Ultrarunning – transgresja czy autodestrukcja (część pierwsza)

 

Krew, pot i łzy, zero wytchnienia, kryzys za kryzysem, organizm w pełnej gotowości nieraz przez kilkanaście godzin, eksploatowany niczym fabryka diamentów w południowej Afryce, zwątpienie i determinacja, krok za krokiem, kilometr za kilometrem, meta coraz bliżej, morderczy wyścig trwa.

Ultrarunning – coś więcej niż bieganie. Ultrarunning- bieg ku czci Prometeusza– tego, który wykradł bogom ogień czy może ultrarunning– bieg ku czci Nemezis– gniewu bogów, każącej każdego, który śmie przekroczyć wyznaczone już granice. Oto jak w wielkim skrócie wygląda bieganie w najbardziej ekstremalnym wydaniu.
Niewątpliwie ultrarunning jest formą rozrywki, która nie tylko odbija się na funkcjonowaniu człowieka, wymuszając na nim daleko idące zmiany, ale też sama w sobie jest bardzo wymagającą sztuką, dlatego też jej opanowaniem zajmują się naprawdę nieliczni.
Pojawia się zatem ciekawe pytanie, mianowicie co tak naprawdę motywuje biegaczy ultra do wystawiania własnego organizmu na tak ekstremalne warunki i pokonywanie dystansów, określanych przez większość biegaczy raczej jako niemożliwe, mordercze, ogólnie niepojęte.
Postaram się wyodrębnić i opisać 2 motory napędowe, które według mnie kształtują motywację biegaczy ultra, a którymi są potrzeba transgresji (tj. przekraczania własnych granic) oraz zachowania autodestrukcyjne. Ściślej mówiąc, przedstawię 2 punkty widzenia istoty motywacji do biegania, które chociaż na pozór przeciwstawne, to stanowiące jednak swego rodzaju dwubiegunowy wymiar, na którym każdy biegacz ultra będzie w stanie się odnaleźć.
Nim przejdę do opisu powyższych mechanizmów myślę, że warto wyjaśnić samo zjawisko motywacji, jej istoty i mechanizmu działania, gdyż jest to znaczące dla dalszych rozważań.
Ogół psychologicznych koncepcji dotyczących natury motywacji jest zgodnych co do jednego, mianowicie że nie ma motywacji gdy nie ma emocji. Można w tym miejscu zacząć przytaczać całą serię teorii i koncepcji, jednak nie o tym jest ten artykuł. Skoncentruję się na poniższym diagramie, który dostarczy niezbędnej nam wiedzy. Wygląda on następująco:
PRAGNIENIE . POTRZEBA . EMOCJE . MOTYWACJA . DZIAŁANIE . ZASPOKOJENIE PRAGNIENIA
Mechanizm ten wyjaśnię w sposób najbardziej prozaiczny, jakkolwiek istotny dla każdego człowieka, każdego dnia. Otóż, pojawia się PRAGNIENIE, w tym przypadku GŁÓD, który rodzi POTRZEBĘ jego zaspokojenia. W tym samym czasie aktywizują się EMOCJE, przybierające najprzeróżniejszą postać, ale powiedzmy, że w tym wypadku jest to rozdrażnienie, rozkojarzenie, ogólnie nieprzyjemny stan, o czym każdy pewnie nieraz się przekonał, gdy był głodny. Emocje, co jest kluczowe, aktywizują MOTYWACJĘ do zaspokojenia pragnienia, z kolei ta skłania do DZIAŁANIA, ukierunkowanego na zaspokojenie potrzeby. W praktyce wygląda to tak, że gdy odczuwamy głód idziemy do kuchni, robimy kanapkę i ją zjadamy. W tym momencie pragnienie zostaje ZASPOKOJONE, dzięki czemu głód zanika, a wraz z nim emocje i motywacja. Tak cykl się zamyka i pojawia w każdym następnym momencie, w którym pojawia się kolejne pragnienie, które rodzi w nas potrzebę jego zaspokojenia.
Abstrahując trochę od tematu warto zauważyć, że w zgodzie z powyższym mechanizmem, pojawiające się czasami wśród ludzi sformułowanie „brakuje mi motywacji”, nie wynika rzeczywiście tylko z jej braku, ale raczej niewystarczającego nasilenia emocji, towarzyszącym potrzebie zaspokojenia pragnienia. Innymi słowy, brak
motywacji jest w rzeczywistości brakiem potrzeby zaspokojenia pragnienia. Pojawia się tylko pytanie, po co ludziom motywacja do czegoś, skoro wystarczająco nie chcą tego osiągnąć. Zostawmy jednak ten temat, wróćmy do rozważań.
Tak więc mamy motywacje do pewnych działań, mające swe źródło w pewnych potrzebach. W przypadku omawianego tematu będzie to transgresja oraz tendencje autodestrukcyjne, które skoro występują, to także mają swoje źródło w potrzebach.
Na gruncie psychologii koncepcję transgresji z powodzeniem rozwijał Józef Kozielecki. W ramach swojej koncepcji psychotransgresjonizmu stworzył on wizję człowieka jako podmiotu wielowymiarowego, telicznego, tj. ukierunkowanego na realizację konkretnego celu, posiadającego przy tym zdolność do przekraczania różnego rodzaju granic, czy to materialnych, społecznych czy symbolicznych. Warto w tym miejscu wspomnieć, że wiele teorii i koncepcji, które zostały stworzone na gruncie psychologii, mają swoje odzwierciedlenie w osobistym doświadczeniu życiowym ich twórców. Tak też było w przypadku Kozieleckiego, który swoje wnioski i przemyślenia weryfikował z własnym doświadczeniem ciężkiej choroby. W momencie, w którym znajdował się blisko załamania i zwątpienia dokonał on swoistej transgresji, w tym przypadku pokonania granicy własnych słabości. To go zaprowadziło do kolejnego wniosku, w którym wykazał, że dla osiągnięcia celu niezbędny jest upór, rozumiany jako wola. Tym samym orzekł, że przekraczanie granicy nigdy nie jest aktem następującym samym w sobie, jest w swej istocie działaniem intencjonalnym, czyli ukierunkowanym.
W przypadku ultrarunningu ma to swoje odzwierciedlenie w postaci podnoszenia sobie poprzeczki za każdym razem, gdy osiągnie się jakiś zamierzony cel. Tak więc po pierwszej asfaltowej 50tce pojawia się 80tka, potem setka, biegi górskie na coraz to dłuższym dystansie i rosnącym stopniu trudności, kończąc na biegach, których ukończenie jest możliwe tylko dla odsetka biegaczy ultra. Mam tu na myśli ultramaraton Bad Water, Maraton Piasków (Marathon des Sables), Mount Everest Marathon czy inne, których listę można z powodzeniem wypełnić co najmniej kilkunastoma kolejnymi przykładami. Ogólnie rzecz ujmując, w przypadku ultrarunningu zapewne chodziłoby o przesuwanie granic biologicznych, mających swe odzwierciedlenie w wytrzymałości oraz granic psychicznych, między innymi dotyczących umiejętności radzenia sobie z kryzysami, których na trasie biegu ultra nie brakuje.


Józef Kozielecki nie jest jedynym, który podejmował tematykę przekraczania granic. Abraham Maslow zauważył, że w procesie zaspokajania potrzeby samorealizacji (patrz: piramida potrzeb Maslowa) jednostka jest w stanie przekraczać swoje dotychczasowe możliwości rozwoju psychologicznego i duchowego. Także inny polski uczony- Kazimierz Dąbrowski, w swojej teorii dezintegracji pozytywnej wskazuje, że rozwój osobowy dokonuje się w wielkim trudzie, gdyż jednostka dokonuje przekraczania własnego poziomu intelektualnego i emocjonalnego, nabywając przy tym nowe zachowania. Także Czesław Nosal proponuje pewne wyjaśnienie działań transgresyjnych jednostki, bazując na metaforze „żagla”. Polega ona na tym, że dzięki celowości naszych działań zwiększamy prawdopodobieństwo osiągnięcia celu, czemu jednocześnie towarzyszą pozytywne emocje. Taki dodatni bilans sprawia, że dążymy do celu, pomimo tego że po drodze czeka nas pokonanie wielu przeszkód tkwiących w nas samych lub otaczającej rzeczywistości. Warte poruszenia są także poglądy Ericha Fromma, który zauważył, że każdy człowiek, w miarę własnych możliwości próbuje przekroczyć świat „przypadkowości” w swoim życiu. Chodziło mu zapewne o życie intencjonalne, czyli wytyczone przez nasze własne zamierzenia i cele. Takie zmagania pozwalają osobie twórczo realizować swoje życie w różnych sferach funkcjonowania.
Rozumując w zgodzie z powyższym można założyć, że biegi ultra, w gruncie rzeczy, stanowią symboliczny wyraz codziennej egzystencjalnej walki, którą każdy w końcu podejmuje, a przynajmniej podejmować powinien. Wygląda na to, że bieg ultra to nic innego jak skrócona wersja naszego życia, no ale filozoficzne dociekania zostawmy na inny artykuł.


Podsumowując, motywację biegaczy ultra można określić jako warunkowaną potrzebę przekraczania własnych granic. W tym aspekcie bieganie ultramaratonów w przeróżnego rodzaju warunkach i o różnej długości stanowiłoby próbę określenia własnych (ostatecznych) limitów. W końcu trudno o biegacza ultra, który po osiągnięciu jakiegoś poziomu w pełni by się nim zadowolił, porzucając dalsze poszukiwania możliwości sprawdzenia się.
Oczywiście wyżej przedstawione koncepcje nie mogą być odnoszone tylko do biegaczy ultra, gdyż dotyczyć one będą biegaczy w ogóle, czyli krótko,- średnio,- i długodystansowych, ponieważ i oni dążą do przekraczania własnych granic, w tym wypadku czasów potrzebnych na przebiegnięcie odpowiedniego dystansu. Koncentracja na biegaczach ultra jest interesująca głównie ze względu na drugi czynnik, o którym jest ten artykuł, czyli tendencji autodestrukcyjnych. Przedstawię je i omówię w drugiej części artykułu.
Andrzej Zieliński

Posted in Artykuły | Leave a comment

Setka po schodach i drabinach – Brtnickie Ledopady 2015

Brtnické ledopády to pierwsza z organizowanych w 2015 roku imprez rywalizacji CS-1000 (Česko-Slovenská Tisícovka). Dla zainteresowanych polecam cały cykl – trzeba ukończyć min. 10 biegów 100km+ z dostępnego katalogu imprez organizowanych w Czechach i na Słowacji. Taka korona (ultra)maratonów tylko zdecydowanie bardziej ekstremalna.
Udział w Brtnickich ledopádach planowałem od dawna, a w zasadzie nie planowałem – ja po prostu zaliczam wszystkie setki u naszych południowych sąsiadów jak leci, o ile czas i fundusze na to pozwalają. W przypadku tej imprezy mamy do czynienia z długimi tradycjami, gdyż to już 55 edeycja, Na trasie oczekiwane też tytułowe ledopády (=sople), ale przede wszystkim piękne trasy Czeskiej i Saksońskiej Szwajcarii.
Bazę zawodów zlokalizowano w przygranicznej miejscowości Mikulášovice – z Opola to niewiele ponad 300 klinometrów. Najprościej dotrzeć tam samochodem. Na imprezę jechaliśmy w dwie osoby. Z drogi warto odnotować jedynie fakt ciekawej skąd inąd koncepcji organizacji setki w słowackim raju – ale raczej nie w nocy i nie w zimie. Jak się okazało później, uwzględniając ilość żelastwa jakie czekało nas na trasie Brtnickich ledopádów, próbka takiego biegu czekała nas wcześniej niż się spodziewaliśmy.
Na miejsce dotarliśmy już o godzinie 15. Najpierw zaliczone odwiedziny miejskiego pubu, degustacja czeskiego piwa i potraw, a następnie wizyta w bazie zawodów.

Bazę zawodów zlokalizowano w miejscowej szkole. Przyjechaliśmy, za wcześnie, więc na formalności trzeba było jeszcze trochę poczekać, jednak my chcieliśmy się przede wszystkim przespać. Mimo sprzeciwu miejscowych, walnęliśmy się w kącie koło Sali gimnastycznej i tak 2 godzinki snu zaliczone, O 18 przebudził mnie hałas rejestrujących się uczestników, dokonaliśmy płatności za imprezę po czym udaliśmy się do wskazanej sali szkolnej by kontynuować sen. Budzik zadzwonił o godzinie 21:45, do startu pozostało 75 minut. Czas wykorzystaliśmy na pakowanie, ubranie, odebranie karty kontrolnej, pierwszego route booka i chipa.


Warto tutaj odnotować, że Brtnickie ledopády to kilka imprez organizowanych na różnych dystansach, więc wśród zawodników również całe rodziny z dziećmi. Start krótszych trasach planowany był na następny dzień
My wystartowaliśmy równo o 23, pogoda była dobra – temperatura minimalnie poniżej zero, wiatru bark, na nawierzchnia nieznacznie po pokryta śniegiem, miejscami oblodzenia od czasu do czasu padał lekki śnieg. Początek biegu po ulicy po czym odbicie w drogę polną i głęboki śnieg. Droga stała się fatalna, nogi się mocno zapadały, bieg był niemożliwy. Pomyślałem sobie, że jak tak dalej będzie to ukończenie imprezy zajmie bardzo dużo czasu.. Później było lepiej. Szutrowe lub asfaltowe drogi przykryte lekkim śniegiem, który stanowił dobry amortyzator, a na dodatek wyrównywał nawierzchnię zakrywając kamienie i korzenie. Śnieg rozświetlony w blasku księżyca sprawił ponadto, że było bardzo widno, a czołówka nie była potrzebna. Te wszystkie czynniki sprawiły, że biegło się bardzo przyjemnie, nawet nie wiem kiedy przekroczyliśmy granice i wbiegliśmy do Niemiec. Tu zdziwienie – brak śniegu – czyżby odśnieżali szlaki?
Pierwsze strome zejścia i podejścia zaczęły się po około 25 kilometrach – trasa tutaj wiodła po schodach wcinających się w głębokie przełęcze. Samoobsługowe punkty kontrolne były organizowane na szczycie skał, co zwykle wymagało odbicia od wytyczonej trasy celem zakreślenia kolorowym pisakiem kolejnego numerka na karcie.
Warto odnotować, że trasa nie była specjalnie znakowana, więc pozostawało na bieżąco analizować route booka i pilnować znakowania szlaków. Standardowo ślad gps był również bardzo pomocny. Akurat pech chciał, że na imprezie miałem nowy telefon, na którym nawigacja głosowa Run.GPS nie działała. Pozostawało zaglądać od czasu do czasu na ekran analizując dalszy przebieg trasy.
Po około 30 kilometrach dobiegliśmy do brzegu Łaby, następnie asfaltową drogą wzdłuż rzeki skierowaliśmy się na południe w stronę przejścia granicznego – krajobraz zabudowy miejskiej wyglądał jakby to miejsce miało czas świetności już dawno za sobą. Zaledwie kilkadziesiąt metrów po przekroczeniu granicy szlak opuszcza drogę asfaltową pnąc się po schodach ostro pod górę na wybijającą się przy drodze skałę, gdzie oczywiście był samoobsługowy punk kontrolny. Następnie prosty zbieg do miejscowości Janov, gdzie w restauracji była kontrola z bufetem. Typowo dla czeskich biegów – jak punkt organizowany jest w restauracji, to jedzenie jest zapewnione, ale napoje (piwo?) trzeba kupić we własnym zakresie. Po opuszczeniu restauracji wiele drogi nie ubyło i kolejny punkt zlokalizowany na wierzy, na wzgórzu, z resztą bardzo wysokiej – do pokonania sporo schodów by zakreślić kolejne pole na karcie. Następnym etapem trasy była jedna z większych atrakcji Czeskiej Szwajcarii Pravčická brana (po drodze w zadumie zaliczyłem upadek i dziurę w moich ulubionych spodniach softshell). W toku wspinaczki zakosami, na szczyt, gdzie oczywiście również był punkt kontrolny, mogłem jedynie wyobrażać sobie jakie to niezwykłe i widokowe miejsce, a późniejszy przegląd zdjęć w Internece tylko potwierdził co straciłem będąc tutaj w nocy.
W dalszą drogę ruszyłem w towarzystwie Czecha z Ostrawy, standardowa rozmowa na temat biegów wartych do zaliczenia i tutaj otrzymałem rekomendację ciekawej imprezy na 1000 mil – wydało mi się to nieprawdopodobne, a jednak faktycznie 1000 mil – dla zainteresowanych http://www.1000miles.cz/ Nowy towarzysz z racji, że w Brtnickich ledopádach startuje nie pierwszy raz opowiedział mi o atrakcjach trasy, które jednak trochę mnie zaniepokoiły – opowiadał o wchodzeniu po drabinach do grodu i kolejnych drabinach na trasie. Jak się okazało te atrakcje czekają mnie już niebawem. Ponieważ poznany kolega nie planował biegać, zostawiłem go i pobiegłem do przodu. Powoli robiło się widno więc czułem się bardziej pewnie. Droga obfitowała w strome trawersy w skalnym terenie, w końcu dotarłem do formacji skalnej, do szczeliny w której faktycznie prowadziła drabina, zerknąłem na mapę i route booka – zamek Šaunštejn – kolejny punkt kontrolny. Co było robić – porzuciłem kijki i rozpocząłem wspinaczkę po drabinie, okazało się, że by dostać się na górę trzeba zaliczyć więcej drabin i trochę wspinaczki po uformowanej skale. Nagrodą był piękny wschód słońca.

W tym momencie poczułem się usprawiedliwiony, że nie spieszyłem się zbytnio, bo po pierwsze włażenie w tak trudnym terenie w nocy nie było by przyjemne, po drugie ominął by mnie wschód słońca.

Miałem jednak nadzieję, ze to jedyne takie techniczne podejście na trasie – oczywiście się myliłem. Przed kolejnymi atrakcjami zaliczyłem punk kontrolny w miejscowości Vysoká Lípa. Na miejscu wyśmienity gulasz i Kofola. Człowiek skanujący chip poradził mi ponadto, by przed kolejnym punktem kontrolnym założyć nakładki antypoślizgowe, co tłumaczył koniecznością wspinaczki po oblodzonej skale – od razu skorzystałem z dobrej rady zakładając moje już zużyte yaktraxy.

Dotarcie do kolejnego punktu kontrolnego faktycznie przysporzyło wiele emocji. Znajdował się na skale Rudolfův kámen w drewnianej chatce, widocznej z podejścia. Podejście zapowiadało się nieciekawie. Schodzący biegacze, kilkukrotnie przestrzegli mnie „be carefull! be carefull!”. Rzeczywiście, czekała mnie wspinaczka po skale uzbrojonej w drabiny i poręcze, jednocześnie skały były bardzo śliskie i było gdzie zlecieć, nakładki się przydały a i strachu trochę też było, wchodzenia na kolanach i schodzenia na dupie. Poręcze i drabiny były też mocno zamarznięte, a śnieg wilgotny, co dodatkowo utrudniało korzystanie z ułatwień – rękawice po chwili były mokre i nie spełniały swoich funkcji. Po drodze tworzyły się też zatory, bo jednak ciężko było się wyminąć na wąskim oblodzonym podejściu. Chciałem zrobić kilka zdjęć, niestety warunki były trudne, a inne osoby też nie miały ochoty na robienie mi fotek w niebezpiecznym terenie, tym bardziej, że wymagało to zdjęcia rękawiczek.

Dalsza trasa to kontynuacja szlaku terenie skalnym – strome podejścia, przyciskanie się w szczelinach skalnych, drabiny – tym razem jednak nie mogłem porzucić kijków bo to była droga w jednym kierunku – musiałem sobie radzić z jedną ręką, gdyż jakoś nie miałem ochoty na zabawę w troczenie kijów do plecaka. Po drodze spotkałem turystów ze sporymi plecakami na stelażach, zastanawiałem się jak oni się tam między skałami. Poprosiłem o zrobienie pamiątkowego zdjęcia, gdyż teren był widokowo bardzo ładny.

W dalszej części trasy teren stawał się coraz bardziej łagodny – szczegółów trasy nie pamiętam bo nie było większych atrakcji. A przy okazji miałem drobny probem techniczny tj. zgubiłem kabelek USB, którym podładowywałem telefon z battery packa na trasie. 30% baterii raczej nie wystarczy do mety, a bez nawigacji zwłaszcza po zmroku może być ciężko. W międzyczasie zaliczyłem kolejny punkt kontrolny w restauracji (miejscowoś Krásná Lípa) i kolejny tależ zupy – tych tależy zupy naliczyłem 6 na całej trasie – świetny pomysł na odżywianie na setce, zwłaszcza w warunkach zimowych. W restauracji pytałem również o sklep by uzupełnić płyny, obsługa zasugerowała mi by zrobić zakupy na miejscu. Jednak 1,5 litowych butelek nie mieli. Zdecydowałem się szukać po drodze sklepu i to był błąd, gdyż czekała mnie długa droga bez płynów.
Punkty kontrolne w restauracjach miały dosyć istotną wadę – po wyjściu z ciepłego na trasę trzeba było się zmagać z odczuciem zimna. Z miejscowości Krásná Lípa w drogę ruszyłem sam, generalnie cała impreza znacznie się rozciągnęła. Droga była łatwa – ścieżki polne przy nieznacznym nachyleniu. Po kilku kilometrach dotarłem do miejscowości Kyjov i tutaj miałem problem ze zlokalizowaniem dalszego przebiegu trasy. Szlak miał przecinać prostopadle ulicę, zabudowa miejscowości utrudniała zlokalizowanie właściwej ścieżki. Po kilkunastu minutach dogoniło mnie dwóch biegaczy – nie mieli problemu ze zlokalizowaniem dalszej drogi – wąska ścieżka między płotami, a ja spodziewałem się raczej szerokiej drogi. Teren znów stał się bardzo trudny – bardzo strome zejścia, kamienne schody, metalowe platfomy, dużo oblodzeń. Zgodnie z mapą szlak prowadził przez Kyjowską Dolinę (Kyjovské údolí), chociaż według mnie to wyglądało raczej na skalny wąwóz. Ponieważ byłem już mocno zmęczony, postanowiłem trzymać się tuż za biegaczamy spotkanymi w miejscowości Kyjov. Uwagę moją zwrócił język w jakim się porozumiewali, coś jakby Szwedzki – na pewno nie był to język Czeski. “Are you from Sweden?” – zapytałem, “No, from Hungary” (…), “I’am from Poland”, “BUT Challenge, last year”, “Are you this only runner who finnished?”, “Yes.”, “I’m that guy, who cut off latest”, “Rafal…?”, “Yes it’s me”. Po drodze jeszcze zamieniliśmy kilka zdań – standardowo na temat biegów wartych do zaliczenia. Bálint polecił mi kilka biegów na terenie Węgier i na Ukrainie, ja zaproponowałem udział w PTL – w końcu wciąż szukam członka drużyny na ten rok. Wspomniałem również o run6000 Challenge, jednak Bálint chyba aż tyle nie biega. Okazało się również, że dziewczyna, z którą robiłem ostatnie 30 kilometrów Praskiej Stovki dwa lata temu, to jego siostra Przy okazji kolejnej kontroli na odwrocie kart zapisaliśmy maile, po powrocie otrzymałem fotki z trasy.


W międzyczasie coraz bardziej niepokoił mnie stan baterii w telefonie – poniżej 10% – i doskwierało pragnienie. Ratunkiem okazała się tajna kontrola – rozstawiony kram z ciepłą herbatą, kofolą, czeskim piwem i różnorodnym jedzeniem. Napełniłem bukłak kofolą i jeszcze butelkę 0,7 – nikt nie robił z tego problemu. Od razu przypominało mi się ubiegłoroczne UTMB – płacisz 220 eur za start i zabraniają ci napełnienia bukłaka colą czy też nawet izotonikiem – żenada. Tajną kontrolę opuściłem bez pieczątki, bo też nikt się nie kwapił by odnotować moje przybycie, pomyślałem, że jak coś pokażę zapis gps z resztą znam tego gościa co tam stał.
Najedzony – (chleb, ser i salami) i z batonami w kieszeni ruszyłem w dalszą drogę – z atrakcji na trasie należy wymienić punkt kontrolny przy wejściu do jaskini i piękne sople (ledopady). Do kolejnej restauracji dotarłem jak już robiło się ciemnio. Na szczęście miałem możliwość podładowania telefonu – nie obyło się jednak bez tłumacza . Ze względu na konieczność ładowania telefonu postanowiłem zatrzymać się na dłużej. Na miejscu dowiedziałem się też na ostatnim odcinku trasy czeka mnie jeszcze co najmniej jedna drabina i jedna wieża. Na trasę ruszyłem sam, trasę wytyczyły mi ślady butów biegowych, więc nawigacja w zasadzie była nie potrzebna. Na tym odcinku po raz pierwszy spotkałem osoby z krótszych dystansów, zastanawiało mnie dlaczego nie mają latarek. Generalnie droga była łatwa, prószył lekki śnieg. Z lasu wybiegłem na wielkie pole i dalej po śladach. Tak dotarłem do granicy czesko-niemieckiej i tutaj zgubiłem szlak. Co również uczyniła grupka biegaczy podążających za mną. Zgodnie z ich sugestią postanowiliśmy iść do przodu szukając dojścia do szlaku, jednak gęste drzewa i duże nachylenie terenu bardzo to utrudniały. Na dodatek wzdłuż granicy biegła rzeczka. Postanowiłem więc się wrócić szukając szlaku w miejscu gdzie go zgubiłem. Po przekroczeniu granicy teren znów stał się bardzo atrakcyjny – mogłem sobie tylko wyobrażać jak za dnia wygląda Saksońska Szwajcaria. Trasa pięła się wzdłuż rzeki wśród formacji skalnych, mnie natomiast niepokoił opis kolejnego punktu kontrolnego „u wylotu śląskiego komina” – od razu na myśl przychodzi kolejna drabina – jak się niebawem okazało był to najciekawszy punktu trasy. Po pokonaniu sporej ilości schodów, spotkałem biegaczy, którzy jakby podążali ze złego kierunku. Pytam „Kontrola?”. Kiwnęli głową, przy czym jeden wyjaśnił że punkt kontrolny znajduje się na dole, co drugi podkreślił bardzo wymownym westchnięciem. Nie bardzo rozumiałem o co chodzi, po sporej ilości schodów dopiero co wspiąłem się na wzniesienie. Kierując się we wskazanym kierunku systemem platform wchodzę na wąską skałę – na skale drewniana chatka, punktu kontrolnego brak, wyglądam z każdej strony – sporo powietrza i jest gdzie zlecieć. Hmm – punkt kontrolny na dole, ale jak zejść na dół? Po chwili dostrzegam pod platformą wąski otwór i stopnie.

Kilka oddechów, celem ochłonięcia i schodzę. Zdecydowanie wyglądało to bardziej pionowo jak na powyższym zdjęciu. Czekało mnie 20 metrów w dół w bardzo wąskiej szczelinie – większy plecak, większa postura i mogło by być ciężko. Na dodatek wyobrażałem sobie jak by to wyglądało jakby kilka osób miało w tym kominie wchodzić i schodzić – organizacyjnie było by to trudne. Stopnie niestety były mocno oblodzone, a ja nie założyłem nakładek antypoślizgowych, więc czubkami butów skuwałem lód, by nie zlecieć. Na dole okazało się, że była alternatywna droga na dół po schodach, jednak wiele emocji bym w ten sposób stracił.

Dalsza część trasy była już łatwa, po drodze zaliczyłem tajną kontrolę – do dyspozycji ciepła herbata, różne rodzaje jedzenia – ja jednak załatwiłem formalność i leciałem dalej. Chciałem jak najszybciej skończyć. Kilka kilometrów dalej spotkałem biegaczy, którzy jakimś cudem tajny punkt kontrolny ominęli -konieczność nadłożenia drogi nie nastawia pozytywnie jak w nogach ma się już 100 kilometrów. Ostatni punkt kontrolny był na wysokiej wieży – znów sporo schodów do pokonania. Po zejściu zaliczyłem jeszcze jedno zbłądzenie – tzn. niepotrzebnie się wróciłem do odblasków, które wcześniej wypatrzyłem, podczas gdy właściwa droga prowadziła tuż obok wieży. Mijani biegacze dziwili się dlaczego się wracam – niepotrzebnie. Chwila biegu i znów jestem w Czechach – tylko dlaczego wciąż jest pod górę? W Mikulášovicach byłem kilka minut po 23, meta w restauracji, kolejna zupa i satysfakcja z ukończenia. Zastanawiam się czy w przyszłym roku znów się zdecyduję. Tak, wiem to zły moment na takie rozważania.
Podsumowując, bieg pięknie poprowadzony, jednak trasa bardzo wymagająca, dużo technicznych odcinków – wymaga uwagi. Zalecam nakładki antypoślizgowe. Szkoda tylko, że bieg organizowany w zimie, a atrakcyjne odcinki pokonywane pod osłoną nocy. Z drugiej strony, przynajmniej jest mniej turystów.

 

Rafał Koszyk

Posted in Relacje | Tagged , , , , , | Leave a comment

Chia Charge – wegetariański ładunek energii

Chia Charge

Parę dni temu otrzymałem propozycję przetestowania vegetariańskich produktów firmy Chia Charge. Firma zajmuję się produkcją suplementów dla sportowców, ale i nie tylko. Wcześniej nigdy nie słyszalem o tej firmie ani o produktach jakie ma w swojej ofercie. W związku z czym z przyjemnością podjąłem wyzwanie. Do przetestowania miałem dwie saszetki z ziarnkami (Chia Charge Honey Trial Mix oraz Chia Charge Trial Mix) oraz 3 rodzaje batonów (Baton białkowy Chia Charge Cacao & Cranberry Protein Bar, Baton Chia Charge – bananowy oraz Baton Chia Charge – oryginal).

Baton białkowy Chia Charge Cacao & Cranberry Protein Bar

W jednym batonie jest 10 gramów białka. Jeden baton zawiera 204 kcal energii. Należy jeszcze wspomnieć, że w skład batona wchodzą: orzechy nerkowca, rodzynki sułtańskie, borówki, daktyle, izolat białka sojowego, ziarna słonecznika, nasiona chia, kakao, jagody goji, prażone ziarna kakaowe, gliceryna roślinna, masło kakaowe, płatki soli morskiej.orzechy nerkowca, rodzynki, borówki i daktyle. Jednym słowem mocna dawka witamin i paliwa potrzebna przy dużym wysiłku. Jak zapewnia nas producent w batonie nie znajdziemy cukru („no added sugar”), nabiału („dairy free”) oraz pszenicy („wheat free”). Idealny jest za to dla biegających wegetarian i wegan („vegan”), Miło ze strony producenta, że pomyślał o nas, czyli roślinożerców.

Poniższa tabelka pokazuje zawartość wszystkich składników:

W jednym batonie (50g)

W 100 g

Wartość energetyczna (kJ)

855

1711

Wartość energetyczna (kcal)

204

409

Białko (g)

10,1

20,1

Węglowodany (g)

23,5

47,1

W tym cukry (g)

15,8

31,5

Tłuszcze (g)

8,6

17,2

W tym kwasy tłuszczowe nasycone (g)

2,0

4,0

Błonnik

3,6

7,2

Sól

0,4

0,8

To tyle jeśli chodzi o skład batona, który jak można zaobserwować po składzie zawiera wszystko to co powinno zawierać nasze „paliwo”.

Przejdźmy zatem do charakterystyki organoleptycznej. Baton wygląda troszkę jak skoncentrowany dżem albo marmolada. Przy czym tworzy zwartą całość będąc przy tym jednocześnie miękkim. Co wydawało mi się ważne, to to, że baton nie zakleja buzi. Nie robi się z niego przysłowiowa „mordoklejka” Radziłbym go jednak zjeść odrazu całego, bo potem mógłby ubrudzić kieszeń. Kawałek batona dałem spóbować żonie, bo razem byliśmy na treningu i stwierdziła, że w smaku przypominał czarne żelki z lukrecją. Oboje myśleliśmy, że będzie bardziej słodki biorąc pod uwagę ile owoców znajdziemy w środku. Pod względem smakowym nie podpasował nam. Mógłby być troszkę bardziej słodki. W pewnym momencie jego konsumowania wydawał mi się nawet troszkę gorzki. Mogę powiedzieć, że nie ma rewelacji, ale swoją funkcję spełnia.

Baton Chia Charge (oryginal)

Baton Chia Charge (original) jest bardzo energetyczny, zawiera aż 378 kcal oraz 5 g białka. Ponadto w jego skład wchodzą: płatki owsiane, masło, brązowy cukier demerara, syrop złocisty, nasiona chia, płatki soli morskiej.

Poniższa tabelka pokazuje zawartość wszystkich składników:

W jednym batonie (80 g)

W 100 g

Wartość energetyczna (kJ)

1589

1987

Wartość energetyczna (kcal)

378

472

Białko (g)

5

6

Węglowodany (g)

44

55

W tym cukry (g)

23

28

Tłuszcze (g)

20

25

W tym kwasy tłuszczowe nasycone (g)

11

14

Błonnik (g)

4

5

Sól (g)

0,84

1,06

Po przeanalizowaniu składu batona i jego wartości odżywczych przejdziemy do smaku i wyglądu batona. Baton wygląda przyjemnie i apetycznie. Niestety ciężko się do niego dostać. Torebka na pewno sama się tak szybko nie przediurawi. W porównaniu do innych opakowań batonów jakie są dostępne na rynkach, to ten baton ciężko rozpakować. Jak już się do niego dobierzemy to poczujemy zapach ciasta. Według mnie pachnie takim ciastem jakie możemy kupić w sklepie takich kolorowych papierach, torebeczkach albo taką muffinką. Zapach sam w sobie był dla mnie przyjemny i zachęcający do zjedzenia. Tekstura batonu jest w miarę zwarta. Przypomina mi trochę zakalcowate ciasto. Baton jest wilgotny. Można ponadto wyczuć posmak tłuszczu, co daje w pewnym sensie jakieś uczucie lekkiego nawilżenia. Z drugiej jednak strony nie ma co się dziwić jak baton ma w sobie 20 g tłuszczu. Zabierając go ze sobą na trening miałem mały problem z nim, gdyż baton Chia Charge w porównaniu do innych obecnych na rynkach batonów jest duży i trochę nieporęczny. Poza tym trudno jest go zjeść całego. Szybko syci. Jeśli już spróbujemy go zjeść całego to powstaje kolejny problem, a mianowicie taki, że baton zwyczajnie się kruszy. Ogólnie smak batona mi odpowiadał. Był bardzo słodki, ale buzi nie zaklejał. Wyczuwało się nasionka chia. Szkoda tylko, że mocno czuć masło i ten tłuszcz, który niestety pozostawiał tłuste palce. W porównaniu do wcześniej opisywanego batonu białkowego Chia Charge Cacao & Cranberry Protein Bar, jak go nazwałem „batonu dżem” to ten baton był o wiele lepszy. Wedłg mnie opisywany baton Chia Charge (original) idealnie sprawdziłby się przy biegach górskich, gdzie biega się jednak wolniej i więcej czasu mamy na zjedzenie czegoś wartościowego. Przy szybkich biegach ultra na asfalcie jakie ja uprawiam jest niewygodny ze względu na swój rozmiar, łamliwość i nieporęczność. Batona nie schowamy do tylniej kieszonki spodenek albo do kieszonki przy bluzie, bo nam się mocno pokruszy i w ogóle go nie zjemy. Chyba wolałbym w to miejsce zabrać ze sobą i zjeść podczas treningów czy zawodów kawałek zmrożonego Snickersa, ale to tylko moje osobiste zdanie i zastosowane rozwiązanie. Jako poliwo jest dobrym rozwiązaniem.

Baton Chia Charge (bananowy)

Kolejnym z rzędu batonem jaki miałem przyjemność wypróbować był baton Chia Charge, który zawiera 357 kcal oraz 5 g białka. Ponadto w jego skład wchodzą: płatki owsiane, masło, brązowy cukier demerara, syrop złocisty, suszone na słońcu banany, nasiona chia, płatki soli morskiej, mąka ryżowa.

Poniższa tabelka pokazuje zawartość wszystkich składników:

W jednym batonie (80 g)

W 100 g

Wartość energetyczna (kJ)

1502

1877

Wartość energetyczna (kcal)

357

446

Białko (g)

5

6

Węglowodany (g)

45

57

W tym cukry (g)

22

27

Tłuszcze (g)

17

22

W tym kwasy tłuszczowe nasycone (g)

9

12

Błonnik (g)

4

5

Sól based on sodium (g)

0,47

0,59

Sód (g)

0,18

0,23

Przechodząc jednak do kwestii smaku i wyglądu batona to musze powiedzieć, że w porównaniu do swojego porzednika tj. batonu Chia Charge (original) to ten opisywany tutaj baton Chia Charge (banan) jest bardziej suchy, co niestety wpłynęło na jego teksturę, bo bardzo się kruszył. Konsystencja ciasta sprawiała, że dość spore kawałki niestety lądowały na asfalcie. Baton jak wyczytałem na opakowaniu ma 17 g tłuszczy, ale jakoś go tutaj tak mocno nie czuć, być może za sprawą bananów. Niestety bananów nie udało mi się wyczuć. Nie wyczuwa się również tak bardzo masła jak u poprzednika, co uważam za duży plus. Kolejnym plusem jest ładny zapach ciasta. Bardzo mnie to zaskoczyło, bo byłem przygotowany na typowy zapach batona, a tutaj niespodzianka, zapach ciasta. W smaku oba batony Chia Charge (banan) jak i Chia Charge (original) przypominały mi domowe ciasto a nie batony energetyczne (spodziewałem się raczej słodkiego zaklejającego batona lub takiego bezsmakowego). Dodane do batonu Chia Charge (banan) nasionka Chia sprawiają wrażenie jakby się jadło makowca. Te same nasionka wchodzą w zęby. W smaku baton był mniej słodki od swojego porzednika, czym u mnie zaplusował. Ponadto jak i poprzedni baton również i ten syci. Jak zjadłem całego batona (nie licząc tego co upadło na asfalt), to tak mnie zapchał, że odrazu wypiłem całą wodę jaką miałem przeznaczoną na trening. Poprzednim batonikiem mocno się zasłodziłem. Stwierdzić należy jednak i tu, że baton jest duży i nieporęczny na biegi szybkie. Po zjedzeniu batona nie zauważyłem jakiś problemów żołądkowych. Powietrze w dalszym ciągu jest świeże i naturalne. Niezmiennie jednak uważam, że baton nadaje się do wolnego biegania np. po górach albo po zakończeniu biegu, czy też treningu. Co do walorów energetycznych to w pełni spełnił swoją rolę.

Saszetka Chia Charge Honey Trail Mix

Saszetka Chia Charge Honey Trail Mix zawiera posłodzoną miodem mieszankę ziaren oferującą prawie 4 gramy białka oraz niezbędne kwasy omega 3, 6 i 9. W skład saszetki wchodzą m.in: mieszanka nasion, ziarna dyni, nasiona chia, suszone kawałki jabłka, cukier, miód.

Poniższa tabelka pokazuje zawartość wszystkich składników:

W jednej saszetce (25g)

W 100 g

Wartość energetyczna (kJ)

501

2,004

Wartość energetyczna (kcal)

120

481

Białko (g)

3,8

15,2

Węglowodany (g)

10,8

43,2

W tym cukry (g)

8,8

35,3

Tłuszcze (g)

7,4

29,6

W tym kwasy tłuszczowe nasycone (g)

0,9

3,7

Błonnik (g)

2,5

10,1

Sól (g)

0,2

0,7

Omega 3 (g)

0,3

1,3

Omega 6 (g)

3,1

12,3

Omega 9 (g)

3,0

12,0

Poly-unsaturates (g)

3,5

13,8

Saszetka z ziarnami Chia Charge Honey Trail Mix jest poręczna. Nie zajmuje dużo miejsca w kieszeni a przy tym jest lekka. Kształt i wielkość opakowania przypomina opakowanie żeli energetyczny. Opakowanie dość ciężko się otwiera. Tak jak przy żelach energetycznych mamy i tutaj lekko nacięte opakowanie aby zębami szybko otworzyć. Niestety w przypadku naszej saszetki z ziarenkami musimy użyć więcej siły. Problem jaki może powstać tuż po otwarciu, to próba zjedzenia. Zawartość saszetki może nam się zwyczajnie wysypać podczas biegu. Jeśli chodzi o smak to byłem pozytywnie zaskoczony. W smaku mieszanka jest bardzo dobra, podpasowała mi i to bardzo. Jeśli miał bym kupić produkt z tej kolekcji, którą testowałem to zdecydował bym sie właśnie na Chia Charge Honey Trail Mix. Jak już wspominałem wcześniej do mieszanki został dodany miód, który dał całej mieszance bardzo ciekawy smak. Mieszanka pomimo miodu się nie klei. Zawiera wszystko to co chciałoby się zjeść gdy brakuje nam cukru. Dodatkowo co udało mi się zaobserwować to wbrew małej ilości opakowania tj. 25 g może wypełnić nam żołądek. W moim wypadku sprawdził się idealnie. Dodał mi energii w trakcie wyczerpującego treningu.

Saszetka Chia Charge Trial Mix

Saszetka z ziarnami Chia Charge Trail Mix zawiera ponad 6 gramów białka oraz kwasy omega 3, 6 i 9. Podobnie jak wyżej opisana saszetka również i ta mieszkanka ziaren odpowiada kształtem i rozmiarem opakowaniom żeli energetycznych. Saszetka zawiera w sobie ziarna słonecznika, ziarna dyni, ziarna sezamu, nasion Chia, pikantny sos (soja, sól morska, kropidlak żółty).

Poniższa tabelka pokazuje zawartość wszystkich składników:

W jednej saszetce (25g)

W 100 g

Wartość energetyczna (kJ)

665

2658

Wartość energetyczna (kcal)

161

642

Białko (g)

6,4

25,5

Węglowodany (g)

3,5

14,0

W tym cukry (g)

0,4

1,7

Tłuszcze (g)

12,9

51,7

W tym kwasy tłuszczowe nasycone (g)

1,4

5,8

Błonnik (g)

4,5

18,1

Sól (g)

0,2

0,9

Omega 3 (g)

0,3

1,1

Omega 6 (g)

3,7

14,9

Omega 9 (g)

7,5

29,8

Sodium (g)

0,1

0,4

Mono-unsalurates

7,5

29,8

Polyunsaturates

4,0

16,1

Saszetka z ziarnami Chia Charge Trail Mix jest również bardzo poręczna. Tak jak to było w przypadku wcześniej opisywanej saszetki Chia Charge Honey Mix, również ta mieszkanka ziaren nie zajmuje dużo miejsca w kieszeni. Opakowanie niestety również dość ciężko się otwiera. Jeśli chodzi o smak to muszę powiedzieć, że mocno się różni od poprzedniej saszetki. W przypadku ziaren Chia Charge Trial Mix mamy tutaj do czynienia z typowymi ziarnami, do których zostały dodany sos m.in. sojowy dzięki, któremu cała mieszanka jest słona. Ogólnie w smaku jest dobre. Przy tak dużej dawce ziaren mogą w pewnym momencie zaboleć zęby od gryzienia. Mieszanka tak bardzo mi nie podpasowała jak poprzednia, ale może być super alternatywą jak będziemy już zmęczeni słodkimi przekąskami na trasie. To super alternatywa dla typowych „słodzików” dostępnych na punktach odżywczych.

Podsumowanie

Muszę przyznać, że miałem doczynienia z tymi produktami poraz pierwszy i w większości przypadków byłem zaskoczony co jadłem. Miałem inne wyobrażenie co mnie może czekać, ale jestem pozytywnie zaskoczony. Można pewnie popracować nad objętością, czy też opakowaniami, ale to jest uwarunkowane różnymi czynnikami i nie zawsze może być łatwo je zmienić. W produktach, które testowałem bardzo cenię sobie walory energetyczne, co wydaje mi się być bardzo ważnym elementem, jak również walory smakowe. Nie znam ceny tych produktów, dlatego nie będę odnosił się do bilansu cena/korzyści. W większości przypadków miałem pozytywne odczucia, ale wydaje mi się, że są to bardziej produkty skierowane do biegaczy górskich, którzy mają więcej czasu na pożywienie się i moga pozwolić sobie na znaczne zwolnienie czy też marsz i spokojne jedzenie.

O mnie

Nazywam się Jacek Będkowski. Swoją przygodę z bieganiem rozpocząłem w połowie sierpnia 2010 roku a od 2012 roku biegam głównie ultra po ulicy z naciskiem na płaskie 100 km. Na końcie mam 11 biegów ultra od 44 km do 140 km. Do tego przebiegłem również 8 maratonów (P.B. 2:54:40), jak również 9 półmaratonów (P.B. 1:25:12).  

Posted in Sprzęt | Tagged , , , , , | Leave a comment

Zamieć 2015

Co pcha człowieka do decyzji o starcie w biegu 24-godzinnym? Na tak zadane pytanie znajdziecie pewnie setki odpowiedzi, choć w Polsce to wciąż dyscyplina niemal nieznana. Co w takim razie skłoniło mnie? Nie pamiętam. Nie przypominam sobie sytuacji, abym pomyślał: chyba potrzebuję się sponiewierać jak jeszcze nigdy w życiu. Na pewno chciałem zacząć sezon od biegu, nad którym będę miał pełną kontrolę, na pewno miały to być góry, a z racji pory roku – śnieg. Na wzmiankę o Zamieci trafiłem w internecie i mimo wahań dość szybko rozbiłem świnkę skarbonkę na rzecz opłaty startowej.

 

A może jednak Czechy?

Moje wahania wiązały się nie tyle z podjęciem decyzji o autodestrukcji, ile z wyborem miejsca kaźni. Okazało się bowiem, że Zamieć niemal pokrywa się terminem z bardzo podobną imprezą w Czechach – Adidas 24 Hodin na Lyse Hore, która miała się rozegrać 23-25 stycznia. Planowałem jazdę autem, więc niewielka różnica odległości nie mogła wpłynąć na decyzję, zawody mają podobną formułę i spełniają moje założenia, więc zadecydował drobiazg… ja naprawdę nie rozumiem języka czeskiego, a Czechom nie śpieszy się do tłumaczenia swoich stron internetowych choćby na angielski (lub robią to tak pokracznie jak w przypadku strony Perun Skymarathonu). Uznałem więc, że nie będę się silił na tłumaczenie zapisów regulaminu ani prosił o pomoc znajomych i po prostu pojadę do Szczyrku.

Mieszczuch w górach i problemy ze sprzętem

 

Pomimo kilku górskich startów w 2014 roku wciąż czuję się mieszczuchem. Treningi na podwrocławskiej Ślęży, choć potrafią dać w kość, nie oddają w pełni klimatu górskich biegów ultra. Nie mówiąc już o tym, powoli poznaję każdy kamień na ślężańskich szlakach i brak tu efektu podążania w nieznane, który poznałem podczas kilkunastogodzinnych biegów. Z powodu braku czasu nie miałem też wielu okazji do dalszych wyjazdów – zaliczyłem kilka dni w Karkonoszach i dwa wyjazdy w Góry Sowie, gdzie miałem okazję pobawić się w naprawdę głębokim śniegu. Poza tym były to okazje do wypróbowania sprzętowej nowości w moim arsenale – nakładek przeciwpoślizgowych. Wszystko to jednak utwierdzało mnie w przekonaniu, że Zamieć to doskonała impreza na rozpoczęcie sezonu. W końcu w każdej chwili i pod byle pretekstem (który oczywiście ubrałbym w bohaterską opowieść o zmaganiu się z lodowym Yeti) będę mógł zejść z trasy.

Sprawdzanie sprzętu okazało się dość jednoznaczne – w tygodniu poprzedzającym Zamieć złamałem jeden z kijów, które do tej pory towarzyszyły mi na długich biegach, a testowane nakładki okazały się kompletnym niewypałem. Uznałem jednak, że w tym przypadku warto sięgnąć do portfela i nawet na ostatnią chwilę kupić sobie nowe zabawki. W przypadku kijów poleciałem po linii najmniejszego oporu i wybrałem jeden z najtańszych modeli na rynku, za to w przypadku nakładek postawiłem na większą inwestycję – porządne turystyczne raczki, które polecali mi znajomi.

Żegnam Wrocław, żegnam wiosnę…

 

Początkowo planowałem pojechać do Szczyrku już dzień wcześniej i zrobić częściowy rekonesans trasy, ale szybko odpuściłem ten pomysł. Wygrała perspektywa spania we własnym łóżku – start przewidziany był dopiero na 12:00, więc nie musiałem się zrywać w środku nocy by dojechać na miejsce.

Jazda autostradową czwórką nie zapowiadała nagłej zmiany pogody, choć już na wysokości Opola, a w znacznie większym stopniu w Katowicach, widziałem, że wiosenna aura ogranicza się wyłącznie do okolic Wrocławia. Rewolucyjna zmiana nadeszła jednak po minięciu Bielska-Białej. Organizatorzy dzień wcześniej ostrzegali o możliwych utrudnieniach spowodowanych intensywnymi opadami śniegu i jak do tej pory wszystko się zgadzało, choć we mnie wywołało to zdziwienie. Ostatnie kilometry toczyłem się w sznurze aut, jadąc 40 km/h.

Na miejsce dotarłem chwilę po 9:00. Udałem się od razu do biura, gdzie przed odebraniem numerka należało się pochwalić obowiązkowym wyposażeniem. To bardzo dobra praktyka, która w znacznej mierze pozwoliłaby uniknąć zamieszania, jakie wybuchło przy okazji zimowego Półmaratonu Gór Stołowych. Przez Zamiecią wszystkie karty (w postaci folii, bandaża, czołówki itp.) należało wyłożyć na stół i nie było w związku z tym żadnych kłótni. W końcu chodzi o bezpieczeństwo.

Wieści z trasy i prognozy

 

Organizatorzy już na dzień dobry uraczyli każdego wiadomościami z postępów oznaczania trasy. Jak się okazało, dzień przed zawodami oznaczenie było niewykonalne, bo na Skrzyczne nawaliło tyle śniegu, że miejscami można było wpaść w puch po pachy. Śnieg lepszy niż lód? No pewnie, ale są granice. W dodatku pierzyna ta była wilgotna, przez co sama w sobie śliska. Wtedy już wiedziałem, że Zamieci daleko będzie do zabawy, ale wciąż pełen byłem pozytywnych myśli. Jedno było pocieszające – zapowiadała się wyjątkowo wysoka temperatura. Gdyby podczas zeszłorocznej edycji powiedzieć zawodnikom, że za rok spadek temperatury osiągnie maksymalnie -8 stopni, to pewnie zaśmiali by się głęboko. Taka temperatura nawet przy mocnym wietrze jest do zniesienia, więc najgrubsze ciuchy można było zostawić w torbie.

3, 2, 1…

Start był dość waleczny. Po odliczeniu od 10 w dół, część zawodników mocno wyskoczyła przed szereg, a w uszach zahuczał dźwięk trąby (lub jakiegoś szalonego rogu, mam nadzieję, że nie był to wymysł mojej wyobraźni). Na początku podłączyłem się do mocno napierającej grupy, choć przy pierwszym podejściu mocno zaśnieżonym single-trackiem większość z nas zrozumiała, jakie są zasady gry. Profil trasy oglądany na ekranie komputera to jedno, a nachylenia, które czekały na zawodników raczej kwalifikowały się do mocnego trekkingu, a nie do biegania. Podczas podbiegu zdarzały się także fragmenty bardziej płaskie i krótkie zbiegi, gdzie można było wyciągnąć nogę, lecz mimo wszystko, z racji warunków, większość trasy pod górę lecieliśmy „gęsiego”, próbując dokładnie wcelować w ślady zostawione przez napierających z przodu. Prawdą okazało się, że każdy niepewny krok w bok może się zakończyć wbiciem nogi po udo w śnieg. To samo tyczyło się kijków, które momentami bardziej przeszkadzały, niż pomagały.

 

Podejście pod stok narciarski wywołało niemałe zdziwienie turystów, lecz wówczas mało kto miał siłę odpowiadać na pytania: czy to za karę, po co nam to, itd. Na szczęście poza takimi pytaniami pojawiały się także słowa otuchy, za które wypada serdecznie podziękować. Gdy już wymodliłem sobie koniec podbiegu i w końcu przed moimi oczami ukazało się schronisko na Skrzycznem, liczyłem na szybki zbieg, podczas którego naładuję baterię na kolejną rundę.

Każdy krok to lawina

Oczywiście, że w dół było łatwiej, ale to nie znaczy, że było łatwo. Technikę zbiegania najlepiej określić jako połączenie przeskoków ze skipem B i ramionami pracującymi jak do pajacyka. To był prawdziwy festiwal szalonych ruchów, które miały nas możliwie bezpiecznie sprowadzić do bazy. Nie obyło się oczywiście bez upadków, choć w tak śnieżnych warunkach były one bardziej zabawne niż groźne i pozwalały pokonać trudniejsze fragmenty na w miarę pewnej podporze, jaką stały się pośladki. Na trasie zbiegu czekało na nas kilka pułapek w postaci powalonych drzew (w tym tzw. pułapka Rambo) i spory fragment biegnący strumieniem, choć przy pierwszej pętli nie stanowił on poważnego utrudnienia.

Pierwsza pętla zajęła mi 2:24:57, a to było niecałe 14 kilometrów. Do głowy przychodziło mi tylko jedno – to było nie tylko najtrudniejsze 14 km w moim życiu, to był jeden z cięższych biegów w ogóle, a obrazu dopełniał fakt, że wszystko dopiero się zaczęło. Pół godziny zajęła mi zmiana butów (pierwsza para nie wytrzymała emocji i cholewka w lewym bucie dosłownie porwała się na strzępy), uzupełnienie węgli (podczas zbiegu byłem już bardzo głodny, bo bałem się przesadzić z jedzeniem przed biegiem) i psychiczne zebranie się w sobie.

Już po pierwszej pętli na biegaczy czekały ciepłe ziemniaki, czekolada, bakalie, napoje i generalnie wszystko, czego dusza zapragnie. Organizatorzy dopytywali także o oznaczenie trasy, które – mimo wspomnianych trudności – okazało się bardzo dobre. Jeżeli ślepiec mojego pokroju nie zgubił się po drodze, to znaczy, że nie sposób było się pogubić.

Bieganie zaczęło się nocą

 

Dużo prawdy było w przewidywaniach części zawodników, że prawdziwe bieganie zacznie się dopiero, gdy na trasy będą bardziej przepustowe, a przede wszystkim ubite setkami kroków. Takie warunki pojawiły się w okolicach mojej trzeciej pętli (elita pewnie kręciła wtedy czwartą): części trasy, gdzie nie było wietrznie, zostały dość dobrze wydeptane i rzeczywiście dało się tam wyciągnąć łydę, nie obawiając się o konsekwencje przyspieszenia. Na górze wciąż czekały nas góry śniegu i wzmagający się wiatr, niemniej po tych kilku godzinach walki w końcu zaczęło się robić ciekawie. Nawet w bazie zauważyć się dało poruszenie – większość zawodników była pewna, że teraz to się zacznie…

W moim przypadku niekoniecznie tak było. Choć trzecią pętlę ukończyłem z uśmiechem na ustach, to potem zaczął się festiwal skurczów, który najprawdopodobniej spowodowały udziwnione kroki w kopnym śniegu. Próbując naciągnąć łydki, czworogłowe uda spinało mi tak mocno, że aż się przekręcałem. Gdy próbowałem rozciągnąć czworogłowe, dwugłowe niemal stawały dęba i tak w kółko. Zabrałem się za jedzenie i picie, a w międzyczasie trochę leżałem, trochę próbowałem rozruszać nogi. Wiedziałem już, że na szalony wynik nie mam co liczyć, więc należało przełączyć się psychicznie na tryb „turysta”. Za niecałe dwa tygodnie planowałem kolejny długi start, więc nie było sensu forsować się na rozpoczęcie sezonu. Góry nigdzie mi nie uciekną.

Zamiatajcie na Zamieć 2016!

 

By nie przedłużać, napiszę krótko – polecam Zamieć każdemu, kto chce spróbować swoich sił zimą w górach. To ciekawa impreza nawet dla „niebiegaczy”, którzy chcieliby zmierzyć się z wielokrotnym podejściem na Skrzyczne w formie trekkingu.

W moim przypadku skończyło się na pięciu pętlach i 72 km na zegarku. Brzmi na niewiele, choć wynik ten kosztował mnie wiele zachodu i był po części kompromisem z kolejnym ultra startem. Jakie zalety ma ten bieg? Świetna organizacja i oznaczenie trasy, niesamowicie dobre posiłki (gulasz bogów!), dobrze przygotowana baza, zaplecze sanitarne (pomijając prysznice), masaże, opieka lekarska, koleżeńska atmosfera, ciekawe pakiety (i w końcu bawełniania koszulka, którą można założyć na co dzień nie strasząc ludzi). Do plusów należy też zaliczyć bardzo trudną trasę – w końcu nie po to startuje się w takim biegu, żeby było łatwo. Jakieś minusy? Brak prysznica już wymieniłem, a poza tym… chyba nie znajduję żadnego.

 

Czy za rok spróbuję pobić swój wynik? Nie mam pojęcia, pewnie decyzja będzie równie spotnaniczna jak w tym roku ;-)

 Grzesiek Soczomski

Posted in Relacje | Tagged , , , | Leave a comment

Limit na kozaczenie

Ultra to kozaki. Niezależnie czy to prawda czy nie- taka już jest etykietka. Dobrze jest być uznawanym za kozaka bo mir wiadomo większy i cała wieś spiewa peany. Źle jest w tą bajkę uwierzyć a najgorzej dodać do tego szczyptę (lub dwie) rutyny.

Czy jestem kozakiem? O i to jakim! Biegam trzy dychy bez jedzenia i picia, w zimie lecę w wiatróweczce i cieniutkiej bluzie i w ogóle co mi tam. A już tu koło chałupy? W pożalsięboże Beskidach?? Jestem prze-kozak. Bo znam wszystkie mini ścieżki, wiem o której wstaje każda sarna w lesie i czasami podpijam wodę znajomym zającom. Mój teren to totalny, absolutny lajt.

I jak na to przystało dziś na totalnym lajcie potraktowałem zapowiedzi mega śniegu i mega wiatru. Bo przecież tą trasą biegłem wczoraj, a że mieliśmy zrobić „tylko cztery dyszki” to na zupełnym lajcie przecież. Ileż to w końcu jest. Niby wziąłem cieplejszą kurtkę i niby czapkę zamiast buffa i troszkę wody do bukłaka i nawet termos ( ale to bardziej dla Juli bo ja jestem kozakiem) ale poza tym normalne ciuszki. Dojazd trwał 10 min dłużej choć mam auto 4×4, śnieg zasypywał oczy ale przecież to tylko 4 dyszki.

 

I nawet byłoby super w pytkę aż do około 7 km gdyby nie fakt, że ten dystans zajął około godziny. Nic to, trochę śniegu- przynajmniej się człowiek rozgrzeje. Na szlaku nikogo bo cała reszta ludzi ma wszystkie klepki albo nie jest tak podatna na moje pranie mózgu jak Jula (choć pewnie ostatni raz).Niestety powoli tempo słabnie (jeszcze????)bo ze śniegu po kostki zrobił się po kolana (przecież istnieje wiatr, który zawiewa ten cholerny śnieg debilu) a potem po uda. Końce palców już w zasadzie niewiele czują a rękawiczki przemakają. Luz jak się biegnie ale gorzej kiedy się nie da biec. Wiatr z boku śmiga, że chce łeb urwać a prędkość nie pozwala na rozgrzanie się. Na szczęście dobiegamy do szlaku i drzewa choć trochę nas osłaniają. Niewielka to pociecha bo śniegu coraz więcej i odcinku, którym normalnie prujemy po 4:20 mamy 15:36 na kilometr. Już wiem, że z czterech dyszek nic nie będzie ale może przynajmniej zrobimy dwie? Oczywiście złudzenie pryska kiedy mijamy Przykrą. Ja mam wszystko zmrożone a Juli świeci się rezerwa na paliwie. Jakimś niesamowitym zbiegiem okoliczności moje superkozaczenie przysypia i decydujemy się, że nie ma sensu zarzynać się o nic i wracamy. Niby fajnie – do auta tylko ok 4,5 km. Tyle, że dyszka zajęła nam 2 godziny!! Na zbiegu koło zapory ja zaliczam lekką hipotermię i mimo czapki, buffa i kaptura nie czuję już połowy twarzy bo wiatr decyduje się nagle pokazać kto tu rządzi. I kto jest kozakiem. Getry dawno już przestały udawać, że stanowią warstwę ochronną. W zasadzie chyba od momentu brnięcia po uda w śniegu. Moje mokre już od jakiejś godziny rękawiczki przepuszczają każdy podmuch wiatru i w kombinacji z temperaturą kompletnie unieruchamiają dłonie. Nie mam pojęcia jak udało mi się wetknąć kluczyk do auta i odpalić je. Pamiętam, ze odśnieżałem nie czując rąk i tak samo przeszukiwałem plecak próbując oddać część rzeczy Juli. Czucie wraca dopiero po paru minutach ale zimno mi jest całą drogę do domu niezależnie od tego, ze ogrzewanie hula pełną parą.

 

Wyliczając po drodze miejsca gdzie mogłem zostać i nikt by mnie nie znalazł coraz częściej słowo kozak przywodzi na myśl tempak. Zwłaszcza, że czasami biegam tam sam i nie raz nocą. Biegliśmy niby znaną sobie trasą, ale z dala od ludzi. Niby krótki dystans ale jednak zajął strasznie długo. Niby się ubrałem ale jednak nie za dobrze.

Dystans zdecydowanie nie ultra pokazał ultra pazur. Pokazał też, że na każdego kozaka znajdzie się większy. Czasami przykozaczą góry, które choć to tylko Beskidy dadzą radę każdemu kto myśli, że to on tam jest u siebie. Ja mam na razie dość kozaczenia choć wiadomo, gdzieś tam głęboko , cichuteńko słychać szept „ja nie dam rady??? „…

 

Posted in Artykuły | Tagged , , , , | 2 Comments

MS w biegu górskim 2015 w Annecy

5 IAU Mistrzostwa Świata w biegu górskim 

30 – 31 maja, Annecy we Francji

            W tym roku we francuskim Annecy (40 km od Szwajcarskiej Genewy lub 140 km od Francuskiego Lion) odbędą się piąte Mistrzostwa Świata w biegu górskim na dystansie ultra (85 km z przewyższeniem 5200 m). Start przewidziano na godzinę 3:30 rano ustalając limit czasu 14:30 h. Na tym samym dystansie odbędzie się również bieg otwarty. Start biegu otwartego nastąpi 1,5 h później czyli o godzinie 5:00 rano z limitem czasu 19:30 h. W biegu otwartym może wystartować 2000 zawodników. Dodatkowo przeprowadzone zostaną dodatkowe biegi, dokładnie siedem biegów na różnych dystansach z limitem 6000 zawodników (więcej informacji na tronie biegu: www.maxi-race.org lub www.worldtrail2015.com). W czasie biegu maksymalna temperatura nie powinna przekraczać 19oC, a minimalna 4oC. Biorąc pod uwagę górską lokalizację biegu należy się spodziewać często zmieniających się warunków pogodowych.

Trasa biegu, jej profil i lokalizacja punktów odżywczych przedstawiona jest na zdjęciach poniżej.

 

 

C:\fakepath\trasa annecy.jpg

 

 

Foto: trasa biegu

 

 

C:\fakepath\profil annecy.jpg

 

 

Foto: profil trasy

 

 

C:\fakepath\food annecy.jpg

 

 

Foto: punkty odżywcze

Na trasie będą rozmieszczone trzy punkty z jedzeniem i piciem, odpowiednio na 17,6 km, 43,6 km i 70,2 km (jedzenie + woda + pepsi). Pomiędzy każdym z nich dodatkowo organizator rozmieści cztery punkty zaopatrzone w wodę. Będą one zlokalizowane na 27,5 km, 36,6 km, 51,0 km, 64,3 km. Należy zatem zaopatrzyć się w taką ilość wody i jedzenia aby wystarczyła na przebycie drogi pomiędzy punktami odżywczymi.

Punkty kontrolne z limitami czasu rozmieszczono odpowiednio:

  • Km 7,8 (limit 8:00 rano, rekomendowany czas wyjścia z punktu 6:00 rano)
  • Km 17,6 (limit 14:00, rekomendowany czas wyjścia z punktu 11:30 rano)
  • Km 36,6 (limit 10:00 rano, rekomendowany czas wyjścia z punktu 8:30 rano)
  • Km 43,6 (limit 15:30, rekomendowany czas wyjścia z punktu 12:30)
  • Km 54,5 (limit 18:00, rekomendowany czas wyjścia z punktu 16:00)
  • Km 70,2 (limit 20:00, rekomendowany czas wyjścia z punktu 16:00)
  • Km 77,5 (limit 21:30).

Zawodnicy i delegaci zamieszkają w hotelu Les Balcons du Lac d’Annecy w miejscowości Sevrier oddalonej o 9 km od startu (adres: 1487 Route de Cessenaz, 74320 Sevrier, telefon: +33 450 52 61 51), lokalizacja zaznaczona jest na zdjęciu poniżej.

 

 

C:\fakepath\hotel annecy.jpg

 

 

Foto: dojazd do hotelu dla zawodników i delagatów.

 

Program Mistrzostw Świata:

Wtorek – 26 maja, środa – 27 maja i czwartek – 28 maja to dni kiedy organizator spodziewa się przybycia zawodników i ich delegacji. Będą oni odbierani z lotniska w Genewie (wyjście na stronę francuską „Exit FRANCE”).

Ceremonia otwarcia mistrzostw przewidziana została na czwartkowy wieczór, czyli na 28 maja na godzinę 19-tą. Pół godziny później, czyli o godzinie 19:30 rozpocznie się wspólna kolacja.

Na piątek 29 maja organizator zaplanował m.in:

  • śniadanie
  • od 10:00 do 11:30 odprawa techniczna
  • od 11:30 do 12:30 konferencja prasowa
  • od 12:30 do 14:00 obiad
  • od 18:30 do 20:00 kolacja.

Natomiast w sobote 30 maja zaplanowano:

  • o godzinie 2:30 rano wyjazd autobusów z zawodnikami na start
  • o godzinie 3:30 start mistrzostw. Pierwsi zawodnicy spodziewani są o godzinie 12:00.

Ceremonia wręczenia medali i zamknięcia zostałą zaplanowana na godzinę 19:00 w Plage d’Albigny (Annecy-le-Vieux). Po ceremoni zamknięcia przewidziano bankiet w hotelu Imperial oddalonym o 400 m od lini mety.

 

 

C:\fakepath\meta annecy.jpg

 

 

Foto: meta

Na koniec pozostaje tylko życzyć wszystkim zawodnikom super przygotowań, świetnych czasów i jeszcze fajniejszych wrażeń we Francji.

Jacek Będkowski

 

Posted in Imprezy | Tagged , , , , | Leave a comment

Nie daj się chorobie

Jak było można przeczytać w jednym w ostatnich wywiadów z Justyną Kowalczyk ( która, nie bez przyczyny, nazywana jest Królową Śniegu ) – kiedy temperatura powietrza spada poniżej zera i panuje mróz, choroba nam nie straszna.
O ile oczywiście dbamy o zachowanie podstawowych zasad „BHB”, bezpieczeństwa higieny biegania .

Najgorzej, gdy na termometrze kreska oscyluje w granicach zera. Wtedy to wirusy, bakterie mają idealne warunki do namnażania i jest to moment, gdy niezmiernie łatwo możemy wylądować w łóżku z termometrem, tym razem pod pachą, a nie za oknem.

Czy rzeczywiście jesteśmy zupełnie bezbronni i skazani na zmienne nastroje pogody?
Nie zaskoczę Was – Nie.

Nasz organizm jest jak twierdza. Wszystko zależy od równowagi jaka panuje wewnątrz – kiedy jest zgoda i harmonia wśród mieszkańców, nie ulegnie tak łatwo atakom najeźdźcy. Jeszcze lepiej, gdy mieszkańców szkoli się na wypadek sytuacji kryzysowych, prowadzi się wykłady na których każdy może zapoznać się z mechanizmami działania wroga.

Bo jaki efekt przyniesie rozpaczliwe machanie szabelką, samotnego rycerza na wieży, gdy słabe, ziejące dziurami mury , z łatwością są penetrowane przez nikczemnych agresorów?
Trochę to przypomina moment gdy próbujemy za wszelką cenę ratować się hektolitrami gorących „GrypoMAX’ów”.

Niestety, wtedy już jest za późno i swoje trzeba odleżeć ( w większości przypadków). Rycerz z wieży wzięty do niewoli, ma okazje przemyśleć swoje postępowanie i wyciągnąć wnioski na przyszłość.

Co więc robić?
Jak zapewne każdy wie – jesteś tym co jesz.

Siła musi wyjść od środka.
Na rynku dostępnych jest wiele suplementów diety, ale, najlepiej wchłaniają się te witaminy, minerały i związki które pochodzą z naturalnych źródeł.

Panie i Panowie, pora rozpocząć naszą listę przebojów.

1. Malinki zamiast aspirynki.

To kwas salicylowy, w nich obecny, wykazuje duże zdolności bakteriobójcze, napotne
i rozgrzewające. Maliny zawierają  związki antyutleniające i antyzapalne . Są bogatym źródłem witaminy C.

Z dodatkowych bonusów maliny poprzez swoje związki zapobiegają nowotworom, stabilizują poziom cukru we krwi, przyśpieszają metabolizm komórek tłuszczowych. Zawierają potas, magnez, wapń, sporo miedzi a także żelaza – zestaw wręcz doskonały dla aktywnych. Wspomagają pracę serca, działają rozkurczająco. Poprzez pobudzanie gruczołów potowych wspomagają pozbywanie się przez organizm szkodliwych produktów przemiany materii i innych świństw.

Ciężko o tej porze roku o świeże maliny, ale co ważne – związki w nich zawarte odporne są na działanie wysokich temperatur.
Pijmy więc jak najczęściej herbatę z sokiem z malin, a także jedzmy przetwory. Takie, które zawierają pestki, w których znajduje się cenny błonnik i kwasy omega 3.

2. Rosołek i pomidorowej kociołek.

Ten prawdziwy, babciny rosół pozwala szybko wygrzebać się spod kołdry. Dostarcza niezbędnych składników odżywczych, wzmacniając organizm do walki z chorobą. Okazuje się, że bulion wpływa na produkcję komórek układu odpornościowego, zmniejszając stan zapalny w organizmie i łagodząc objawy infekcji. Rosół skutecznie nawilża śluzówki w nosie, łagodzi katar i kaszel.
Dlaczego jeszcze lepszym pomysłem będzie dodanie kilku łyżek koncentratu pomidorowego do rosołu?

 

 

 

Wszystko za sprawą zawartego w pomidorach likopenu, to silny antyoksydant. Wspomaga siły układu odpornościowego w walce w chorobą. Jako ciekawostkę dodam, że więcej likopenu od surowych, mają gotowane pomidory. Dlatego keczup, ale co ważne, nie wyrób „keczupo-podobny”, jest zdrowszy od surowego kolegi pomidora.

3. Jogurt naturalny, kefir, zsiadłe mleko,

Co je łączy? Obecność żywych kultur bakterii, powstałych w wyniku fermentacji mlekowej. W organizmie człowieka znajdują się aż 2 kg pożytecznych bakterii. Większość z nich żyje w układzie pokarmowym.

Bakterie te odpowiedzialne są za wytworzenie właściwej mikroflory w jelitach. Badania dowodzą że spożywanie tych produktów stymuluje produkcję przeciwciał i interferonu – białka działającego wirusobójczo. Źródłem tych dobroczynnych mikrożyjątek są również kwaszona kapusta i ogórki.

 

4. Pan imbir.

Imbir skutecznie pobudza krążenie krwi, usuwa toksyny z organizmu, oczyszcza jelita i nerki oraz odżywia skórę. Pomaga w przypadku problemów z oddychaniem dzięki temu iż rozluźnia i pomaga pozbyć się śluzu z płuc. Działa silnie rozgrzewająco i napotnie – pomaga na zimne stopy i dłonie.
Herbata z plastrem imbiru to dobra polisa ubezpieczeniowa na wypadek choroby.
Bieganie, zwłaszcza ultra, często łączy się z występowaniem różnorakich dolegliwości pochodzenia żołądkowego. Warto wiedzieć, że imbir pomaga przy mdłościach, bólach brzucha i braku apetytu.
Imbir najlepiej spożywać surowy, bądź suszony – nie mielony, gdyż taka obróbka odbiera mu wiele zdrowotnych właściwości.

5. Melisa?
Stres jest jednym z największych wrogów układu odpornościowego. Wydzielający się pod jego wpływem hormon, kortyzol – potrafi nieźle namieszać . W dużym skrócie, nasza wewnętrzna gospodarka hormonalna jest zachwiana. Przewlekły stres nieuchronnie prowadzi do otwarcia wrót organizmu na różne infekcje. Jednym słowem chaos.

Dlatego jednym ze sposobów walki z tym zagrożeniem jest umiejętność relaksu. Wiadomo – bieganie samo w sobie jest metodą na odreagowanie, ale z drugiej strony, kiedy organizm jest przemęczony– może stać się mieczem obosiecznym. Czasami trzeba trochę wyluzować, odespać i dojść do siebie.

6. Pieprz czerwony

Kapsaicyna – alkaloid, dla którego warto płakać. Badania wskazują że spożywanie potraw doprawionych czerwonym pieprzem, który zawiera kapsaicynę, stymuluje organizm do produkcji limfocytów B niemal 3 krotnie.
Więcej tych przeciwciał – swoistych strażników, oznacza nic innego, jak lepszą ochronę przed infekcjami wirusowymi i bakteryjnymi.

Co ciekawe, kapsaicyna rozpuszcza się w tłuszczach, dlatego ratowanie się szklanką wody nie przyniesie pożądanego skutku, a wręcz pogorszy sprawę. Jak gaszenie oliwą ognia. W tym przypadku pomoże nam… właśnie oliwa ;)
Ewentualnie szklanka mleka.

7. Czosnek, jak pierwiosnek.
Pierwszym orężem którym może pochwalić się czosnek jest allicyna – związek nadający mu nieprzyjemny zapach. Nie tylko wampiry trzyma na odległość ale i wszystkie choróbska. Jest tak mocny że można go rozcieńczyć 50 000 razy i nadal będzie spełniał swoją rolę.
Reakcję immunologiczną wspierają zawarte w nim związki siarki. Czosnek jest nie bez przyczyny nazywany naturalnym antybiotykiem.

Jeśli martwisz się zapachowymi konsekwencjami spożycia czosnku, pomoże wspomniany w pkt 1 talerz pomidorówki.

8. Izotonik.
Odpowiednie nawadnianie w trakcie wysiłku jest tak szalenie ważne, jak kwestia dostarczania węglowodanów. W czasie intensywnych treningów, a także długotrwałych, nie możemy dopuścić do odwodnienia. Dodatkowo wysuszanie śluzówki dróg oddechowych, stwarza warunku sprzyjające rozwojowi patogenów. Z kolei niedobór węglowodanów, wzmaga produkcję hormonu stresu – kortyzolu – o którym była mowa w pkt 5.

9. Małe co nieco – miodek.


Miód posiada dużą zawartość minerałów, aminokwasów i witamin. Podobnie jak czosnek, ma właściwości wiruso, bakterio i grzybobójcze. Ten drogocenny nektar koi również nerwy, chroni przed stresem. Przyśpiesza procesy regeneracji i odbudowy po treningach.

Miodu nie należy traktować gorącą temperaturą – nie znaczy to że zziajani nie możemy pocieszyć się łyżeczką złotego specyfiku ;) Ale temperatura powyżej 60 stopni C odbiera mu to co najlepsze. Dlatego studzimy herbatę zanim dołożymy miód. Bardzo dobrą metodą jest zalanie łyżeczki miodu szklanką chłodnej wody i pozostawienie na noc. Taka mikstura z dodatkiem cytryny, wypita tuż po przebudzeniu, to wspaniały sposób na zwiększenie
odporności.

10. Tłuszcz.


Mimo że na końcu, to jednak nie należy pomijać jego ważnej roli. Zwłaszcza, że zewsząd słychać głosy które zachęcają do jego ograniczania w diecie. Oczywiście – tłuszcze nasycone, utwardzone i inne „złe” to nie najlepszy wybór, lecz nie należy przesadnie unikać tych zdrowych źródeł.
Oliwa, tłuste ryby, orzechy, zapewniają dostawę kwasów Omega 3 i 6. Wspomagają one produkcję komórek odpowiedzialnych za walkę z infekcjami. Tłuszcz jest również niezbędny do syntezy hormonów, a ich równowaga jest nam do zdrowia niezbędna. W nim także rozpuszczają się witaminy A,D,E,K – bez niego będziemy cierpieć na ich niedobór.
Jak ze wszystkim trzeba zachować „złoty środek” – czyli 25% kalorii w diecie ma pochodzić z tłuszczów.

Tak oto kończymy przegląd naszych naturalnych sprzymierzeńców w obronie naszego organizmu. Warto by nie tylko w okresie zimowym ,ale na stałe zagościły w jadłospisie.
Zgodnie z oklepanym, ale jakże prawdziwym stwierdzeniem – lepiej zapobiegać niż leczyć.

 

Julia Honkisz

Posted in Porady | Tagged , , , , , | 1 Comment

Znad Bałtyku w góry jest bliżej niż myślisz

Zapytany na szlaku o to, skąd jestem, trochę z lenistwa, a trochę z przywiązania, nierzadko odpowiadam: z Bielska. Dlaczego? Przyznać się na Południu do mojego sopockiego pochodzenia, to jak powiedzieć, że przyjechałem zza chińskiego muru. Każdy wie, gdzie leży Trójmiasto i podejrzewam też, że wcale nie tak odległym jest wyobrażenie szumu morskich fal, krzyku mew i zapachu wędzonej ryby z frytkami odgrzewanymi w tygodniowym tłuszczu. Nie każdy jednak wie, że, by dostać się z sopockiej plaży na szlak na Wielką Raczę, Turbacz, czy do Bacówki na Rycerzowej nie trzeba zaprzęgać koni przed kilkudniową wyprawą, pakować dorobku swojego życia i żegnać się z rodziną na lata. Wystarczy wsiąść w pociąg. Moim dyliżansem od dawna jest już TLK Pogoria, który trasę z Sopotu do Bielska – Białej przez Bydgoszcz, Toruń, Łódź, Częstochowę i Katowice pokonuje nocą w nieco ponad 10 godzin.

źródło: www.pkp.pl [dostęp: dnia 16.01.2015]

Po całym dniu pracy, nauki i innych powszednich spraw wsiadam do wagonu nr 30, by rozłożyć śpiwór i spać już do samego Podbeskidzia. Dalej kwestia jest już prozaiczna – pociągi Kolei Śląskich odjeżdżają w kierunku Zwardonia średnio co dwie godziny, pozwalając dostać się do Węgierskiej Górki, Milówki, Rajczy w kilkadziesiąt minut.

 

źródło: www.pkp.pl [dostęp: dnia 16.01.2015]

Alternatywą jest rozbudowana siatka połączeń busów, którymi dojechać można w Beskid Mały, okolice Suchej Beskidzkiej, do Zawoi i w zachodnią część Beskidu Śląskiego. Właśnie dlatego Bielsko zawsze uzurpować będzie u mnie tytuł stolicy polskich gór. Leżąc u wlotu do Kotliny Żywieckiej, z jednej strony jest doskonale skomunikowane ze Śląskiem i Małopolską, z drugiej zaś w jego niedalekim pobliżu znajdują się aż cztery górskie pasma, z których aż dwa osiągnąć moża regularną linią autobusową (szlak z Kopca na Hrobaczą Łąkę, ze Straconki na Magurkę, węzeł szlaków w Cygańskim Lesie i szlak spod Dębowca na Szyndzielnię).

źródło: www.mapa-turystyczna.pl [dostęp: dnia 16.01.2015]

Koszt całej podróży, uwzględniając zazwyczaj miejsce leżące w pociągu, nie przekracza zwykle 80 złotych, a bywa jeszcze niższy, gdy uda mi się odnaleźć odpowiednie wieczorne połączenie na BlaBlaCar, jakich cena oscyluje w okolicach 60 zł.

źródło: blablacar.pl [dostęp: dnia 16.01.2015]

Dodając do tego koszt noclegu w schronisku, który mieści się w granicach 15 – 35 zł oraz niewielkie zakupy spożywcze pozwalające przyżądzić proste posiłki na turystycznym gazie, trzydniowy wypad w góry jestem w stanie zamknąć w 250 – 300 zł, a bywa i taniej, gdy śpię pod namiotem.

 

Doskonałym węzłem komunikacyjnym jest także Kraków, którego olbrzymi potencjał odkryłem, gdy mieszkałem w nim przez ponad pół roku. Z Sopotu dostać można się tam nocnym pociągiem TLK już w 7,5 godziny. Jeszcze szybsze, choć zdecydowanie droższe są nowe połączenia Express InterCity Premium nowym Pendolino, który pokonuje tę trasę w niecałe 6 godzin, czyli mniej więcej tyle, ile zajmuje przebycie tej drogi samochodem.

 

źródło: www.pkp.pl [dostęp: dnia 16.01.2015]

W dobie przyśpieszających połączeń kolejowych oraz rozwijającej się siatki dróg, dystana 600 km zaczyna sprowadzać się do kolokwialnego rzutu beretem, a jeśli wybrać podróż nocą, jedynym wydatkiem jest kilkadziesiąt złotych na bilet, bo, gdy śpimy problem straty czasu odpada. Z Krakowa droga w góry jest banalnie prosta. Wystarczy wsiąść w busa. Każdej minuty, któryś z przewoźników odjeżdża w jednym z pożądanych przez nas kierunków. Większość połączeń odnaleźć można na www.mda.malopolska.pl.

 

źródło: www.mda.malopolska.pl [z dnia: 16.01.2015]

Droga do Zakopanego to niecałe 2 godziny, ale wysiąść można już wcześniej. Na przykład w Skomielnej Białej, czy Klikuszowej, by udać się w Gorce, albo już w Pcimiu, a nawet Myślenicach, skąd prowadzą szlaki w Beskid Makowski i Wyspowy. Innym możliwym do obrania kierunkiem jest Sądecczyzna, gdzie również dostaniemy się w około 2 godziny. Busy jadą tam zwykle przez Mszanę Dolną i Limanową, w związku z czym wybierając się w te strony, poza Beskidem Sądeckim trafić można w same serce Beskidu Wyspowego. Poza Kotliną Żywiecką zdecydowanie odradzam natomiast na Południu połączenia kolejowe, które zwykle przegrywają walkę z transportem kołowym tak pod wzlędem czasu, jak i ceny. W obecnej chwili trasę Kraków – Zakopane pokonuje się pociągiem w niecałe 4 godziny, czyli tylko o 1,5 godziny szybciej niż drogę Sopot – Kraków.

źródło: www.pkp.pl [dostęp: 16.01.2015]

Gdy wyjeżdżam w góry, najchętniej śpię w schroniskach. Pierwszym argumentem jest fak, że dzięki temu na noc zostaję w górach, co z jednej strony pozwala uciec od zgiełku i poczuć niepowtarzalny klimat, z drugiej zaś, gdy wstaję rano, sporą część wysokości względnej mam już za sobą, w związku z czym mogę dotrzeć wyżej i dalej. Jeśli celem wyjazdu jest bieganie, a nie trekking, korzystnie wypada wariant wyniesienia biegowego sprzętu w plecaku, by rano zostawić go w schronisku, a resztę drogi pokonać biegiem. Tak zrobiliśmy, gdy pokonywaliśmy Orlą Perć śpiąc uprzednio w Murowańcu – mieliśmy ze sobą wszystko, co potrzebne na dwudniowy wypad, nie ciągnąc jednocześnie za sobą w czasie treningu śpiworów, ręczników, jedzenia i innego balastu.

 

Schronisko PTTK Jaworzec w Bieszczadach

Najtrudniejsze zawsze bywają powroty. O ile droga znad morza w góry wydaje się łatwa, to choć winny pomagać prądy rzek i grawitacja, nagminnie znajdują się powody, by zostać jeszcze dzień dłużej. A bo pociąg odjeżdża za wcześnie, albo jedzie zbyt długo, choć dokładnie tyle samo zajęła mu droga w stronę przeciwną. Czasami cały świat przysięga się przeciwko mnie i nie ma żadnych dogodnych przejazdów na BlaBlaCar, albo pogoda ma być doskonała, wyprawa niepowtarzalna, zawody ciekawe, wyjazd na Słowację wyjątkowy, co zmusza mnie nieszczęśliwie, by jeszcze przez chwilę związać swe losy z tą właściwą częścią kraju. Bo, parafrazując przysłowie – wszystkie drogi prowadzą w góry. Dlatego jeszcze tylko chwila i sam kupię wreszcie bilet, tym razem w jedną stronę!

Jakub Kałużny

Posted in Porady | Tagged , , , , | Leave a comment

Bieg po piwo

„A jednak trzeba się sponiewierać od czasu do czasu w imię czegoś. Rzucić się w przepaść i poczuć, że się frunie. Bez tego może i bezpieczniej, ale nijako”
Maciej Stuhr – W krzywym zwierciadle


Szukając pomysłu na najtrafniejsze zakończenie sezonu biegowego, uciekłem się do połączenia dwóch moich najbardziej wybijających się zainteresowań – biegów ultra i piwa. Kilka tygodni temu wymyśliłem zarys wycieczki, którą roboczo nazwałem „Bieg Po Piwo”. Miała być to podróż z opolskiego Browaru Słociak do Browaru Widawa w Chrząstawie Małej pod Wrocławiem. Początkowo liczyłem na wsparcie ze strony lokalnego środowiska biegowego, wszak każda dodatkowa para nóg uprzyjemniłaby nieco trud podróży. Ostatecznie jednak nie postarałem się o wystarczającą promocję wydarzenia, w związku z czym coraz wyraźniej jawiła się przede mną wizja samotnej pohasówki.
Tematem zainteresowali się założyciele największego polskiego serwisu piwnego – browar.biz (i zarazem założyciele browaru domowego Świński Ryjek), oraz właściciel Browaru Widawa. Wszyscy zadbali o odpowiednie nagłośnienie inicjatywy w sieci, rzecz jasna szczególnie w środowisku okołopiwnym ;) W ostatniej chwili padła propozycja modyfikacji trasy, cobym po drodze zaliczył jeszcze zamknięty browar Brzeg i nowopowstający browar Probus w Oławie, do którego w dniu biegu przywieziono instalację do warzenia piwa. Zatem zrobił się z tego Bieg 4 Browarów, nawiązując nieco do nazwy najdłuższych biegów DFBG i Festiwalu w Krynicy ;)
Wczesna pobudka, chwila na ogarnięcie się i pora ruszać. Pomiar włączyłem już pod domem, choć stąd do oficjalnego startu biegu mam jeszcze ponad 4km. W plecaku żele, magnez, elektrolity, jakieś grubsze ciuchy na wypadek gdyby zrobiło się zimno, czołówka no i płyny. W bukłaku woda, w jednym bidonie izo, w drugim odgazowana cola, a co! Już na początku jakiś emeryt na przystanku autobusowym rzucił w moją stronę „za wolne tempo!”, tacy to potrafią zmotywować. Dobiegam do Browaru Słociak kilka minut po 8:00, z daleka już wita mnie delegacja browaru domowego Świński Ryjek – Gosia filmuje, Artur robi zdjęcia, Jacek trzyma koszulkę… ze świńskim ryjkiem! Bo na taki układ promocyjny obie strony się dogadały ;)


Wybiegając spod hotelu, chcę skrócić sobie drogę i skaczę przez rów. Źle szacuję jego wielkość i na chwilę znikam z oczu komitetu pożegnalno-powitalnego. Na szczęście cało wychodzę z opresji i mogę kontynuować najdłuższe płaskie wybieganie w moim życiu. Pierwszy meldunek z trasy przesyłam na wylocie ze Skorogoszczy, czyli po jakichś 22 kilometrach. Już wtedy jestem trochę zmęczony, ale na pocieszenie powtarzam sobie że za mną już ponad ćwierć trasy, a lada moment nawet 1/3 całego dystansu. Bardzo Ruchliwą Rrogą nr 94 podążam do Łosiowa, a potem (wciąż tą samą, Bardzo Ruchliwą Drogą) obieram kurs na Brzeg. Boczne lusterka TIRów śmigają centymetry obok mojego ucha, ale nikt nie trąbi. Zanim jednak docieram do niedziałającego już brzeskiego browaru, na przydrożnym parkingu odwiedzam pierwszy punkt serwisowy! Justyna zadbała o ultra-klimat i czekała tam z gorącym rosołem. Rewelacja, tego potrzebowałem Rozgrzewam żołądek, ale mięśnie stygną więc pora ruszać w dalszą drogę. Prawie połowa trasy za mną, całe szczęście.


W Pawłowie żegnam Bardzo Ruchliwą Drogę nr 94 i płynnie przedostaję się do miasta Brzeg. Pod punktem kontrolnym czeka już ekipa supportująca w osobie tradycyjnie już filmującej Gosi, fotografującego Artura oraz Jacka. W międzyczasie dzwoni kolega z Wrocławia, z pytaniem o szacowany czas przybycia do mety, jako że on również chce mnie tam powitać. Czuję się dobrze jak na kogoś kto właśnie przebiegł maraton z plecakiem. Nie ma co tracić temperatury, wciągam żel i lecę dalej! Przez kilkanaście metrów biegnie ze mną Jacek, kolega mojego ojca. Czyli jednak jest jakiś support ;)
Wybiegam z Brzegu dość szybko, mocnym krokiem, z dobrym samopoczuciem. Zaraz potem trochę mnie ścina, słabnę, za dużo myślę o tym ile jeszcze do mety. Co chwilę spoglądam na zegar, odliczając kilometry do Oławy – ależ to się ciągnie! A po tej Oławie jeszcze tyle kilometrów, ehh… Do tego zauważam pierwsze objawy odwodnienia. Dobiegam do miejscowości Kamila Bednarka. Lipki są całkiem ładne, bardzo tu spokojnie, ale nie przybiegłem tu na urlop. Szukam jakiegoś sklepu spożywczego, na szczęście mieszkańcy ochoczo wskazują drogę. W zasadzie to mówią tylko „już zaraz będzie”, jako że biegnę ciągle prosto przed siebie, jedną ulicą. W sklepie kupuję Colę i Grześka. Dżizas jakie to dobre! I jakiego daje kopa. Ale nie można robić zbyt długiego postoju, nóżki stygną, lecimy dalej.
Kiedy skończyła się wspomniana ulica i skończyły się Lipki – skończyło się wszystko. Naprawdę, na krańcu zabudowań zaczyna się Wielkie Nigdzie. Wbiegam ścieżynką w las i dość mocno zaczynam odczuwać ból w prawym kolanie, co nigdy wcześniej mi się nie zdarzało. Zdaję sobie sprawę z kompensacji i przeciążeń jakie wiążą się z odczuwaniem bólu, szczególnie jednostronnego, dlatego tempo bardzo spada, a i satysfakcja nieco oklapła. Choć niektórzy twierdzą, że lubię ból, lubię cierpieć.
Wbiegłem do lasu w województwie opolskim, wybiegłem w dolnośląskim. Przynajmniej tutaj zauważalny postęp. Zygzak przez Ścinawę Polską i hops, jestem w Oławie. Dłuuuga prosta ulicą Portową, wpadam do centrum i odnajduję browar Probus. Artur oczywiście czeka z aparatem Kilkutonowa warzelnia właśnie zjeżdżała na rampie do wnętrza starego budynku, który za kilka miesięcy będzie naprawdę ładnym browarem restauracyjnym. Stara, czerwona cegła robi jak zawsze pozytywne wrażenie ;) Nagle zza rogu wylatuje szpiegowski dron i krąży nad nami niedyskretnie. Lokalna telewizja? Nieco się tam zastałem, zagadałem i ostygłem, ale Gosia przytomnie popędza mnie do dalszej drogi. Przede mną ostatni odcinek, uff!
Bez historii przebiegam przez Stary Otok i docieram do miejscowości Jelcz – Laskowice. Znajduję sklep spożywczy, gdzie kupuję colę, wodę, ciastka i Grześka, po czym (pijąc i jedząc na miejscu) wdaję się w pogawędkę z panią zza lady. Pytam ile jeszcze do Chrząstawy Małej, Pani mówi że jakieś 10km i trasa ładna i do 18:00 powinienem tam dojechać. Na koniec dowiaduje się, że jednak nie jestem rowerzystą. Zabiera ode mnie puste butelki i opakowania po żelach i Grześku. Kiedy wychodzę ze sklepu, jest już półmrok. Wyciągam czołówkę, zarzucam jeszcze kilka ciastek i próbuję truchtać. Kolano głośno krzyczy, ale nie ma ultra bez cierpienia- na koniec sezonu mogę się dobić, wręcz powinienem ;) Ulicą Inżynierską wybiegam z miejscowości, mijając mnóstwo zakładów przemysłowych po obu stronach drogi. Jest ciemno, chłodno i nie jestem zbyt dobrze oznakowany.
W Miłoszycach przebiegam z włączoną czołówką przez jakieś gospodarstwa, więc bynajmniej nie niespodziewanie, zaczyna gonić mnie jakiś pies. Stare chińskie przysłowie brzmi: najlepszą obroną jest atak. Zatrzymuję się, odwracam i po chwili namysłu to ja zaczynam gonić psa. Logika podpowiada, że dwie istoty nie mogą gonić się jednocześnie, więc pies poddaje się logice i zaczyna uciekać. Odpuszczam mu po kilku metrach i wracam na właściwe tory. W międzyczasie odbieram smsowe zaproszenie na imprezę w Opolu, ale na ten wieczór mam inne plany. Po chwili wybiegam na drogę główną i mijam panów policjantów, dzielnie pełniących służbę przy wyjeździe z Miłoszyc. Pytam ile jeszcze do mojej dzisiejszej destynacji, na co panowie odpowiadają że tak z 5km będzie. Po chwili zegar nakazuje zboczyć z drogi i wbiec na jakąś gruntową, polną ścieżynkę. Dobiegam do jakichś zabudowań, ale drogi ni chodnika tu nie uświadczam. Uświadczam za to innego zjawiska, tak charakterystycznego w świecie biegów ultra. Wbiegam w (kolejne tego dnia) Wielkie Nigdzie. Las. Ciemny, gęsty, milczący las. W takich chwilach ostatnie co chcę pobudzać do działania, to moja rozbudowana wyobraźnia. Nieszczęsne kolano każe robić coraz dłuższe przerwy w truchcie na rzecz marszu. Wiem, że meta już blisko, ale ten mroczny, leśny kilometr to świetna przyprawa do posiłku, jakim jest cały ten szalony bieg. Artur prosi o smsowy meldunek, odpisuję że jestem blisko ale coraz więcej marszu bo kolano siadło, więc pyta czy chcę żeby po mnie przyjechał. Heh, „Dotrę choćby na rękach”;)
Wybiegając z lasu, mijam tablicę z upragnioną nazwą miejscowości. Chrząstawa Mała, to tutaj. Kręcę jeszcze ostatnie wiraże, co kilka sekund spoglądając na ślad trasy na zegarku. W oddali dostrzegam już grupkę ludzi pod gospodą. Machają i rozkładają metę z papieru toaletowego. Wybiegam na środek drogi, lecz po chwili składają metę a mi zza pleców wyjeżdżają jeszcze dwaj zdezorientowani kierowcy. Dobra, teraz mój finisz! Wyrównuję rytm kroku, ściągam plecak i unoszę swojego towarzysza podróży nad głowę. Zbieram klatą szarfę, za którą czeka Wojtek (właściciel Browaru Widawa) z aparatem w jednej dłoni i nonikiem pełnym pysznego piwa w drugiej. Dobiegłem, oto zasłużona nagroda :D W środku przywitał mnie jakże bliski mojemu sercu mocny zapach zacieranych słodów, jako że tego dnia wypadało warzenie nowego piwa.


Benjamin Franklin, jeden z Ojców – założycieli Stanów Zjednoczonych, powiedział kiedyś: Piwo jest dowodem na to, że Bóg nas kocha i chce, byśmy byli szczęśliwi. Tego dnia, droga do mojego szczęścia miała 77 kilometrów długości. Biegiem Po Piwo zakończyłem sezon 2014, teraz pora na zasłużony odpoczynek.
Dlaczego to zrobiłem? Dlaczego biegłem samotnie tyle czasu tylko po to, żeby napić się dobrego piwa? Bo fajnie czasem zrobić coś nienormalnego i nie dla wszystkich zrozumiałego. Bo lubię piwo. Bo mogę.


I tak już zupełnie na koniec wszystkiego – wieeelkie podziękowania za wsparcie i pomoc w wygenerowaniu całej tej piwnej otoczki wokół wydarzenia składam na ręce ludzi z browaru Świński Ryjek, Browaru Widawa oraz Justyny i Marcina. Bez nich Bieg Po Piwo straciłby cały klimat, a ja z pewnością nie miałbym takiej motywacji. Zdrowie! ;)

Rafał Słociak

Posted in Wyprawy | Tagged , , , | 5 Comments

ELS 2900 – 7 szczytów Andorry

Nie zawsze to dystans decyduje o tym czy impreza jest trudna czy nie.

Na pewno do takich imprez należy ELS 2900, która odbędzie się w dniach 16-18 października 2015.

 

Nazwa pochodzi od 7 szczytów powyżej 2900 m n.p.m , które zalicza się po drodze:

 Pic de la Portelleta (2,905m), Pic de l’Estanyó (2,915m), Pic de la Serrera (2,912m), Pic de Font Blanca (2,904m), Pic de Medacorba (2,913m), Roca Entravessada (2,928m) oraz Pic de Coma Pedrosa (2,944m)

 

Trasa ma „tylko” 70 km ale za to przewyższenie całości to 6700m+. Oznacza to oczywiście że na każde 10 km przypada prawie 1km w górę i 1km w dół. Całkiem syto. A na ukończenie zawodnicy mają 20 godzin.

Ze względu na poziom trudności organizatorzy ograniczyli ilość chętnych do 50 osób, które muszą „wykazać się odpowiednim doświadczeniem w górach”

Zarówno przed „biegiem” jak i po nim uczestnicy spędzą noc w schronisku w górach ze względu na odległość miejsca startu (Refugi Illa) i mety (Refugi Coma Pedrosa) od „cywilizacji”. Do miejsca startu i z miejsca mety trzeba będzie podejść a to oznacza ok 2,5 marszu na start i godzinę marszu z mety.

Trasa będzie dokładnie oznakowana i jakiekolwiek z niej zejście oznacza natychmiastową dyskwalifikację.

Co ciekawe jedynymi przedmiotami na liście wyposażenia obowiązkowego są: działający telefon komórkowy i uprząż. Decyzję co do reszty wyposażenia organizatorzy pozostawiają uczestnikom licząc na ich doświadczenie i zdrowy rozsądek.

Wygląda więc na to, że za jedyne 200 Euro można zaliczyć przygodę życia.

Więcej informacji i zapisy:

www.els2900.com

Posted in Imprezy | Tagged , , , , , , | Leave a comment