedzia należy go ignorować, a węza uciekać. Sam nie wiem co gorsze. Trasa wiodła przez góry, w przypadku jakiegokolwiek zdarzenia należy pozostać na trasie.



Tak wyglądały realia, nie było tam zasięgu sieci komórkowej, punkty kontrolne miały za zadanie odhaczanie poszczególnych zawodników i drogą radiową przekazywanie informacji, iż dany uczestnik wyruszył z punktu A do B. Jeśli w dłuższymi czasie nie dotarł do punktu B, wysyłana była pomoc konno. Na całej trasie 11 punktów kontrolnych. Zawodnicy mogli dzień wcześniej zdać paczki do każdego punktu kontrolnego z tym, co akurat było im potrzebne, specjalne jedzenie, zmian butów ubrań itp. Analizując od dłuższego czasu biegi ultra wiedziałem, jak się przygotować pod tym względem - najważniejsze nie tracić wody, dostarczać witamin, minerałów pożywienia, natomiast zbyt duże nawodnienie grozi wypłukaniem z organizmu wszystkich potrzebnych zasobów mineralnych. Przygotowałem się tutaj według mnie perfekcyjnie - do 3 najważniejszych punktów kontrolnych 4-6-8 przekazałem płyn o nazwie Pedialyte, po 1 litrze na punkt kontrolny. Jest to płyn na odwodnienie dla małych dzieci. Po tym biegu mogę stwierdzić, że nie ma lepszego świecie napoju izotonicznego albo jeszcze nie poznałem lepszego. Do nich dodałem również batony energetyczne oraz żele, całość rozmieściłem w punktach kontrolnych tak, abym miał pewność, że mi wystarczy wszystkiego. Punkty kontrolne same w sobie były bardzo dobrze wyposażone, tak wiec wszystko przygotowane do wyruszenia w trasę.


Start zaplanowany na 5 rano, oczywiście delikatny stres i w sumie przespane tylko 4 godziny. Noc bardzo zimna, nad ranem jednak postanowiłem wziąć coś cieplejszego na trasę. Szef zawodów dał sygnał i zaczęło się. Wyruszyliśmy wspólnie z zawodnikami na 100 mil. Ich trasa częściowo pokrywała się z trasą na 100 km. Początek ciekawy, bardzo ciemno - konieczna latarka czołowa. Pierwsze podejście, pomyślałem - zaczęło się. Cały bieg ma 4000 m przewyższenia. Analizując to dzisiaj widzę, że Bieg Rzeźnika w Polsce ma 3200 m przewyższenia na 77 km. Tutaj miałem 4000 m na 100 km, więc musiało być ciężko.
Nieduża liczba zawodników na trasie bardzo się rozciągnęła - co kilkadziesiąt metrów jeden biegacz, każdy biegnie swoim tempem. Po 4,5 mili (jeden wielki podbieg) pierwszy punkt kontrolny. Zrobiło się już widno. Na tyle, że można wyłączyć latarkę, dalej trasa została skierowana na bardzo wąski szlak górski i pognaliśmy. Było z górki. Chciałem jak najwięcej trasy pokonać przed południem. Niestety skończyło się bieganie i kolejne podejście na jeden ze szczytów. Po wdrapaniu na górę, widok zapierał dech w piersiach. Szczyty górskie wychodzące z mgły - coś pięknego. Jeśli było w górę, to znaczy, że będzie zbieg. Zbiegać trzeba umieć, a tego nie trenowałem nigdy, tym bardziej, że wąski szlak prowadził wzdłuż skarpy, z której łatwo się zsunąć kilkadziesiąt metrów w dół. Bezpieczeństwo na pierwszym miejscu.

Kilometry mijały, słońce coraz wyżej, kolejny punkt kontrolny - 9 mila. Uzupełnienie zapasów wody i dalej w drogę, ciągle pod górkę i z górki - bardzo ciężko. Zacząłem odczuwać ból w kolanie, zmartwiło mnie to, ale na szczęście przeszło. Kolejny punkt kontrolny - 15 mila. Zatrzymałem się dłużej, zjadłem to, co było na punkcie kontrolnym - trochę ciastek, trochę pizzy. Byłem lekko przejedzony, nawet czułem dyskomfort podczas biegu, ale wiedziałem, że później nie będę tego żałował. Na dodatek trasa przez około 3 km prowadziła przez pole czegoś co przypominało oset, co przyczyniło się do podrapań na nogach - nie było to przyjemne, ale na szczęście nie bolało.
Zrobiło się gorąco, po około 3 godzinach miałem za sobą półmaraton, w kolejnych godzinach robiło się coraz trudniej - słońce piekło okrutnie, ale na to pomagał filtr do opalania 50. Dotarłem do 4 punktu kontrolnego tutaj czekała na mnie butelka pedialyte. Wypiłem duszkiem cały litr, zabrałem zapas wody (3 litry), zjadłem i wyruszyłem dalej. Była 20 mila. Teraz odcinek do następnego punktu wynosił około 8 mil i to było piekło - otwarta przestrzeń i cały odcinek pod górę, ale ok - na tym etapie zaczyna się ściana w maratonie. U mnie nie wiem co było, ale jak zobaczyłem gigantyczną tamę na jeziorze pomyślałem, że ściana w maratonie to pikuś przy tym. I tak naprawdę było - zaśmiałem się i dalej w drogę. Przy okazji wziąłem ibuprofen na ból, aby troszkę mniej nogi bolały. Nagle przy trasie usłyszałem dźwięk grzechotnika, co spowodowało lekką panikę i sprint. Teraz znów musiałem być ostrożny, co chwile coś wyskakiwało przed nogi, na szczęście były to jaszczurki.


Po drodze piękny widok na opuszczoną kopalnie, jak z westernu. Wspinałem się dalej, napotkałem wycieczkę skautów po drodze, dogoniłem dwóch zawodników - byli na skraju wycieńczenia
Na dystansie maratonu kolejny punkt kontrolny, tutaj byłem dumny z siebie, ponieważ już po tym etapie ludzie odpadali, a ja przetrwałem. Wysokość 1200 m n.p.m,, różnica miedzy punktem kontrolnym wynosiła około 700 metrów. Długo nie posiedziałem, zjadłem żele, batony i dalej na trasę. Ten punkt był kluczowy. Duża obsługa, z daleka wypatrywano lornetkami biegaczy, a kiedy dobiegaliśmy wielkie okrzyki i brawa. Z tego punktu już tylko niecałe 3 mile do półmetka, droga zaczęła biec po asfalcie, co było czymś komfortowym po tym, co napotkałem wcześniej. Po kilku minutach w nagrodę widok na ocean z ponad 1200 metrów i kolejna butelka pedialyte oraz jedzenie, Na tym etapie mój czas wynosił 8 godzin.
Na 50 km były najcięższe kilometry w moim życiu, tutaj również trasa zawracała i tym samym szlakiem wracaliśmy na metę. Było to dobre rozwiązanie. Wiedziałem, czego mogę się spodziewać.


Wyruszyłem. Słońce dalej piekło. Na tym etapie przez dłuższy czas biegłem z zawodnikiem z Japonii, na zmianie nadawaliśmy tempo, czy to truchtu, czy podchodzenia. Jeden z najgorszych odcinków pokonaliśmy wspólnie. Było raźniej i szybko minęło. Teoretycznie, bo czas gnał coraz bardziej, a kilometry wolniej. Nie obyło się bez kolejnej tabletki przeciwbólowej, aby jak najmniej bolało. W taki sposób dotarłem do około 65 km. Zostało coraz mniej czasu (limit 18 h).


Towarzysz z Japonii został na punkcie kontrolnym i wyruszyłem dalej sam. Zmęczony, wycieńczony chciałem zmieścić się w limicie czasowym, przez głowę zaczęły przychodzić setki myśli. I dobrze, dzięki temu dotarłem do kolejnego punktu, ale to jeszcze ciągle nie meta. Na około 70 km rozładował się gps. Wtedy straciłem już punkt odniesienia, zaczęło się robić szaro, a tu cały czas pod górkę. Nie wiem, ale odnoszę wrażenie, że ten bieg cały czas był pod górkę. Około godziny 20 dotarłem do ważnego dla mnie punktu kontrolnego. Był on na 53 mili. Do mety dzieliło mnie tylko 9 mii. Euforia i radość dała mi siłę. Niestety 5 mil z 9 było pod górę.

Przebrałem się w ciepłe ubrania, zjadłem, przygotowałem lampkę czołową i ruszyłem. Przede mną była przeprawa przez wyschnięte koryto rzeki, całe w kamieniach. Zrobiło się ciemno, zrobiło się tragicznie, gdzieś na szlaku upadłem - postawiłem źle nogę i kostka wykrzywiła się do środka. Ból, ból na tyle, że łzy w oczach same się pokazały. Pierwsza myśl - skręcona kostka, tak blisko do mety, a ja leży wycieńczony i widzę tylko gwiazdy i Księżyc. Zero cywilizacji, następny zawodnik może będzie za godzinę albo dwie. Nawet nie mam, jak poprosić o to, aby ktoś mnie zabrał z trasy. Wstałem, popatrzyłem na kostkę, chyba nie jest źle. Poza tym zawsze w mojej głowie znajdzie się odpowiednia motywacja. Ruszyłem przed siebie, bolało tak przez jakieś pół godziny. Przedzierając się przez szlak, napotkałem jeszcze jakieś zwierzę. Nie wiem, co to było - chyba duży szop albo coś jak ryś (dobrze, że nie skunks albo puma). Popatrzyłem się na niego, on na mnie i każdy poszedł w swoją stronę i stało się coś pięknego - po godzinie i dwudziestu minutach ujrzałem na wzgórzu migającą lampkę. Był to punkt kontrolny.
Kiedy się zbliżałem, wolontariusze zauważyli mnie, zapaliło się więcej świateł i usłyszałem brawa. Do mety mam 4,5 mili i godzinę, czterdzieści minut zapasu. Nie mogłem się teraz poddać - wypiłem colę z puszki plus żel i kulejąc potruchtałem do mety. To były najdłuższe 4 mile w życiu. O godzinie 22:16 wyłoniłem się z lasu i wpadłem na metę. Medal dostałem na siedząco, nie mogłem ustać, musiałem usiąść, nogi nie były w stanie utrzymać mnie w pionie.


Przeprosiłem z uśmiechem czekającą na mecie siostrę, że się spóźniłem. Mówiłem jej, że na godzinę 19 dobiegnę. Bardzo dziękuję jej za doping.
Co ciekawe, nie straciłem nic na wadze, co świadczyło o tym, że jednak teorię nawadniania w praktyce zastosowałem prawidłowo :)
Po chwili dopiero sobie uświadomiłem, że ten bieg to coś więcej. Na liście startowej na 100 km było 47 nazwisk, a do mety dotarło tylko 11 zawodników, w tym ja na 7 miejscu. Mój czas to 17 godzin, 16 minut i 50 sekund. Tego się nie spodziewałem, Limit czasu był przedłużony ponieważ tylko 8 zawodników (w tym ja) się w nim zmieściło
W wyścigu na 100 mil dotarło tylko 18 osób z prawie 60 zawodników. Zwycięzcą na 100 mil okazała się kobieta, która pokonała w tym piekle ponad 160 km w 24 godziny i kilka minut.
Po powrocie z mety bałem się zdjąć buty. Na szczęście tylko jeden paznokieć uległ zniszczeniu. Później gorąca kąpiel. Noc była nieprzespana, ból nóg był straszny, ramiona i ręce chciały odpaść - plecak z wodą, z którym biegłem miał około 3,5 kg, wiec miało prawo boleć. Dopiero nad ranem zasnąłem.


To bardzo ciężki wyścig, tutaj naprawdę wygrywa twoja determinacja, upór, motywacja. Nie ważne, jak szybko biegasz, ważne jak długo wytrzymasz ze sobą. Dopiero teraz poznałem, co to znaczy się nie poddawać.
Nagrodą dla każdego, kto ukończy bieg, oprócz medalu, jest sprzączka do paska. Jest to symbol ukończenia biegu, tak jak w Western States Endurance czy Rio del Lago.

Mariusz Wiela

Posted in Relacje | Tagged , , , , , | Leave a comment