Nieistotne detale

Można miesiącami trenować, robić akcenty, podbiegi na najstromszych szczytach, zbiegać, poprawiać w nieskończoność formę, wzmacniać stabilizację, ciąć wagę, zmieniać składniki diety na mityczne, egzotyczne wszystkomające vege energetyczne bomby, testować setki par butów i wybrac te jedne i jedyne a potem …polec.

Nie dlatego, że łyda nie podaje, mięśnie są za słabe, but uwiera czy górka jest za stroma.

Dlatego, że mózg mówi nie i już.

 

Taka sytuacja:

 

Pewien Kolo co niemało biega (nie żeby wymiatał bo to to chyba jedynie w jednej ze swych konfabulacyjnych fatamorganach na lekkim rauszu) i czasami jakimś cudem znajdzie się w okolicy czołówki na tyle by dostrzec kolory ich koszulek na plecach, uzbierał co nieco doświadczenia bywając biegowo w górach częściej niż rzadziej (w końcu tam mieszka) i doszedł do wniosku, że jest kolesiem z typu WSOW – Wiem Wszystko O Wszystkim.

A już na pewkę o ultra w górach.

No bo się bujał tu i tam i to czasem nawet sam. Miszczu Gór (czyli Em Dżi) wykminił, że (jak już parę razy robił to w swym superultra życu), rypnie se koło setki bo weekend jest za długi i nie ma co po próżnicy siedzieć.

Ponieważ to prościzna że hu hu, nie myślał za długo i nawet się nie pakował specjalnie bo przecież „serio??” Nie dalej jak miesiąc wcześniej długo i cierpliwie doradzał znajomym że „jeden żel na 10km” bo spuchniesz, że tylko w butach co się sprawdziły, że wazelina, że smarować stopy i pachwiny i jeszcze około miliona rad co szły wprost z doświadczenia.

A tu, lecąc samemu (ach ten bagaż doświadczeń) do plecaka wrzucił 2 paczki daktyli po 150g,

2L wody do bukłaka, mocną kawę z cukrem do 0,5 litrowej buteleczki i trochę kasy „jakby trza co dokupić”. Dzień wcześniej nie wyspał się za długo bo o 4:30 córka wpadła do łóżka pytając czy już się może bawić a dzień przed biegiem udało mu się walnąć na 2 godziny. Ale co tam! Ultras zniesie lekkie niewyspanie (poza tym ma kawę). Jako, że to ledwie 100km nie użył wazeliny, nałożył najcieńsze skarpety jakie miał a na nie buty, które już ledwo zipiały ale chciał je „dokończyć”.

A w ogóle to „nie takie rzeczy się robiło”

 

Kłopot zrobił się już w samochodzie bo było z deka zimno i „okazało się”, że wrzesień to może niekoniecznie taka naj pora na superkrótkie spodenki a’la twardy Dżon z Bob Graham Round.

A już zwłaszcza o 3 rano na Krowiarkach. Ale co tam – ognia.

Kolo mknie po lesie i już za chwileczkę po małej rozkminie trasy popyla dziarsko w Zawoi. Z tym, że nie używane dawno i prawie rozwalone superbuty otarły go do krwi po ledwie dyszce i zaczął się lekki kanał. Najpierw z tempem, bo stopa musiała się ułożyć na nowo żeby nie ocierać, potem z sennością – bo rano ani śniadania (po co o 1 w nocy), ani kawy (się nie będzie musiał zatrzymywać na siku – to strata czasu). I o ile do Zawoi jako tako było, tak na Przysłopie Em Dżi już nie tak dziarsko podawała łyda. Jakby było mało, w okolicach Suchej szlak okazał się o dziwo całkiem mokry a przez dziurawe siateczki butów do środka wdzierała się woda, błoto i małe kamyczki z impetem rzucające się do roboty nad wyniszczaniem podeszw już mocno rozmiękczonych wilgocią stóp. Tempo MINUS 500.

Powoli cała wyprawa staje się lekką fikcją bo choć Kolo cały czas utrzymuje, że tempo zrelaksowane i że bieg na luzie…., jakoś coraz rzadziej pasuje tu słowo BIEG.

I kurwa straaasznie mu się nie chce. Bo otarcie, bo senność, bo pod górkę, bo jeżyny…

No właśnie – w jeżynach spędza po 5 , 7, 10!!!!! minut bo w sumie jedna paczka hiperdaktyli poszła już a do domu jeszcze ho ho ho.

Niby te górki koło Krzeszowa spoko biegalne są w całości ale jakoś może nie dziś i nie teraz.

Nie żeby czwórki nie trzymały bo raźno grają, nie żeby łyda miękła bo twarda jak stal.

Ale „niechciejstwo” większe niż „chciejstwo” jakoś i dłuży się strasznie.

Nie ma radochy, nie ma flow. I nawet zdarza się kryzys (przy TAKIM TEMPIE?????) i Kolo siada na pieńku raz i drugi i smędzi koło jeżyn i „spokojnie podchodzi” czytaj powłócząc nogami smędzi pod górę jak ostatnia pipa.

Jakoś się jeszcze zbiera do boju po 40km zapiwszy magiczną kawą z butelki i nawet to tempo jakoś rośnie i raźniej idzie. Średnie z podbiegów i zbiegów wypada na ok 5:40 więc nie ma dramatu ale długo to nie trwa. Po euforycznych post Kocierskich zabawach Miszczu dobiega (hahaha) do czerwonego, na Hrobaczą i dół jest cały czarniuteńki.

Do uprzednio obranej mety ma około 25km ale z czasem jest mega do tyłu i już kmini jakby tu może nie setkę bo przecież na Magurce był tydzień wcześniej…..

Nogi człapią jak u kaczki pozostawiając za sobą gęsty ślad krwi a żołądek burczy wściekle bo daktyle już dawno są strawione a kawa to tylko przesłodzone wspomnienie.

Rzut oka na czas przyspiesza bicie serca ale raczej w negatywnych rejestrach i super Miszczu dzwoni po małżonkę bo „nie da rady” dojść do domu. Ultras z doświadczeniem.

 

I tak Kolo potem smędzi o przetrenowaniu, o sezonie mocnym i nowych treningach, które go kompletnie wypruły z sił i że mógłby ale nie chciał bo tralala…..i strututu….

Sedno jest nieco gdzie indziej jednak i diabeł rzeczywiście tkwi w szczegółach.

Może przy 15-20km takie szczegóły jak buty, skarpety, wazelina, jedzenie, picie czy ubranie nie są szczególnie istotne. Ale rutyna to taki podstępny Don Pedro z krainy deszczowców co wychodzi wtedy kiedy na obronę, szans już za wielu nie ma. I nie pozostaje nic innego jak dokończyć człapaczke choćby po to by dostać się w okolice gdzie wreszcie będzie można spokojnie się przespać i może jeszcze raz przemyśleć definicję “doświadczenia”.

Posted in Artykuły | Tagged , , , , | Leave a comment

Słowacja

DZIEŃ PIERWSZY

Kap, kap a później coraz gęściej i szybciej – pisząc wprost – leje…Stoję na przystanku, ktoś jadący z naprzeciwka trąbi i podnosi rękę na przywitanie…chyba mnie pomylił z kimś innym. W końcu jest, zatrzymuje się, taksówka do lepszego i prostszego Świata. Wsiadam. Autobus jak na „Tą” relacje średnio wypełniony. Można stać dość swobodnie bez konieczności „intymnych kontaktów” ze stojącym milimetr obok „lekko” grubszym i mocno wczorajszym Panem lub wyfiokowaną Białogłową, której perfumy wiercą dziurę w mózgu powodując efekt wymiotny. Skręt w prawo, skręt w lewo, góra i dół jak na karuzeli. Uff, nareszcie wysiadam. Czuję na sobie dziwne spojrzenia…” po co tu on wysiada, przecież jeszcze jeden przystanek”, nerwowe rozglądanie się po współpasażerach: „czy my też tu wysiadamy?” Nie – Wy lepiej jedźcie dalej dla mojego spokoju i Waszego dobrego samopoczucia.

Continue reading

Posted in Wyprawy | Leave a comment

PIEKIELNY BIEG – relacja z Badwater 2014

Dla mnie bieg w Dolinie Śmierci był brakującym ogniwem do kolekcji najtrudniejszych ultramaratonów Ziemi.
Przez Amerykanów okrzyknięty “World’s Toughest” – najtwardszy na świecie – od kilkudziesięciu lat wzbudza respekt u każdego biegacza.
Już sama selekcja zawodników przyprawia o zawrót głowy. Aby starać się o zaproszenie(!) należy dokładnie pokazać swój dorobek, spełniając przy tym kryteria regulaminu.W jednym z punktów jest napisane: aby ubiegać się o start w Badwater 135 miles musisz mieć ukończone co najmniej 3-biegi 100-milowe, w tym ostatni w okresie 13-miesięcy poprzedzających aplikację. Ale następne zdanie brzmi: nie myśl sobie, że jeśli masz przebiegnięte te trzy biegi 100-milowe, to my Cię zaprosimy. Musisz nam pokazać całe swoje biegowe CV, a my je ocenimy.
A ocenia 5 osób wskazanych przez dyrektora biegu, niezależnie od siebie punktując każdą zgłoszoną aplikację. Oceny tych pięciu Sędziów trafiają na biurko szefa begu-Chrisa Kostmana w Oak Park w Kalifornii.
Ten po zliczeniu punktów zaprasza na bieg 45 weteranów (tych co już biegli Badwater’a) i 45 rookies (nowych), 10 miejsc zostawiając dla siebie.
Oto prawdziwa amerykańska demokracja. Aplikacje wysyła się w ostatnich 2-tygodniach stycznia.
Na początku lutego otrzymałem maila: Congratulation Dariusz Jacek -Welcome to Badwater 135.
Takiego samego maila otrzymał również mój wspaniały przyjaciel z tras biegowych i nie tylko – Zbyszek Malinowski z  Kołobrzegu. Jeszcze tylko 995 USD wpisowego i przygodę czas zacząć.
 
Mając to na uwadze przez ostatnie pół roku niezwykle starannie realizowałem narzucony tym wydarzeniem plan treningowy.
Stopniowo zwiększałem tygodniowy kilometraż zaczynając od 80-90, a kończąc na 120-140. Ponadto w moim kalendarzu startowym umieściłem zawody, które miały mnie jak najlepiej przygotować do tego piekielnego biegu: 100 km North Face w Tajlandii (też gorąco i też góry), Ultramarathon Glasgow-Edinburgh (89 km), Ultamaraton Podkarpacki (70 km) i 3-tygodnie przed startem Goral Maraton (50 km).
Te ostatnie potraktowałem  bardziej jako długie wybiegania, do których bardzo ciężko jest się zmusić samemu.
Poza treningami dużo czasu poświęciłem na logistyczne przygotowanie wyjazdu na Zachodnie Wybrzeże USA.
Ekipa nasza składała się z 8-osób, oprócz mnie i Zbyszka moja żona z najmłodszym synem i grupa przyjaciół, którzy mieli nas supportować  samochodem w trakcie biegu (obowiązkowy wymóg regulaminowy).
Podczas 10-dniowej aklimatyzacji pokonaliśmy samochodem prawie 6000 mil zwiedzając przepiękne Parki Narodowe m.in.Yellowstone, Yosmite, Crater Lake, Grand Canyon, Sequoia i cuda natury w skalnych parkach Utah (Bryce Canyon, Zion, Archies, Canyonlands) i Monuments Valley.
W końcu “wylądowaliśmy” w Lone Pine – nowym miejscu startu Badwater’a. Od tego roku bieg odbywa się na krawędzi Doliny Śmierci nie dotykając jej dna.
Po raz pierwszy w 30-letniej historii biegu Park Narodowy Doliny Śmierci nie wyraził zgody na przeprowadzenie trasy na chronionym terenie.
Ale żeby nie było za łatwo organizatorzy dołożyli więcej gór. Zaraz po starcie wspinaliśmy się na ponad 3000 m.npm (Horseshoe Meadows), na około 100km wdrapywaliśmy się w mroku nocy do bram Miasta Duchów na szczyt Cerro Gordo (ponad 2500 m.npm.) kończąc bieg w dotychczasowym oryginalnym miejscu tj. na Whitney Portal (ponad 2400 m.npm.) u stóp najwyższego kontynentalnego szczytu Stanów Zjednoczonych -Mt. Whitney (prawie 4500m.npm).
Według oceny weteranów,czyli uczestników poprzednich edycji nowa trasa była trudniejsza od oryginalnej. Temperatury były może ciut niższe, bowiem słupek rtęci dochodził tylko do 44 st.C, a nie przekraczał 50-u jak na dnie Doliny ale suma przewyższeń była zdecydowanie większa (około 5500 m. pod górę i  ok.3800 m. w dół).
Tak czy owak mieliśmy być w piekle. Continue reading
Posted in Relacje | Tagged , , , , | Leave a comment

ICE TRAIL TARENTAISE – najwyżej rozgrywany ultra trail w Europie

Ice Trail Tarentaise (w skrócie ITT) należy do kategorii biegów Sky Race.
Rozgrywany był 13 lipca tego roku w dolinie góry Izery.
Start i meta znajdowały się w Val d’Isere – popularnej miejscowości narciarskiej położonej na 1750 m n.p.m.
Przebiegająca tędy szosa 902 biegnie aż po same podnóża Mont Blanc.
Bieg ma 65km długości i aż 5000 m różnicy przewyższeń, z najwyższym punktem biegu 3589 m n.p.m. na lodowcu Grand Motte. Średnia wysokość biegu to 2500 m n.p.m.

Dla jego niesamowitego położenia postanowiłem zapisać się na ten bieg.

Do Val d’Isere ruszyliśmy z żoną i córką prosto z wakacji nad morzem w Ligurii dzień przed biegiem, także o aklimatyzacji nie było mowy. Po przejechaniu Turynu i Susy zaczęliśmy się wspinać na granicę włosko-francuską na Col du Mont Cenis położoną na 2083m n.p.m. Dopiero tutaj zobaczyliśmy co nas może czekać na miejscu: surowe widoki Alp, o 20 stopni zimniej, często zmieniająca się pogoda – od pełnego słońca po zlewne deszcze.
10km przed Val d’Isere dotarliśmy do najwyżej położonej w Europie, przejezdnej cały rok, przełęczy Col d’Iseran (2770m n.p.m.) Tam też znajdował się ostatni punkt kontrolno-żywieniowy na 10km przed metą. Droga którą wiodła trasa biegu pokryta była śniegiem. Continue reading

Posted in Relacje | Tagged , , , , | Leave a comment

Kamil Leśniak: „Trasa UTMB jest prosta, przyjemna i przepiękna”


Ultra Trail du Mont Blanc (UTMB) – to jeden z najbardziej prestiżowych biegów ultra na świecie. Dystans 168 km, przewyższenia 9500 metrów i piękne, naprawdę piękne szlaki – to powody, dla których co roku w sierpniu tysiące zawodników przybywają do Chamonix u podnóża Mont Blanc. Kamil Leśniak jest jednym z tych, którzy zamarzyli o starcie w tegorocznej edycji. Zawodnik inov-8 team już od miesiąca jest w Alpach, poznaje trasę, planuje taktykę. Wszystko po to, by stać się najlepszym Polakiem w historii, który ukończył ten wyścig.

Najszybszym na trasie UTMB jest jak dotąd zwycięzca z 2013 roku – Francuz Xavier Thevenard.
Jego wynik to: 20 godzin, 34 minuty i 57 sekund. Xavier poprawił wcześniejszy rekord – należący do Kiliana Jorneta (którego nie trzeba przedstawiać) o 2 min. Najlepszy czas zawodnika spod biało-czerwonej “bandery” to 28 godzin, 3 minuty i 43 sekundy. Uzyskał go w 2013 roku Oskar Zimny, co dało mu 65. miejsce.
Najbliżej wejścia do ścisłej elity był Piotr Hercog, który 2012 r. zajął 15. miejsce – ale na niepełnej trasie (skrócono ją z powodu warunków pogodowych do 115 km).
Najwyższą lokatę na pełnej, 168-kilometrowej trasie, osiągnął Krzysztof Dołęgowski (inov-8 team), który zajął 30. miejsce w 2011 r.
Kamilowi marzy się „złamanie” 24 godzin, co zapewni mu znalezienie się na czele tej listy. Continue reading

Posted in Artykuły | Tagged , , , | Leave a comment

ULTRA Zegarek

Bieganie to niby najprostszy ze sportów bo wystarczy nałożyć buty i pognać przed siebie w siną dal, bądź ku zachodowi słońca… Z tym, że nie do końca. Jak się człowiek zacznie wgłębiać w to jakie buty ( z torszyn, ermaks, protekszyn i innymi systemami), jakie skarpety ( ze srebrem, z dodatkową amortyzacją, z wełny merynosów), itp. to zanim wyjdzie z domu ma na sobie równowartość niezłego rocznika Cinquecento i to kto wie czy nie ze sportowym tłumikiem.
Tak czy siak każdy w końcu dochodzi do wniosku, że potrzebny mu jest (i to bez dwóch zdań – inaczej nie da się biec) zegarek z dźipiesem. Zegarek ów ma wiele absolutnie niezbędnych funkcji jak: średnie tempo i prędkość ( żeby wiedzieć czy się biegnie szybko czy nie), dystans ( żeby wiedzieć, że się biegnie daleko), przewyższenie ( żeby zrozumieć, czemu 30km bieg dał nam tak bardzo w dupę) i na koniec czas (żeby wiedzieć która jest godzina bo trzeba wracać do domu lub że biegamy długo). Najnowsze zdobycze haj tek oferują również moc innych superwłaściwości typu barometr, kompas, blutuf, miernik mocy, kadencji, basenów a na dodatek może się skontaktować z ajfonem i od razu każdy jeden kilometr umieścić na fejsbuku nastukując liczbę lajków wprost propocjonalnie do dystansu.

 

Jeśli więc już podobnie do mnie ktoś zdecyduje, że bieganie bez gpsa to jak curling po asfalcie stanie przed następującym algorytmem wyborów:

 

  1. Mam kasę?- trzeba się liczyć z wydaniem między 700 a 2500 złotych pieniędzy.

Mówię tutaj tylko o zegarkach mających jako takie zastosowanie w dystansach powyżej maratonu – czyli z baterią pozwalającą na ok 10 godzin użytkowania. W przypadku braku kasy lub jej ograniczonej ilości wybór jest prosty – wydajemy tyle ile mamy na to, co w danym budżecie jest najlepsze. Jeżeli kasiora to no problemo powstaje dylemat numero due:

  1. Estetyka czy pragmatyka?

W sensie, że albo coś już nam się podoba i zastanawiamy się czy toto się nada albo zastanawiamy się najpierw co się nada a imydż to sprawa drugorzędna. W obu przypadkach jednak należy się zastanowić co rzeczywiście jest nam potrzebne a ile z funkcji to jeno wodotryski.
Ponieważ moje doświadczenie jest średnio średnie to co wyodrębniłem należy traktować jako mocno subiektywną sprawę i modyfikować do woli ale z mojej perspektywy ultra zegarek powinien mieć:
- długi czas działania – co najmniej 15 godzin – są „setki”, które spokojnie tyle zajmują, a setki właśnie (lub około) to dystanse w których najczęściej biorę udział.
- sczytywanie (i nie mylić, ze szczytowaniem bo to by było raczej nie możliwe), co 1 sekundę – no bo jak już mieć tracka z zabawy to takiego co jest dokładny. Jasne, że można i co minutę ale wtedy zakręty wychodzą prosto i często są przekłamania na dystansie
- tempo chwilowe i średnie – bo lubię planować i wiedzieć czy plan realizuję
- wysokość – to ważne kiedy się biega z mapą
- przewyższenie – bo się lubię jarać po drodze że „oooo… ale mam ciężko i oooo… ale jestem super”
- czas – bo Panie w przedszkolu nie rozumieją mojej pasji i nie czekają aż „zrobię akcent”
- podświetlenie tarczy – bo nie jestem kotem
- możliwość wgrania zaplanowanej trasy – zwłaszcza jak biegam na Słowacji czy w Czechach i się gubię
- możliwość zgrania tracka i oprogramowania do analizy – żeby się jeszcze bardziej jarać już w domu i lansować na fejsie
- wodoodporność – bo czasami deszcz nie wie że mam trening i też ma
- wygodny pasek – żeby nie męczyć
- sensowną wagę – jw.
- cenę w granicach ludzkiego rozsądku- czyli biorącą pod uwagę średnie wynagrodzenie na wschód od Odry

Inne rzeczy nie są mi potrzebne i na przestrzeni lat zauważyłem, że nawet nie wiedziałem, że zegarki przeze mnie używane te inne rzeczy mają.

Kiedy więc już wyodrębni się potrzebne funkcje przy pierwszej analizie (oczywiście mówimy o sytuacji
„pragmatyka przede wszystkim” dostępnych na rynku urządzeń dźipies dochodzimy do tak samo spektakularnego wniosku jak nasi koledzy ze Słowacji, Czech i Węgier gdzie tego typu sprzęt jest najpopularniejszy - czyli, że najodpowiedniejszym urządzeniem są turystyczne urządzenia „do ręki” a nie „na rękę”.

 

 

 

 

Po pierwsze dlatego, że baterie np. etrex 30 trzyma 24 godziny a potem w trakcie, nie tracąc zapisu można je zmieniać i w zależności od pojemności plecaka i ilości baterii obiec nawet cały świat.
Po drugie dlatego, że mają o wiele większy ekran i widać na nim mapę.
Po trzecie dlatego, że można właśnie wgrać do nich mapę i powiększać i obracać i w ogóle sensownie korzystać. Po czwarte dlatego, że posiadają wszystkie wodotryski zegarka, po piąte, że są dokładniejsze, po szóste, że mają nawet wbudowane aparaty foto więc można pykać i się lansić, po siódme wreszcie, że można ich używać również w samochodzie, którym dojeżdżamy na ukochane zawody.
Wada to oczywiście fakt trzymania czegoś w łapie i to cięższego niż zegarek.
I ona właśnie może przeważyć a wtedy pozostaje nam grzebać w zegarkach.

PSEUDO ANALIZA

Idąc tą drogą postanowiłem, korzystając z możliwości ponad tygodniowego użytkowania Suunto Ambit 2 porównać go z posiadanym przeze mnie Garminem 310XT.

Po co?
Bo przed kupieniem Garmina miałem taki sam dylemat. Miałem kasę na Suunto ale ponieważ kosztował małą fortunkę troszkę się rozejrzałem i zastanowiłem.
Tu znowu muszę zaznaczyć, że to subiektywna rozkmina bo informacja o porównaniu obu wznieciła niemały rwetes na FB ale moim zdaniem bez powodu. Całe to porównanie nie ma na celu pokazania co jest lepsze a co gorsze a jedynie zwrócenie uwagi na parę szczegółów mogących pomóc podjąć decyzję w wyborze zegarka stricte do ultra.
Funkcje tri/adventure/social media itp. nie były brane pod uwagę.

Nie starałem się też stworzyć mega testu na wzór znanego wszystkim DC Rainmakera. Jeśli kogoś interesuje naprawdę fachowa i dogłębna analiza obu urządzeń i kuma po angielsku – zapraszam na www.dcrainmaker.com. Nie będę tu opisywał zegarków, bo wszyscy je znają lub mogą znaleźć u pana gugla a jedynie podzielę się paroma spostrzeżeniami:

  1. WYGLĄD

Tu nie ma wątpliwości – kolesie z Suunto wiedzą co robią bo wysmażyli zegarek, który już samym wyglądem wrzeszczy „jestem twardym twardzielem – najtwardszym”. Nosiłem go do pracy przez cały czas testów i każdy kogo spotkałem go zauważył.  Przy Ambicie – Garmin wygląda jak najnowszy hit odpustu więc do pracy go nie noszę. Poza tym 310Xt nie ma trybu tylko zegarka więc bateria schnie jak dowcip Strassburgera.

  1. BATERIA – Suunto przechwala się 50-cio godzinnym trybem ale to wynik uzyskany w trybie śledzenia co 1 minutę. Nie jest to pomiar dokładny i wg wielu opinii sporo rzeczy przekłamuje więc to sobie odpuściłem. Przy pomiarze co 1 sekundę trzyma ok 15 h.
    Tu Garmin go bije bo spokojnie daje radę 20 – sprawdzone w paru już wypadach.
  2. EKRAN – Suunto jest bardzo ładny i czytelny. Cyfry są duże i wyraźne, podświetlenie też. Garmin może ustawić tych ekranów 4 a na nich pokazywać 4 pola danych jednocześnie. Przy 4 jest trochę gęsto ale daje radę. Tu Suunto zwycięża czytelnością ale Garmin może pokazac 16 różnych pól (nie wiem kto tego potrzebuje).
  3. DOKŁADNOŚĆ – mimo wielu głosów mówiących o różnych generacjach modułu GPS w obu zegarkach – nie zauważyłem różnicy. Na dystansie 12 km róznica wyniosła 1,5 m więc nie ma dramatu. Ciężko powiedzieć, który był „zły” ale przy gps taka tolerancja jest dopuszczalna.
  4. WAGA – to mnie nieco zdziwiło. Kiedy ruszałem na trening z oboma zegarkami wyraźnie było czuć różnicę w wadze na niekorzyść Ambita. Ale podczas biegu z samym Ambitem to nie przeszkadzało.
  5. OPROGRAMOWANIE– wielu ludzi narzeka na Garmin Connect – teraz jest odświeżona wersja i wg mnie jest ok. Inna sprawa, że ja osobiście tego nie używam czy to do planowania treningów czy do analizy jakiejś szczegółowej. Czasami przydaje się kiedy opracowuję trasę i chcę ją potem udostępnić. Instalacja łatwa, łączenie (310XT ma bezprzewodowe) na początku szwankowało, teraz po updejtach i upgrejdach działa. Niestety, choć chciałem se walnąć na fejsa mój movescount score ( założyłem konto i w ogóle) nie dałem rady ogarnąć transferu danych. Jestę debilę. Wiadomo jednak, że to działa i to dobrze więc to na pewno moja wina.

WNIOSKI?

No moja decyzja już jest znana. Poprzednim moim gpsem była 305 a jej największym mankamentem czas używania. Maksymalnie udało mi się wyciągnąć 13:35 i padł.Szukałem więc urządzenia, które przede wszystkim ma długi czas działania.
Nie tylko ze względu na moje autozadowolenie i podjarkę ale również ponieważ używam GPS np. do ustalania tras zawodów – a te bywają długie.
Gugul wypluł Ambita, Feniksa i właśnie 310.
I szczerze mówiąc przekonałem już nawet małżonkę, że nasze gospodarstwo domowe zyska niebywale na zakupie Ambita. Oficjalna cena podchodziła pod 2,5 klocka ale wyhaczyłem na necie za 1700. LUZPotem jednak śmigając po necie tu i tam napatoczyłem się na parę niepochlebnych opinii a zarazem całkiem pozytywnych na temat 310. 20 godzin!!! To mnie kupiło. Cena oficjalna oscylowała w granicach 900 PLN i było to dużo znośniejsze niż AMBIT. Dodatkowo okazało się że dzięki wtyczce w US of A, mogę mieć 310 za uwaga 450PLN !!!!!!!!! Nie było więc dyskusji.Czy jestem zadowolony? Tak, bardzo.
Garmin jest bardzo praktyczny, szybko startuje, jest dokładny i robi co ma robić. Czy chciałbym mieć Ambita? TAK bo jest mega zajebisty z wyglądu i dodaje mi +500 pkt twardości.
Czy jednak jest bardziej przydatny w tym do czego bym go używał ? Nie.

To przypomina trochę sytuację zakupu samochodu, który ma służyć tylko do wożenia dziecka do przedszkola oddalonego 3km. Można to zrobić wygodnym dużym np. Foresterem ale też można Land Cruiserem. Wiadomo, że ten drugi jest bardziej dopasiony, bezpieczny, dzielny w terenie i ma milion funkcji z masażem gluteus maximus włącznie. Ale czy to pomaga w drodze do przedszkola?

Posted in Porady, Sprzęt | Tagged , , , , , , , | 4 Comments

Race to the Stones 100km

Po raz pierwszy dowiedziałem się o tym biegu ponad rok temu i praktycznie stał się on dla mnie priorytetem. Miał to być mój pierwszy start na dystansie 100 km, ale nie wytrzymałem i niecałe 2 miesiące wcześniej ukończyłem pierwszą setkę. Nie znaczyło to, że straciłem z oczu bieg, który był czymś więcej niż tylko 100 km wyścigiem. Oprócz biegania interesuje się bardzo pewnymi rozdziałami historii, tak więc połączenie to było dla mnie podwójną radością ze startu. - ze względu na trasę biegu, która liczy sobie na odcinkach prawie 5000 lat.

Start odbył się w miejscowości Chinnor. Meta usytułowana była w Avebury. A ostatnie kilometry przebiegały przez jedne z najstarszych monolitów kamiennych. Przez całe 100 km można poczuć cześć niesamowitej tajemniczej historii, odcinki dróg wapiennych, po drodze Biały Koń z Uffington. Krótki odcinek trasy prowadził przez cmentarzysko celtyckie, usytułowane przy starym kościele. Wcześniej zapoznałem się z tym, co mnie czeka po drodze i aby pobudzić jeszcze bardziej wyobraźnie przygotowałem sobie ponad 7 godzin celtyckiej muzyki do słuchania na drogę. Trasa trasą, ale to jest ultramaraton - wyzwanie przez najbliższe kilka godzin. Cześć zawodników pokonywała trasę 100 km w jeden dzień, inni dzielili na 2 dni - po 50 km na każdy. Była też spora liczba osób z kijkami. Razem na starcie ponad 1500 zawodników.
Start zaplanowany na godz. 8.10, wcześniej odebrałem numer i chip startowy. Jak na taką liczbę zawodników. wszystko bardzo ładnie i sprawie. Nie oddawałem żadnej żywności na punkty kontrolne, zdałem się na to, co będzie na trasie, zabrałem może z 3 żele i 2 batony, plus wodę oraz niezbędne tabletki przeciwbólowe. Parę dni przed startem rozmawiałem z osobą, która rok wcześniej skończyła ten bieg i zostałem zapewniony, że na trasie jest wszystko, tak wiec do dzieła..

Na zegarku wybiła 8.10, wszyscy zawodnicy ruszyli. Warunki pogodowe angielskie - dzień wcześniej bardzo gorąco, całą noc burze i rano oczywiście zaczęło padać. I tak przez 2 godziny po starcie przemierzaliśmy szlak w deszczu i błocie. Początek szybki, troszkę mnie to zaskoczyło, jednak 100 km to nie maraton. Utrzymywałem tempo około 6 minut na km i tak dobiegłem na pierwszy punkt kontrolny, który mnie lekko rozczarował - oprócz wody nie było nic. Bałem się wyobrazić kolejne, przegryzłem swoim batonikiem i ruszyłem w drogę, kolejny punkt za około 11 km.

Po trasie widać, jak zawodnicy ślizgają się po błocie - źle dobrane obuwie, kilka osób zaliczyło groźne upadki. Podziwiam osoby, które zdecydowały się na bieg w japonkach minimalistycznych albo fivefingers - było kilku takich. Trasa z błota i kamienia, no nie wiem - jakoś nie przemawiało to do mnie, sam założyłem obuwie do biegania w terenie, które nabrało w bieżnik tyle błota, zamiękło, że był z 10 razy cięższe - ogólnie delikatny dyskomfort. Na szczęście deszcz ustał, trasa wiodła przez pastwiska owiec, kierowała się do pięknego lasu.
Sumując, było troszkę podbiegów, ale aby nie tracić siły - podchodziłem. W taki sposób przyszedł 20 km, wyszło słońce, kolejny punkt kontrolny, na którym było już wszystko, co potrzebowałem (dużo kanapek). Zjadłem drugie śniadanie, uzupełniłem wodę, trochę czekolady i Wyruszyłem w drogę. I tak czas leciał, kilometry z nim, tempo ani nie rosło, ani nie spadało. Trasa wychodziła na plac starego kościoła, na którym było cmentarzysko - niesamowity widok, krótki odcinek wzdłuż rzeki i tak kolejny punkt kontrolny. Co się dało - przekąsiłem.

Niestety od 33 - do 39 km miałem już dość biegania, naprawdę to było straszne. Trasa ciężka, same wzgórza i pastwiska z krowami, do tego pogoda, przelotne deszcze. Wziąłem ze sobą kurtkę przeciwdeszczową, tak wiec co jakiś czas jej używałem. Zaczęło się poprawiać po 40 km i tak przez kolejne 8 km do najważniejszego punktu w połowie trasy. Biegło mi się rewelacyjnie, słońce wyszło za chmur, a nawet bardzo przygrzewało, co mi nie przeszkadzało, tylko dodało energii. Buty i ubrania obeschły, dotarłem na 48 km, pomiar czasu, bardzo duży punkt kontrolny, na którym mogłem zjeść spokojnie obiad. Wielką porcje makaronu przepiłem colą.

Złapałem oddech odpocząłem. Średnio na poprzednich punktach spędzałem około 15 minut. Byłem zadowolony, miałem dużo siły chciałem skończyć przed zachodem słońca.

Wyruszyłem więc dalej. Po drodze piękne wzgórza, doliny, biegło się bardzo przyjemnie, na całej trasie rozciągnięci biegacze w odstępie kilku metrów. Jednak na niebie pojawiła się bardzo martwiąca mnie wielka czarna chmura i zbliżała się w stronę trasy, słychać było nadciągającą burze. Dość szybko zaczęło znów padać. Założyłem kurtkę przeciwdeszczową, bo widzę, co się szykuje. Nie myliłem się - zaczęło się oberwanie chmury. Była tak wielka ulewa, że drogą płynął nurt deszczówki. Już mi było wszystko jedno - powtarzałem sobie: lubię deszcz. Burza i pioruny - można poczuć, że to prawdziwe ultra z spartańskimi warunkami pogodowymi. Lecz na tym się nie skończyło - doszedł wiatr i gradobicie, kule lodu średnicy 3 cm uderzały z taką siłą, że nie dało się biec, skryliśmy się z kilkoma zawodnikami na dobre kilka minut pod drzewami, aby jak najmniej odczuć skutki gradu.
Tutaj nic innego nie przyszło mi do głowy, jak kawałek w ostatnio przeczytanej książce “Sekret nie tkwi w nogach. lecz w tym, by zmusić się do wyjścia z domu i biegania, kiedy pada deszcz, śnieg i wieje wiatr; kiedy błyskawice rozświetlają mijane drzewa; kiedy śnieżki albo lodowe kamienie trafiają w twoje nogi i bezbronne ciało, powodując że płaczesz”.
Tak to było - to 20-minutowe gradobicie zamiast zniechęcić dodało mi czegoś, czego jeszcze na trasie do biegania nie przeżyłem - strach przed piorunami, kiedy jesteś schowany pod drzewem, endorfiny w głowie, motywacja, aby iść do przodu. I tak postanowiliśmy wyruszyć z kilkoma zawodnikami, kiedy tylko grad ustał. Biegliśmy równym tempem, woda nie przeszkadzała. Kolejny punkt kontrolny - tutaj postawiłem na mocną kawę, byłem już zmęczony, zjadłem kilka batoników z punktu, ale wciąż chciałem dalej biec, aby zakończyć przed zachodem słońca, Niestety zaczęło się wycieńczenie. Od 70 km ciężko szło, trasa sprawiała coraz więcej przeszkód. Zmęczone i obolałe stopy, które oberwały na kamienistych odcinkach. Do 81 km dotarłem już naprawdę wykończony. Dziwne, wszystko tak szybko zmienia się na trasie, że chyba ciało miało już dość.

Na przedostatnim punkcie kontrolnym 89 km robił się już zmrok. Wiedziałem że nie dobiegnę, nie było siły, postanowiłem już nie ryzykować. Bardzo łatwo ze zmęczenia postawić na śliskiej trasie stopę tak, aby narazić się na kontuzję, która mogła by mi nie pozwolić na zakończenie wyścigu. Maszerowałem, zrobiło się ciemno, dołączyłem do innego zawodnika i w wspólnie szliśmy z latarkami czołowymi. To były najdłuższe kilometry, jakie chyba miałem w życiu, było strasznie ciemno, a moje oczy musiały cały czas patrzeć przed nogi. Głębokie koleiny sprawiały, że trzeba było się tylko i wyłącznie skoncentrować na jak bezpieczniejszym położeniu stopy.

Czas się ciągnął okrutnie, kilku zawodników o większej sile wyprzedzało nas, ostatni 2 km to droga wśród gigantycznych kamieni, które jednak mają w sobie coś. Niestety, zobaczyłem je przy świetle latarki. Przed metą nie wypadało iść, tak wiec wbiegłem o ostatnich siłach z czasem 15:47:24, powitali mnie rodzina i znajomi, dziękuję im za wsparcie na mecie. Oto w taki sposób zakończyłem swoją drugą setkę. Teraz po głowie chodzi setka, ale ta mierzona w milach :)

Pozdrawiam
Mariusz
Sieradzbiega.pl
mariorunning.com/blog

Posted in Relacje | Tagged , | Leave a comment

Wietrzna Wienia – recenzja ultralekkiej kurtki Cumulus – WINDY WENDY


 

 

 

 

 

 

Wiecie ile to 55 gram? Hmm to mniej więcej 1/3 średniego jabłka, banana, około 2 batoniki nestle fitness czy około 2/3  Garmina Forerunner 310xt. To dużo czy mało?
Jeśli za punkt odniesienia przyjąć średnio wyrośniętego świerszcza to raczej bardzo dużo ale w naszym przypadku to naprawdę mało. Zwłaszcza, że nie mówimy tutaj o wadze jakiegoś rzępolącego letnim wieczorem insekta a o kompletnej, pełnowymiarowej i całkowicie funkcjonalnej kurtce do biegania. Mówimy o najnowszym produkcie gdyńskiej marki Cumulus – Windy Wendy – czyli po naszemu o Wietrznej Wieni.

Macherzy z Cumulusa, którzy nawiasem mówiąc na co dzień zajmują się wytwarzaniem zawodowych produktów puchowych, napatoczyli się na materiał Pertex Quantum GL, który nie dość, że waży tyle co nic, to jeszcze oddycha i nie przepuszcza wiatru. Długo nie myśleli i wyszła im Wienia.
Lekko znaczy dobrze?

Cóż jest takiego niesamowitego w w kolejnej wiatrówce kolejnego producenta? No poza wagą, która już wyrywa z butów – fakt, że pertex jest naprawdę cieniutki i delikatny a przez to w ogóle nie czuć, że się go ma na sobie ale co ważniejsze można go zmieścić naprawdę wszędzie. Nagle pytanie brać czy nie brać kurtkę przestaje mieć rację bytu, bo nie ma też znaczenia gdzie się ją zapakuje. Mieści się w dłoni, kieszeni spodni, pasie biegowym itp.

Na pierwszy rzut oka – ideał. Continue reading

Posted in Sprzęt | Tagged , , , , , | Leave a comment

Ronda dels Cims – Harder Rock 100

Wciąż jeszcze żywo mam przed oczami przepastne, wypełnione zielenią doliny, boleśnie błękitne jeziora, oślepiające srebrem płaty śniegu zalegające tu i ówdzie na szlaku, ostre niczym brzytwy okalające szczyty, cieniutkie paski ścieżynek prowadzących przecinających góry i wszechobecne, krystalicznie czyste i pędzące na złamanie karku strumienie.
W uszach wciąż szumi wiatr przerywany pokrzykiwaniem kondorów a skóra płonie spalona bezlitosnym żarem wszędobylskiego słońca. Zdobyłem Andorrę – całą!
W 38 godzin i 36 minut a każda z nich syta na przemian potem, chłodem, zmęczeniem, uniesieniem, chęcią rezygnacji i zwierzęcą rządzą pogoni. Ronda Del Cims wyścig dla ludzi gór ale czy dla biegaczy?

Moim największym marzeniem biegowym był od zawsze Hardrock. To ikona, zawody po których miałem już przestać biegać bo co może być trudniejszego do pokonania wśród 100 milówek?
Dziś nie chcę już Hardrocka bo Ronda dels Cims to po prostu HarderRock – much harder. Żeby się o tym przekonać wystarczy porównać czasy zawodników, którzy brali udział w obu imprezach i średnio wychodzi ok 3 godzin dłużej. A w tym roku Ronda zaliczyła 2 ostatnie szczyty ekstra.
Bardzo ciężko jest opisać jak trudna jest Ronda jednocześnie nie stosując epitetów ogólnie uważanych za wulgarne. Bo można by na przykład powiedzieć, że „było niebywale ciężko”, czy, że to „monstrualny wysiłek” albo „niesłychane wyzwanie” ale szczerze mówiąc na trasie do głowy przychodziło mi tylko jedno słowo – przejebane. Jest wulgarne, brutalne i dosadne – dokładnie jak trasa. Continue reading

Posted in Relacje | Tagged , , , , | 1 Comment

Lavaredo Ultra Trail

Lavaredo Ultra Trail

W sumie na temat biegu Lavaredo Ultra Trail mógłbym napisać 10 różnych wpisów, dotyczących moich przygotowań, kwestii logistycznych związanych z wyjazdem, całego wyjazdu oraz charakterystyki samej trasy. Nie mniej, żeby Was nie zanudzać zbytnio – podzielę moją przygodę z Lavaredo Ultra Trail na dwie części – pierwsza część to będzie relacja z samego biegu i opis trasy biegu, w drugiej części skupię się na praktycznych poradach związanych z samym przybyciem na bieg, trochę o Dolomitach – tak, aby osoba, która przeczyta wpis mogła dużo łatwiej odnaleźć się podczas planowania wyjazdu i samego biegu :)

Słowem wstępu – Lavaredo Ultra Trail do niesamowicie epicki bieg w każdym calu swojej 119 kilometrowej trasy.
Sama idea ukończenia tego biegu zaczęła kiełkować w sumie już kilka lat temu (wtedy byłem tego w zupełności nieświadomy), kiedy będąc na na wyjeździe wspinaczkowym w Dolomitach – w rejonie Tre Cime di Lavaredo,  Cinque Torri (gdzie też przebiegaliśmy) i  zachwycając się pięknymi tofanami. Kilka lat później zacząłem biegać i gdzieś w sieci usłyszałem,że w tych pięknych pionowych Dolomitach jest bieg – Lavaredo Ultra Trail,  jakoś dziwnie przeczuwałem,że tam wrócę :)

Dolomity 2008

Dolomity 2008

Kolejnym ważnym faktem było to,że nie wylosowali mnie na UTMB, więc postanowiliśmy z przyjaciółmi (naszą kalafiorowatą trójcą z Sudeckiej Setki), że pojedziemy w tym roku na jeden wypasiony bieg – padło na Lavaredo Ultra Trail. W walentynki ruszyły zapisy. Mimo padniętych serwerów i  dzięki życzliwości i niesamowicie przyjaznemu podejściu organizatorki – Cristiny, udało się nam zapisać na Lavaredo, zacząć planować wyjazd i coś tam powoli trenować :)

Lavaredo Ultra Trail - profil

Lavaredo Ultra Trail – profil

Do Cortiny przyjechaliśmy w czwórkę razem z Piotrkiem na ponad tydzień przed biegiem – potrenować w Dolomitach i zapoznać się z trasą Lavaredo Ultra Trail. Nocowaliśmy na campingu Cortina – dokładnie w tym samym miejscu (nawet ta sama miejscówka pod drzewem), co kiedyś podczas wypadów wspinaczkowych.  Zrealizowaliśmy kilka treningów na trasie biegu, raczej dłuższych niż intensywnych.

27 czerwca o 23:00 stanęliśmy na starcie biegu – razem z resztą ekipy polskiej, spotkaliśmy także Bartka z Pokonaj Astmę.

Pogoda zapowiadała się bardzo wyśmienicie – nie padało,  niebo było lekko zachmurzone, więc noc zapowiadała się ciepła.

StartPrzed startem organizatorzy przekazali nam kilka informacji przedstartowych dotyczących pogody, warunków na trasie, odegrano oficjalny “hymn” Lavaredo Ultra Trail i ruszyliśmy.

 

 

Cortina – Federavecchia
Pierwszy etap biegu to 3 km asfaltu w Cortinie i pierwszy podbieg serpentynami w stronę jeziora Ghedina, ruszyliśmy z Rafałem bardzo spokojnie, tempem koło 6 min/km,  na podbiegu szliśmy zgodnie z założeniami, trasę poznaliśmy na treningu więc wiedzieliśmy, co nas czeka. Pierwsze podejście to ok. 5 km i 500 m przewyższenia spokojną szeroką drogą do przełęczy Posporcona (1750 m.n.p.m), gdzie bez problemu można było innych wyprzedzać bądź samemu być wyprzedzanym :)

8 km Lavaredo Ultra TrailPo podbiegu zaczął się dość stromy i techniczny zbieg do schroniska Fiames,  tutaj pojawiły się pierwsze trudności – z racji, że wystartowaliśmy bardzo spokojnie, było jeszcze dość sporo ludzi wokół nas i ten zbieg pokonaliśmy bardzo wolno, był wąski i nie dało się wyprzedzać innych zawodników. Po kilku kilometrach zbieg się rozszerzył i mogliśmy puścić nogi – zbiegać swoim komfortowym rytmem, po chwili dotarliśmy do pierwszego punktu odżywczego w Ospitale – był bardzo wypasiony – pełno puszek z red bullami, coca cola, izotonik (bardzo gęsty i smaczny),  jedzenie wszelkiej maści (nie zwróciłem za bardzo uwagi, ale stołów było sporo).
Napełniłem bidon izotonikiem i dalej w drogę – czekało nas dość spore podejście na przełęcz Son Forca (jakieś 8 km i  600 m w pionie), skąd czekał nas kolejny zbieg do Federavecchia. Tutaj czekał kolejny bardzo obfity i syty punkt odżywczy.
Złapała mnie kolka.

Federavecchia – Rif. Auronzo (Tre Cime)
Teraz czekał nas o dziwo – kolejny podbieg w terenie krossowym, było dość błotniście i na wielkie nieszczęście Rafał zrobił sobie coś z kostką, dzięki Bogu był w stanie dalej biec, co prawda zbiegi asekuracyjnie traktował, ale  nie przeszkadzało to w kontynuacji Lavaredo Ultra Trail. Minęliśmy Misurinę i od tego momentu czekało nas siarczyste 7 km podbiegu (podejścia w zasadzie) aż do schroniska Auronzo,  gdzie czekał nas punkt odżywczy oraz przepak, na którym zostawiłem sobie batona białkowego, żela i  pyszną wodę kokosową (dzięki Ekoidea!).

Auronzo - przepakMimo namów reszty ekipy – nie wziąłem sobie zapasowych butów ani ubrania, może było to błędem, ale stwierdziłem, że 48 km to za krótko żeby się przebierać w świeże ubrania/buty – gdyby przepak był za Travenases, gdzie przechodziliśmy kilka razy przez rzekę – wziąłbym z pewnością buty na przebranie.

A propos butów: od lutego rozbiegiwałem Saucony Xodusy z nastawieniem, że będę ich używał na Lavaredo Ultra Trail,  były to buty prawie idealne. Polubiłem je niezmiernie i co ważne – bardzo je szanowałem i sporadycznie używałem, miały może 400 km przebiegu. Niestety na ostatnim treningu przed Lavaredo Ultra Trail w Polsce – rozwaliły się i zdecydowałem, że pobiegnę w Dynafitach Feline Ghostach – czy to był dobry wybór ? – dowiecie się dalej :)

Przed Rif. Auronzo bardzo osłabłem. Tutaj wyszedł jeden z największych błędów jakie popełniłem na tym biegu. Na 40 km zjadłem pierwszego żela – trochę za późno,  na podejściu poważnie to poczułem, spadek mocy był znaczny. Rafał zaczął mi odchodzić, doszedłem do Auronzo, Rafał w schronisku powiedział, że leci dalej i że go na zbiegu dogonię – nie dogoniłem.

Rif. Auronzo (Tre Cime) - Cimabanche
W schronisku uzupełniłem camelbaga. Do bidonu przelałem wodę kokosową i zjadłem dwie porcje pysznego rosołu z makaronem i parmezanem – coś niesamowitego, tego mi było trzeba!  Na przepaku spędziłem może 5 minut i szybko ruszyłem dalej chcąc dogonić Rafała. Wychodząc z schroniska czuć było, że jest niesamowicie zimno, na szczęście wszystko po dwóch kilometrach poszło  w zapomnienie. Mokra koszulka się rozgrzała, a zapierający dech w piersiach wschód słońca motywował do dalszego biegu uświadamiając, że warto było tu przyjeżdżać i tyle mordować się na treningach w zimie. Nie zapomnę tego widoku do końca życia, w dole chmury, obok wielkie i majestatyczne Tre Cime (trzy siostry) i wyłaniający się z oddali wielki czerwony okrąg niosący ciepło i nadzieję, że już coraz bliżej mety, a wszędzie wokół cisza  - było słychać tylko własny oddech, bicie serca i szelest kamieni pod nogami.

Tre Cime- wschód słońca

Uczucie to trwało do pierwszego zbiegu. Trzeba było się skupić na trudnej technicznie ścieżce, czekało mnie teraz bite 8 km zbiegu i ponad kilometr w pionie  w dół, techniczna ścieżka pełna zakrętów – to co lubię!  Przed zbiegiem próbowałem zjeść żela albo batona białkowego,  ale jakikolwiek kęs czegokolwiek słodkiego w ustach doprowadzał mnie do mdłości i zrezygnowałem z jedzenia batonów, bałem się, że na skutek wymiotnego odruchu stracę cenne kalorie przyjęte wraz z pysznym rosołem.
Na zbiegu wziąłem 7 zawodników, czułem się już dużo lepiej.
Energia z rosołu zaczęła działać, kilometry szybko leciały, ani się obróciłem to już był 60 kilometr – połowa biegu. Na połówce miałem rewelacyjny jak na założenia czas – 7:40
Oznaczało to, że trzymam bardzo dobre tempo na wynik w okolicach 16 godzin, niemniej wtedy nie byłem tak euforycznie nastawiony – wiedziałem, że druga połowa biegu jest dużo trudniejsza, czeka mnie Malga Travenases, przeprawy przez rzeki, przełęcz Col dei Bos i inne ciekawe strome podbiegi, które mieliśmy okazję poznać wcześniej na treningach przed Lavaredo Ultra Trail.

Zbieg się skończył i czekał mnie spokojny 8 km podbieg pod Cimabanche – w sumie nie powiedziałbym, że to był podbieg – według mnie było to jedno z najtrudniejszych psychicznie i najnudniejszych miejsc na całym biegu. Wyobraźcie sobie nudne płaskie 8 km po żwirze w pełnym słońcu, wzdłuż drogi mając piękne 60 km w niesamowicie pięknych górach. Może dla płaskich biegaczy był to odcinek, na którym mogli coś nadrobić – ja definitywnie wiele straciłem. Wyprzedziło mnie kilku gości, w tym jeden Kanadyjczyk, który skwitował ten moment: “fuckin flat” – rzeczywiście, było to fuckin flat!
Tutaj też zaczęły pojawiać się kolejne  problemy z żołądkiem. Izotonik w camelbagu przyprawiał o taki sam odruch wymiotny jak żel czy baton, więc piłem na siłę, a do bidonu brałem tylko wodę – ona wchodziła. Zamiast żelów ratowałem się tabletkami carbonox, przegryzając je i popijając szybko wodą, żeby nie czuć słodkiego smaku w ustach.
Na punkcie w Cimabanche zjadłem garść migdałów,  kubek coli (na szczęście cola mi wchodziła wyśmienicie) i ruszyłem dalej.

Cimabanche-Rif. Col Gallina
I zaczął się kryzys. Na początek solidne podejście – 5 km i 500 m w górę na przełęcz Lerosa, a potem 8 km zbieg i 750 m w dół, a w połowie zbiegu czekał punkt odżywczy na polanie Malga Ra Stua. Na podejściu było bardzo ciężko, szedłem z Czechem Janem, z którym rozmawialiśmy o biegach w Czechach i Polsce, ale w pewnym momencie nie byłem już w stanie rozmawiać – nie miałem sił ani ochoty i powiedziałem mu, żeby szedł przede mną. Izotonik nie wchodził, każdy łyk z camelbaga wiązał się z naciąganiem i niesamowitym niesmakiem, ale trzeba było – to był dopiero 70-ty kilometr i jeszcze sporo przede mną, picie samej wody doprowadziłoby do wypłukania minerałów, skurczów i bardzo poważnych kłopotów. Gorzej było z jedzeniem, miałem pół plecaka chemii – 3 żele , nadgryzionego batona białkowego i trzy carbonoxy.

Wchodziły jedynie carbonoxy, znalazłem też kilka kawałków banana które odruchowo zabrałem na którymś punkcie – wcisnąłem je na siłę i szedłem dalej. Na tym podejściu odmówiłem pierwszy różaniec – postanowiłem sobie, że od tej pory na każdym podbiegu będę odmawiał różaniec. A na zbiegu cisnął ile wlezie – bez różańca, żeby się skupić gdzie stawiać nogi. Zbieg był jak zwykle fajny i przyjemny, czekał teraz punkt odżywczy i dalsza droga. Na zbiegu wyprzedziłem Jana, Kanadyjczyka i jeszcze dwóch biegaczy. Na punkcie wciągnąłem kolejną porcję rosołu z parmezanem i dwie ćwiartki cytryny.

Stoły były pełne ciast, ciastek posmarowanych nutellą, przeróżnych słodyczy – teraz gdy to piszę, aż ślina mi cieknie na samą myśl, wtedy na sam widok robiło się niedobrze.

Ale jak to mówił Scott Jurek – czasem trzeba.
W biegu jest jak w życiu, są piękne momenty – takie jak wschód pod Tre Cime, jak niesamowity start wśród owacji kibiców i głośnej muzyki zagrzewającej do walki, ale są też kryzysy, problemy i porażki. To jak sobie poradzimy zależy w głównej mierze od tego jak zachowamy się w momencie kryzysu, jak zachowamy się po druzgocącej porażce. Albo zejdziemy z trasy zrezygnowani, z poczuciem przegrania – albo będziemy walczyć, przezwyciężymy kryzys i sięgniemy gdzieś głęboko schowanych rezerw energii, które zaprowadzą nas ku pełni. Niemniej warto być świadomym,że po momencie świetności zawsze przyjdzie kryzys, a każdy kryzys kiedyś minie.

Na Lavaredo moim kryzysem było niekończące się obrzydzenie do słodkiego, którego wokół było w brud, było ciągłe odcięcie energetyczne. Wpychałem w siebie na siłę co tylko się dało, ale cały czas było to za mało…

Ruszyłem dalej w dół, zbieg był techniczny, sporo wystających korzeni, kamieni – dobrze, bo na takich zbiegach kilometry szybko mijają i człowiek jest zajęty. Nie czuć bólu i jakoś brak energii mniej doskwiera, ale każdy zbieg kiedyś się kończy – ten także. Skończył się na pięknej polanie, gdzie było sporo pasących się krów i pasterka, obok niej duży drewniany krzyż. Dodał mi wiele otuchy, pomyślałem sobie wtedy “Stary, jak Ty wisiałeś na tym krzyżu i umarłeś, to co to dla mnie 120 km, a że trochę boli i jest mi niedobrze- kiedyś przejdzie”.

Czekał mnie jeden z najtrudniejszych etapów biegu. Prawie 12 kilometrowe podejście na przełęcz Forc Col dei Bos, w pionie było trochę ponad kilometr.

20140624_125227

Po kilku kilometrach podejścia trafiłem na znane mi miejsce z jednego z treningów – tutaj łączą się trasy Lavaredo Ultra Trail oraz krótszego biegu Cortina Trail (47 km), nie minęło kilka minut a trafiłem na kilku uczestników tego biegu. Dwie otyłe panie, które spokojnie sobie podążały w kierunku mety. Od tego momentu skończyła się błoga samotność ultrasa, trzeba było co chwilę wołąć, że ma się zamiar wyprzedzenia uczestników Cortiny Trail, jako,że trafiłem na “ogon” biegu, to miałem przed sobą bardzo wiele osób. Z ciekawości policzyłem już na międzyczasach po biegu – na 30 km biegu wyprzedziłem około 300 zawodników Cortiny Trail.  Niektórzy zawodnicy widząc,że wyprzedzam ich wołali i dopingowali “Forza Forza Polonia” wołali moje imię -niesamowite to było, dodawało bardzo dużo siły i otuchy.

Niestety zdarzało się też,że niektórzy nie reagowali na moje okrzyki,że chcę wyprzedzać. Było to bardzo uciążliwe na zbiegach. Nic mnie nie irytuje tak, jak strata czasu na zbiegu i nie ustępowanie.

Gdzieś w okolicach 85 kilometra w Malga Travenases czekały nas trzy przeprawy przez rzekę, tutaj się trochę naraziłem biegaczom z Cortiny Trail. Przy pierwszej przeprawie zobaczyłem tłum około 30 osób, które stały w kolejce w najwęższym miejscu rzeki – wszyscy spokojnie i bez pośpiechu ściągali buty, przerzucali na brzeg i przechodzili, po przejściu przez rzekę starannie czyścili stopy i ubierali z powrotem buty. Na początku myślałem, że to kibice, albo jakiś nieoznaczony punkt z jedzeniem czy punkt gdzie sprawdzają wyposażenie obowiązkowe. Widząc, że to biegacze – rozbawiłem się, zrobiłem rozpęd i przebiegłem przez rzekę obok ich, chlapiąc wszystkich purystów, którzy bali się wody :) Mam nadzieję,że nie byli bardzo źli, że zrobiłem sobie z nich uciechę. Po trzech przeprawach było kolejne niekończące się podejście – kolejny różaniec i równy, aczkolwiek bardzo powolny rytm pod górę.

W momentach kiedy jest bardzo ciężko zauważyłem, że bardzo pomaga robienie czegoś jednym rytmem. Ciężko w życiu, coś się nie układa, coś się wali – nic nie pomaga tak,jak systematyczna praca nad czymś, oddanie się rutynie i terapeutycznemu rytmowi pracy, to samo w biegu – wejście w rutynę, złapanie jednostajnego rytmu to klucz to przetrwania wtedy kiedy boli i jest beznadziejnie.

Żeby nie było tak kolorowo – pojawiła się kolejna przeszkoda. Stopy. Nie przewidziałem wpływu przepraw przez rzekę oraz niesprawdzonych w mokrych warunkach butów na moje stopy.
Niestety moje Dynafity mają bardzo cienką podeszwę, która po prawie 90 kilometrach biegu po samych malutkich kamieniach spowodowały spustoszenie wśród moich stóp, swojego dołożyły mikrokamyczki które wpadały co chwilę, a których nie chciałem ze względu na czas wyrzucać z buta. Kropkę nad i dołożyła woda, która z moich stóp zrobiła swoistą jesień średniowiecza. W momencie zaczęło mnie niesamowicie piec w okolicach palców, pięt, boków stopy, czułem nawet odciski pod paznokciami. Podejrzewam,że ból ten dawał już znaki dużo dużo wcześniej, ale moja głowa była zajęta walką z brakiem energii i walką z tym,żeby nie zwymiotować po kolejnym łyku izotonika. Teraz czułem oba. Z jednej strony ból w żołądku, z głodu,a  zarazem głębokie odcięcie energetyczne, podejrzewam,że wyglądałem dość nieciekawie w tym momencie :)
Z drugiej strony czułem sakramencko palący i piekący ból w stopach. Na podejściach dało się go przeżyć, ale na zbiegach niejednokrotnie pojękiwałem z bólu. Każdy krok był jak nadepnięcie na rozpaloną blachę, dlatego starałem się biec z jak największą kadencją, aby zminimalizować czas kontaktu stopy z podłożem.

Trzecią bolączką, o której nie pisałem – były otarte plecy. Mimo,że miałem bardzo dobrą koszulkę, która się nie podwijała (tutaj specjalne ukłony w stronę firmy Attiq, która stworzyła specjalnie dla mnie świetnego coolmaxowego longsleeve’a ) – mój plecak siał spustoszenie na plecach, pod górę było to mniej czuć, ale na zbiegu, kiedy dociskał do lędźwiów, piekło cholernie, swoje zrobiła też przepocona koszulka, możecie sobie wyobrazić, jak działa słony pot na przetartą skórę. Ała!
To byli moi trzej towarzysze biegu.

- palące stopy

- bolący brzuch i ciągły odruch wymiotny po łyku izo i zjedzeniu czegoś słodkiego

- piekące otarte plecy.

 

Na przełęczy Col Dei Bos ktoś dał mi łyka coli i garść suszonych moreli – nie wyobrażacie sobie jakie to było dobre. Ciągle wyprzedzałem ludzi z Cortiny, ciekawy musiał być widok jęczącego i pokrzywionego gościa, który odmawia różaniec i co chwile woła,żeby się przesunąć. Z mapy wynikało,że z przełęczy czekał nas tylko zbieg do Col Gallina – punktu z jedzeniem. Pomyślałem sobie, że fajnie, ale po kilku krokach zbiegu poczułem znowu stopy. W tym momencie pokochałem podejścia – bo mimo,że w udach nie było już mocy, mimo,że były ciężkie i strome, to stopy tak nie bolały. Tu już były poważne tarapaty, tempo mi drastycznie spadło, co prawda miałem jeszcze międzyczas na wynik w okolicach 17 godzin, ale było bardzo kiepsko. W tym momecie liczyło się już samo ukończenie biegu. Od jakiś 10 kilometrów odliczałem po kilometrze, ba – odliczałem na moim Ambicie co 100 metrów :)

Każde piknięcie mojego ambita to było niewiarygodne szczęście – jeden kilometr bliżej mety, jeszcze jeden, znowu jeden, już coraz bliżej, ale i tak daleko.

W momencie kiedy niektórzy biegacze z Cortiny Trail zaczęli mnie wyprzedzać na zbiegu było już bardzo źle.

Dotarłem jakoś na punkt odżywczy. Ten był zupełnie inny. Na poprzednich punktach byłem sam, albo co najwyżej kilku innych biegaczy, cała obsługa do mojej dyspozycji, wszyscy mili i uprzejmi. Tutaj na punkcie wspólnym dla Lavaredo Ultra Trail oraz Cortiny Trail było zupełnie inaczej. Jakieś 100 osób w kolejce do jedzenia, wszyscy weseli, zadowoleni jak na pikniku. Szybko się wbiłem do kolejki, nie miałem czasu na czekanie – wypiłem dwa rosoły z parmezanem. Skusiłem się też na red bulla – wypiłem całą puszkę,  po czym tak mi zabuzowało w głowie, że z wrażenia rzuciłem nasze polskie “kur** mać”. Z boku usłyszałem śmiech – obok stała przesympatyczna Słowaczka, która znała język polski (studiowała w Warszawie), powiedziała, że uroczo to powiedziałem, zamieniliśmy kilka słów i sru w drogę. Do następnego punktu z jedzeniem 8 kilometrów.  Niby nic, ale wtedy bardzo wiele.

 

Rif. Col Gallina-Passo Giau

Lavaredo Ultra Trail - 102 kmTo 8 kilometrów ciągnęło się w nieskończoność. Długie i strome podejście do Schroniska Avreau, pod koniec zahaczające o Cinque Torri – tutaj kilka lat temu wspinaliśmy się. Przeżyliśmy wiele wspólnych wspomnień z Wiesiem i Kasią (dzisiaj małżeństwem) i ks. Tomaszem, przeważały piękne momenty, ale też tragiczne – jak ten pod Torre Inglese, gdzie dosłownie 2 m obok nas spadł wspinacz i którego nie udało się nam uratować.  Wspomnienie tej tragicznej śmierci i widok wydzierającej się zrozpaczonej  żony wspinacza obok mnie towarzyszył , jak szedłem do Aurozno. Poczułem wtedy wdzięczność, że może boli i jest ciężko – ale robię w tym momencie to, co najbardziej kocham – oni już nie mogą.
Zrobiło się zimno i mocno wiało, ale na szczycie przy schronisku gospodarze podawali gorącą herbatę z sokiem malinowym – ale to pyszne było!
Czekał nas zbieg do Passo Giau i kolejny punkt – już ostatni.

Passo Giau-meta

Tutaj na punkcie pojawiło się piwo i przepyszne owoce z puszki – zjadłem cztery kubki owoców i wypiłem pół piwa i ruszyłem dalej. To już był 101 kilometr – do mety tylko 16,

ale wtedy to było aż 16, albo 160 odcinków 100 metrowych. W sumie to standardowy trening. Spokojne wybieganie nie robiące wrażenia na biegaczu – ale mając w nogach 103 km – robiło wrażenie.

Trasę znałem z jednego z naszych treningów – na treningu myślałem, że pobiegnę co sił w nogach, plany były na zbiegi w okolicach 4 min/km, a teraz 6 min/km wydawało się kosmicznym tempem.  Podejście na Przełęcz Giau było istną Golgotą. Po wypitym piwie i owocach dostałem zgagi, ale przynajmniej przeszła ochota na wymiotowanie. Za przełęczą Giau czekał już tylko długi, 12 km zbieg do Cortiny i zwieńczenie biegu.

Forc Giau – na treningu odczucia były zupełnie inne niż na biegu :)

Bolało coraz bardziej, ale wiedziałem już, że to koniec i że dam radę. Schowałem kijki do plecaka i obiecałem sobie, że ostatni zbieg będę jak najwięcej biegł. Robiłem interwały – 800 m zbiegu i 200 m marszu w nagrodę. Bolało jak diabli – stopy piekły, plecy bolały, ale chciałem jak najszybciej to skończyć.  Minąłem ostatnie schronisko i punkt żywieniowy – który wg mnie był bez sensu na 8 km przed metą, jeszcze jeden przesrany zbieg, bardzo błotnisty i śliski – kolejny minus tego,że puścili przed nami Cortinę Trail – ścieżki były rozdeptane, co chwilę słyszałem jak ktoś zaliczył glebę. Po długim i męczącym zbiegu dobiegłem wreszcie na asfalt.  Były niecałe 2 kilometry do mety.

 

 

Już było widać wieżą kościoła w Cortinie, czas mnie nie obchodził -wiedziałem że jest bardzo kiepski i więcej niż 18 godzin, ale wtedy się to nie liczyło. Ważne było,że mam to już praktycznie za sobą. Ostatni kilometr dziękowałem Bogu i sobie, że udało się. Przypomniałem sobie o wszystkich wyrzeczeniach, nie tylko moich, abym mógł wystartować w tym biegu.

Poczułem głęboką wdzięczność wszystkim tym, którzy stanęli na mojej drodze i pomogli mi wystartować. Tym wielkim, którzy w dzieciństwie pokazali mi piękno gór i całe życie inspirowali do ich zdobywania, ale też tym, którzy w najmniejszych rzeczach dołożyli swoją cegiełkę do tego,że mogę realizować się w mojej pasji. To im wszystkim zadedykowałem wtedy ten bieg.

Dobiegając na metę chyba przez kilometr każdy napotkany przechodzień mi klaskał i wiwatował, a na głównym deptaku w Cortinie stały grupki kibiców i wiwatowali, dzieci przybijały piątki – a w sercu poczułem błogie uczucie satysfakcji i spełnienia. Ostatnie 200 m i spiker głośno woła przez mikrofon “Lavaredo ultrarunner from Polonia – Artuuuuuuuur Pacccjorek” – łza zakręciła się w oku, serce mocniej zabiło –  poczułem się jak Kilian wygrywający UTMB. Już nawet nie bolały stopy ani plecy, brzuch się uspokoił. Zrobiłem to!

Podbeskidzka trójca

Podbeskidzka trójca

Czas nie powala – 18 godzin 30 minut i 30 sekund. Ostatnie 60 kilometrów to była prawdziwa bitwa z samym sobą. Próba charakteru i walka z bólem.  Wyszedłem z niej zwycięsko, bogatszy o wiele kolejnych doświadczeń i przede wszystkim pokory.

Pokory dla gór, dla swoich możliwości i natury. Ona zawsze jest od nas silniejsza i nigdy nie wygramy z nią – możemy jedynie się jej poddać i współpracować.

Na mecie dostałem kamizelkę finishera, spotkałem Rafała – wykręcił rewelacyjny czas – złamał 17 godzin. Usiedliśmy na chodniku i czekaliśmy na Karolinę. Karolina złamała 20 godzin – także rewelacyjny czas.

 

I tak – całą naszą beskidzką trójcą siedzieliśmy sobie na chodniku i szczęśliwi wymienialiśmy wrażeniami z biegu.

zasłużone!

zasłużone!

 

Warto było !

Finisher

Finisher

A dla Was mam jeszcze piękny filmik z Lavaredo Ultra Trail

Artur Paciorek

http://triszerpa.pl/pl/

 

 

 

 

 

 

 

Posted in Relacje | Tagged , , , | Leave a comment