Jak być totalnie ULTRA? – poradnik

IMG_2527

Czasem jest tak, że coś co kiedy było w miarę niszowe staje się nieco bardziej popularne. Przyczyny są różne i niezbadane, dość powiedzieć, że w dobrym tonie jest by stać się częścią tłuszczy. Czasem ze względu na profesję, czasem na „coludziepowiedzizm” a czasem żeby sobie poprawić notowania u jakiejś dziuni.

Ultra zdaje się przeszło taką drogę i jak wszędzie widać każdy kto nie biega jest leszczem ale tylko trochę mniejszym niż każdy kto nie biega w górach miliona kilometrów. Bo tu bowiem i tylko tu, na górskich szlakach, w otoczeniu, a jakże natury, możemy się poczuć że jesteśmy naprawdę totalni. To właśnie kuźnia bogów , twardzieli ze stali i krótko mówiąc przejebanych kolesi co od dawna są za pan brat z niedźwiedziami, dziki czule klepią po ramieniu a żmije czasami podrzucą w plecaku żeby sobie brzuszka nie poharatały na ostrych kamieniach. Teoretycznie bardzo można by to wszystko pewnie robić samemu w ciszy kontemplując „więź z przyrodą” ale wtedy pojawia się problem: mianowicie mimo iż w zasadzie mieścimy się w trendzie – nie ma na to „papierka”, glejtu czy potwierdzenia, że oto tyle i tyle w tyle i tyle tam i tam. Trochę to jak hipster w Żabka Cafe.

Trzeba więc uganiać się z (za) innymi lecz niestety to już trudniejsze zadanie gdyż wymaga pewnego poziomu przygotowań. Spokojnie, nie trzeba zrealizować CAŁEGO planu, ale dobrze mieć parę alternatyw , tak na wszelki wypadek. Gotowi? Ok no to..

JAK BYĆ MAKSYMALNIE PRZEJEBANYM ULTRASEM W PARU PROSTYCH KROKACH

  1. Jeśli jeszcze nie masz (??!!) załóż konto na fejsbuku i koniecznie zaproś do znajomych wszystkich znanych Ci ultrasów . Nie musisz ich znać osobiście ale ważne, żeby móc lajkować, wyrażać dez/aprobatę, hejtować, komentować itp.
  2. Używając wszelkich możliwych sposobów dostań się do wszystkich możliwych ultra grup na FB – to tu będzie miało miejsce prawdziwe pole walki, planowanie strategii i omawianie ważkich punktów bycia mega ultrasem
  3. Niezależenie od tego czy jesteś ojcem, matką, właścicielem firmy, ważnym pracownikiem, masz doktorat, profesurę, zarządzasz projektami i finansami na ogromną skalę i codziennie podejmujesz przytłaczająco poważne decyzje ZAWSZE ale to ZAWSZE zapytaj na grupie jakie masz sobie kupić: buty/majtki/stanik/plecak/bidon/zegarek/czapkę. W pytaniu nie zapomnij podać bardzo szczegółowych informacji typu „zamierzam biegać ultra”. Absolutnie NIE używaj google, NIE chodź po sklepach i NIE przymierzaj, i broń boże NIE decyduj się na coś SAM tylko dlatego że jest wygodne.

3a) Po zakupie MUSISZ : napisać recenzję po mniej więcej 15 km piejąc peany na temat przydatności/nieprzydatności do ultra i koniecznie zawrzyj w niej obszerne fragmenty opisu ze strony producenta zwłaszcza w kwestii nazewnictwa poszczególnych „systemów”, potwierdź naturalnie, że działają dokładnie jak w opisie

  1. Odpowiednio wcześnie zapoznaj się z listą akceptowalnych marek. Daj znać najlepiej w formie zdjęciowej
  2. Koniecznie już na starcie wybierz ( po wielu długich i wnikliwych pytaniach na grupie rzecz jasna) jedną z drużyn: Suunto lub Garmin i FANATYCZNIE broń jej wyższości. Nie zważaj na logiczne argumenty którejkolwiek ze stron a broń boże tych, co piszą, ze to bajery. Dla ułatwienia ulubionymi argumentami są: wsród Suunciaków „większa dokładność GPS” a wśród Garminowców „możliwość układania interwałów z poziomu zegarka”. Po ich zakupie poinformuj grupę, że mimo iż producent podaje długość działania baterii na 16h Twój trzyma 23. I to z włączonym Blutufem.
  3. Dopytaj jaki konkretnie ma być powerbank do Twoich urządzeń. To ważne. Nie zapomnij dowiedzieć się jakie napięcie i natężenie produkuje i jaki to ma wpływ na działanie zegarka. Pamiętaj bez prądu i zegarka NIE DA SIĘ dokończyć biegu.
  1. Koło stycznia zapisz się na około 10-15 biegów ultra w Polsce i za każdym razem nie zapomnij skrytykować arcywysokiego wpisowego przytaczając ze dwa przykłady biegów na 10 km, dwa biegów na Słowacji i jeden przykład biegu organizowanego przez lokalne władze gdzie nie ma wpisowego. Użyj „da się ? Da się!” w celu wzmocnienia efektu. Dokładnie przeanalizuj zawartość „pakietu”. Jak wiadomo w biegach po górach tylko to jest ważne. Jeśli nie ma fajnej koszulki z logo przynajmniej 12 sponsorów – nie leć. To się nie opłaca. Kategorycznie nie wspominaj wysokości wpisowego na jakikolwiek bieg zagraniczny jeśli się na taki porwałeś. Zresztą to i tak bez znaczenia bo tam góry są przecież zupełnie inne.
  2. Jeśli któryś z Twoich znajomych wrzuci informację o swoim dokonaniu biegowym, niezależnie od tego jakie by ono nie było, nie poprzestań na gratulacjach. Koniecznie dodaj co Ty robiłeś dziś, wczoraj czy miesiąc temu i nie zapomnij o szczegółach dotyczących prędkości, dystansu i przewyższenia.
  3. Za każdym razem gdy ktoś coś sprzedaje, nawet jeśli Cię to nie interesuje – przeprowadź śledztwo i znajdź przynajmniej 3 lepsze oferty na taki sam  albo podobny produkt. Nie omieszkaj zbluzgać gościa za to jak się “zna” na handlu.
  4. Na bieżąco (czyt. codziennie) informuj wszystkich jaki trening wykonałeś i ponownie nie zapominaj o szczegółach. Wszyscy chcą wiedzieć w jakiej jesteś formie i na jakich tempach robisz interwały. Jeśli akurat trening nie wyjdzie najlepiej, nie wrzucaj śladu tylko podaj nieco poprawione wyniki. To bardzo motywuje. Dodaj ze dwa zdjęcia swojej spoconej twarzy najlepiej z gestem Victorii lub podobnym.
  5. Kiedy już kupisz obuwie za ok 750 zł bo w takich biega Dżon, Juan, Gienek czy Tomek, którzy co prawda z tego żyją i są o wiele bardziej doświadczeni ale to nieistotne, na grupie rozważaj czy plecak z Kalendżi nie jest za drogi bo kosztuje aż 200zł. Ewentualnie napisz, że znasz gościa co biega z Ustronianką 1,5 l w ręce i też daje radę.
  6. Zapisując się na zawody NIE czytaj regulaminu. W zamian pisz 245 maili do organizatora pytając o której i kiedy jest start i jakie jest wymagane wyposażenie. Nie sprawdzaj na bieżąco strony zawodów i jeśli coś się zmieni krzycz ile sił, że nie za to płaciłeś i że nikt do Ciebie nie dzwonił.
  7. Na zawodach dopakuj plecak maksymalnie. Zwróć uwagę na zawartość i upewnij się, że masz wszystko poza wymaganym wyposażeniem. Przy odbiorze pakietu głośno wyrażaj dezaprobatę z powodu tego, że organizator nie chce Cię dopuścić tylko dlatego, że nie masz jakiejś głupiej latarki. Nie raz schodziłeś do piwnicy po ciemku i jakoś nic się nie stało. Możesz dodać, ze gwizdek się nie przydaje a bandaż to przeżytek.
  8. Na punkcie kłóć się z obsługą, że nie ma mleka do kawy. Ponownie warto użyć „nie za to płaciłem”. A jeśli uda się dobiec do mety wyraź niezadowolenie z faktu, że prócz wody, izo posiłku po biegu nie ma w zestawie np. kisielu. Bo lubisz.
  9. Czasami na trasie zrób focię. Najlepiej na rozejściu tras i absolutnie nie patrz na taśmy. Zgub się i dzwoń do organizatora wrzeszcząc do telefonu pytania w stylu ”co mam teraz zrobić?” Dokładnie wytłumacz pozycję „koło drzewa” i nigdy, przenigdy nie pamiętaj na jakim kolorze szlaku jesteś i jaki był ostatni szczyt/punkt , który pamiętasz. Przypomnij, że nie za to płaciłeś.
  10. Wgraj track GPX podany przez orga i biegnąc nie użyj go ani razu. Zawsze możesz zadzwonić.
  11. Weź albo nie bierz mapy. To przeżytek i nie musisz się na niej znać. Nie za to płacisz. Trasa powinna mieć strzałki na ziemi – najlepiej namalowane farbą. Mapa to bardziej pamiątka.
  12. Mimo próśb ogra NIE umieszczaj numeru startowego na widoku. To Twój numer i najlepiej będzie jak go schowasz do plecaka. Nie będziesz nim niszczył super koszulki za 234 zł . Mogli przecież w pakiecie dać jakieś paski na numery a nie agrafki – w końcu to parę złotych tylko.
  13. Przed zawodami , mniej więcej około tygodnia nie zapomnij poinformować o wszystkich dolegliwościach. Jeśli zawody umoczysz – wytłumaczenie będzie jak znalazł. Jeśli dobrze pójdzie – będziesz przehardkorem.
  14. Mimo wielomiesięcznych przygotowań do jakiegoś konkretnego startu tuż przed nim wrzuć od niechcenia że to tylko dla zabawy i treningowo i w zasadzie na lajcie. Nikt nie może wiedzieć , że coś w przygotowaniach spartoliłeś a jak wyjdzie i to na lajcie +1000 do hardkorowa.
  15. Jeśli coś się stanie po drodze i będziesz musiał zejść – koniecznie poinformuj. Użyj jednak najbardziej lakonicznej formy jaka jest możliwa. I to po angielsku. To pierwsze wzmaga dramatyzm (dodatkowe punkty za wielokropek), to drugie brzmi bardziej zajebiście np. „gave up…” Nie wyjaśniaj nic przez co najmniej tydzień mimo że znajomi desperacko dzwonią do wszystkich okolicznych szpitali. To Twoja walka i Ty musisz sobie poradzić z porażką.
  16. Na trasie co chwila sprawdzaj kilometraż i porównuj z tym podanym przez orga. Jeśli jest jakiekolwiek odstępstwo na mecie znajdź dyrektora i powiedz mu co myślisz. Nie na darmo się nastawiałeś na konkretne kilometry. Następnie załóż wątek na FB i tam przeanalizuj wszystkie błędy orga. Koniecznie parę razy powtórz, że nie za to płaciłeś.
  17. Biegnąc opowiadaj w miarę głośno co ostatnio przydarzyło Ci się na trasie i jak mogłeś wygrać ale zgubiłeś się z winy orga i brakło Cię na mecie. Zawsze znajdzie się w pobliżu ktoś kto będzie słuchał starego wygi. Możesz też po drodze zwrócić uwagę leszczom na niepoprawną technikę i niezbyt częste przyjmowanie płynów ( jak wiadomo, że maks co 15 minut) i pokarmów.
  18. Kupuj TYLKO żele , których używa Twój guru. Nie patrz na cenę – jakość kosztuje. Z trasy napisz dokładnie kiedy i ile wciągnąłeś.
  19. Założ blog/vlog czy inne miejsce w sieci i dziel się. Najlepiej kup jakąś książkę o treningu i przepisuj tabele radząc ludziom jak mają się przygotowywać. Znajdź parę zdjątek w sieci i wklej. Nie pytaj o pozwolenie – są w sieci znaczy są dostępne. Nie zapominaj o nazwie – musi być jasna – najlepiej Jan Biegam Gdzie się Da Ale Tylko Po górach Kowalski, albo Danka Wbiegam Na Wszystkie Szczyty i Nic Nie Podchodzę Nowak. Tak też się zarejestruj na fejsie- będzie o wiele fajniej przy oznaczaniu.
  20. Mając bloga wypisuj milion próśb do producentów i dystrybutorów o produkty „do testów”. Zawsze chwal to co dostałeś bo już więcej nie dostaniesz. Nie zwracaj uwagi na to, że tydzień temu chwaliłeś adidasy a teraz najlepsze są pumy. Ważne, że za darmo. I tak się nikt nie pokapuje. W recenzjach obuwia używaj słów – kluczy : cholewka, zapiętek, śródstopie, amortyzacja, drop.
  21. Zapisuj się TYLKO na znane biegi. Stop, nie znane – KULTOWE. Nie bierz pod uwagę stosunku dystansu do przewyższenia, profilu trasy, podłoża itp. Wybierz jeden ze znanych i poinformuj wszystkich, że bierzesz udział w najtrudniejszych zawodach świata. Ważne przy tym , żeby w ucieczce od ludzi , do której dążysz być w jak największym tłumie. W końcu po to zszedłeś z asfaltu.
  22. Pamiętaj o jednym – najlepszym i najtrudniejszym biegiem na świecie jest UTMB. TYLKO. Inne biegi mogą się schować. Nie są tak przejebane i trudne. Wobec tego sprawdzaj punkty. Nie biegasz przecież po krzaczorach w jakimś jebanym Polandzie bez punktów. Wiadomo,że nasze góry to nic w porównaniu do gór UTMB.
  23. Każdy bieg przed UTMB to trening i lajt. Wszystkie siły koncentrujemy na UTMB. Nie wolno się nadwyrężać przed sezonem – biegi zimowe odpadają chyba, że dla towarzystwa i jak org Ci postawi startowe. Szkoda marnować cały sezon na jakieś głupie kontuzje na lodzie.
  24. Jeśli masz fantazję żeby przebiec największą możliwą ilość najbardziej egzotycznych biegów na świecie zorganizuj zbiórkę. Nie wydawaj swojej kasy. Przecież chyba reprezentujesz Poland, nie? Niech się zrzucą. Wszystkim na pewno podziękujesz na fejsie i wrzucisz fajne foty. Nie spiesz się. Tu nie chodzi o wygraną tylko o ukończenie. Wygrywanie jest dla leszczy.
  25. Po KAŻDYM starcie napisz do paru portali informując je szczegółowo gdzie byłeś , co zrobiłeś i jeśli nie poszło zacznij od dramatycznego opisu walki z :wrzodami, kostką, odwodnieniem. Należy się promować bo nigdy nie wiadomo. Z biegania też coś trzeba mieć.
  26. Wybierz swój ulubiony bieg i broń go za wszelką cenę. Niezależenie od okoliczności. Użyj inwektyw tak często jak to potrzebne i nie baw się w logikę. Debili o innym zdaniu trzeba zakrzyczeć.
  27. Kup sobie krawat ze znanej imprezy i chodź w nim codziennie. Nie wolno Ci zmarnować szansy na powiedzenie ludziom czego dokonałeś. Najlepiej w kościele albo w pracy. Tam znana impreza będzie miała o wiele większy wydźwięk. Pościel nie jest już tak efektywna. Zobaczysz ją tylko Ty i Twoja połówka.
  28. Nigdy, przenigdy nie odpuszczaj. Zawsze się ścigaj. Połączenie z naturą to ściema. Kiedy tylko możesz ciśnij naprzód i wygrywaj. Ultra to nie zabawa dla mięczaków i nie czas na podziwianie widoczków. To walka i Ty musisz ją wygrać. Za wszelką cenę.

Miłego ultra

IMG_2551

Posted in Artykuły | Tagged , , , | 1 Comment

Dupa (z) Mnicha

logo

Jakimś cudem nigdy nawet nie wpadło mi do głowy, żeby pojechać do Szczawnicy na zawody. Sporo jest imprez w tej okolicy i może dlatego wymyśliłem sobie, że mam to „obiegane” . Może też po prostu doszedłem do wniosku, że w Polsce już mnie nic nie zachwyci. Coś tam zaczęło świtać, że może by tak….. kiedy Jędrek nawijał o Mnichu że ładnie, że łomot i że warto…. No to pojechałem bo się okazało, ze Wojtek nie może i da mi swój pakiet :)

 

Teraz pasowałoby nawinąć przepiękną inwokację w stylu:

Choć bez formy i w kontuzji,

Na podium ni krzty iluzji

Choć umęczon pracą srodze

Wnet kibicom nie dogodzę

Jeno trening acz na lajcie

Lichy wynik? Przebaczajcie!”

 

I coś w ten deseń żeby załagodzić wynik, który trochę odbiega od założeń ale jak widać czasem dobrze dostać po dupie. Nawet od mnicha. Więc, żeby nie wyszło, że jestem cienki jak kawa w dworcowej zawczasu podaję listę wyjaśnień do wyboru samodzielnego:

 

  • niebieskie buty gryzły się z zieloną kurtką (to mnie lekko wkurwiało i nie mogłem się skupić na tempie)
  • czip mi dyndał na prawym bucie i cały czas myślałem, że odpadnie – nie odpadł
  • trzeci daktyl na trzecim punkcie chyba był zepsuty – kłopoty żołądkowe
  • cola na ostatnim punkcie była lekko za bardzo gazowana i wiadomo – gazy
  • cały czas było mi smutno, że za taką kasę w pakiecie nie było chociaż batona
  • buty nie były na błoto a 2 razy je spotkałem na trasie
  • nie były też na asfalt a trochę go było
  • przed biegiem, jakieś parę lat, okazało się, ze jednak muszę pracować i to mnie trochę rozpraszało treningowo
  • moja córka chce się przytulać i nie mogę wtedy biegać
  • jak zdjąłem kurtkę i powiał wiatr to było mi trochę zimno w takim miejscu koło drzewa po prawej

 

Dobra, do rzeczy.

 

DÓŁ

FB_IMG_1461600326606

Mnich był przypadkiem ale ochoczo przyjętym, bo miałem gdzieś tam indziej pobiec ale już wiem, że nie pobiegnę więc wypadało sprawdzić jak się ma forma w odniesieniu do innych. Dla znudzonych – sprawdziłem – forma jest lekko mówiąc słaba a z takim pro przygotowaniem do biegu jakie zaprezentowałem można się spokojnie przekwalifikować na wieczorne spotkania z Haiku.

 

Nie ma co czarować. Trenowanie było oparte na regeneracji i ni chu chu nie przypominało tego sprzed roku. Już same czasy na treningach powinny mi dać do myślenia (nie mówiąc o czasie treningów) ale jak widać myślenie to sprawa z wiekiem coraz trudniejsza. Opona poleciała na górę raz, interwały nie wchodziły a góry widziały mnie rzadziej niż częściej. Można by zwalać na przeprowadzkę, mniej czasu itp. ale równie dobrze na zły układ planet bo jak się chce to można biegać wieczorem. Jak się nie chce to nie można. Taka sentencja na następne parę miesięcy.

 

Forma formą ale są też drobne szczegóły, które mogły nieco sprawę polepszyć. Wiadomo, że jak się już TYYYYLLEE startowało to nie wolno robić głupotek typu zjedzmy na śniadanie coś nowego. Najlepiej ryż z jabłkami i kefirem bo ma dużo energii i fajnie się jabłka komponują z kefirem.

Można też nie obczaić miejsca parkowania samochodu rano i potem jeszcze parę minut przed startem szukać w telefonie zjazdu do stacji kolejki. Można wreszcie zapomnieć o ustalonym spokojnym początku zwłaszcza kiedy superśniadanie ciągle się „układa” w żołądku. No ale nic to. Ognia jak mówią przed nami 12 godzin i 40 minut błędów przetykanych normalnym bieganiem.

Początek

Start jak przystało w czole. W końcu łoś superktoś biegnie. Wiadomo, że nie trenował ale Jedi nie muszą bo użyją mocy.

Do 14 km idzie superaśnie i na pkt odchodzi Bielawa bo nie pije a ja tak mimo że mam dwa pełne bidony. To chwila jeno, zacz na rozstaju nie widzę strzałek i lecę w prawo niebieskim – jak trasa Prehyby. Ktoś tam coś wrzeszczy ale przecież ja ma wgrany track na zegarku i są taśmy i widzę a nie mi tu będzie …

No to track się nie zgadza i zegarek się drze „poza kursem” !! ale są taśmy mnóstwo taśm. I tak se lecimy ( ja i kolega, którego nabrałem) i nagle cisza bo jesteśmy sami. KURWA ! Z naprzeciwka leci kolo i się drze , ze nie ma tam nikogo. Aż tak szybko nie biegliśmy więc zwrot. Razem ok 2km. Super . Bielawa z przodu ja w dupie. Ale cisnę. Lecim z górki na pazurki pojawia się super asfalt. Więc cisnę bardziej. Tempo po 4:40 może dogonię. Szkoda że nie ma jeszcze nawet 25 km ale dobrze jest przepalić. Punkt znienacka mnie wita przy drodze a za nim na jej końcu widzę grupkę, która mi uciekła. Widzę również problem bo żołądek przyjąwszy ryż z jebanymi jabłkami i kefirem zaczyna się buntować i ani się ważę wpychać mu żela. To skutkuje tylko jednym. U podnóża górki wiem, ze świeżo dogoniona grupa mi odejdzie. Dawno już obczaiłem, że minimalnie 1 żel na 10 kilometrów a tu 25 i nic. Moc do zera a przede mną kiepka. Do tego jakiś mega debil przewiesił taśmy w lewo i część się pogubiła. Czujnym jednak jak ważka i nie daję się i ich nabrać i mówię prosto idziem a mnie pod góre wszyscy kurwa zwiewają. Nie pędzą nawet bo nie muszą – idą a ja chyba stoję. Dymus strzela fotki i modlę się, żeby mnie nie strzelił bo wyjdzie że Wolski chce mnie zabić na początku i go aresztują. Z górki udaje mi się przyspieszyć bo w sumie trochę mam już w dupie i się po prostu puszczam jak tania tajska dziwka. Działa, ale aż za dobrze bo gubię numer i parę minut na jego szukanie. Mijamy się parę razy z jednym gościem dość proroczo bo będziemy się tak mijać aż do końca ale ucieka mi bo ja już nie mam pary ni krzty. Nie mam też już wody i na oparach dobiegam do 44 km. Znowu dochodzę uciekającą grupkę i szybko chłepcę colę, ładuję bidony i wraz z lakonicznym komunikatem od gościa z pomiaru, że przede mną około 40 ruszam. Po ledwie paruset metrach ryż z jabłkami osiąga sumę krytyczną i dramatycznie szybko czmycham w krzaki. Naturalnie grupa zmyka niczym Don Pedro z Krainy Deszczowców ale ja rodzę się na nowo. Wreszcie wygląda to tak, jak powinno.

 

GÓRA

FB_IMG_1461615876205

Już po krzakach wiem, że będę ścigał. Biegnę praktycznie cały czas, nawet pod górkę. Trochę to ryzykowne bo dopiero 2/3 drogi ale moc jest więc korzystam ile wlezie. Może się uda, może kogoś dopadnę. Pięknie się śmiga, pogoda idealna temperatura wzorowa. Mijam paru gości i miło mi widzieć jak cierpią bo ja już nie. Z radością widzę Karolinę z aparatem bo może tym razem zdjęcia wyjdą pro.

Cisnę już po Słowacji i dopada mnie Dymus – pstryka i jak widać wyszło, że moc jest. Dobra nasza – przynajmniej na zdjęciach będzie to jako tako wyglądało. I tu, na Słowacji czeka największa kiepa tej wycieczki – przynajmniej w moim mniemaniu ale wcinam ją jak batonika i co ważniejsze wciągam w trakcie żela. Jest energia – będzie i moc. Szybko mija ten odcinek. Już jestem na drodze tuż przed punktem. Dopadam go i znowu łapczywie cola, bidony i hmm może by coś zjeść.. ale co? Bułkę? Eee nie,coś ENERGETYCZNEGO może orzeszki? Nieee lepiej daktyle słodkie są duuużo energii, dużo. Biorę cztery, ruszam bo szkoda czasu i idę jedząc.

DÓŁ

 

Ale tylko trzy bo już przy trzecim wiem jaki to był zajebisty pomysł. Uraczony ryżem żołądek ani myśli trawić jakiegoś gównianego daktyla i buntuje się po raz drugi. Dopada mnie koleś , który wyszedł sporo po mnie i biegnie bo płasko a ja … stoję choć płasko. Nie mogę iść. Mam doła jak prezes regionalnego związku pesymistów. Co za dupa. Taka łatwa część trasy, kiepunie niewielkie piękne rozłożyste łąki i nic tylko śmigać ale nie ma z czego. Na prostce dopada mnie kolejny koleś z słuchawkami na uszach , coś tam pociska o niedźwiedziu i TEŻ biegnie. Chwilę później dwóch kolejnych ale oni idą. Masakra!! Hania dzwoni mówię że chujnia i idę dalej. Jula pisze i mówię, że chujnia ale idę dalej więc ona mi na to, że 40 miejsce i że to bardzo dobrze. I to mnie właśnie podkurwia maksymalnie i to chyba w dobrym momencie bo zbliża się kolejny gość i chce mnie wziąć na zbiegu. O nie! W dupie mam żołądek i cisnę jak powalony. Koleś odpuszcza, wpadamy do wioski i już na górze majaczy ostatni punkt. I tam KIEPA jak żyrafa, Miałem coś poprzeklinać ale przypominam sobie, ze sam bym pewnie tak puścił trasę „dla atrakcji” więc zamykam ryj i idę. Na górze na szczęście stoi Magda z patrolu i trochę mnie to ożywia. Poza tym widzę tych co mnie minęli i już wiem, że ich mam. Ale powoli.

 

GÓRA I GRANDE FINALE

FB_IMG_1461488471669

Początek ściganek nie jest wcale taki różowy. Goście odchodzą ale myślę spoko będzie czas bo przecież końcówka to ok 10 asfaltu. Trzymam na to moc. Zresztą co chwila ich dochodzę na zbiegach więc kontrola full. W końcu Kondziu pisze, że skończył i żebym napierał więc trza się przestać mazać i napierać. Nadarza się świetna okazja bo następny koleś z tyłu chce mnie na zbiegu zrobić i nie ma siły żebym się dał więc cisnę i nie patrzę. Do asfaltu robię jego i dwóch jeszcze kolesi i zaczyna się walka na głowy.

 

Wielu gości asfalt traktuje jak końcówkę i rzeczywiście odpuszcza i idzie. Ja stawiam sobie za cel nie przejść ani kroku i prawie się udaje. Podchodzę tylko dwie małe kiepki ale wystarcza. Robię po drodze siedmiu gości w tym niektóre kilometry po 4:30. Zajebiste jest to, że od czwartego przed metą są tablice i już wiadomo, że jeszcze tylko 4,3,2 i jeden. Ludzie wrzeszczą , dopingują, meta majaczy i jest pięknie i radośnie i cisnę i nie mam już ani kawałka płuc i chyba zejdę na mecie ale lecę. Nie mam numeru więc spiker nie wie co to za dystans ale coś tam krzyczy- niestety nie wiem co pewnie jakieś bla bla bla. Na mecie dopada mnie Arek i Pavlos i wyciągają szampana . Jeb! To jest piękne uczucie i choć mam za chwilę jechać do domu pociągam dwa sowite łyki. Analogia do szybkiego kierowcy formuły 1 jest chyba tylko w tym, ze niektórzy z nich też mają czerwone koszulki ale ludzie w szoku , ja w szoku a Arek rechoce. Jeszcze Ci pokażę ! ;)
received_10154117078333908

 

Czy wrócę? Tak ! Muszę się odkuć. Nie ma mowy o podium ale wiem ile mogę a mogę więcej. Trzeba tylko trenować a nie biadolić, że późno i zimno i niedobrze. Wynik słaby ale nie z powodu żołądka czy układu planet. Czy to źle? Nie, w zasadzie. Gdyby nie Mnich nie wiedziałbym w jakiej dupie jestem a jestem w głębokiej i czarnej. Ważne by wiedzieć jak z niej wyjść a ja chyba wiem.

Co z Mnichem? Piękna impreza,wspaniała organizacja, piękna trasa. Nie tak sadystyczna jak Beskidy bo mniej kamieni ale przez to cudowna i przy dobrej dyspozycji na pewno przyjemna.

 

 

Posted in Imprezy | Tagged , , , , , | Leave a comment

czołówka? brzuchówka? czyli 600Lumen od UltrAspire

DSC_0013Na początek przewrotnie napiszę:
jeśli jesteś skitourowcem nie kupuj tego pasa:)
Nie odgonisz się od innych skitourowców pytających się: a co to, a za ile, a jak działa, etc.

UA511ANSI-LUMEN-600-TWILIGHT_GREEN-169140555-WEB_MEDIUM

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ale po kolei…..na początek kilka słów o samym pasie.

Pas Ultraspire 600lumen to nic innego jak latarka zamontowana na pasie biegowym, który posiada dwie kieszonki zapinane na zamek. Większą z tyłu (na telefon) oraz mniejszą z przodu na np. klucze, kilka żeli, etc.

Dodatkowo, żeby nie było za mało funkcjonalnie pas dzieli się na dwie części co oznacza, że tylna część pasa (ta z większą kieszenią) może zostać odczepiona od tej części z latarką a w jej miejsce można sobie dokupić jakiś inny tzw. „rdzeń” np. z pojemnikiem na wodę. Ultraspire nazywa to systemem MBS.

img_6175

Billede-09-11-2015-21.36.26-e1451975366396Dodam tylko, że do pasa Ultraspire 600 lumen nie pasuje stary system MBS oferowany dotychczas przez firmę Ultraspire.

Nowe „rdzenie MBS” będą najprawdopodobniej dostępne w niedalekiej przyszłości (tak mi się przynajmniej wydaje :)

 

 

 

Przechodząc do latarki……

„Siedzi” ona na pasie dzięki dwóm gumowym obejmom, którą są zarazem system regulacji świecenia (góra-dół). Oznacza to, że jeżeli chcesz aby latarka świeciła trochę wyżej lub niżej musisz przekręcić latarkom do góry lub w dół. Obejmy trzymają na tyle mocno, że latarka samoczynnie nie ma prawa się przesuwać. Dodatkowo latarkę można z tych obejm wyjąć i używać pasa bez latarki a latarkę można w tym czasie ładować lub cokolwiek innego.

Latarkę określam jako „maksymalny minimalizm”. Oznacza to, że ma fenomenalną moc oraz fenomenalną wytrzymałość baterii, a zachowuje bardzo mały wymiar.

Jak to osiągnęli….myślę, że dzięki temu, że wycięli „bajery” do minimum.

Latarka nie posiada żadnej regulacji świecenia, poza trybami mocy. W części lepszych latarek na rynku możesz sobie regulować skupienie światła (szeroko świeci albo wąsko ale daleko). W tych z najwyższej półki skupienie światła samo się reguluje w zależności gdzie patrzysz (np. Petzl Nao).

W Ultraspire 600lumen światło pada równomiernie, dość szeroko. Co najważniejsze jednak w najwyższym trybie jest naprawdę bardzo jasno. Aby opisać jak jasno nie będę rzucał cyframi tylko opiszę to na przykładzie: jako skitourowiec używałem do tej pory czołówek o mocy co najmniej 300 lumenów ponieważ przy jeździe na nartach słabsze światło nie daje mi komfortu (za mało widać aby było bezpiecznie – zbyt szybko się przemieszczasz). W tych warunkach (zjazd na nartach) Ultraspire 600lumen daje radę, zjeżdża się super, widać daleko. Jeśli tu się sprawdza to przy bieganiu sprawdzi się na pewno. Tryby natężenia światła są 4 ( trzy plus miganie).

Screen-Shot-2015-11-26-at-8.56.40-PM

 

Tryby zmieniamy naciskając jeden ten sam klawisz, którym włączamy lub wyłączamy latarkę.

IMG_0412
Latarka jest bardzo wytrzymała a zarazem inteligentna.
Opisane wyżej dane (długość działania baterii) to prawda i co najważniejsze sprawdziłem to na mrozie. Osiągnęli to (tak mi się wydaje) dzięki temu, że bateria nie ma bezpośrednio kontaktu z powietrzem. Jest zamknięta w latarce i wygląda jak paluszek.

IMG_0413
Inteligencja zastosowanego rozwiązania polega na tym, że po godzinie świecenia latarka przełącza się o tryb niżej, dzięki temu oszczędzasz prąd ( czasem w ogóle nie zauważałem, że się przełączyło a czasem musiałem manualnie wrócić do najwyższego trybu).

Potrzebowałem ponad doby aby ją w ogóle rozładować!!!! Oznacza to, że po określonym czasie pracy (ciężko mi dokładnie powiedzieć ale po kilku godzinach) latarka nie pozwoli Ci świecić już w najmocniejszym trybie ale świeci nadal! W ten oto sposób wracając co jakiś czas do najwyższego możliwego trybu potrzebowałem ponad doby aby w ogóle padła!!

Latarkę ładujemy tak samo jak telefon. Dołączają kabel z wejście USB, ja naładowałem ją zwykłą ładowarką do telefonu zasilaną z gniazdka. Wejście na ładowarkę znajduje się obok przycisku załączania latarki.

Na koniec plusy i minusy w połączeniu z ogólnymi wnioskami rozwiązania posiadania światła na pasie.

PLUSY Ultraspire 600 lumen

We mgle, w deszczu lub przy padającym śniegu czołówki są do dupy. Ma się efekt zapalonych długich świateł w aucie w trakcie mgły. Mało widać.

Na zawodach „Zamieć” we mgle i w deszczu zapalony Ultraspire 600 lumen dawał mi taki sam komfort widzenia tego co przede mną jakby pogoda była idealna. Dla porównania zapalona moja zapasowa klasyczna czołówka powodowała, że jedyne co dobrze widziałem to mgłę i deszcz.

  • Jest to ogromna (generalnie) zaleta tego rozwiązania (światło na pasie).
  • Bardzo wytrzymała (potrzebuje ponad doby aby się w pełni rozładować).
  • Bardzo mocne, jasne światło.
  • Brak „czegoś” na głowie.

MINUSY Ultraspire 600 lumen

  • Większe niż przy czołówce wstrząsy światła. Z tego wynika, że głowa jest lepszym stabilizatorem niż brzuch :)
  • Cena.
  • Minusem generalnym posiadania światła na pasie jest to, że gdy światło masz na głowie jest ono zawsze tam gdzie patrzysz. Gdy światło jest na pasie czasem musisz pomyśleć o tym aby doświetlić coś na co patrzysz (np. gdy patrzysz w bok).

Dla mnie jest to gadżet roku jeśli nie więcej i nie zamienię go na żadną inną nawet najbardziej wypasioną czołówkę:) Łączy w sobie to co chciałem: wydajną baterię, mocne, jasne światło i brak posiadania czegoś na głowie.

Jan Górniak

PS. Latarka dostępna jest u polskiego Dytsrybutora marki UA: http://ultraspire.sklep.pl/

Posted in Wyprawy | Leave a comment

Ultra Okulary

12434272_905816019486448_1012362694_n

fot. Małgorzata Nikiel

Posłuchaj stary, Jakie mam kupić okulary?
Na ultra, czaisz? Nie, no da się bez ale wiesz
Jak zapierdalam tak na stoku jak … jak, jakiś kurwa szczupak w potoku
albo ten no Kilian, nie ?
to wiesz, te drzewa, gałęzie te jebane konary, wiesz stary
nie no da się ale to nie ten, wiesz nie do końca…, tylko czy chronią od słońca
i systemy mają te anty kurwa ufał
i się synchronizują z moim dżipiesem
(sunciakiem no raczej bo garmin przekłamuje nawet jak się go apdejtuje
ze sto dwa metry znajomego ojebał jak pocisnął ostatnio rzeźnika
mocno poszli – jebnęli grubo poniżej 13) 
i ładnie kolor pasuje z kompresem
tak, tym co opina łydę i mogę mocniej wiesz i dłużej bo kwas się nie odkłada
rozumiesz żaden! bo to ważne jest
nie, no nie NAJważniejsze
bo w bieganiu wiesz chodzi o kurwa tą, wiesz wolność
i kontakt z naturą wiesz w chuj
rozumiesz
bo w tych nowych minimalistycznych laczkach
to ja naprawdę kumasz czuję więź z podłożem
zwłaszcza jak te skarpety włożę co nie przemakają choćby nie wiem co
bo biegłem w nich wiesz kurwa w śniegu rozumiesz
zimno wiesz
a ja napierdalam i nic tylko czuję podłoże
nie, nie tu
w taterkach, czaisz?
po lodzie przy mega chujowej pogodzie
wiesz trzeci stopień
a ja nic – napieram
nie jak te zera czaisz ta jebana stonka
co w klapkach na Kaspro
bez bukłaka debile
i bez kijów z karbonu
jeb
no ale cisnę przewyższenia
z tysiącpincet mi wyszło jak nic na dwunastu
tak od niechcenia
zgrałem na stravę to se przeanalizujesz
to jak już znajdziesz te okulary
tylko wiesz maks do ośmiu stów stary
nie więcej bo to przegięcie
nie dam tysiaka za jebane patrzałki jak ci debile z warszawki
to daj znaka
może się kiedyś zgadamy na trening
albo spotkamy gdzieś na szlakach
wiesz
nie ma co siedzieć
wrzucę na fejsa to będziesz wiedział gdzie śmigam
to nara
bywaj Continue reading

Posted in Artykuły | Tagged , , , , | 3 Comments

Z pamiętnika początkującego ultrasa – ŁUT150

12189143_914644835296447_529452461984428769_n
Sobota, godzina zero – start zawodów, ale tak naprawdę walka zaczęła się zdecydowanie wcześniej. Wokół widzę tylu facetów, wydaje się – dobrze przygotowanych – a ja taka nieogarnięta, wcale nie ukrywająca tego. Rozglądam się zdezorientowana i zastanawiam się – co ja tutaj robię?
Walka ze snem, ze słabościami, z samą sobą. Gdyby nie to, że obok były osoby zmagające się zapewne z tymi samymi problemami – albo uciekłabym z tego miejsca, albo zwyczajnie poszłabym spać i tu skończyłaby się cała zabawa. No, ale nie o to mi przecież chodziło, prawda? Przecież chciałam w końcu zostać prawdziwym ultrasem. Zatem dotrwałam – dotrwałam do startu.
Jeszcze nie do końca świadomi tego, co nas czeka udaliśmy się na linie startu. Powoli zaczyna udzielać się euforia pozostałych zawodników. – Nagrywaj start, wyślemy Kaśce, żeby wiedziała jak to jest. Niech czuje się, jakby tu z nami była. –powiedziałam Dawidowi. Kasia to prawdziwa ultraska
i pomysłodawczyni całego startu, z przyczyn niezależnych od niej, nie mogła,
a bardzo chciała wystartować. –3, 2, 1 start.. – wystartował Krzysiek, dyrektor zawodów i … ruszyli. Wokół zimno, ciemno, miasto śpi, tylko nieliczni przyszli na linię startu nas dopingować. To miłe! Zawsze doceniam kibiców – zwłaszcza tych dodających energii o tak dziwnej porze. Biegniemy po drodze, szlakiem czerwonym, tempo widzę dość szybkie, ale staram się trochę zwolnić, bo przecież czeka nas długa droga… Nie ma się co zbyt wcześnie wyrywać się, bo przecież zaraz zdechniemy. Widzę tylko zawodników wyprzedzających nas co chwile, i myślę sobie, że pewnie jeszcze nie raz się miniemy, albo… no właśnie… albo padną, bo za szybko wystartowali… Jak mówi stare powiedzenie jeśli Ci się wydaje, że zacząłeś wyścig powoli, to zwolnij jeszcze bardziej przecież na początku zawodów działa na nas niesamowita adrenalina, która nas nakręca, a przecież czas tu decyduje… i głowa…
Mijają pierwsze kilometry, czuję się dobrze.. Gnamy z Dawidem przed siebie, jak tylko najlepiej możemy. Prawie cały czas biegliśmy, jedynie na podejściach zwalnialiśmy. Do pierwszej bazy było dość gęsto, ale potem na szlaku zrobiło się w miarę luźno. Czuliśmy moc, więc mogliśmy z górek śmiało nadrabiać – i tak robiliśmy. Naprawdę było dobrze. Ale… Pierwszy kryzys pojawił się dość wcześnie, bo na ok. 30 km, gdzie odezwały się kolana, z którymi już wcześniej się zmagałam. Kilka przeciwbólowych i mogłam iść dalej. Noc nie była taka straszna, jak by się wydawało, problem pojawił się nad ranem, gdy druga lampka odmawiała posłuszeństwa. –Matko! Trzeba mieć szczęście! –pomyślałam. Na szczęście słońce miało za chwilę wstać, więc się uspokoiłam, ale problem nie zniknął – przecież jeszcze jedna noc przede mną. Continue reading

Posted in Relacje | Tagged , , , , | 1 Comment

Salomon FELLRAISER -kutasik z kieszonką

DSC_0275Nie pisuję już zbyt wielu recenzji obuwia bo ciężko miałbym z czasem. Tyle ich pada po drodze, że nie zdążyłem się jeszcze przyzwyczaić do żadnej pary. Przez jakiś czas myślałem, że moim złotym Graalem będzie La Sportiva w wydaniu Raptora lub Wild Cata ale kombinacja cech cena /(nie)trwałość/(nie)dostepność powolli mnie zniechęcała aż do ostatniej przygody kiedy to okazało się, że zmienili coś w gumie na podeszwie i nie trzyma nawet na najeżonej gwoździami jezdni. Continue reading

Posted in Sprzęt | Tagged , , , | 2 Comments

BUT 2015

Przypadkowy ultr.., tfu, biegacz, przy czynnym udziale Spółki Beskidy Ultra Trail S.A. prezentują “BUT 90km czyli Cholernie Długi Spacer”

Odcinek 2
Bie-gnij, bie-gnij! Mówcie co chcecie, ale ryk tysięcy gardeł na stadionie olimpijskim nie byłby w stanie zmotywować mnie bardziej niż zwykłe ‘bie-gnij’ skandowane przez grupę kilkunastu dzieciaków ze szkolnej wycieczki. Stoją, klaszczą, krzyczą. Co ja mogę, trzeba biec.

Przełęcz Salmopolska. Duże żarcie. Chwila odpoczynku i radosnej zadumy nad sensem istnienia. Zaciągam się powietrzem i z wolna konsumuje makaron z serem. Na słodko, znaczy z cukrem. Nie lubię makaronu, cukru to już w ogóle, ale teraz, po czterdziestu z groszkiem proste żarcie napędza mnie lepiej niż dzika żołędzie.
W zeszłym roku zabawiłem tutaj zdecydowanie za krótko. Mając z tyłu głowy, że do mety zostało ledwie kilkanaście kilometrów nie chciałem mitrężyć i tracić czasu na odpoczynki czy wykwintne dania. Garść daktyli, kawa z cukrem i kopniak na drogę. Dzisiaj jednak jest inaczej. Dzisiaj chcę chwilę posiedzieć. Zdjąć buty, rozprostować stopy, zjeść i napić się pod korek. I na Malinowskiej wybrać czerwoną tabletkę*.
Wody w bukłak, do pełna. Dziękuję. Izo? Nie pijam, ale poproszę, w tę oto butelkę po koli. Ziemniak? Ee, jadłem makaron. Ale w sumie, pyr na słono, czemu nie? I trochę tych pysznych daktyli. I migdały, lubię migdały. I w drogę. Dzięki, byliście jak zwykle niezwykli.

1Barania. Nawet nie wiem kiedy to minęło, tak po prawdzie to niespecjalnie pamiętam jak się tutaj znalazłem. Fajnie się napierało, wyszumiałem się na tych podejściach, a wiatr wywiał z głowy resztki absurdu, którym karmi mnie codzienność. Warto przewietrzyć głowę, cholera, bardzo warto.
W drodze w dół spotykam kumpla z pokoju**, siedzi, masuje stopę. Chyba się trochę popsuł, ale mówi: “napieraj, ja chwile posiedzę i dam radę.” “Jasne. Najlepszego” i napieram. W dół, więc nie muszę nawet napierać, wystarczy się toczyć. Dalej idę szeroko, bo i szutry są szerokie. To zdecydowanie cholernie urokliwe miejsce, z daleka widzę sylwetki biegaczy, którzy cisną za mną. Bawię się tą przygodą, z uśmiechem mówię sobie: żywcem mnie nie weźmiecie, dam się wyprzedzić, ale trzeba będzie się trochę namęczyć i puszczam się biegiem. Szuter się kończy, zaczyna asfalt, nie chcąc zbić sobie dokumentnie ud zaczynam galopołejować – 100m marszu, 900 biegu. 100. 900. Sikanie. 900.
O, cześć, jak zbieg? Mnie też się podobał, oo, znowu pod górę? Rewelacja, dawno nie wypluwałem płuc.” Mijam dwóch kolegów w niedoli i wspinam się na tego, no. No w każdym razie się wspinam. Za chwilę Węgierska Górka co jest wspaniałą opcją, bo zdążyłem zgłodnieć.

Na Carskim Trakcie postanawiam usiąść na chwilę i zrobić porządek w butach. Stopy zaczynają doskwierać więc dobre kilkaset metrów idę na bosaka i nagle spływa na mnie wszechwiedza – już rozumiem niechęć człowieka pierwotnego do noszenia kawałka gumy na stopie. Wolność, mądrość i, kurww, po cholerę ktoś rozsypał ten żwir na drodze? Dobra, dosyć bratania się z praczłowiekiem, zakładam cichobiegi.
Popas, a jedzenia po szyję. Na trawie leży kilku tęgich zawodników z nietegą miną wtłaczając w siebie kolę i inne specjały. Też tak chcę, objadam się owsianymi, kosztuję daktyli, piję kolę i kawę. Uzupełniam ostatni raz bukłak, w butelkę po izo wlewam kolę, biorę garść ciastek. Pozbierajcie mnie po drodze, rzucam na odchodne i odchodzę.
Odchodzę. Dosłownie. Od tego miejsca niewiele już pobiegam, natomiast sporo dowiem się o wyrypach gdzie dystans zbliża się do trzech cyfr, a czas spędzony na trasie przekracza dwie szychty.
Na, albo w kierunku Magurki idziemy we czterech. Dobre sobie, idziemy, dwóch wyrywa do przodu jadąc na czterech***, ostatni kompan opuszcza mnie gdy zwalniam na jednym z podejść. Dobra jest, w górach lubię być sam. Na długim podejściu siadam na chwilę i dumam nad sensem istnienia (a nie, to już miałem połapane po Salmopolu więc zastanawiam się pewnie nad czymś tak prozaicznym jak to, czy po odkręceniu siusiaka odpadnie mi dupka) i trochę nad tym jak bardzo zjeba, yy, zmęczony jestem. Nadchodzi Agnieszka i zatroskana opiernicza mnie co ja niby robię na tym korzeniu. Kontempluję odpowiadam i by uwiarygodnić swoją wersję spluwam niedbale w krzaki. Przyłapała mnie na leżakowaniu, podnoszę się zatem i dziarsko ruszam pod górę.

Gdzie są do cholery te pieprzone taśmy? Dżizas, przecież dałbym sobie paznokcie obciąć, że chwilę temu były. Wyciągam rozpiskę trasy i po raz kolejny czytam:”Z punktu odżywczego wracamy przez punkt widokowy na szlak CZERWONY i biegniemy w kierunku na Glinne, a następnie Magurkę Radziechowską. Na niej skręcamy w prawo na szlak ZIELONY w kierunku na Murońkę i Ostre.”
Czytam i nie rozumiem. To nawet jest dość zabawne – znam litery, słowa brzmią znajomo, ba, nawet zdanie jakieś ulepiłem, ale z rozumieniem ewidentnie mam problem. Sugeruje się zdaniem napotkanego 30 minut temu turysty, który stwierdził, że do Magurki jeno kawałek
Kawałek, no tak, to dość dokładna jednostka miary, uszczegóławiam więc pytaniem ile schodził z tej Magurki. .. Może 15 minut.
Czyli 30 minut podchodzenia później powinienem być na szczycie. I szukać zejścia na zielony szlak. Szlag by to trafił, wracam do ostatniej taśmy.
Jest. Żadnego zejścia w prawo czy w lewo. Jest też owa Agnieszka z którą od pewnego czasu mijam się na trasie – jej zostały nogi, by zbiegać, mi resztki pary, by podchodzić – mija mnie i chwilę później krzyczy, że jest taśma. A więc musiałem przeoczyć. No tak, chyba zaczynam odczuwać zmęczenie tą awanturą. Pociągam solidny łyk wody, odpakowuje batona i ruszam dalej.

Chwilę później kolejna Magurka, ta właściwa, przechodzę z delikatnego truchtu do marszu i rozglądam się za czymś co mogłoby pomóc mi w ostrym zejściu do Ostrego. Jest. Za suchy. Jest. Za długi. Trzask. Jest okej. Odpalam czołówkę i mozolnie schodzę w dół. Uda nie trzymają, kilka razy obsuwam się na płaskich kamieniach i wtedy kij ratuje portki. Schodzę i schodzę, i mimo, że idzie wolno, że w ogóle idzie, a nie biegnie, czuje się jakiś taki na właściwym miejscu. Noc paradoksalnie rozświetla myśli, cieszę się z prostego faktu, że jest noc właśnie. Wyszedłem nocą, wrócę po nocy. Cały dzień na nogach, cholera, podoba mnie się.
W lewo czy w prawo? Kiedyś jeden taki, mocniejszy ode mnie w przebieraniu nogami po górach powiedział mi, że jak na starcie nie jestem zdecydowany na konkretny dystans to on wie jaki wybiorę. Ja też już wiem. Chyba wiedziałem od początku. Potrzebowałem tego lewego planu B na wypadek gdyby odezwała się kontuzja, w innym wypadku wybór jest cholernie prosty.

Klamka zapadła (czy co tam robią klamki), będzie pełne dziewięćdziesiąt czy więcej nawet. Będzie, bo taki był plan, bo od początku oszczędzam siły, bo nie mam lepszego pomysłu na zagospodarowanie tak pięknego dnia. Zbiegnę krótką trasą i zostanie mi pić piwo. Lubię piwo, ale bieganie i góry lubię bardziej.

4

Koniec kamieni. Po prawej jakieś zabudowania, za chwilę asfalt i w dół. I w lewo, szukać hotelu Zimnik. Skoro i tak idę to może zagadam do napotkanych turystów, idą w tę sama stronę. Kilka minut rozmowy, żegnamy się, bo ponoć za szybko idę (pewnie oni tak z grzeczności, bo przecież wlokę się jak kuracjusz na spacerze) nagle przede mną wyrasta czerwony lampion z ludźmi w środku. No tak, żaden lampion, jest ostatni punkt odżywczy. I przyjaźni patrolowcy.
Oo, jak miło, bulion? Chętnie. I tego izo. I ciasteczka, smaczne są te owsiane. I jeszcze izo, i ciasteczko na drogę. W tak zwanym międzyczasie zbiera nas się pięciu w tym punkcie i postanawiamy wyruszyć. Słyszę “jak ktoś mi każe biec to zabije” i wiem, że to dobry kompan na ostatnie 8 kilometrów. Po co biec, całe życie w biegu, przejdźmy się po górach z plecakiem i śpiewajmy jak fajnie jest przy ognisku.
Ruszyli. Prawie jak Drużyna Pierścienia, z mętnym wzrokiem Froda, gracją Sama i ogarnięciem Merrego czy Pippina. Niebieskim do góry (daleko jeszcze?), wieje Halny, “wieje wiatr samobójców” słyszę i myślę sobie, że gość niekiepską ma banię. O czym on gada? Muszę jednak dziwnie się na niego patrzeć, bo szybko tłumaczy, że tutaj, u nich, ludzie często targają się na życie gdy wieje halny. Aha, teraz to ma ręce i nogi, mocniej do góry, potargajmy to Skrzyczne i stoczmy się strumieniem.
Jest. Strumień. Wiatrołom. Masakra Czworogłowych. Schodzimy wolno, suniemy niemal nie odrywając stóp od podłoża. Dwóch kompanów poszło przodem – zbiegli, spadli? Nie, zbiegają, widzę blade światło czołówki puszczające zajączki na połamanych drzewach. Ja nie zbiegam. Sunę. Pełznę. Każdy centymetr od pasa w dół krzyczy. Morda w kubeł, warczę sam do siebie i zdecydowanie ignoruję piekące mięśnie, bolące i powykręcane stawy. Jest zabawa, gra muzyka, pląsajmy zatem i w dół. W dół!

Teren gwałtownie się wypłaszcza. Bagnieje i dłuży się w nieskończoność. Naciskamy już tylko z Witkiem, jeden czeka na drugiego i choć mam wrażenie, że w tym duecie to ja zdecydowanie jestem słabszym ogniwem to wciąż idziemy razem. Podbiegam kawałek ale nogi zbyt głęboko tkwią w, za przeproszeniem, dupie więc jednak postanawiam iść. Płasko, tak cholernie płasko i długo, ale nie silę się na więcej pamiętając, że tak jak żółw porusza się z odpowiednią prędkością do upolowania sałaty**** tak ja mam prędkość wręcz idealną do złamania limitu czasowego. Dużo podobnych mądrości przebiega mi przez głowę zanim przypełzamy do ostatniej już drogi w dół (17 godzin temu napisałbym zbiegu).

Do dreptaka docieramy we dwóch zachowując ostatnie dżule energii na finisz. Słyszę fanfary puszczone przez patrolowców i zbieramy się do truchtu. Meta. Medal. Piwo. Uścisk dłoni orga i szeroki uśmiech na twarzy gdy mówię do niego: “Michał, zejdź mi z oczu, do jutra nie chcę Cię gościu znać.”
Taa, mocny komplement.

I koniec. Awantura skończyła się tak jak się zaczęła – w nocy, w gronie nieznajomych, ale cholernie życzliwych ludzi. Trwała pięknie, a ja wbiegając na metę krokiem tak drewnianym, że z powodzeniem zawstydziłbym samego Pinokio myślałem o jednym – co do niewiasty nadobnej, skąpo w szaty odzianej pobiegnę tutaj za rok?

Dwa słowa tytułem posłowia. Po pierwsze, odcinka nr 1 nie ma i nie będzie, a to z tej prostej przyczyny, że go nie pamiętam. Pierwsze 44 kaemy to siła i świeżość, to lewa, prawa, mocno pod górę, spokojnie po płaskim, szybciej w dół. Było świetnie, fantastycznie wręcz, tak wspaniale, że aż zapomniałem. Impreza rozkręciła się na dobre w drugiej połowie, a tak po prawdzie to po wyjściu z Węgierskiej. Mimo, że ten odcinek z bieganiem górskim miał niewiele wspólnego (o ile dobrze pamiętam na te 22 km potrzebowałem prawie 6 godzin) to całkiem mocno wyrył się w mojej głowie. Można rzec, że od podejścia na Magurkę zaczęły się istotne schody. Schody do nieba.

Ania, Michał i cała ekipo wspierająca organizację tej imprezy – dziękuję. Było wyjątkowo.

* Przypowieść o Neo i Morfeuszu

** Pokój. Sześcian znaczy gdzie stłoczeni na glebie wdychaliśmy atmosferę w nocy poprzedzającej bieg. W noc po biegu wdychaliśmy już nie tylko atmosferę, a nawet jeśli to jakoś inaczej ją było czuć.

*** Siedząc w bazie zawodów zachodziłem w głowę po cholerę mi przepak na 68 kaemie. 22 do mety, chyba tylko koli może mi brakować. Błąd. Brakło kiji.

**** Tako rzecze mistrz Pratchett.

Krzysiek Kupisiewicz

Posted in Relacje | Tagged , , , , , , | Leave a comment

Teraz Twój ruch

Przyjrzyjmy się małym dzieciom – czy one w ogóle się rozciągają i rozgrzewają przed zabawą? Tak samo zwierzęta. Te dziko żyjące, bardzo często zmuszane są do gwałtownego zrywu i ucieczki. A przecież nie skutkuje to u nich, na przykład zerwaniem ścięgna Achillesa ( no chyba że inny zwierzak im w tym pomoże).

Stretching? Co najwyżej, czego fantastycznym przykładem są koty, po drzemce przeciągają sobie grzbiet, kończyny, najczęściej łącząc to z ziewnięciem. I tyle.

1Albo spróbujmy sobie wyobrazić sytuację, kiedy myśliwi z afrykańskich plemion stają w kółeczku i po kolei wykonują krążenia bioder zanim wyruszą w pościg za antylopą (polecam Artykuł Biegnący Myśliwi). Continue reading

Posted in Artykuły | Tagged , , , , , | Leave a comment

PRIMAVIKA – naturalnie w słoiku

Parę tygodni temu dostałem możliwość testowania produktów firmy Primavika. Jest to firma rodzinna z tradycjami, istniejąca od 1989 roku specjalizująca się w produkcji zdrowej żywności i pomagająca ludziom realizować zdrowy styl życia. Primavika produkuje wyroby wegetariańskie, wegańskie oraz produkty BIO, bez cholesterolu, konserwantów, sztucznych barwników i aromatów, wolnych od GMO, a także bez glutaminianu sodu. Jak można zauważyć na oficjalnej stronie firmy (http://www.primavika.pl/o-firmie/) otrzymała ona sporo nagród i wyróżnień za dobrą jakość swoich produktów.
Jak już wspominałem na początku, miałem przyjemność testowania kilka produktów tej firmy a dokładniej:

  • Paprykarz z kaszą jaglaną

W skład paprykarza wchodzi: woda, olej rzepakowy, koncentrat pomidorowy, kasza jaglana 17%, teksturowane białko roślinne sojowe, cebula, marchew, przyprawy (zawierają: seler i gorczycę), skrobia kukurydziana, sól, seler, pietruszka, hydrolizat białka roślinnego, substancja zagęszczająca: guma guar, przeciwutleniacz: kwas askorbinowy = witamina C, aromat z ekstraktu drożdżowego.

Continue reading

Posted in Dieta, Porady | Tagged , , , , , , | Leave a comment

Szacun za walkę czyli jak wygrać przegrywając

PRZYGOTOWANIA

Można by się tak na ten przykład zapisać na jakiś straszliwie straszliwy bieg, który miażdży przewyższeniem i dystansem, wymaga pokonania niezliczonych bagien, gór i skalistych przełęczy najlepiej w deszczu kategorii potop lub skwarze jak na Badwater. Ważne jest jednak by za bardzo nie trenować a już na pewno nie pod ten konkretny dystans,nie robić za długich wybiegań i nie biegać regularnie. Ultra to w końcu ultra – liczy się głowa a nie jakieś interwały. Naturalnie, a powinienem wspomnieć to dużo wcześniej, absolutnie trzeba mieć fejsbuka i ogłosić odpowiednio wcześniej że oto jest cel (pudło lub łamanie czasu) i treningi (!!!) idą pełną parą w sprytny sposób dając do zrozumienia, że wszyscy obserwujący mają oczekiwać zwycięstwa bo to jedyna opcja. Komentując obficie przelewające się komentarze wypada objąć taktykę skromnisia zaznaczając, że „wszystko się może zdarzyć” lub „ to w końcu nie jest znowu taki wyczyn” jednocześnie podbijając ilość lajków do trzycyfrowej liczby. Teraz pozostaje czekać godziny zero jednak nie bezczynnie. Oczywiście nie chodzi tu o czynności treningowe bo to już omówiliśmy ale raczej o działania promocyjno-prewencyjne. Ważne będą na pewno zrzuty z Garmina/Suunto lub ostatecznie z Endo ale tak, żeby było widać dystans i przewyższenie – bez czasu. Do tego parę pytań lub postów związanych z obecnie używanym sprzętem no i na pewno zdjęcia tak średnio co parę dni.

Z pewnością jakieś parę tygodni przed startem pojawi się jakaś mała kontuzja ale należy o niej wspomnieć z lekką nutą irytacji jednocześnie kompletnie ją ignorując poprzez np.: „zabiega się”.

GODZINA ZERO

Dzień startu jest ważny bo trzeba się spakować koniecznie pamiętając o 2 rzeczach: telefonie, który będzie robił zdjęcia i powerbanku, który będzie ten telefon napędzał. A no i jeszcze buty i plecak i wyposażenia obowiązkowe. Opcjonalnie można zabrać czołówkę bez baterii lub z niepasującą baterią – będzie o wiele fajniej. Continue reading

Posted in Artykuły | Tagged , , , , | Leave a comment