Wietrzna Wienia – recenzja ultralekkiej kurtki Cumulus – WINDY WENDY

 


Wiecie ile to 55 gram? Hmm to mniej więcej 1/3 średniego jabłka, banana, około 2 batoniki nestle fitness czyokoło 2/3 Garmina Forerunner 310xt.To dużo czy mało? Jeśli za punkt odniesienia przyjąć średnio wyrośniętego świerszcza to raczej bardzo dużo, ale w naszym przypadku to naprawdę mało. Zwłaszcza, że nie mówimy tutaj o wadze jakiegoś rzępolącego letnim wieczorem insekta a o kompletnej, pełnowymiarowej i całkowicie funkcjonalnej kurtce do biegania. Mówimy o najnowszym produkcie gdyńskiej marki Cumulus – Windy Wendy – czyli po naszemu o Wietrznej Wieni.

Macherzy z Cumulusa, którzy nawiasem mówiąc na co dzień zajmują się wytwarzaniem zawodowych produktów puchowych napatoczyli się na materiał Pertex Quantum GL, który nie dość, że waży tyle co nic, to jeszcze oddycha i nie przepuszcza wiatru. Długo nie myśleli i wyszła im Wienia.

 

Lekko znaczy dobrze?

 

Cóż jest takiego niesamowitego w w kolejnej wiatrówce kolejnego producenta? No poza wagą, która już wyrywa z butów- fakt, że pertex jest naprawdę cieniutki i delikatny a przez to w ogóle nie czuć, że się go ma na sobie ale co ważniejsze można go zmieścić naprawdę wszędzie. Nagle pytanie brać czy nie brać kurtkę przestaje mieć rację bytu, bo nie ma też znaczenia gdzie się ją zapakuje. Mieści się w dłoni, kieszeni spodni, pasie biegowym itp. Na pierwszy rzut oka – ideał.

 

Sprawdź Wienię w terenie…

 

Kiedy pokazywałem znajomym Wendy – już po pierwszych zachwytach pojawiły się wątpliwości. Bo choć leciutka, drobniutka i cieniutka – to … leciutka, drobniutka i cieniutka. Zalety potencjalnie mogły przerodzić się w wady. Prawie zgodnie stwierdziliśmy, że zaraz się podrze – „ o byle krzak”.

Postanowiłem, że najlepiej będzie jak sprawdzę ją już na poważnie czyli najpierw rozgrzewkowo na Rzeźniku, gdzie robiłem za zająca a potem bitewnie na Andorra Ultra Trail, gdzie robiłem za kozicę. Oba wystarczająco wietrzne, okrzaczone i pełne rozmaitych sterczących skał, kamieni, kolców i gałęzi gdzie Pertex mógł z powodzeniem ulec.

Oczywiście testom nie podlegała tylko „przedzieralność” ale przede wszystkim te najważniejsze właściwości czyli ochrona przed wiatrem i oddychalność.

Rzeźnik w tym roku był deszczowo- mokrawy a na górze wiało aż miło. Ja biegłem od Smereka i zaliczyłem obie połoniny. I tak na podejściach było mi zdecydowanie za ciepło więc szybciutko zdejmowałem Wendy ale na górze szybciutko zmieniałem zdanie i tu kurteczka się wykazała. Wiatr nie miał szans a przy tym nie czułem się jak w saunie. Myślę, że bardzo pozytywnie odebrała ją również Julka, którą parę razy ratowałem Wienią bo swoją kurtkę zostawiła w Cisnej. I tak, pierwszy lekko ponad 20 kilometrowy test Cumulusowy wytwór zdał na piątkę.

Był to jednak tylko wstęp bo prawdziwy test czekał ją na 170 km bardzo trudnej trasie Ronda dels Cims gdzie średnia wysokość przekraczała 1900 m n.p.m, a najwyższy szczyt Comapedrosa sięgał prawie 3000 m n.p.m. Biegłem ponad 38 godzin i zaliczyłem całą gamę temperatur. Wendy to nakładałem to zdejmowałem i tak niezliczoną ilość razy. I znowu pod względem wiatrochronności i oddychalności zdała egzamin celująco. Ani razu nie było w niej za zimno a małe rozmiary bardzo ułatwiały przechowywanie kiedy nie była używana. Po prostu wciskałem ją do małej przedniej kieszonki plecaka gdzie czekała na swoją kolej kiedy inni musieli grzebać w otchłaniach swoich tasiek.

Pertex nie przedarł się, choć próbowałem dzielnie. Jednak pojawił się problem. Bo oto pod koniec biegu przy tym cały zdejmowaniu i nakładaniu okazało się, że kurtka się spruła. Nie potargała ale spruła na szwie łączącym rękaw ze ściągaczem mankietu.

Po konsultacji z małżonką okazało się, że z krawieckiego punktu widzenia naprawa jest błaha i zajmie może z 10 minut jednak „awaria” miała miejsce. Nie chcę być źle zrozumiany – Windy Wendy to świetny produkt, niebywale użyteczny i świetnie spełniający swoją rolę. Jednak za tą cenę (299 zł) nie powinien się absolutnie pruć. Nie znam się na tym, ale może podwójne szwy albo jakiś inny patent załatwiłby sprawę nie zwiększając kosztów producenta i ten na pewno powinien to przemyśleć. Poza tym jest idealnie.

 

 

Podsumowanie:

 

ZALETY:

  • waga 55g !!!
  • kompresowalność
  • świetne właściwości wiatrochronne
  • oddychalność
  • prostota
  • wytrzymałość materiału

 

WADY:

  • prujący się mankiet

 

 

 

CENA 299zł

www.cumulus.pl

 

Posted in Sprzęt | Tagged , , , , , | Leave a comment

Ronda dels Cims – Harder Rock 100

Wciąż jeszcze żywo mam przed oczami przepastne, wypełnione zielenią doliny, boleśnie błękitne jeziora, oślepiające srebrem płaty śniegu zalegające tu i ówdzie na szlaku ,ostre niczym brzytwy okalające szczyty, cieniutkie paski ścieżynek prowadzących przecinających góry i wszechobecne, krystalicznie czyste i pędzące na złamanie karku strumienie . W uszach wciąż szumi wiatr przerywany pokrzykiwaniem kondorów a skóra płonie spalona bezlitosnym żarem wszędobylskiego słońca. Zdobyłem Andorrę – całą w 38 godzin i 36 minut a każda z nich syta na przemian potem, chłodem, zmęczeniem, uniesieniem, chęcią rezygnacji i zwierzęcą rządzą pogoni. Ronda Del Cims wyścig dla ludzi gór ale czy dla biegaczy?

Moim największym marzeniem biegowym był od zawsze Hardrock. To ikona, zawody po których miałem już przestać biegać bo co może być trudniejszego do pokonania wśród 100 milówek?

Nie chcę już Hardrocka bo Ronda dels Cims to po prostu HarderRock – much harder. Żeby się o tym przekonać wystarczy porównać czasy zawodników, którzy brali udział w obu imprezach i średnio wychodzi ok 3 godzin dłużej. A w tym roku Ronda zaliczyła 2 ostatnie szczyty ekstra.

 

Bardzo ciężko jest opisać jak trudna jest Ronda jednocześnie nie stosując epitetów ogólnie uważanych za wulgarne. Bo można by na przykład powiedzieć, że „było niebywale ciężko”, czy, że to „monstrualny wysiłek” albo „niesłychane wyzwanie” ale szczerze mówiąc na trasie do głowy przychodziło mi tylko jedno słowo – przejebane. Jest wulgarne, brutalne i dosadne – dokładnie jak trasa.

 

Rzut oka na profil i dystans dają pewne pojęcie o tym czego można się spodziewać. Ale tylko pewne ponieważ w moim przekonaniu to tylko 60% trudności bo tak naprawdę w dupę daje nawierzchnia – a tego się nie spodziewałem. Ale po kolei…

 

ESPAŃA

 

Pomysł na Rondę był w zasadzie konsekwencją marzenia o Hardrocku bo jest to jeden z niewielu biegów w Europie, który do niego kwalifikuje. Nigdy nie miałem zajawki na UTMB a Tor de Geantes to raczej etapówka a na to jestem za miękki. Padło na Andorę. Problem był już na początku kiedy próbowałem znaleźć sposób na dotarcie i okazało się, że nie ma lotniska ( najbliższe to Barcelona) i że w sumie jak coś się dzieje w Andorze to w Andorze a nie że w jakimś mieście czy coś bo wszędzie jest rzut beretem. No to zarezerwowałem zabukowałem zapłaciłem i dobrze bo prawie nie poleciałem jak mnie naszła kolejna porcja „po co mi to wszystko”.

W pewnym momencie okazało się, że znajomi Czesi tez jadą więc umówiliśmy się na wspólny wynajem auta i przejazd tam. Po drodze wydarzyła się mała śmiesznostka z Czechami właśnie związana. Na lotnisku się poznaliśmy, ktoś tam mruknął imię ale nie załapałem. Wcześniej, na liście startowej zlokalizowałem Pavla Paloncego, który wygrał Spine w tym roku miażdżąc rekord i tak jadąc jakieś 2 godziny zatrzymaliśmy się w Macu na kawę i pytam czy znają kolesia co wygrał Spine bo chyba startuje i okazało się, że siedział koło mnie w aucie cały czas. Tyle w kwestii spostrzegawczości.

 

Ponieważ mieszkałem w La Massanie, oddalonej od miejsca startu i mety- Ordino o ok 3 km – czwartek spędziłem na zapoznaniu się z miasteczkiem. W całej Andorze widać było flagi, plakaty, bannery itp. związane z biegiem ale dopiero Ordino tonęło w barwach zawodów. Nie było problemu ze zlokalizowaniem biura i już po chwili miałem w rękach zestaw startowy, który zawierał:

  • 2 torby na przepaki
  • 2 torby na zakupy ;)
  • opaskę odblaskową z profilem trasy
  • koszulkę techniczną
  • opaskę na głowę ( z podobnego materiału co koszulka)
  • nalepkę
  • buff
  • światełko odblaskowe
  • chorągiewkę z logo zawodów
  • no i oczywka numer startowy

 

Odprawa dla anglo i frankojęzycznych rozpoczęła się o 18 i trwała może z 30 min kiedy zapewniono nas że trasa jest oznaczona perfekcyjnie, pogoda nam sprzyja i w ogóle będziemy szczęśliwi. Nikt nie miał wątpliwości zwłaszcza kiedy się okazało, że przy Andorra Ultra Trail działa 471 ochotników (!!!!!!!!!!), nie wspominając o lekarzach, strażakach, goprowcach policjantach, masażystach i innych. Przez krótką chwilę przypomniałem sobie ilu mieliśmy na BUT ale mechanizmy obronne w moim mózgu zadziałały szybciej niż błyskawica i wyparłem tą informację.

Ponieważ już wcześniej rozkminiłem miejsce do parkowania za free mogłem spokojnie pojechac do hotelu i spakować się na coś czego jeszcze sam całkiem nie ogarniałem.

 

VENGA VENGA VENGA!!!

Chyba z milion razy sprawdzałem czy mam wyposażenie obowiązkowe ( a sporo tego było). Największą głupotą byłoby odpaść za brak jakiegoś gwizdka. Kiedy już się ubrałem, okazało się, że nowa dopasiona koszulka z pakietu startowego lekko ociera szwem pod pachą i groziło to przykrymi konsekwencjami więc szybko przebrałem ją na swoje ukochane Odlo. Czesi już czekali na dole i ruszyliśmy do auta i do Ordino.

Tłum tłoczył się już w centrum i widać było rewię biegów na koszulkach: UTMB, Tor de Geantes, Ice Trail Tartanaise, Gran Canaria i inne. Kipiało kompresją, dopasionymi plecakami, superlekkimi kijami, gadżetami elektronicznymi itp. Multikolorowy, multinarodowy tłum wyglądał jak dziki zwierz szykujący się do skoku – niespokojny, naprężony, podeskcytowany. Udało mi się wreszcie napotkać Irka – drugiego Polaka, z którym poprzedniego dnia miałem się spotkać na piwku ale mój telefon średnio znosił roaming i próby połączenia spełzły na niczym. Wymieniliśmy kilka słów – Irek brał udział w Mitic- krótszej 111km wersji w zeszłym roku i ponownie ( po Janie Suchomelu z Czech) przestrzegł mnie przed trudnością biegu i chyba trochę się popukał w głowę widząc, że nie mam kijów.

No właśnie – kije. To część wyposażenia zalecanego więc z ulgą z niego zrezygnowałem i to z trzech powodów:

  • nie lubie z nimi biegać bo to nie Nordic
  • zawsze się martwię, że komuś tym wybiję oko
  • Katowice Airport Security mnie poinformowało, że albo mi pozwolą przewieźć kije albo nie – więc zdecydowałem, że nie dam im satysfakcji wrzucenia aluminiowych patyków za dwie stówy do kosza

 

Start był poprzedzony przelotem drona do którego wszyscy machali i już po wystrzeleniu ogni sztucznych i przy akompaniamencie zespołu bębnistów katalońskich (chyba) poszlim. Starałem się nie przegiąć z szybkością ale jednocześnie nie ustawić się w tyle bo wiadomo, że na singletrackach może być krucho z mijankami. I tak w sumie pierwszy etap, ponieważ był na tej samej mniej więcej wysokości co nasze Beskidy, biegłem w znajomym terenie na luzie bez napinki pilnując by nigdzie za bardzo nie żyłować bo przede mną było jeszcze całkiem sporo biegania ( jak się okazało tu się myliłem – biegania było nie sporo ). Po zaliczeniu pierwszego dwu i pół tysięcznika i 18 według mojego GPSa km dobiegliśmy do pierwszego punktu – Refugi de Sorteny . Pozycja 58, forma gitara, na punkcie full wypas, ludzie mili, Cola była więc cóż chcieć więcej? No otóż pomalutku, gdzieś w zakamarkach mózgownicy tliła się czerwona lampka – bo oto po pierwszej dyszce 1000m + po drugiej 2000, szybka kalkulacja i hmm – sprawy zaczęły przybierać interesujący obrót. Na razie mieściłem się spoko w planie (ze wstydem muszę przyznać że plan był na 36 godzin) ale jak tak dalej pójdzie…

I pomknęliśmy dalej. Taktyka polegała na trzymaniu spokojnego tempa oraz nie rozsiadaniu się na punktach i sprawdzała się rewelacyjnie bo już po 25 km ci co polecieli do przodu powolutku zaczynali się interesować moimi plecami. Standardowo przy 30 zaliczyłem mini kryzysik w stylu „po co ja to robię?” ale już już byliśmy na mega dopasionym punkcie w Coma d’Arcalis gdzie przepyszna zupka, sto litrów coli i żółty ser przepędziły kryzysy na długi długi czas. Co nie zmienia faktu, że właśnie chyba tu zorientowałem się ( ta bystrość umysłu) w co się wpakowałem bo oto podłoże przestało być user-friendly i pokazało pazurki. Wspinka na Pic de Cataperdis a zwłaszcza końcówka to wspinka a nie wejście a zbieg po drugiej stronie po luźnym piargu dał stopom przedsmak tego co je czekało 30 godzin później. Na szczęście widoki, te przepiękne, onieśmielające krajobrazy rekompensowały każdą nawet największą niewygodę. Dodatkowe atrakcje typu zjazd 100 m po śniegu dodawały smaczku przygody. I już już zbliżał się najtrudniejszy, najwyższy szczyt – Pic Comapedrosa i w punkcie tuż przed nim trzeba było się najeść bo oto czekało mnie 880m + na 3 km i to po ogromnych głazach, śniegu i piargu. Na tym odcinku pobiłem swój rekord na 1km – 43 minuty!!!! Szczęśliwie okazało się, że paru kolesi trochę to przerosło i myknąłem ich po drodze ( to mykanie trwało jakieś 15 minut przy każdym – więc takie trochę slow motion) i pokonawszy ostatnią najeżoną ostrymi kamieniami grań wszedłem na Comapedrosę. Było pięknie. GoPro zrobiło ładną panoramkę i… padło a ja czując jakiś niesamowity napływ sił pomknąłem na dół. I tu starczyło mi sił aż do samej La Marginedy na 70 kilometrze, Po drodze kilka razy stawałem z wrażenia i strzelałem focie ale ta część była niesamowita: zbieg po śniegu z Comapedrosy obok niebieściutkich jeziorek, śliczne , zielone singletracki od Port Negre i bardzo bardzo techniczna część od Bony de la Pica gdzie miałem kontrolę wyposażenia i skąd zbiegaliśmy 1500m w dół na odcinku 9km. Wciąż czułem moc i niestety wdałem się w ścigankę z jakimś Hiszpanem bo mnie drażnił za każdym razem jak odbierał telefon ( a miał ich z milion). Ścigankę wygrałem i w La Margineda byłem 25 ale kosztowało mnie to mega kryzys. W sumie do dziś nie wiem co go spowodowało ale po konsultacjach z Czechami doszedłem do wniosku, że powodem był makaron z rybą bo objawy mieliśmy wszyscy te same. Ale o tym zaraz bo po „wylądowaniu” w mieście byłem pełen szczęścia – oto miałem za sobą według Jasia Suchomela najtrudniejszy etap.

Ruszyłem do lasu i tuż przed nim na ostatniej drodze zauważywszy bar postanowiłem przełamać już mocno dające o sobie oznaki problemów żoładkowych i w barze zakupiłem piwo. Pomogło – na 400m. W lesie ścięło mnie na maksa. Jedna godzina mineła w ogóle poza moją czasoprzestrzenią i nic nie pamiętam. Szedłem bardzo bardzo wolno albo siadałem na pieńkach. Mijali mnie ludzie a ja nic nie mogłem zrobić. Żoładek wywracał się do góry nogami a każda część ciała stała się super czuła na dotyk. Zrobiło mi się strasznie zimno, zacząłem mieć drgawki choć przed paroma minutami było mi gorąco. Ubierałem się i rozbierałem na przemian. Wmawiałem sobie, żeby cisnąć dalej choćby najwolniej ale przed siebie i jakoś szło. Najgorsze było to , że akurat to podejście było super łatwe. Podłoże równe, tylko czasami strome ale w dużej części szeroki szlak lub nawet asfalt. Można było nawet biec nie tracąc za dużo energii. A tu taka klapa. Punkt kontrolny na Coll de la Gallina okazał się objawieniem. Nie mieli nic do jedzenia tylko wodę ale jeden łyk zmienił wszystko. Nie wiem jak to się stało ale zanim skończyłem kubek po kryzysie nie było już śladu. A ponieważ teraz czekało mnie ponad 1000m zbiegu po łatwej nawierzchni – pobiegłem na dół starając się nie przesadzać wiedząc o czekającej za 10 km wspinaczce, która miała mnie zabrać 1760 m w górę. Moc znowu rosła, piękna, księżycowa noc sprzyjała romantico rozkminie o żonie czekającej w domu więc tu było cudnie i to do tego stopnia, że złapałem tych kolesi co mnie wyprzedzili na podejściu od La Marginedy ( przynajmniej tych co zauważyłem). Idąc pod góre pełną parą policzyłem że jeszcze TYLKO 7 szczytów i to łatwych (dzięki Jasiu!!!) więc humor dopisywał. W Coma Bella napotkałem Pavla Paloncego zwijającego się z bólu na łóżku polowym ( makaron z rybą) i okazało się, że z 25 pozycji spadłem na 35. Lipa. Ale moc była nadal – ruszyłem. Podejście pod Pic Negre to jakaś masakra bo strasznie się dłużyło, prawie cały czas byłem już sam (minąłem 3 kolesi ale nie bardzo chcieli się podpinać) a na dodatek na punkcie kontrolnym jakiś hombre powiedział że do szczytu tylko 1,5 km. Było 5. I od Pic Negre się zaczęło. Jeżeli ktoś do teraz odniósł mylne wrażenie, że w sumie to łatwy bieg bo pewnie użycie czasowników „pomykaliśmy”, „pobiegliśmy” mogłoby na to wskazywać to jest w ogromnym błędzie. Już do Pic Negre były to zdecydowanie najtrudniejsze zawody w jakich brałem udział. Suma przewyższeń i czas jaki mi zajęło pokonanie 100 km o tym świadczą ale relatywnie do tego co mnie teraz czekało było w miarę łatwo. Bo oto rozpoczął się akt drugi tragedii pt. Andorra Ultra Trail .

 

STOP(y)!!!!!

Od jakiegoś już czasu czułem igiełki na podeszwach stóp ale brałem to za pewnik przy tym dystansie i czasie. Nic sobie z tego nie robiłem i w zasadzie aż do Pic Negre nie sądziłem, że będzie to jakiś problem. Zbieg z ledwie pierwszego z siedmiu ostatnich szczytów uświadomił mi skalę mego błędu. Otóż dotychczas stopy się nie odzywały bo teren był stosunkowo łagodny dla nich – miękko, równo, szeroko. Teraz Pireneje pokazały pazur. Nawet najmniejsza część drogi nie była płaska. Wszędzie były nastroszone jeżem olbrzymie kamerdolce, które albo wbijały się w podeszwę albo karciły srogo pałętające się w ich pobliżu kostki. Punkt odżywczy na Refugi de Claror wspominam słabo bo żoładek odezwał się znowu, wypiłem ledwie 2 herbaty i ruszyłem dalej. Tempo spadło dramatycznie bo mimo że w dół to do kamieni doszły podmokłe łąki usłane krowimi plackami i zrobiło się mega nieprzyjemnie. Na szczęście już świtało i to trochę poprawiło mi humor. Byłem przekonany, że zaraz dogoni mnie cała horda biegaczy ale i dla nich teren okazał się niełaskawy więc wciąż napierałem.

Wraz z pogarszającym się stanem stóp zbiegałem coraz wolniej ale za to mocno cisnąłem pod górę. To dawało przewagę nad innymi bo oni jakimś cudem mieli już miękko z mocą. W Refugi de l’Illa dopadłem kolejnego ale na katastrofalnie dla mnie technicznym zbiegu uciekł mi ponownie. I choć czekały mnie już tylko 4 szczyty właśnie miałem poznać znaczenie słowa podchodzenie bo oto każda z następnych gór oferowała swój jedyny i niepowtarzalny sposób na absolutne dobicie moich stóp. I tak katastrofalnie strome zbocze Portella Blanca i zaraz potem Coll dels Isards zmasakrowały uda by zaraz potem dać się poznać podeszwom dzięki sterczącym zewsząd ostrym jak sztylety kamieniom. Trasa przez Rebaixant del Maia wiodła całkowice podmokłą, pełną dziur łąką by potem przejść gwałtownie w ekstremalnie strome podejście pod Pas de les vaques gdzie musieliśmy się wspinać na czworaka przytrzymując się sterczących zewsząd skał i głazów. Tu złapałem jedną z kobiet i już przez jakiś czas biegliśmy razem a w Vall d’Incles dowiedziałem się, że jestem już 22. To dodało mi skrzydeł i hmm ”popędziłem” (choć to słowo jest tu mocno na wyrost) pod następną, przedostatnią już „górkę” Cresta de Cabana Sorda . Tu zaczęli mnie mijać goście z Mitic czyli krótszego biegu – ale oni mieli w nogach dopiero około 80 kilometrów a kiepa była tak konkretna, że po drodze stawałem trzy razy żeby zaczerpnąć tchu. Na szczycie nierozsądnie zdjąłem obuwie żeby wytrzepać kamienie i jeszcze nierozsądniej rzuciłem okiem na jedną ze stóp. Zaczynałem rozumieć, że o 36 godzinach nie było mowy. Możliwe, że ten właśnie widok jeszcze bardziej mnie zwolnił i już na zejściu Hiszpanka dopadła mnie wraz z jeszcze jednym Salomonowym kolesiem z Francji. To spowodowało, że na pukcie spędziłem jeszcze mniej czasu niż na poprzednich i poleciałem. Szybko uciekłem Hiszpance – bo pod gorę była słaba ale Francuz mnie dopadł i wyprzedził. Za zakrętem, gdzie biegło się po śniegu kątem oka dostrzegłem grupę pościgową i nie mogąc dostrzec koloru numerów ( nasz był czerwony – Mitic miał żółty) postanowiłem już nieco przycisnąć. Uda puściły, moc wróciła ale stopy nadal miały problem. Jedynym rozwiązaniem jakie przychodziło mi do głowy było naprawdę mocno zacisnąć je na górze i pognać w dół ile sił w nogach starając się nie myśleć o bólu. Tak też zrobiłem i nie rozglądając się w ogóle na szczyce Collada des Meners popędziłem by ponownie odwiedzić Refugi de Sorteny, gdzie byłem ponad 30 godzin temu. Wspinaczka się skończyła a z nią każde możliwe wytchnienie jakie mogłem zaoferować stopom i teraz musiałem zbiec 1500 metrów w dół a podłoże ani na chwilę nie odpuszczało. Ale wraz ze zbliżającą się metą wracał animusz, i nikło poczucie bólu.

Biegłem cały czas, minąłem jakąś kolejną kobietę, dopadłem de Sorteny i nie pijąc ani nie jedząc po sczytaniu numeru pognałem do Ordino. Wydawało mi się, że gnam na złamanie karku rozwijając niebotyczne prędkości. Niestety Garmin uparcie pokazywał tempo 7:30 na kilometr!!!! Dramat!! Do mety było 12 km a więc w tym tempie ponad półtorej godziny. Wszystko się mogło zdarzyć. Teraz po tych wszystkich mijankach nie znałem swojej pozycji ale liczyłem na 24, może 25. Niby mogłem odpuścić bo w sumie co za różnica, ale jak już się ścigać to do końca. No więc cisnąłem nadal. Jakieś 4 km przed metą dorwałem Salomonowego Francuza, który mnie minął po Cresta de Cabana Sorda i zdawało się, że pod sam koniec przypalił. Wszyscy ludzie napotkani na trasie wiwatowali jak szaleni, samochody zatrzymywały się, pan ze śmieciary stanął na drodze, żeby mnie przepuścić i słyszałem tylko „venga, venga!!” Dostałem skrzydeł bo choć Garmin padł 2 km przed metą widziałem już wieżę kościoła z Ordino. Przycisnąłem i za chwilę śmigałem ( a przynajmniej takie miałem wrażenie) ostatnią uliczką pod górę przed metą. Dopadłem ją w 38 godzin i 36 minut. Byłem w niebie i na 22 pozycji. Speaker darł się w niebogłosy do momentu jak zobaczył moje nazwisko bo wtedy zaniemówił. Taka moja mała zemsta na Andorskich sadystach :)

Dla kogo jest Ronda?

 

Po pierwsze po drugie i po każde następne to najtrudniejsza stumilowa jednoetapówka w Europie i prawdopodobnie na świecie. To nie moja opinia tylko kolesi, z którymi rozmawiałem przy starcie i na odprawie a mówili to w odniesieniu do zeszłorocznej trasy, która nie wiodła ostatnimi dwoma szczytami ze względu na ilość śniegu.

Trasa na pewno jest świetnie oznaczona, impreza idealnie zorganizowana a klimat wspaniały. Każdy w Andorze wie o biegu i widać to na każdym kroku po tym choćby jak żywiołowo i spontanicznie ludzie reagują na widok biegnących Rondę.

Widoki absolutnie zapierają dech w piersiach i tego piękna jest tyle, że nie wiadomo czy patrzeć pod nogi czy dookoła i to na każdy dosłownie etapie.

Czy zatem polecam imprezę? I tak i nie. Tym, którzy ultra cenią sobie element przygody, spory poziom trudności i dzikie oddalone od cywilizacji trasy zdecydowanie polecam.

Jednak Ronda del Cims nie ma rozmachu, blichtru, splendoru i sławy UTMB więc tym, którym na nich zależy zdecydowanie odradzam.

Jeśli o mnie chodzi już tam nie wrócę. To mega trudna impreza, kosztowała mnie sporo zdrowia i po co to komu.

Bez sensu.

Nigdy.

No chyba, że za rok….

 

 

 

Posted in Relacje | Tagged , , , , | 1 Comment

Lavaredo Ultra Trail

Lavaredo Ultra Trail

W sumie na temat biegu Lavaredo Ultra Trail mógłbym napisać 10 różnych wpisów, dotyczących moich przygotowań, kwestii logistycznych związanych z wyjazdem, całego wyjazdu oraz charakterystyki samej trasy. Nie mniej, żeby Was nie zanudzać zbytnio – podzielę moją przygodę z Lavaredo Ultra Trail na dwie części – pierwsza część to będzie relacja z samego biegu i opis trasy biegu, w drugiej części skupię się na praktycznych poradach związanych z samym przybyciem na bieg, trochę o Dolomitach – tak, aby osoba, która przeczyta wpis mogła dużo łatwiej odnaleźć się podczas planowania wyjazdu i samego biegu :)

Słowem wstępu – Lavaredo Ultra Trail do niesamowicie epicki bieg w każdym calu swojej 119 kilometrowej trasy.
Sama idea ukończenia tego biegu zaczęła kiełkować w sumie już kilka lat temu (wtedy byłem tego w zupełności nieświadomy), kiedy będąc na na wyjeździe wspinaczkowym w Dolomitach – w rejonie Tre Cime di Lavaredo,  Cinque Torri (gdzie też przebiegaliśmy) i  zachwycając się pięknymi tofanami. Kilka lat później zacząłem biegać i gdzieś w sieci usłyszałem,że w tych pięknych pionowych Dolomitach jest bieg – Lavaredo Ultra Trail,  jakoś dziwnie przeczuwałem,że tam wrócę :)

Dolomity 2008

Dolomity 2008

Kolejnym ważnym faktem było to,że nie wylosowali mnie na UTMB, więc postanowiliśmy z przyjaciółmi (naszą kalafiorowatą trójcą z Sudeckiej Setki), że pojedziemy w tym roku na jeden wypasiony bieg – padło na Lavaredo Ultra Trail. W walentynki ruszyły zapisy. Mimo padniętych serwerów i  dzięki życzliwości i niesamowicie przyjaznemu podejściu organizatorki – Cristiny, udało się nam zapisać na Lavaredo, zacząć planować wyjazd i coś tam powoli trenować :)

Lavaredo Ultra Trail - profil

Lavaredo Ultra Trail – profil

Do Cortiny przyjechaliśmy w czwórkę razem z Piotrkiem na ponad tydzień przed biegiem – potrenować w Dolomitach i zapoznać się z trasą Lavaredo Ultra Trail. Nocowaliśmy na campingu Cortina – dokładnie w tym samym miejscu (nawet ta sama miejscówka pod drzewem), co kiedyś podczas wypadów wspinaczkowych.  Zrealizowaliśmy kilka treningów na trasie biegu, raczej dłuższych niż intensywnych.

27 czerwca o 23:00 stanęliśmy na starcie biegu – razem z resztą ekipy polskiej, spotkaliśmy także Bartka z Pokonaj Astmę.

Pogoda zapowiadała się bardzo wyśmienicie – nie padało,  niebo było lekko zachmurzone, więc noc zapowiadała się ciepła.

StartPrzed startem organizatorzy przekazali nam kilka informacji przedstartowych dotyczących pogody, warunków na trasie, odegrano oficjalny “hymn” Lavaredo Ultra Trail i ruszyliśmy.

 

 

Cortina – Federavecchia
Pierwszy etap biegu to 3 km asfaltu w Cortinie i pierwszy podbieg serpentynami w stronę jeziora Ghedina, ruszyliśmy z Rafałem bardzo spokojnie, tempem koło 6 min/km,  na podbiegu szliśmy zgodnie z założeniami, trasę poznaliśmy na treningu więc wiedzieliśmy, co nas czeka. Pierwsze podejście to ok. 5 km i 500 m przewyższenia spokojną szeroką drogą do przełęczy Posporcona (1750 m.n.p.m), gdzie bez problemu można było innych wyprzedzać bądź samemu być wyprzedzanym :)

8 km Lavaredo Ultra TrailPo podbiegu zaczął się dość stromy i techniczny zbieg do schroniska Fiames,  tutaj pojawiły się pierwsze trudności – z racji, że wystartowaliśmy bardzo spokojnie, było jeszcze dość sporo ludzi wokół nas i ten zbieg pokonaliśmy bardzo wolno, był wąski i nie dało się wyprzedzać innych zawodników. Po kilku kilometrach zbieg się rozszerzył i mogliśmy puścić nogi – zbiegać swoim komfortowym rytmem, po chwili dotarliśmy do pierwszego punktu odżywczego w Ospitale – był bardzo wypasiony – pełno puszek z red bullami, coca cola, izotonik (bardzo gęsty i smaczny),  jedzenie wszelkiej maści (nie zwróciłem za bardzo uwagi, ale stołów było sporo).
Napełniłem bidon izotonikiem i dalej w drogę – czekało nas dość spore podejście na przełęcz Son Forca (jakieś 8 km i  600 m w pionie), skąd czekał nas kolejny zbieg do Federavecchia. Tutaj czekał kolejny bardzo obfity i syty punkt odżywczy.
Złapała mnie kolka.

Federavecchia – Rif. Auronzo (Tre Cime)
Teraz czekał nas o dziwo – kolejny podbieg w terenie krossowym, było dość błotniście i na wielkie nieszczęście Rafał zrobił sobie coś z kostką, dzięki Bogu był w stanie dalej biec, co prawda zbiegi asekuracyjnie traktował, ale  nie przeszkadzało to w kontynuacji Lavaredo Ultra Trail. Minęliśmy Misurinę i od tego momentu czekało nas siarczyste 7 km podbiegu (podejścia w zasadzie) aż do schroniska Auronzo,  gdzie czekał nas punkt odżywczy oraz przepak, na którym zostawiłem sobie batona białkowego, żela i  pyszną wodę kokosową (dzięki Ekoidea!).

Auronzo - przepakMimo namów reszty ekipy – nie wziąłem sobie zapasowych butów ani ubrania, może było to błędem, ale stwierdziłem, że 48 km to za krótko żeby się przebierać w świeże ubrania/buty – gdyby przepak był za Travenases, gdzie przechodziliśmy kilka razy przez rzekę – wziąłbym z pewnością buty na przebranie.

A propos butów: od lutego rozbiegiwałem Saucony Xodusy z nastawieniem, że będę ich używał na Lavaredo Ultra Trail,  były to buty prawie idealne. Polubiłem je niezmiernie i co ważne – bardzo je szanowałem i sporadycznie używałem, miały może 400 km przebiegu. Niestety na ostatnim treningu przed Lavaredo Ultra Trail w Polsce – rozwaliły się i zdecydowałem, że pobiegnę w Dynafitach Feline Ghostach – czy to był dobry wybór ? – dowiecie się dalej :)

Przed Rif. Auronzo bardzo osłabłem. Tutaj wyszedł jeden z największych błędów jakie popełniłem na tym biegu. Na 40 km zjadłem pierwszego żela – trochę za późno,  na podejściu poważnie to poczułem, spadek mocy był znaczny. Rafał zaczął mi odchodzić, doszedłem do Auronzo, Rafał w schronisku powiedział, że leci dalej i że go na zbiegu dogonię – nie dogoniłem.

Rif. Auronzo (Tre Cime) - Cimabanche
W schronisku uzupełniłem camelbaga. Do bidonu przelałem wodę kokosową i zjadłem dwie porcje pysznego rosołu z makaronem i parmezanem – coś niesamowitego, tego mi było trzeba!  Na przepaku spędziłem może 5 minut i szybko ruszyłem dalej chcąc dogonić Rafała. Wychodząc z schroniska czuć było, że jest niesamowicie zimno, na szczęście wszystko po dwóch kilometrach poszło  w zapomnienie. Mokra koszulka się rozgrzała, a zapierający dech w piersiach wschód słońca motywował do dalszego biegu uświadamiając, że warto było tu przyjeżdżać i tyle mordować się na treningach w zimie. Nie zapomnę tego widoku do końca życia, w dole chmury, obok wielkie i majestatyczne Tre Cime (trzy siostry) i wyłaniający się z oddali wielki czerwony okrąg niosący ciepło i nadzieję, że już coraz bliżej mety, a wszędzie wokół cisza  - było słychać tylko własny oddech, bicie serca i szelest kamieni pod nogami.

Tre Cime- wschód słońca

Uczucie to trwało do pierwszego zbiegu. Trzeba było się skupić na trudnej technicznie ścieżce, czekało mnie teraz bite 8 km zbiegu i ponad kilometr w pionie  w dół, techniczna ścieżka pełna zakrętów – to co lubię!  Przed zbiegiem próbowałem zjeść żela albo batona białkowego,  ale jakikolwiek kęs czegokolwiek słodkiego w ustach doprowadzał mnie do mdłości i zrezygnowałem z jedzenia batonów, bałem się, że na skutek wymiotnego odruchu stracę cenne kalorie przyjęte wraz z pysznym rosołem.
Na zbiegu wziąłem 7 zawodników, czułem się już dużo lepiej.
Energia z rosołu zaczęła działać, kilometry szybko leciały, ani się obróciłem to już był 60 kilometr – połowa biegu. Na połówce miałem rewelacyjny jak na założenia czas – 7:40
Oznaczało to, że trzymam bardzo dobre tempo na wynik w okolicach 16 godzin, niemniej wtedy nie byłem tak euforycznie nastawiony – wiedziałem, że druga połowa biegu jest dużo trudniejsza, czeka mnie Malga Travenases, przeprawy przez rzeki, przełęcz Col dei Bos i inne ciekawe strome podbiegi, które mieliśmy okazję poznać wcześniej na treningach przed Lavaredo Ultra Trail.

Zbieg się skończył i czekał mnie spokojny 8 km podbieg pod Cimabanche – w sumie nie powiedziałbym, że to był podbieg – według mnie było to jedno z najtrudniejszych psychicznie i najnudniejszych miejsc na całym biegu. Wyobraźcie sobie nudne płaskie 8 km po żwirze w pełnym słońcu, wzdłuż drogi mając piękne 60 km w niesamowicie pięknych górach. Może dla płaskich biegaczy był to odcinek, na którym mogli coś nadrobić – ja definitywnie wiele straciłem. Wyprzedziło mnie kilku gości, w tym jeden Kanadyjczyk, który skwitował ten moment: “fuckin flat” – rzeczywiście, było to fuckin flat!
Tutaj też zaczęły pojawiać się kolejne  problemy z żołądkiem. Izotonik w camelbagu przyprawiał o taki sam odruch wymiotny jak żel czy baton, więc piłem na siłę, a do bidonu brałem tylko wodę – ona wchodziła. Zamiast żelów ratowałem się tabletkami carbonox, przegryzając je i popijając szybko wodą, żeby nie czuć słodkiego smaku w ustach.
Na punkcie w Cimabanche zjadłem garść migdałów,  kubek coli (na szczęście cola mi wchodziła wyśmienicie) i ruszyłem dalej.

Cimabanche-Rif. Col Gallina
I zaczął się kryzys. Na początek solidne podejście – 5 km i 500 m w górę na przełęcz Lerosa, a potem 8 km zbieg i 750 m w dół, a w połowie zbiegu czekał punkt odżywczy na polanie Malga Ra Stua. Na podejściu było bardzo ciężko, szedłem z Czechem Janem, z którym rozmawialiśmy o biegach w Czechach i Polsce, ale w pewnym momencie nie byłem już w stanie rozmawiać – nie miałem sił ani ochoty i powiedziałem mu, żeby szedł przede mną. Izotonik nie wchodził, każdy łyk z camelbaga wiązał się z naciąganiem i niesamowitym niesmakiem, ale trzeba było – to był dopiero 70-ty kilometr i jeszcze sporo przede mną, picie samej wody doprowadziłoby do wypłukania minerałów, skurczów i bardzo poważnych kłopotów. Gorzej było z jedzeniem, miałem pół plecaka chemii – 3 żele , nadgryzionego batona białkowego i trzy carbonoxy.

Wchodziły jedynie carbonoxy, znalazłem też kilka kawałków banana które odruchowo zabrałem na którymś punkcie – wcisnąłem je na siłę i szedłem dalej. Na tym podejściu odmówiłem pierwszy różaniec – postanowiłem sobie, że od tej pory na każdym podbiegu będę odmawiał różaniec. A na zbiegu cisnął ile wlezie – bez różańca, żeby się skupić gdzie stawiać nogi. Zbieg był jak zwykle fajny i przyjemny, czekał teraz punkt odżywczy i dalsza droga. Na zbiegu wyprzedziłem Jana, Kanadyjczyka i jeszcze dwóch biegaczy. Na punkcie wciągnąłem kolejną porcję rosołu z parmezanem i dwie ćwiartki cytryny.

Stoły były pełne ciast, ciastek posmarowanych nutellą, przeróżnych słodyczy – teraz gdy to piszę, aż ślina mi cieknie na samą myśl, wtedy na sam widok robiło się niedobrze.

Ale jak to mówił Scott Jurek – czasem trzeba.
W biegu jest jak w życiu, są piękne momenty – takie jak wschód pod Tre Cime, jak niesamowity start wśród owacji kibiców i głośnej muzyki zagrzewającej do walki, ale są też kryzysy, problemy i porażki. To jak sobie poradzimy zależy w głównej mierze od tego jak zachowamy się w momencie kryzysu, jak zachowamy się po druzgocącej porażce. Albo zejdziemy z trasy zrezygnowani, z poczuciem przegrania – albo będziemy walczyć, przezwyciężymy kryzys i sięgniemy gdzieś głęboko schowanych rezerw energii, które zaprowadzą nas ku pełni. Niemniej warto być świadomym,że po momencie świetności zawsze przyjdzie kryzys, a każdy kryzys kiedyś minie.

Na Lavaredo moim kryzysem było niekończące się obrzydzenie do słodkiego, którego wokół było w brud, było ciągłe odcięcie energetyczne. Wpychałem w siebie na siłę co tylko się dało, ale cały czas było to za mało…

Ruszyłem dalej w dół, zbieg był techniczny, sporo wystających korzeni, kamieni – dobrze, bo na takich zbiegach kilometry szybko mijają i człowiek jest zajęty. Nie czuć bólu i jakoś brak energii mniej doskwiera, ale każdy zbieg kiedyś się kończy – ten także. Skończył się na pięknej polanie, gdzie było sporo pasących się krów i pasterka, obok niej duży drewniany krzyż. Dodał mi wiele otuchy, pomyślałem sobie wtedy “Stary, jak Ty wisiałeś na tym krzyżu i umarłeś, to co to dla mnie 120 km, a że trochę boli i jest mi niedobrze- kiedyś przejdzie”.

Czekał mnie jeden z najtrudniejszych etapów biegu. Prawie 12 kilometrowe podejście na przełęcz Forc Col dei Bos, w pionie było trochę ponad kilometr.

20140624_125227

Po kilku kilometrach podejścia trafiłem na znane mi miejsce z jednego z treningów – tutaj łączą się trasy Lavaredo Ultra Trail oraz krótszego biegu Cortina Trail (47 km), nie minęło kilka minut a trafiłem na kilku uczestników tego biegu. Dwie otyłe panie, które spokojnie sobie podążały w kierunku mety. Od tego momentu skończyła się błoga samotność ultrasa, trzeba było co chwilę wołąć, że ma się zamiar wyprzedzenia uczestników Cortiny Trail, jako,że trafiłem na “ogon” biegu, to miałem przed sobą bardzo wiele osób. Z ciekawości policzyłem już na międzyczasach po biegu – na 30 km biegu wyprzedziłem około 300 zawodników Cortiny Trail.  Niektórzy zawodnicy widząc,że wyprzedzam ich wołali i dopingowali “Forza Forza Polonia” wołali moje imię -niesamowite to było, dodawało bardzo dużo siły i otuchy.

Niestety zdarzało się też,że niektórzy nie reagowali na moje okrzyki,że chcę wyprzedzać. Było to bardzo uciążliwe na zbiegach. Nic mnie nie irytuje tak, jak strata czasu na zbiegu i nie ustępowanie.

Gdzieś w okolicach 85 kilometra w Malga Travenases czekały nas trzy przeprawy przez rzekę, tutaj się trochę naraziłem biegaczom z Cortiny Trail. Przy pierwszej przeprawie zobaczyłem tłum około 30 osób, które stały w kolejce w najwęższym miejscu rzeki – wszyscy spokojnie i bez pośpiechu ściągali buty, przerzucali na brzeg i przechodzili, po przejściu przez rzekę starannie czyścili stopy i ubierali z powrotem buty. Na początku myślałem, że to kibice, albo jakiś nieoznaczony punkt z jedzeniem czy punkt gdzie sprawdzają wyposażenie obowiązkowe. Widząc, że to biegacze – rozbawiłem się, zrobiłem rozpęd i przebiegłem przez rzekę obok ich, chlapiąc wszystkich purystów, którzy bali się wody :) Mam nadzieję,że nie byli bardzo źli, że zrobiłem sobie z nich uciechę. Po trzech przeprawach było kolejne niekończące się podejście – kolejny różaniec i równy, aczkolwiek bardzo powolny rytm pod górę.

W momentach kiedy jest bardzo ciężko zauważyłem, że bardzo pomaga robienie czegoś jednym rytmem. Ciężko w życiu, coś się nie układa, coś się wali – nic nie pomaga tak,jak systematyczna praca nad czymś, oddanie się rutynie i terapeutycznemu rytmowi pracy, to samo w biegu – wejście w rutynę, złapanie jednostajnego rytmu to klucz to przetrwania wtedy kiedy boli i jest beznadziejnie.

Żeby nie było tak kolorowo – pojawiła się kolejna przeszkoda. Stopy. Nie przewidziałem wpływu przepraw przez rzekę oraz niesprawdzonych w mokrych warunkach butów na moje stopy.
Niestety moje Dynafity mają bardzo cienką podeszwę, która po prawie 90 kilometrach biegu po samych malutkich kamieniach spowodowały spustoszenie wśród moich stóp, swojego dołożyły mikrokamyczki które wpadały co chwilę, a których nie chciałem ze względu na czas wyrzucać z buta. Kropkę nad i dołożyła woda, która z moich stóp zrobiła swoistą jesień średniowiecza. W momencie zaczęło mnie niesamowicie piec w okolicach palców, pięt, boków stopy, czułem nawet odciski pod paznokciami. Podejrzewam,że ból ten dawał już znaki dużo dużo wcześniej, ale moja głowa była zajęta walką z brakiem energii i walką z tym,żeby nie zwymiotować po kolejnym łyku izotonika. Teraz czułem oba. Z jednej strony ból w żołądku, z głodu,a  zarazem głębokie odcięcie energetyczne, podejrzewam,że wyglądałem dość nieciekawie w tym momencie :)
Z drugiej strony czułem sakramencko palący i piekący ból w stopach. Na podejściach dało się go przeżyć, ale na zbiegach niejednokrotnie pojękiwałem z bólu. Każdy krok był jak nadepnięcie na rozpaloną blachę, dlatego starałem się biec z jak największą kadencją, aby zminimalizować czas kontaktu stopy z podłożem.

Trzecią bolączką, o której nie pisałem – były otarte plecy. Mimo,że miałem bardzo dobrą koszulkę, która się nie podwijała (tutaj specjalne ukłony w stronę firmy Attiq, która stworzyła specjalnie dla mnie świetnego coolmaxowego longsleeve’a ) – mój plecak siał spustoszenie na plecach, pod górę było to mniej czuć, ale na zbiegu, kiedy dociskał do lędźwiów, piekło cholernie, swoje zrobiła też przepocona koszulka, możecie sobie wyobrazić, jak działa słony pot na przetartą skórę. Ała!
To byli moi trzej towarzysze biegu.

- palące stopy

- bolący brzuch i ciągły odruch wymiotny po łyku izo i zjedzeniu czegoś słodkiego

- piekące otarte plecy.

 

Na przełęczy Col Dei Bos ktoś dał mi łyka coli i garść suszonych moreli – nie wyobrażacie sobie jakie to było dobre. Ciągle wyprzedzałem ludzi z Cortiny, ciekawy musiał być widok jęczącego i pokrzywionego gościa, który odmawia różaniec i co chwile woła,żeby się przesunąć. Z mapy wynikało,że z przełęczy czekał nas tylko zbieg do Col Gallina – punktu z jedzeniem. Pomyślałem sobie, że fajnie, ale po kilku krokach zbiegu poczułem znowu stopy. W tym momencie pokochałem podejścia – bo mimo,że w udach nie było już mocy, mimo,że były ciężkie i strome, to stopy tak nie bolały. Tu już były poważne tarapaty, tempo mi drastycznie spadło, co prawda miałem jeszcze międzyczas na wynik w okolicach 17 godzin, ale było bardzo kiepsko. W tym momecie liczyło się już samo ukończenie biegu. Od jakiś 10 kilometrów odliczałem po kilometrze, ba – odliczałem na moim Ambicie co 100 metrów :)

Każde piknięcie mojego ambita to było niewiarygodne szczęście – jeden kilometr bliżej mety, jeszcze jeden, znowu jeden, już coraz bliżej, ale i tak daleko.

W momencie kiedy niektórzy biegacze z Cortiny Trail zaczęli mnie wyprzedzać na zbiegu było już bardzo źle.

Dotarłem jakoś na punkt odżywczy. Ten był zupełnie inny. Na poprzednich punktach byłem sam, albo co najwyżej kilku innych biegaczy, cała obsługa do mojej dyspozycji, wszyscy mili i uprzejmi. Tutaj na punkcie wspólnym dla Lavaredo Ultra Trail oraz Cortiny Trail było zupełnie inaczej. Jakieś 100 osób w kolejce do jedzenia, wszyscy weseli, zadowoleni jak na pikniku. Szybko się wbiłem do kolejki, nie miałem czasu na czekanie – wypiłem dwa rosoły z parmezanem. Skusiłem się też na red bulla – wypiłem całą puszkę,  po czym tak mi zabuzowało w głowie, że z wrażenia rzuciłem nasze polskie “kur** mać”. Z boku usłyszałem śmiech – obok stała przesympatyczna Słowaczka, która znała język polski (studiowała w Warszawie), powiedziała, że uroczo to powiedziałem, zamieniliśmy kilka słów i sru w drogę. Do następnego punktu z jedzeniem 8 kilometrów.  Niby nic, ale wtedy bardzo wiele.

 

Rif. Col Gallina-Passo Giau

Lavaredo Ultra Trail - 102 kmTo 8 kilometrów ciągnęło się w nieskończoność. Długie i strome podejście do Schroniska Avreau, pod koniec zahaczające o Cinque Torri – tutaj kilka lat temu wspinaliśmy się. Przeżyliśmy wiele wspólnych wspomnień z Wiesiem i Kasią (dzisiaj małżeństwem) i ks. Tomaszem, przeważały piękne momenty, ale też tragiczne – jak ten pod Torre Inglese, gdzie dosłownie 2 m obok nas spadł wspinacz i którego nie udało się nam uratować.  Wspomnienie tej tragicznej śmierci i widok wydzierającej się zrozpaczonej  żony wspinacza obok mnie towarzyszył , jak szedłem do Aurozno. Poczułem wtedy wdzięczność, że może boli i jest ciężko – ale robię w tym momencie to, co najbardziej kocham – oni już nie mogą.
Zrobiło się zimno i mocno wiało, ale na szczycie przy schronisku gospodarze podawali gorącą herbatę z sokiem malinowym – ale to pyszne było!
Czekał nas zbieg do Passo Giau i kolejny punkt – już ostatni.

Passo Giau-meta

Tutaj na punkcie pojawiło się piwo i przepyszne owoce z puszki – zjadłem cztery kubki owoców i wypiłem pół piwa i ruszyłem dalej. To już był 101 kilometr – do mety tylko 16,

ale wtedy to było aż 16, albo 160 odcinków 100 metrowych. W sumie to standardowy trening. Spokojne wybieganie nie robiące wrażenia na biegaczu – ale mając w nogach 103 km – robiło wrażenie.

Trasę znałem z jednego z naszych treningów – na treningu myślałem, że pobiegnę co sił w nogach, plany były na zbiegi w okolicach 4 min/km, a teraz 6 min/km wydawało się kosmicznym tempem.  Podejście na Przełęcz Giau było istną Golgotą. Po wypitym piwie i owocach dostałem zgagi, ale przynajmniej przeszła ochota na wymiotowanie. Za przełęczą Giau czekał już tylko długi, 12 km zbieg do Cortiny i zwieńczenie biegu.

Forc Giau – na treningu odczucia były zupełnie inne niż na biegu :)

Bolało coraz bardziej, ale wiedziałem już, że to koniec i że dam radę. Schowałem kijki do plecaka i obiecałem sobie, że ostatni zbieg będę jak najwięcej biegł. Robiłem interwały – 800 m zbiegu i 200 m marszu w nagrodę. Bolało jak diabli – stopy piekły, plecy bolały, ale chciałem jak najszybciej to skończyć.  Minąłem ostatnie schronisko i punkt żywieniowy – który wg mnie był bez sensu na 8 km przed metą, jeszcze jeden przesrany zbieg, bardzo błotnisty i śliski – kolejny minus tego,że puścili przed nami Cortinę Trail – ścieżki były rozdeptane, co chwilę słyszałem jak ktoś zaliczył glebę. Po długim i męczącym zbiegu dobiegłem wreszcie na asfalt.  Były niecałe 2 kilometry do mety.

 

 

Już było widać wieżą kościoła w Cortinie, czas mnie nie obchodził -wiedziałem że jest bardzo kiepski i więcej niż 18 godzin, ale wtedy się to nie liczyło. Ważne było,że mam to już praktycznie za sobą. Ostatni kilometr dziękowałem Bogu i sobie, że udało się. Przypomniałem sobie o wszystkich wyrzeczeniach, nie tylko moich, abym mógł wystartować w tym biegu.

Poczułem głęboką wdzięczność wszystkim tym, którzy stanęli na mojej drodze i pomogli mi wystartować. Tym wielkim, którzy w dzieciństwie pokazali mi piękno gór i całe życie inspirowali do ich zdobywania, ale też tym, którzy w najmniejszych rzeczach dołożyli swoją cegiełkę do tego,że mogę realizować się w mojej pasji. To im wszystkim zadedykowałem wtedy ten bieg.

Dobiegając na metę chyba przez kilometr każdy napotkany przechodzień mi klaskał i wiwatował, a na głównym deptaku w Cortinie stały grupki kibiców i wiwatowali, dzieci przybijały piątki – a w sercu poczułem błogie uczucie satysfakcji i spełnienia. Ostatnie 200 m i spiker głośno woła przez mikrofon “Lavaredo ultrarunner from Polonia – Artuuuuuuuur Pacccjorek” – łza zakręciła się w oku, serce mocniej zabiło –  poczułem się jak Kilian wygrywający UTMB. Już nawet nie bolały stopy ani plecy, brzuch się uspokoił. Zrobiłem to!

Podbeskidzka trójca

Podbeskidzka trójca

Czas nie powala – 18 godzin 30 minut i 30 sekund. Ostatnie 60 kilometrów to była prawdziwa bitwa z samym sobą. Próba charakteru i walka z bólem.  Wyszedłem z niej zwycięsko, bogatszy o wiele kolejnych doświadczeń i przede wszystkim pokory.

Pokory dla gór, dla swoich możliwości i natury. Ona zawsze jest od nas silniejsza i nigdy nie wygramy z nią – możemy jedynie się jej poddać i współpracować.

Na mecie dostałem kamizelkę finishera, spotkałem Rafała – wykręcił rewelacyjny czas – złamał 17 godzin. Usiedliśmy na chodniku i czekaliśmy na Karolinę. Karolina złamała 20 godzin – także rewelacyjny czas.

 

I tak – całą naszą beskidzką trójcą siedzieliśmy sobie na chodniku i szczęśliwi wymienialiśmy wrażeniami z biegu.

zasłużone!

zasłużone!

 

Warto było !

Finisher

Finisher

A dla Was mam jeszcze piękny filmik z Lavaredo Ultra Trail

Artur Paciorek

http://triszerpa.pl/pl/

 

 

 

 

 

 

 

Posted in Relacje | Tagged , , , | Leave a comment

Santa Barbara 100 km

 

Jak to się zaczęło i dlaczego akurat 100 km?
Gdy przebywałem w USA, pierwsze co mnie zainteresowało, to kalendarz biegów ultra. Tutaj jest w czym wybierać - od 50 km do 100 mil, można biegać co weekend, zwłaszcza, że jedyną barierą jest czas dotarcia na zawody. Wielkość kraju robi swoje. W pierwszej chwili chciałem wystartować na 50 mil, lecz terminy i odległość od Los Angeles były zbyt duże - nie miałem dużo czasu na podróżowanie. Najbliższe okazało się miasto Santa Barbara i odbywający się tam bieg pod nazwą DRTE100 Endurance Race. Okazało się, że bieg obejmuje 2 dystanse - 100 mil i 100 km. Ten pierwszy znacznie za długi, natomiast 100 km wydawał mi się do osiągnięcia. Limit czasowy 18 godzin nie był zbyt wymagający; tak przynajmniej mi się zdawało. Wiec zapadła decyzja – 100 km. Parząc na trasę biegu, również do zaakceptowania, ale mój sposób myślenia okazał się błędny, o czym przekonałem się dopiero na miejscu. Bardzo wysokie temperatury plus teren górski przyjąłem z pokorą. Biegałem w górach miesiąc wcześniej na przewyższeniach 1000 m oraz w temperaturach do 37 stopni, tak więc po części mój organizm był przyzwyczajony.
Dzień przed biegiem dojechałem na miejsce. Pierwsze, co mnie zaskoczyło to ważenie zawodników przed odebraniem numeru. Domyśliłem się o co chodzi, wcześniej czytałem o tym w specjalistycznych książkach. Na każdym punkcie kontrolnym należy się zważyć i w przypadku dużej utraty wagi przerwać bieg z powodu odwodnienia organizmu. Moja waga wskazywała 151 funtów = 68,5 kg. Odebrałem numer i pilnie wsłuchiwałem się w strażnika Parku leśnego Los Padres, na terenie którego odbywał się bieg. Jedynie, co mi utkwiło w pamięci, to żeby uważać na grzechotniki i niedźwiedzie - w przypadku niedźwiedzia należy go ignorować, a węza uciekać. Sam nie wiem co gorsze. Trasa wiodła przez góry, w przypadku jakiegokolwiek zdarzenia należy pozostać na trasie.



Tak wyglądały realia, nie było tam zasięgu sieci komórkowej, punkty kontrolne miały za zadanie odhaczanie poszczególnych zawodników i drogą radiową przekazywanie informacji, iż dany uczestnik wyruszył z punktu A do B. Jeśli w dłuższymi czasie nie dotarł do punktu B, wysyłana była pomoc konno. Na całej trasie 11 punktów kontrolnych. Zawodnicy mogli dzień wcześniej zdać paczki do każdego punktu kontrolnego z tym, co akurat było im potrzebne, specjalne jedzenie, zmian butów ubrań itp. Analizując od dłuższego czasu biegi ultra wiedziałem, jak się przygotować pod tym względem - najważniejsze nie tracić wody, dostarczać witamin, minerałów pożywienia, natomiast zbyt duże nawodnienie grozi wypłukaniem z organizmu wszystkich potrzebnych zasobów mineralnych. Przygotowałem się tutaj według mnie perfekcyjnie - do 3 najważniejszych punktów kontrolnych 4-6-8 przekazałem płyn o nazwie Pedialyte, po 1 litrze na punkt kontrolny. Jest to płyn na odwodnienie dla małych dzieci. Po tym biegu mogę stwierdzić, że nie ma lepszego świecie napoju izotonicznego albo jeszcze nie poznałem lepszego. Do nich dodałem również batony energetyczne oraz żele, całość rozmieściłem w punktach kontrolnych tak, abym miał pewność, że mi wystarczy wszystkiego. Punkty kontrolne same w sobie były bardzo dobrze wyposażone, tak wiec wszystko przygotowane do wyruszenia w trasę.


Start zaplanowany na 5 rano, oczywiście delikatny stres i w sumie przespane tylko 4 godziny. Noc bardzo zimna, nad ranem jednak postanowiłem wziąć coś cieplejszego na trasę. Szef zawodów dał sygnał i zaczęło się. Wyruszyliśmy wspólnie z zawodnikami na 100 mil. Ich trasa częściowo pokrywała się z trasą na 100 km. Początek ciekawy, bardzo ciemno - konieczna latarka czołowa. Pierwsze podejście, pomyślałem - zaczęło się. Cały bieg ma 4000 m przewyższenia. Analizując to dzisiaj widzę, że Bieg Rzeźnika w Polsce ma 3200 m przewyższenia na 77 km. Tutaj miałem 4000 m na 100 km, więc musiało być ciężko.
Nieduża liczba zawodników na trasie bardzo się rozciągnęła - co kilkadziesiąt metrów jeden biegacz, każdy biegnie swoim tempem. Po 4,5 mili (jeden wielki podbieg) pierwszy punkt kontrolny. Zrobiło się już widno. Na tyle, że można wyłączyć latarkę, dalej trasa została skierowana na bardzo wąski szlak górski i pognaliśmy. Było z górki. Chciałem jak najwięcej trasy pokonać przed południem. Niestety skończyło się bieganie i kolejne podejście na jeden ze szczytów. Po wdrapaniu na górę, widok zapierał dech w piersiach. Szczyty górskie wychodzące z mgły - coś pięknego. Jeśli było w górę, to znaczy, że będzie zbieg. Zbiegać trzeba umieć, a tego nie trenowałem nigdy, tym bardziej, że wąski szlak prowadził wzdłuż skarpy, z której łatwo się zsunąć kilkadziesiąt metrów w dół. Bezpieczeństwo na pierwszym miejscu.

Kilometry mijały, słońce coraz wyżej, kolejny punkt kontrolny - 9 mila. Uzupełnienie zapasów wody i dalej w drogę, ciągle pod górkę i z górki - bardzo ciężko. Zacząłem odczuwać ból w kolanie, zmartwiło mnie to, ale na szczęście przeszło. Kolejny punkt kontrolny - 15 mila. Zatrzymałem się dłużej, zjadłem to, co było na punkcie kontrolnym - trochę ciastek, trochę pizzy. Byłem lekko przejedzony, nawet czułem dyskomfort podczas biegu, ale wiedziałem, że później nie będę tego żałował. Na dodatek trasa przez około 3 km prowadziła przez pole czegoś co przypominało oset, co przyczyniło się do podrapań na nogach - nie było to przyjemne, ale na szczęście nie bolało.
Zrobiło się gorąco, po około 3 godzinach miałem za sobą półmaraton, w kolejnych godzinach robiło się coraz trudniej - słońce piekło okrutnie, ale na to pomagał filtr do opalania 50. Dotarłem do 4 punktu kontrolnego tutaj czekała na mnie butelka pedialyte. Wypiłem duszkiem cały litr, zabrałem zapas wody (3 litry), zjadłem i wyruszyłem dalej. Była 20 mila. Teraz odcinek do następnego punktu wynosił około 8 mil i to było piekło - otwarta przestrzeń i cały odcinek pod górę, ale ok - na tym etapie zaczyna się ściana w maratonie. U mnie nie wiem co było, ale jak zobaczyłem gigantyczną tamę na jeziorze pomyślałem, że ściana w maratonie to pikuś przy tym. I tak naprawdę było - zaśmiałem się i dalej w drogę. Przy okazji wziąłem ibuprofen na ból, aby troszkę mniej nogi bolały. Nagle przy trasie usłyszałem dźwięk grzechotnika, co spowodowało lekką panikę i sprint. Teraz znów musiałem być ostrożny, co chwile coś wyskakiwało przed nogi, na szczęście były to jaszczurki.


Po drodze piękny widok na opuszczoną kopalnie, jak z westernu. Wspinałem się dalej, napotkałem wycieczkę skautów po drodze, dogoniłem dwóch zawodników - byli na skraju wycieńczenia
Na dystansie maratonu kolejny punkt kontrolny, tutaj byłem dumny z siebie, ponieważ już po tym etapie ludzie odpadali, a ja przetrwałem. Wysokość 1200 m n.p.m,, różnica miedzy punktem kontrolnym wynosiła około 700 metrów. Długo nie posiedziałem, zjadłem żele, batony i dalej na trasę. Ten punkt był kluczowy. Duża obsługa, z daleka wypatrywano lornetkami biegaczy, a kiedy dobiegaliśmy wielkie okrzyki i brawa. Z tego punktu już tylko niecałe 3 mile do półmetka, droga zaczęła biec po asfalcie, co było czymś komfortowym po tym, co napotkałem wcześniej. Po kilku minutach w nagrodę widok na ocean z ponad 1200 metrów i kolejna butelka pedialyte oraz jedzenie, Na tym etapie mój czas wynosił 8 godzin.
Na 50 km były najcięższe kilometry w moim życiu, tutaj również trasa zawracała i tym samym szlakiem wracaliśmy na metę. Było to dobre rozwiązanie. Wiedziałem, czego mogę się spodziewać.


Wyruszyłem. Słońce dalej piekło. Na tym etapie przez dłuższy czas biegłem z zawodnikiem z Japonii, na zmianie nadawaliśmy tempo, czy to truchtu, czy podchodzenia. Jeden z najgorszych odcinków pokonaliśmy wspólnie. Było raźniej i szybko minęło. Teoretycznie, bo czas gnał coraz bardziej, a kilometry wolniej. Nie obyło się bez kolejnej tabletki przeciwbólowej, aby jak najmniej bolało. W taki sposób dotarłem do około 65 km. Zostało coraz mniej czasu (limit 18 h).


Towarzysz z Japonii został na punkcie kontrolnym i wyruszyłem dalej sam. Zmęczony, wycieńczony chciałem zmieścić się w limicie czasowym, przez głowę zaczęły przychodzić setki myśli. I dobrze, dzięki temu dotarłem do kolejnego punktu, ale to jeszcze ciągle nie meta. Na około 70 km rozładował się gps. Wtedy straciłem już punkt odniesienia, zaczęło się robić szaro, a tu cały czas pod górkę. Nie wiem, ale odnoszę wrażenie, że ten bieg cały czas był pod górkę. Około godziny 20 dotarłem do ważnego dla mnie punktu kontrolnego. Był on na 53 mili. Do mety dzieliło mnie tylko 9 mii. Euforia i radość dała mi siłę. Niestety 5 mil z 9 było pod górę.

Przebrałem się w ciepłe ubrania, zjadłem, przygotowałem lampkę czołową i ruszyłem. Przede mną była przeprawa przez wyschnięte koryto rzeki, całe w kamieniach. Zrobiło się ciemno, zrobiło się tragicznie, gdzieś na szlaku upadłem - postawiłem źle nogę i kostka wykrzywiła się do środka. Ból, ból na tyle, że łzy w oczach same się pokazały. Pierwsza myśl - skręcona kostka, tak blisko do mety, a ja leży wycieńczony i widzę tylko gwiazdy i Księżyc. Zero cywilizacji, następny zawodnik może będzie za godzinę albo dwie. Nawet nie mam, jak poprosić o to, aby ktoś mnie zabrał z trasy. Wstałem, popatrzyłem na kostkę, chyba nie jest źle. Poza tym zawsze w mojej głowie znajdzie się odpowiednia motywacja. Ruszyłem przed siebie, bolało tak przez jakieś pół godziny. Przedzierając się przez szlak, napotkałem jeszcze jakieś zwierzę. Nie wiem, co to było - chyba duży szop albo coś jak ryś (dobrze, że nie skunks albo puma). Popatrzyłem się na niego, on na mnie i każdy poszedł w swoją stronę i stało się coś pięknego - po godzinie i dwudziestu minutach ujrzałem na wzgórzu migającą lampkę. Był to punkt kontrolny.
Kiedy się zbliżałem, wolontariusze zauważyli mnie, zapaliło się więcej świateł i usłyszałem brawa. Do mety mam 4,5 mili i godzinę, czterdzieści minut zapasu. Nie mogłem się teraz poddać - wypiłem colę z puszki plus żel i kulejąc potruchtałem do mety. To były najdłuższe 4 mile w życiu. O godzinie 22:16 wyłoniłem się z lasu i wpadłem na metę. Medal dostałem na siedząco, nie mogłem ustać, musiałem usiąść, nogi nie były w stanie utrzymać mnie w pionie.


Przeprosiłem z uśmiechem czekającą na mecie siostrę, że się spóźniłem. Mówiłem jej, że na godzinę 19 dobiegnę. Bardzo dziękuję jej za doping.
Co ciekawe, nie straciłem nic na wadze, co świadczyło o tym, że jednak teorię nawadniania w praktyce zastosowałem prawidłowo :)
Po chwili dopiero sobie uświadomiłem, że ten bieg to coś więcej. Na liście startowej na 100 km było 47 nazwisk, a do mety dotarło tylko 11 zawodników, w tym ja na 7 miejscu. Mój czas to 17 godzin, 16 minut i 50 sekund. Tego się nie spodziewałem, Limit czasu był przedłużony ponieważ tylko 8 zawodników (w tym ja) się w nim zmieściło
W wyścigu na 100 mil dotarło tylko 18 osób z prawie 60 zawodników. Zwycięzcą na 100 mil okazała się kobieta, która pokonała w tym piekle ponad 160 km w 24 godziny i kilka minut.
Po powrocie z mety bałem się zdjąć buty. Na szczęście tylko jeden paznokieć uległ zniszczeniu. Później gorąca kąpiel. Noc była nieprzespana, ból nóg był straszny, ramiona i ręce chciały odpaść - plecak z wodą, z którym biegłem miał około 3,5 kg, wiec miało prawo boleć. Dopiero nad ranem zasnąłem.


To bardzo ciężki wyścig, tutaj naprawdę wygrywa twoja determinacja, upór, motywacja. Nie ważne, jak szybko biegasz, ważne jak długo wytrzymasz ze sobą. Dopiero teraz poznałem, co to znaczy się nie poddawać.
Nagrodą dla każdego, kto ukończy bieg, oprócz medalu, jest sprzączka do paska. Jest to symbol ukończenia biegu, tak jak w Western States Endurance czy Rio del Lago.

Mariusz Wiela

Posted in Relacje | Tagged , , , , , | Leave a comment

Dwa dni w nieznane – LAMM

Są takie imprezy, które miesiące przed startem prezentują szczegółowo rozrysowaną trasę, profil, i oznaczenie punktów odżywczych by można było drobiazgowo zaplanować bieg. Są też takie, które do ostatniego momentu trzymają w niepewności co do długości trasy czy jej przebiegu w danym roku – wiadomo tylko, że będzie w tym a tym miejscu. Jednak LAMM (czyli LOWE ALPINE MOUNTAIN MARATHON) to coś zupełnie innego. Uczestnicy dopiero na dwa dni przed startem dowiadują nie tylko jak będzie wyglądać trasa ale i gdzie w ogóle odbędą się zawody. No dobra przesadziłem – to ostatnie wiadomo –np: w górach Szkocji ok 1,5 godz jazdy of jeziora Inverness ;)

 

LAMM ciężko zakwalifikować jako typowe ultra bo choć pod względem dystansu się zgadza- ten może się różnić zależnie od tego jaką obierze trasę. To bardziej coś na kształt rajdu na orientację z noclegiem w przerwie czyli Mountain Marathon gdzie o wszystko od pożywienia przez nawigowanie trasy do noclegu muszą zatroszczyć zawodnicy. Wygrywa team, który w jak najszybszym czasie dobiegnie do mety zaliczając wszystkie punkty kontrolne.

 

W zawodach można wziąć udział w 5 kategoriach: ELITE,A,B,C,D . Długości tras oraz przewyższenia przedstawiają się mniej więcej następująco (zależnie od obranej trasy i miejsca)

 

Glenfinnan 2008

Kintail 2009

Glen Fyne 2010

Ben Dearg 2011

Distance KM

Ascent/Descent

Distance KM

Ascent/Descent

Distance KM

Ascent/Descent

Distance KM

Ascent/Descent

Elite

62

4400

61

4400

66

3760

65

3590

A

55

3800

54

3600

57

3440

59

2690

B

48

3200

44

3100

47

2650

47

2690

C

42

2900

41

2760

42

2510

46

2240

D

38

2500

37

2100

36

2110

39

2100

 

Istnieją pewne wymagania w poszczególnych kategoriach np. by brać udział w kategori Elite należy mieć ukończone zawody w grupie Elite lub A, by załapać się do grupy A należy ukończyć A lub B, itp.

 

Ponieważ to dwudniowe wydarzenie lista wyposażenia obowiązkowego jest podzielona na 2 kategorie:

 

TEAM ( czyli co musi mieć zespół) :

  • dwuosobowy namiot z doszytą podłogą (ewentualnie płachta biwakowa ale ze stelażem
  • jedzenie na kolację i śniadanie dnia drugiego oraz kuchenkę turystyczną do przygrzania posiłku
  • zestaw pierwszej pomocy dokładnie opisany w regulaminie

 

INDYWIDUALNY:

  • gwizdek
  • kompas
  • mapa
  • ołówek
  • papier
  • latarka z zapasową żarówką na 6 godzin świecenia
  • śpiwór, płachta biwakowa
  • spodnie zewnętrzne
  • czapka i rękawiczki
  • bielizna termiczna
  • ciepła bluza
  • jedzenie na trasę plus nadwyżka na po zawodach
  • pieniądze
  • obuwie nadające się do poruszania w trudnym górskim terenie

WYPOSAŻENIE ZABRONIONE

 

Jakikolwiek odbiornik GPS /aplikacja w telefonie itp. Organizatorzy zezwalają jedynie na użycie wysokościomierza.

 

Zabezpieczenie wystarczającej ilości wody jest również w gestii uczestników.

Start następuje w sobotę między7:30 a 9:30 a w niedzielę między 6:30 a 8:00 rano a dla tych co startują na dochodzenie o 6:00.

Wszystkie teamy muszą zakończyć zabawę o 16 w niedzielę.

 

 

PUNKTY KONTROLNE

 

To właśnie element orienteeringu – zawodnicy muszą po drodze zaliczyć wszystkie punkty kontrolne naniesione na mapę, którą dostarcza organizator. Dodatkowo są oni zobowiązani pojawić

się na punkcie obaj i to z pełnym wyposażeniem na sobie.

NAGRODY

 

Wspominam o tym, bo tu regulamin jest nietypowy. Otóż poza kategorią ELITE ci, którzy zwyciężyli lub zajęli drugie miejsce w swojej kategorii nie mogą ponownie wygrać nagrody.

 

LAMM to nie zabawa a już na pewno nie dla świeżaków. Organizator wyraźnie mówi, że zawody odbywają się w bardzo trudnym górskim terenie i nie ma tu na myśli ładnie oznakowanych szlaków, dróg do zwózki drewna czy pięknie opisanych ścieżek. To teren z dala od jakichkolwiek siedzisk ludzkich, ze zmienną, bardzo kapryśną pogodą, dziką zwierzyną i nierównym, podmokłym, skalistym, błotnistym i śliskim podłożem, które nie wybacza błędów. Jeżeli lubicie przygody to zawody dla Was.

 

Więcej info na www.lamm.co.uk

Posted in Imprezy | Tagged , , , , , | Leave a comment

Kierat przez płotki

To już mój siódmy start w Kieracie, jedyna impreza, która co roku jest w moim kalendarzu.
Od Kieratu tak naprawdę zaczęła się ta cała zabawa i duży sentyment mam do tej imprezy. Do tego bardzo lubię Beskid Wyspowy i Gorce.
Jadąc do Limanowej zastanawiałem się w którą stronę tym razem pójdziemy. Stawiałem na Gorce. No i była miła niespodzianka jak dostałem mapę :)
Skoro trasa mi pasowała – teraz wystarczyło się tylko postarać.
Plan był taki, żeby przebiec całość z Kamilem, jako trening przed Biegiem Rzeźnika i jak się uda poprawić dotychczasowe rekordy. W piątkowe popołudnie ruszam z sympatycznego parku w Limanowej w stronę Kuklacza, po początkowym zamieszaniu ze znalezieniem drogi przez osiedle dalsza droga jest dość prosta, szybko przesuwamy się do przodu i łączymy w czwórkę, oprócz nas jest jeszcze Andrzej Brandt i Marek Bartyzel.
Słońce na szczęście już nie grzeje mocno, biegniemy, rozmawiamy, podziwiamy krajobrazy. Pierwszy dylemat pojawia się na drodze przed PK 2: obiegać górę czy się na nią wbić. Zwycięża druga opcja, podejście mocne, ale dość krótkie, do tego z kapitalnymi widokami, przez chwilę nawet Tatry widać. Dalsza droga w zasadzie bez historii, trochę pól, lasów, asfaltów. Jest miło, jeszcze lekko i przyjemnie. Tylko bardzo dużo piję, a punktów z wodą zbyt wiele nie ma i to mnie trochę martwi w perspektywie dalszej części trasy.

Drobny błąd popełniamy przed PK 4. Przypadkowo opuszczamy grzbiet i lądujemy 60 m poniżej punktu. Droga do piątki wiedzie grzbietem, nawigacyjnie jest łatwo, ale pojawiają się niespodziewane przeszkody. Najpierw jedno zwalone drzewo, potem kolejne i kolejne, przechodzimy pod, dookoła, nad…., ale wybija to trochę z rytmu i spowalnia. Mam złe przeczucia odnośnie tych wiatrołomów, ale o tym za chwilę.
Zrobiło się już ciemno i przed nami ciekawy nawigacyjnie fragment- podejście na Lubań. Oczywiście prowadzą tam szlaki ale są one na szczęście wyjątkowo nie po drodze. Plan jest taki, że podążamy ścieżką przy strumieniu tak długo jak będzie istnieć, a potem zobaczymy. Po drodze kończy się jeszcze woda, ale uzupełniamy ją w strumieniu. Fajnie, że mam bidony, bo trwa to wyjątkowo szybko, a do tego dobry uczynek mam odhaczony, bo kolegom też nalałem :) Droga też się nam skończyła, robimy direttissimę Lubania, jest bardzo stromo, nierówno, gorąco, są powalone drzewa, bardzo mocny odcinek, ale też mi się wyjątkowo podoba. Taki fragment ze świata adventure racing.
W końcu wdrapujemy się na szczyt. Maciek Więcek był 12 minut przed nami, Maciek Dubaj prawię godzinę, on chyba tam wleciał. Dalszy fragment przebiega Głównym Szlakiem Beskidzkim. Kojarzę ten fragment z Gorce Maraton, więc liczę, że będzie się można nieco rozpędzić. Rzeczywistość weryfikuje nasze plany, szlak jest zawalony połamanymi drzewami i to nie, że jedno leży, tylko z dziesięć w jednym miejscu! Potem chwila przerwy i znowu to samo. Masakra! Bardzo wolno ten fragment pokonujemy i mnóstwo sił nas to kosztuje. Dość powiedzieć, że 10-cio kilometrowy odcinek prowadzący w większości w dół, pokonujemy w niecałe 1.45 h! Continue reading

Posted in Relacje | Tagged , , , , , | Leave a comment

Siła z Muła – żele i batony MULE BAR

Jeść należy. Zwłaszcza w trakcie. Żeby móc dalej, szybciej bez zbędnego przesiadywania (przykucania) w krzakach kiedy inni wesoło pomykają obok.
Całkiem dobrze byłoby, gdyby przy tym wszystkim smakowało. Bo wtedy życie staje się nie tylko wydajniejsze ale i co tu kryć - lepiej smakuje.
Co wybredniejsi będą męczyć o naturalność produktu, jego eko print a Ci szczególnie upierdliwi o wege przydatność.

Co tu dużo gadać. Niełatwo jest znaleźć te wszystkie zalety w jednym produkcie.
Bo tak:
- można iść na naturalniaka i nosić w plecaku pieczołowicie przygotowane potrawy i to dokładnie według wskazówek Scotta Jurka ale jest problem z przenoszeniem, spożywaniem, rozlatywaniem i babraniem się z tym wszystkim;
- można wziąć kanapki – ale bywają baaaardzo ciężkostrawne po paru dyszkach;
- można tez lecieć na Snickersach i tym podobnych – ale ja osobiście nie preferuję bo mnie po nich mega zatyka

Zwykle treningowo latam na daktylach (ok paczki 200g na 100km), bananach i półlitrowej butelce mocnej, słodzonej kawy.
Kiedy jednak przychodzi czas zawodów – już dawno przekonałem się, że jednak „wchodzą” mi tylko żele i to zdecydowanie tylko na zawodach.
Poza tym, czasami po prostu warto złamać monotonię i skusić się na przysmaczek.
No właśnie – tylko jaki? Continue reading

Posted in Sprzęt | Tagged , , , , , , , | Leave a comment

Czy mógłbyś mi zrobić jajecznicę?? MATRA 115

Języki ugrofińskie grupa języków w obrębie języków uralskich lub uralsko-jukagirskich (liga uralo-ałtajska ).Posługuje się nimi ok 24 mln mówiących, zamieszkujących Europę Północną ,Syberię, a także Węgry. Grupa ta dzieli się na dwa zespoły:fiński (zwany czasem zachodniougrofińskim, fińsko-permskim) i ugryjski. Najważniejsze z nich to języki węgierski ,fiński, estoński oraz mordwiński.

Z reguły daję radę z językami. W sumie, nieskromnie mówiąc, całkiem nieźle.
Jak się postaram jestem w stanie naśladować całkiem sporo akcentów angielskich i czasami uchodzić za natywa. Jak się skupię rozumiem sporo niemieckiego, rosyjskiego i czeskiego i słowackiego, po około tygodniu pobytu rozkminiam holenderski, z kontekstu jarzę przekaz włoskiego, troszkę hiszpańskiego (tam gdzie haczy o łacinę) więc ogólnie daję radę. Ale nie tu!
Węgierski to język z kosmosu i mimo że mieszkam około 30km od Węgierskiej Górki ni cholery nie potrafię zapamiętać ani jednego słowa. Dlatego w przygotowaniach do Matry chcąc wykuć choćby „proszę”, „przepraszam” czy „dziękuję” mogłem równie dobrze próbować nauczyć się
Készítenél nekem egy tojásrántottát? czyli „ Czy mógłbyś mi zrobić jajecznicę”?

MATRA

Węgry to nie jakaś znowu alpejska kraina. Nikomu nie kojarzą się z górami a już na pewno nie mnie. W końcu ich najwyższy szczyt , Kekes, to mniej więcej moja Szyndzielnia na którą wbiegam parę razy w tygodniu. Nie popełniłem jednak ponownie błędu z Pragi i nie podszedłem do Matry na lajcie. Rzut oka na liczby ustawia perspektywę – to 124 km i 6400+. Niby nie ma górek a jednak Madziary wystrugały przewyższenie…

Inna sprawa, że o tych właśnie zawodach w samych superlatywach ( czyli po naszemu „dostaniesz taki wp… że się popłaczesz) wypowiadał się sam Laszlo – a to spora rekomendacja. Ciekawostką na pewno jest fakt, że to zabawa za darmochę i wymagają tylko przywiezienia ciasta, które można potem pałaszować na trasie. A jest gdzie pałaszować, bo jak się okazało na trasie było 19 (dziewiętnaście !!!!) świetnie zorganizowanych i wyposażonych punktów odżywczych. Jeżeli komuś się wydaje, że w same tylko ciasta i ciasteczka – jest w błędzie bo w menu znajdowały się m.in.: sery, pomidory, oliwki, kanapki, ciasteczka, ciasta, bułeczki, zupy, gulasz, herbata, kawa, milion rodzajów soków, pomarańcze, morele, brzoskwinie, tysiąc odmian herbaty, pyszna mocna kawa, coca cola, wody ,izotoniki, tabletki z solą, tabletki z magnezem, i jeszcze pierdyliard rzeczy na które nie miałem czasu patrzeć bo w sumie trochę się śpieszyłem.

Matra nie ma „pakietu startowego” ale na koniec można dostać pięknie malowany kamyczek – taki jak ten.

Czyli w gruncie rzeczy jedziesz prawie 400km w jedną stronę i biegniesz 120km żeby dostać kamień. W sumie logiczne.

Messerschmitt

Gugul maps wyliczył mi trasę na 4 godziny i tak też sprzedałem to Julce. Po cichu miałem nadzieję, że mój srebrny potwór pozwoli nam przebyć tą trasę nieco szybciej – ale się tak nie okazało. W końcu to 380 km w jedną stronę a po drodze rondo w Żywcu. Kto jeździ to wie o czym mówię – bo dojazd tam z oddalonego o 19 km Bielska zajął nam ok 50 minut. Tak więc na miejsce dojechaliśmy nieco później a to już był mały problem.

Cały kłopot w tym, że początek i koniec Matry to dwa różne miejsca oddalone od siebie o ok 17km. Niby nic dla ultrasa ale w nocy PO biegu może być z deka nieciekawie. Głowiliśmy się więc jak to rozegrać, kiedy znowu z pomocą przyszli Kumple.
Jak widać mają o wiele więcej serca niż pamięci bo już nie raz służyli za support team i sporo się naczekali. Tym razem nie miało być inaczej.
Plan więc był taki: parkujemy w Kisnanie – czyli na starcie – śpimy w Zamku (ale jednak nie śpimy bo przyjechaliśmy za późno i gleba była zajęta cała – poza malutkim skrawkiem koło drzwi do WC), rano biegniemy – a po biegu Alek, Marcin, Zuzka i Aga przywożą nas po auto i do późnych godzin nocnych skupiamy się na żmudnej pracy degustatora lokalnych win.
Plan jak zwykle trochę nie zadziałał.
Na szczęście fotele mojego Messerschmitta nie są najgorsze i można się na nich w miarę bezboleśnie wyspać. Choć w sumie nie wiem co tak naprawdę myśli o tym Julka. Optymistycznie zakładam, że myśli to samo.

MATRA 115/117/124???

Wiele jest opcji/wersji dystansu z jakim przychodzi się zmierzyć w krainie bograczu. Oficjalne źródła podają 118km ale wg niektórych dżipiesów jest to 124, a bieg ma w nazwie 115. Mój zegarek podał 117km i 5856+.

Trasa nie jest oznakowana – ale za to uczestnicy mogą sobie ściągnąć ze strony bardzo dokładną rozpiskę szlaków (ewentualnie zapłacić za wydrukowaną wersję 500 forintów).

No i oczywiście zawsze (co jest tam bardzo popularne) można zgrać ślad i naparzać z GPSem. Należy tylko pamiętać żeby na każdym z punktów odżywczych/kontrolnych podać kartę kontrolną w celu nabicia pieczęci.

RUN

Dźwięk bębnów rozchodził się po Kisnanie już od jakiś 10 minut i jestem pewien, że większości mieszkańców nie podobało się to zanadto. W końcu są lepsze rzeczy do roboty o 6:30 w sobotę rano. Na mnie działał zgoła inaczej bo choć przespaliśmy całą noc w samochodzie, co na pewno nie wpłynęło pozytywnie na nasze samopoczucie – to właśnie ten dźwięk przyspieszał lekko bicie serca, wprawiał w lekko ekstatyczny, wyczekujący nastrój. Prymitywny rytm nadawał całemu wydarzeniu aury no nie wiem …. polowania? Jakby wszyscy Ci ludzie odziani w kolorowe naszpikowane technologią ciuszki, plecaki, nerki, dzierżący w rękach szpiczaste kije wyruszali w pościg a muzyka miała ich tylko odpowiednio nastroić. W miarę jak zbliżała się 7:00 rozmowy milkły a tłum prawie 300 ludzi spokojnie ale zdecydowanie zmierzał w stronę ulicy skąd miał nastąpić start. Jak zawsze przed rozpoczęciem czuć było w powietrzu elektryczność ale ta była nieco inna jakby iskrząca, jakby wściekła. Ale może tylko ja tak to odbierałem.

Nie pamiętam sygnału startu bo po prostu nagle zaczęliśmy biec. Tempo wydawało mi się za wolne więc zacząłem się stopniowo przesuwać do przodu aż w końcu dostrzegłem na końcu grupkę z czoła, która oddalała się coraz bardziej od tłumu pół biegnących pół idących uczestników. Dopadłem ich po paru minutach i już wiedziałem że nie odpuszczę. Najważniejsze było jednak to kto skończy na którym miejscu a mieliśmy jeszcze przed sobą jakieś 113 km..

Pierwszy checkpoint był o tyle istotny, że choć najwcześniej podałem moją kartę – wypełnili mi ją na samym końcu i znowu musiałem ścigać grupę a teraz biegliśmy na najwyższy szczyt Madziarowa – Kekes. Dopadłem Laszlo i już odtąd mieliśmy śmigać razem aż do końca.

Po punkcie na Kekes na chwilę udało mi się poprowadzić pięknym i szybkim zbiegiem ale potem koleś, który miał wygrać śmignął obok mnie jakby w ogóle nie zauważył, że droga prowadziła w dół stromym i śliskim single trackiem. Odtąd już przez jakiś czas mijaliśmy się z chłopakami z drugiego miejsca a czasami z tymi co biegli za nami. Całkiem nieźle to wyszło bo zawsze był ktoś kto podkręcał tempo i przez to udawało się jakoś ominąć kryzysy – nie było czasu o nich myśleć. A można było swobodnie wpaść w niezły dół bo po pierwsze mimo że górki Matry nie są zbyt wysokie to mają parę mega trudnych podejść w tym to z pętli na Galyateto z końcówką na którą musieliśmy się praktycznie wspinać po skałkach. Po drugie na trasie było ogromnie dużo błota. Wspinanie się to jedno ale podchodzenie po śliskiej brei w którą stopa zapada się aż po kostkę to zupełnie inna zabawa.

Na szczęście ultra ma to do siebie że wszystkim jest ciężko i okazało się , że na podejściach, mimo iż wypluwałem płuca a serce chciało popełnić samobójstwo byłem jednak lepszy i ścigałem grupę. Ostatecznie, jak to się z reguły dzieje, stworzyliśmy nieformalne zespoły i tak dwójka przed nami pozostała na czele, ja i Laszlo tuż za nimi oraz jeden Niemiec i Węgier, którzy na przemian nas wyprzedzali i znikali w tyle. Koleś z pierwszego był w ogóle poza zasięgiem.
W późniejszej analizie tempa wyjdzie, że te super ostre podejścia robiliśmy nawet w 13 min/km ale z drugiej strony śmigaliśmy po 4:16.
Na punktach nie jadłem za wiele- miałem żele i w sumie na nich się skupiłem – choć udało mi się wcisnąć tylko 3. Poza tym może 7 plasterków żółtego sera i trochę pomidora. Wszystko za to zapijałem morzem coli, herbaty, soku z brzoskwiń i kawy. Miałem też batony, ale te w ogóle nie wchodziły, trochę za duże tempo na gryzienie.

Dobre było to, że rzeczywiście ani razu nie wpadłem w kryzys. Znaczy w taki, że nie mogłem iść/biec dalej. Wiadomo, że było słabsze momenty ale nie przesadnie. Nieciekawie natomiast rozegrała się sprawa sprzętowa a konkretnie butowa. Ponieważ w zeszłym sezonie zajechałem 2 pary La Sporitvy w tym Raptora i Wild Cata – na ten sezon zakupiłem Wild Caty z przeznaczeniem na startówki. Miałem nadzieję, że wytrzymają przynajmniej do Andorry. Niestety one same miały inne plany i już na ok 40 km w lewym pękła siatka na wysokości palców – co idelanie ułatwiło zbieranie kamieni i błota do buta a po ok 60 km rozwalił się drugi – tu na złączeniu siatki z podeszwą. Od nowości przebiegły może 400km . Kiepsko.

Ściganka zaczęła się po 80km – na rozejściu na 88km i 124km. Tam okazało się, że grupa niemiecko-węgierska padła bo Węgier przypalił i zbiegał na 88, a Niemiec nie był w stanie nas dogonić. Zostaliśmy więc sami w pościgu za 2 i 3 miejscem. Coraz trudniej było mi kontrolować gdzie się znajdujemy bo moja absolutna ignorancja w zakresie węgierskiego oznaczała, że w trakcie biegu każda nazwa brzmiała mniej więcej jak „keszkeleszok” i zawsze wydawało mi się, że tu już byliśmy.

Na jedny z punktów pojawił się nagle koleś z patykami i minął nas – nie dziwota bo w takim błocie chętnie sam bym się czymś podparł. Na kolejnych punktach wciąż byliśmy na 4 miejscu aż nagle na dwóch zaczęliśmy pojawiać się na 3. To dodało skrzydeł bo dodatkowo okazało się, że chłopaki z drugiego są już tylko 9 min przed nami. Ruszyliśmy jak szaleni ale wtedy, na zbiegu piękną porośniętą wysokimi trawami łąką Laszlo złapał doła.
Trochę pomogło piwo jakie wydębił na ukrytym punkcie gdzieś w lesie ale nie na tyle, żebyśmy dopadli chłopaków.

O dziwo, nagle przy słynnym już na tej imprezie drzewie bananowym, choć nikt nas nie mijał znowu zaczęliśmy zajmować 4 miejsce a nawet raz piąte. I to mieliśmy wyjaśnić na mecie – choć nigdy się do tego nie zabraliśmy bo w sumie co za różnica.

Nagle zaczął padać deszcz i zrobiło się lekko zimno kiedy na punkcie z naleśnikami gość pieczątkowy trochę za długo grzebał się z kartą. Zbieg musiał być szybki, żeby się choć trochę zagrzać i mimo że padało, a lecieliśmy na czołówkach trzeba było napierać. Sił dodawał fakt, że przed nami był ostatni punkt. Po nim było już czyste szaleństwo. Nikt nas nie gonił, ale w dół , po najbardziej stromym zboczu całego biegu ślizgaliśmy się po mokrych omszałych kamieniach i błocie. Ja leżałem raz i Laszlo raz. Ale do końca było już tylko około 6km więc nie było czasu na miziu miziu. Do teraz jednak nie wiem czemu nie było. Kiedy wpadliśmy na ostatni odcinek jak w jakimś amoku przycisnęliśmy jeszcze bardziej i tempo pokazało 4:16!!! W wiosce odbywało się jakieś wesele i to tuż przy mecie więc prawie tam wbiegłem. Meta jednak była tylko parę kroków dalej.

ZYSKI:
3 węgierskie kleszcze obecnie czystej krwi polskiej
1 kamień barwiony

STRATY:
1 para butów La Sportiva Wild Cat

SPRZĘT:
koszulka ODLO RACE
spodenki Kalenji – normalne
buty La Sporiva Wild Cat
plecak UltrAspire Omega
czołówka Petzl NAO
żele i batony MULE BAR

Posted in Relacje | Tagged , , , , , , | Leave a comment

Hiszpański łomot- BUFF EPIC TRAIL Aigüestortes

Kolejną pozycją na liście „biegów o których nie słyszałem a są niesamowite i nie takie znowu drogie” jest zdecydowanie BUFF Epic Trail Aigüestortes.

Tu akurat nie dziwi fakt, że niewielu o nim słyszało bo po pierwsze jest nowy ( to pierwsza edycja) po drugie jest w Pirenejach a nie zawsze łatwo tam się dostać. Ale do rzeczy.

Dla nas liczą się dwie sprawy : widoki i liczby. Te ostatnie wyglądają tak: 100km /8000m+ – co daje łomot porównywalny mniej więcej z hiszpańską inkwizycją a widoki jak można dostrzec na załączonych zdjęciach prawdopodobnie są w stanie wprawić biegaczy w stan bliski emocji po zażyciu hiszpańskiej muchy. Jeśli więc nie macie nic lepszego do roboty między 2 a 4 sierpnia 2014 to trza się spieszyć bo zapisy ruszyły z kopyta.

 

 

 


Żeby się jednak zapisać należy najpierw przesłać zaświadczenie od lekarza stwierdzające brak przeciwwskazań do uczestnictwa, wnieść opłatę za zawody w wysokości od 80-120 Euro (zależnie od daty wpłaty) a także , jak to zwykle bywa zabrać ( mniej więcej standardowe)wyposażenie obowiązkowe:

 

  • telefon komórkowy
  • czołówka z zapasem baterii
  • wodoodporna kurtka z kapturem
  • kubek
  • co najmniej 1 litr płynów
  • ciepłe ubrania
  • czapka
  • rękawiczki
  • spodnie wodoodporne
  • gwizdek

Limit czasu to 30 godzin, najniższa wysokość to 1094 m a najwyższa to 2751m. Organizatorzy podkreślają, że to nie zabawa dla nowicjuszy bo większa część imprezy odbywa się na głębokim odludziu choć rzut oka na rozpiskę punktów odżywczych sprawia wrażenie wycieczki do parku. Jednak zarówno teren, trudność trasy jak i kaprysy pogody mogą nieźle namieszać.

Ponieważ samo dotarcie do Barruera to już lekka ekspedycja oto link do strony, która może to nieco ułatwić:

 

WWW.VALLBOI.COM


A najważniejsze jest to, że przy odrobinie sprytu łatwo będzie tą przebieżkę wpleść w rodzinne wakacje w Hiszpanii.

Strona zawodów:

http://www.buffepictrail.com/

 

Posted in Imprezy | Tagged , , , , , | Leave a comment

VERDON CANYON EXTREM – widokowy raj

 

O każdej z opisywanych tu imprez można na pewno powiedzieć, że oferuje piękne widoki. Niektóre dają także nieźle popalić a inne to niszowe imprezy nieznane szerszej ultragawiedzi. Dziś impreza, która przynajmniej u nas w kraju łączy te trzy cechy.


VCE to w zasadzie 3 dystanse: 110 km/7000m+, 60km 4400m+ oraz 10km 550 m+. Dla nas najbardziej interesujące są dwa pierwsze i na nich się skupimy. Zakładając, że damy radę oderwać wzrok od zdjęć.

 

 

W tym roku impreza odbędzie się od 13-15 czerwca w  Moustiers Sainte Marie(110km) i Augines (60 km) na południowym wschodzie Francji.

 

 

Aby wziąć udział należy uiścić opłatę w wysokości odpowiednio 95 i 65 Euro za 110 i 60 km. Opłata zapewnia start oraz:

  • numer startowy
  • elektroniczny pomiar czasu
  • 4 pkt odżywcze na trasie 110 km i 2 pkt na 60 km
  • posiłek po zawodach
  • masaż na mecie
  • koszulka biegu
  • koszulka finiszera dla nomen omen finiszerów
  • pasta party dzień przed
  • śniadanie przed zawodami

Jak każde tego typu zawody i te mają limity czasowe: 40 godzin dla 110km i 20 godzin dla 60 a także listę wyposażenia obowiązkowego, która jest w zasadzie standardowa dla wszystkich tego typu imprez i zawiera:

 

  • plecak
  • min. 2 litry płynów
  • kubek wielorazowego użytku
  • czołówkę i zapas baterii
  • gwizdek
  • NRC
  • ciepłe ubrania
  • bandaż
  • zapas jedzenia
  • telefon komórkowy
  • czapkę
  • dowód tożsamości

Zapisy, szczegółowe informacje, filmy i więcej zdjęć znajdziecie na http://verdoncanyonxtrem.com/

I patrząc na zdjęcia myślę, że paru z Was się skusi.

Posted in Imprezy | Tagged , , , , | Leave a comment