Rękawica została rzucona! Jakie rękawiczki wybrać na zimowe mrozy?

Craft Hybrid Weather Glove vs. The North Face Apex Etip Glove vs. za cholerę nie wiem co to za rękawice

Choć pogoda za oknem pozwala polemizować, czy zima rzeczywiście nadeszła / nadejdzie, to prawdopodobnie każdy z nas, zdążył już przynajmniej raz zmarznąć i przemoknąć kląc na czym świat stoi. Na warsztat wziąłem tym razem rękawice z kilku powodów. Rękawiczki, z których korzystałem przez ostatnie lata, zdążyły już zeszmacieć, a jeśli się postarać jestem w stanie zrobić z nich bezpalczaste przyrządówki wyciągając większość palców przez dziury w materiale. Jakkolwiek bezdyskusyjnym jest fakt, że najważniejsze jest, żeby było tanio i tanio, to z dziadowaniem nie ma co przesadzać, wszak mistrz jest jeden. Poza tym miałem już dość marznących dłoni i litujących się spojrzeń, które z pewnością mówiły może masz ochotę na zupę? Najpierw poradziłem się mojego serdecznego kolegi Artura, którego znacie z bloga Triszerpa.pl. Ten jednak doradził mi rękawice ogrodowe z Castoramy za 5 zł, więc nie wiedząc czy to żart, kpina, a może prośba bym pomógł mu przy warzywnych grządkach, zdecydowałem się zdać na siebie samego. I choć Mistrz Yura swoją listopadową wycieczką na Wołowiec przekonywał, że rękawice to zbędny gadżet dla kalafiorów, na bok odrzuciłem wszystkie dobre rady i rozpocząłem poszukiwania.

The North Face Apex Etip Glove

 

Po przykrych doświadczeniach z moimi dotychczasowymi rękawicami, które piły śnieg, wodę i wszelką wilgoć jak VW Passat 1.9 TDI ropę, zacząłem rozglądać się za membranami – najlepiej Gore – Tex. Ku mojemu zaniepokojeniu, wszystkie rękawice, które odnalazłem były wielkimi łapawicami, w których dłonie ugotowałyby mi się jak kluski na parze, a rozbijanie namiotu przypominałoby w nich grę słoni w bierki. Zacząłem więc pytać, googlować i kontemplować swoje spostrzeżenia. Jedni twierdzili, że nigdy nie spotkali się ze zręcznymi rękawicami membranowymi, inni zaś mówili, że owszem są takie produkty na rynku, ale w cenach, które wolałbym wydać na sprzęt skiturowy, albo dobrą imprezę w Kozach. Nic to – pomyślałem i szukałem dalej. W pewnym momencie ktoś doradził mi system insertowy – jeśli chcę ciepłych i nieprzemakających rękawiczek najlepiej kupić wielkie łapawice a do środka mały insert, który wyjdzie z ukrycia w razie konieczności wykonania prac zręcznościowych. Nie o to mi też chodziło. Szukałem uniwersalnych rękawic, w których bedzie mi ciepło, nie będą przemakać i nadadzą się tak na dłuższe wycieczki biegowe, jak i do zwykłego kilkudniowego trekkingu. Wreszcie odnalazłem The North Face Apex Etip Glove. I choć nie jest to idealne rozwiązanie biegowe, to doskonale sprawdza się w czasie górskich wędrówek, gdy potrzebna jest też funkcjonalność i zręczność palców. Rękawice wykonane są z materiału Apex, który jest swojego rodzaju softshellem od TNF. Nie jest w stuprocentach nieprzemakalny, ale zdecydowanie odporny na wilgoć i śnieg, a do tego bardzo elastyczny. Rękawice docieplone są w środku polarowym materiałem, a kciuk i palec wskazujący pokryte są powłoką, dzięki której używać można smartfonów bez ich zdejmowania (notabene: niech ktoś najpierw znajdzie smartfona, którego bateria nie padnie w warunkach, w jakich zakłada się podobne rękawice). Warto też zauważyć, że bardzo dobrze chronią one dłoń przed otarciami i uderzeniami. Wzmocnienie po wewnętrznej stronie pozwala uniknąć bolesnych ukłuć i zadrapań przy walce z gałęziami w czasie przedzierania się przez pola wiatrołomów i inne szuwary. Nadto, pomimo krótkiego, lecz intensywnego użytkowania nie zauważyłem jeszcze żadnych ich uszkodzeń, zadrapań, czy ubytków. Nawet na brud wydają się stosunkowo odporne – po 3 tygodniach w górskim śniegu i nizinnym błocie, starciach z ostrymi graniami, gałęziami nachalnie próbującymi wydłubać mi oczy oraz specjałami przyrządzanymi na turystycznym gazie, jedynym zabrudeniem były ślady żywicy drzewa, z którym siłowałem się wspinając się na Zajęcze Wzgórze, z jakiego rozpościera się wspaniała panorama Zatogi Gdańskiej z Sopotem pod nogami.

Pomimo cieplnego komfortu, wygody i funkcjonalności, nie da odmówić się jednak tym rękawiczkom pewnych wad. Przede wszystkim, są nieco zbyt toporne, by w nich dłużej biegać. I choć wilgoć odprowadzają pierwszoligowo, wydają się za ciepłe do intensywniejszego wysiłku, regularnie doprowadzając do przegrzania. Poza tym, są stosunkowo drogie w porównaniu do pozycji konkurencyjnych, jak na przykład rękawiczki Milo, którymi zachwyciłem się ostatnio w bielskim Turyście. Poza tym, wbrew marketingowym zapewnieniom między bajki wkładam oświadczenia o odporności Apexu na wiatr, co zdążyłem już sprawdzić chodząc w spodniach TNF. Kilka dni temu wybrałem się na moją ulubioną Małą Fatrę, gdzie po wyjściu na główną grań stanąłem do walki z mgłą i potężnym, przenikliwym wiatrem. Pomimo tego, że rękawiczki były suche, mialem wrażenie jakby każdy podmuch przeszywał je na wskroś, doprowadzając dłonie do wychłodzenia. W takich warunkach znacznie lepiej sprawdzały się nawet moje sześcioletnie rękawiczki, których producent już chyba na zawsze pozostanie wielką zagadką, o cenie, jak podejrzewam, kilkukrotnie niższej od przedmiotowych.

Komfort cieplny: 5/5

Wytrzymałość: 4/5

Oddychalność: 4/5

Ochrona przed wiatrem: 2+/5

Ochrona przed wilgocią: 4+/5

Przeznaczenie: trekking

Cena: 149 zł

Craft Hybrid Weather Glove

Te rękawiczki to prawdziwy majsetrsztyk! Trafiłem na nie przeglądając biegowe akcesoria, wciąż czując niedosyt, po rozwiązaniu, jakie zaproponował mi TNF. Tym, co przykuło moją uwagę w pierwszej kolejności, była kieszeń, w której tradycyjna pięciopalczasta rękawiczka ukrywa nakładkę z membraną, dającą zwiększony komfort cieplny i stanowiącą bardzo dobrej jakości ochronę przed wiatrem. Rękawiczki te są znacznie lżejsze od omawianych powyżej, a w razie ekstremalnych mrozów ogrzewają nieco słabiej. Niemniej, doskonale opinają dłoń, świetnie oddychają, i na wietrze sprawdzają się znacznie lepiej niż Apex. Ponadto, docieplone są polarowym materiałem, a kciukiem i palcem wskazującym spokojnie strzelać można zapierające dech w piersiach foty z północnej ściany Hrobaczej Łąki. Jak dotychczas, rękawiczki miałem okazję sprawdzić w warunkach najbardziej ekstremalnych – w Alpach i jeszcze bardziej wymagającym i surowym Beskidem Śląskim, gdzie w tułaczce między Szyndzielnią a Klimczokiem ducha można wyzionąć z wyziębienia, o ile niedźwiedź nie pożre nas w całości wydzierając nasze zimne truchło z wilczych szczęk. Po aklimatyzacji w Beskidzie Małym nic nie było mi jednak straszne i podjąłem próbę sprawdzenia rękawiczek w boju. Pierwszym sprawdzianem był bieg bliski wspinaczce, podczas którego na 4 km zrobiłem 1100 m w pionie. Pokonując metry w górę, chwytając się kurczowo ostrych kamieni jak tonący brzytwy, pnąc się jak po drabinie, przedzierając przez górskie strumienie i tonąc w lawinach śniegu myślałem o zdobyciu szczytu. Powyżej 2300 m okazało się jednak, że to, co z dołu zdawało się wierzchołkiem, okazało się być tylko fragmentem grzbietu, który dalej rósł jak szalony, by utwierdzić mnie tylko w dramatycznym przekonaniu, że aby zdobyć szczyt musiałbym zmierzyć się z kilkusetmetrową pionową ścianą, z jaką wygrać wydawało się tak prawdopodobne jak lot na Księżyc rakietą z LEGO. Rękawiczki zdały jednak swój egzamin. Mimo, że niefortunnie zamoczyłem rękę w rzece, rękawiczka już po chwili była sucha. Bez względu na ujemną temperaturę i porywisty wiatr, ani razu nie poczułem też chłodu, a moje samojebki udowodniły, że ze smartfonem stanowią zespół zgrany jak Butch Cassidy i Sundance Kid. Po powrocie z Alp trafiłem na Południe naszego pięknego kraju, gdzie korzystając z audiencji u Mistrza Kóz w Skyrunningu przebiegłem za jego przewodnictwem z Wisły do Bielska przez Trzy Kopce i Błatnią. Wtedy również moje nowe Crafty mnie nie zawiodły. I choć noc była ciepła, współczynnik ich oddychalności jest na tyle wysoki, by uchronić mnie przed przegrzaniem. Do tego, co najważniejsze, rękawiczki wydają się bardzo zręczne – sprawiając wrażenie drugiej skóry. Dokładnie tego szukałem!

 

Komfort cieplny: 4/5

Wytrzymałość: ?/5

Oddychalność: 5/5

Ochrona przed wiatrem: 4/5

Ochrona przed wilgocią: 4/5

Przeznaczenie: bieganie, wycieczki biegowe, szybki trekking

Cena: 89 zł

Nie mam zielonego pojęcia co to za rękawice, ale służyły mi przez lata

Chyba każdy ma w swojej szafie sfatygowany sprzęt, jaki kupił przed laty, lecz bez cienia wątpliwości nazwać może go niezawodnym. W moim wypadku są to między innymi te sześcioletnie rękawice, które były prezentem pod choinkę. Przeżyły ze mną wiele – wioślarskie obozy w Murzasichlu, zimowe morskie kąpiele, Zimowy Ultramaraton Karkonoski, lutową noc w namiocie pod Wielką Raczą, wycieczkę na Orlą Perć i móstwo innych. Przyszedł jednak czas ich sportowej emerytury. Szwy zaczęły pękać, materiał przedzierać, a ich wady stawać się coraz bardziej wyraźne. Mimo to, na zawsze pozostaną w mojej pamięci jako nieodłączny kompan każdej zimowej wyprawy i niezawodny druh na polu bitwy.

Co mi w nich nie leży? Polarowy materiał z membraną Dry Plus Wind Protector zapewniał wysoki komfort cieplny i ochronę przed wiatrem. Jednak kiedy zmokły zaczynała się droga krzyżowa. Jak dziś pamiętam spacer przez Dolinę Chochołowską po listopadowym wyjściu na Wołowiec, kiedy ręce aż piekły z przemrożenia. Wspominam także walentynkową noc pod namiotem, gdy każda kropla wody i potu w rękawicach zamarzła, czyniąc je sztywnymi i twardymi jak… kamień. Odprowadzanie wilgoci nie było więc ich najmocniejszą stroną, choć na krótkich wypadach sprawowały się doskonale. Drugą wadą jest wewnętrzna poszewka, która często wywija się na lewą stronę. Ciężko wtedy przepchnąć palce tak, aby całe ułożyły się jak należy. Nie ukrywam, że było to moją zmorą i przyczyną wielu przekleństw, jakie wyrzucałem zagniewany w ich kierunku, za co teraz przepraszam.

Porównując te rękawiczki do pozostałych mam na celu przybliżenie nie konkretnego modelu, a określony profil. Chodzi mi przede wszystkim o polarowe rękawiczki, które doskonale ogrzeją dłonie, ale szybko przemokną i nie uchronią przed wilgocią. W przypadku krótkich treningów i wycieczek sprawują się bardzo dobrze (w szczególności przy suchych warunkach). Wybrać się w nich jednak na silny deszcz, czy śnieg, jak pływać w betonowych butach.

Komfort cieplny: 4/5

Wytrzymałość: 5/5

Oddychalność: 2+/5

Ochrona przed wiatrem: 4+/5

Ochrona przed wilgocią: 1/5

Przeznaczenie: krótkie biegi, krótki trekking, suche warunki

Cena: ?

Jeśli miałbym wybrać z powyższych modeli tylko jedne rękawiczki. Zdecydowanie wskazałbym Crafty. Są one najbardziej uniwersalne, jednoczesnie wychodząc na przeciw większości moich wymagań. Jeżeli jednak, ktoś szuka rękawiczek kładąc największy akcent na trekking i długie wycieczki, myślę, że lepszym rozwiązaniem są TNF Apex Etip Glove. Warto też przyjżeć się technicznym rękawiczkom Milo Batura z włókniną Thinsulate i kevlarowymi wzmocnieniami za producencką cenę 89 zł link. Myślę, że jeśli na zakup decydowałbym się dziś, własnie te rękawiczki bym wybrał. A jak sprawdzają się w boju? Sprawdźcie sami, a kto już wie, niech podzieli się w komentarzach :)

Jakub Kałużny

Posted in Sprzęt | Tagged , , , , , , , | Leave a comment

OROBIE Ultra Trail – prawie 10km w górę po włoskich Alpach

 

 

 

 

Kolejną już dość interesującą propozycją dla tych z Was, którym nie powiedzie się losowanie na jutiembi jest na pewno OROBIE Ultra Trail. Już choćby ze względu na fakt, że na nieco krótszej trasie proponuje takie samo przewyższenie a poza tym po pokonaniu 140 kilometrowej trasy wiodącej przez sam środek alp zawodnicy finiszują w przepięknym średniowiecznym Bergamo.

A więc kolejna szansa na połączenie przyjemności wszystkich członków rodziny podczas wakacji (31.07-4.08 )we Włoszech . No i na koniec bieg jest polecany przez samego Simone Moro , który tam ponoć, w górach Orobi przygotowuje się do swoich wypraw.

 

Trasa jak już pisałem ma 140 km z 9500 m przewyższenia ale do wyboru jest też krótsza, choć wcale nie łatwa wersja czyli Gran Trail Orobi z 70km i 5600m +/

Rejestracja ma swoje ograniczenia ze względu na bezpieczeństwo. I tak organizatorzy wymagają, by każdy chcący wziąć udział w OUT musi w ciągu ostatnich 3 lat mieć ukończone przynajmniej 3 zawody o następujących parametrach:

XL- czyli powyżej 100km (co najmniej 1)

L- czyli 70-99km (1)

M- czyli 24-70km (1)

Oczywiście można mieć ukończone 3 XL, 2XL i jeden L itp. Biegi kwalifikacyjne muszą znajdować się na liście ITRA na tej podstawie będą bądź nie będą uznawane zależnie od poziomu trudności.

 

Interesujący za to jak na warunki alpejskie jest cennik ponieważ OUT kosztuje do konca tego roku 100 Euro a potem do czerwca 110 i 130 , a GTO to koszt 50/70/90 Euro na podobnych zasadach.

Organizatorzy przyjmują 500 osób na OUT i 1000 na GTO więc będzie to spora impreza.

Transport z Bergamo do Clusone ( miejsce startu) należy zarezerwować przy rejestracji.

 

Więcej szczegółów:

 

http://www.orobieultratrail.it/

 

 

Posted in Imprezy | Tagged , , , , , , , | Leave a comment

Z deka długo-TRANS PYRENEA

 

Ultra to już 50 km ale są i dłuższe: 100, 160, a nawet te mega długie pod 300km. Są też ludzie dla których te 50 to niedzielna przebieżka dla rozruszania kości a w każdy weekend łoją po 100 i więcej. No to żeby zadowolić tych nienasyconych powstało Trans Pyrenea.

 

 

 

 

 

W zasadzie trudno tu coś sensownego napisać – liczby mówią same za siebie. Bo oto organizatorzy TransOamnii wpadli na pomysł, że można by Pireneje śmignąć naraz i wyszło im 898 km i 52900 m+ przewyższenia z limitem czsu 400 godzin.. Sporo, co?

 

Założenie jest takie, że każdy pomyka na zasadzie self-supported ale po drodze przewiduje się 2-3 bazy – gdzie będzie można się przebrać, zjeść , odpocząć i może wykąpać. Impreza zatem skłąda się z 4 etapów, choć zapewne chętnych biec bez zatrzymania nikt nie będzie specjalnie zatrzymywał.

Etap 1 ma 196 km i limit czasu 85 godzin. Czyli średnia prędkość to ok 2,31 km/h. Ktoś, kto był w Pirenejach wie, że momentami to bardzo szybko.

 

 

 

 

 

 

Etap 2 to 255 km z limitem 120 godzin więc prędkośc to ok 2.13km/h.

 

 

 

 

 

Etap 3 to 263km z limitem 120 godzin i prędkość średnia wzrasta do 2.19 km/h

 

 

 

 

 

 

 

Etap 4 to „ledwie” 184km i 75h i trzeba „gnać” 2,4 km/h.

 

Ponieważ koszt imprezy delikatnie mówiąc odzwierciedla dystans – 840 Euro do 1 grudnia 2014 i 895 Euro po tej dacie, organizatorzy tłumaczą na stronie, że ponad 80% kosztów to logistyka, ubezpieczenie i organizacja.

Ważne jest to, że impreza odbywa się w 2016 roku a wpłat dokonuje się w 3 ratach (pomijając koszt rejestracji w wysokości 10%) do 1maja 2015, do 1 września 2015 i do 1 marca 2016.

Jeśli zabawa się nie odbędzie zwracane jest 85%kosztów. Co ciekawe wpisowe nie obejmuje ewentualnych zakupów pożywienia po drodze.

 

Wyposażenie obowiązkowe jest dość tradycyjne dla tych dłuższych biegów i nietypowych rzeczy zawiera:

  • śpiwór
  • lusterko sygnalizacyjne
  • zapalniczka
  • kompas
  • scyzoryk
  • światełka chemiczne (lighstick)

 

Na liście jest już prawie 300 osób. Ktoś chętny?

Więcej informacji i zapisy:

 

http://www.transpyrenea.fr/

 

 

 

Posted in Imprezy | Tagged , , , , , | Leave a comment

Zbieganie- po prostu zamknij oczy…

Odkąd biegam po górach, często i intensywnie poruszany jest temat zbiegania. Temat jest tym intensywniej poruszany – im dłuższy dystans i bardziej stromy jest profil trasy biegu. 

 

Ultrasów można podzielić na dwie kategorie – pierwsza to ci którzy na każdy zbieg na profilu trasy reagują z podnieceniem i radością, bo będą mogli odpocząć i coś nadrobić. Drudzy znowu na ten sam widok dostają skurczów żołądka i palpitacji serca i przeklinają,że znowu będą uda bolały. Często nie są w stanie biec w dół po przebyciu dość sporego dystansu i idą, tracąc przez to bardzo cenne godziny.

Po biegu podobnie - jak się słucha opowieści – ci pierwsi zachwalają każdy techniczny element zbiegu, cieszą się na ich długie i strome fragmenty. Drudzy znowu “k***a ale te zbiegi dały popalić.

Zazwyczaj, na pierwszy rzut oka widać jedną różnicę miedzy tymi dwoma grupami – pierwsi mieszkają w górach na co dzień lub mają okazję bardzo często tam trenować, dzięki czemu niczym kozice pomykają po stromych skarpach, przeskakują między konarami drzew, a nawet po przebyciu 100 km są w stanie zbiegać poniżej 4 min/km, w międzyczasie odpoczywać i robić zdjęcia.
Dla mnie zbiegi to jeden z najpiękniejszych elementów biegów górskich i bardzo je lubię, niemniej moja opinia nie jest często podzielana. Wielu kolegów pyta się - jak zbiegać ? Co robić, żeby szybciej i luźniej zbiegać i żeby tak nie bolało – wpis ten jest odpowiedzią na te pytania :)

 

 

Bo któż nie chciałby biegać z taką gracją ?

 

Zatem co różni tych pierwszych od tych drugich? A co najwazniejsze – co zrobić aby być zbiegającą kozicą? Za chwilę się dowiemy!

 

 

1. Jedź w góry!

Jeśli chcesz dobrze zbiegać, nie ma nic ważniejszego jak spędzenie dziesiątek, albo setek godzin na treningu w górach. Nie będziesz dobrze zbiegał jak nie będziesz trenował w górach.  Możesz pakować na siłowni i mieć czwórki jak kolarz  z tour de France albo Arnold Schwarzenegger, ale bez treningu w górach będą tylko balastem.

2. Zamknij oczy!

Ta porada dotyczy zwiększenia swojej koncentracji, spostrzegawczość i zaplanowania stawiania kolejnych kroków. Można to przyrównać do zjazdu na nartach – narciarz ma w głowie zaplanowaną linię, którą będzie się poruszał.  W trakcie szybkich zbiegów nie widzimy tego, co mamy pod stopami, widzimy natomiast kolejne 5, 6 kroków przed nami, warto więc ćwiczyć planowanie i czucie, gdzie Twoje stopy są i będą za chwilę.  Podczas treningu  zamknij oczy i postaraj się przebiec 15 m zapamiętując teren. Po chwili powtórz, i jeszcze raz.
Ćwiczenie to jest również bardzo dobre do poprawy równowagi.

3.Rozluźnij się.

Według Kiliana Jornet’a w zbieganiu najważniejsze są dwie rzeczy:   wizja w głowie kilku(nastu) kolejnych kroków oraz rozluźnienie.  Podczas zbiegu praktycznie wszystkie nasze mięśnie są spięte, przez co czujemy się dość szybko zmęczeni . Jeśli nauczymy się zbiegać i równocześnie być rozluźnionym możemy biec dużo szybciej i tracić dużo mniej energii .
Dobrym ćwiczeniem rozluźniania jest wyobrażanie sobie, że podczas zbiegu tańczysz, albo np. co kilka kroków robić delikatny podskok i lekko kopiąc jedną nogą w drugą, wykonywać różne ewolucje, bawić się tym.


Kolejny filmik z zawodów – Limone Skyrace – od 12 minuty możemy podziwiać jak zbiegają najlepsi skyrunnerzy, aż miło się ogląda :)

4. Bądź rozciągnięty.

W biegach górskich rozciąganie jest super hiper turbo istotne. Jeśli Twoje ciało będzie dobrze rozciągnięte, nie straszne bedą mu wszelkie nierówności terenu, poprzewracane drzewa. Nie zrobisz sobie krzywdy podczas nagłych zrywów czy też poślizgów.

5. Odrzuć  myśli o bólu.

Kilian Jornet w drodze do sklepu po bułki i nutellę

Jeśli biegasz ultra dystanse - zapomnij o czymś takim jak brak bólu. Boli nawet najlepszych.  Kiedy przychodzi – zacznij myśleć o czymś innym, odsuń go od siebie, zacznij podziwiać widoki, zaczep biegacza obok i porozmawiaj z nim, albo włącz muzykę.

 

6. Pamiętaj o treningu korpusu

Podczas zbiegania bardzo mocno pracują mięśnie brzucha ,plecy – cały korpus. Warto mocniej skupić się na treningu ogólnorozwojowym i poświęcić kilka godzin w tygodniu na ich rozwijanie

napisane na podstawie wpisu na stronie suunto :

 

Autor: Artur Paciorek – autor bloga triszerpa.pl

 

Posted in Porady, Wyprawy | Tagged , , , , , , | 1 Comment

Changes changes- recenzja batonów energetycznych

CHANGES CHANGES

Otrzymałam do testów zestaw 3 batonów, polskiej firmy ZMIANY ZMIANY.
Wypróbowałam je w trakcie swoich górskich treningów biegowych. Przyszło mi je testować (przyswajać) na dystansach 15km, 40km i 28km.
Oto rezultat:

Opakowanie:
Wspomnę o nim na początku, bo zrobiło na mnie wrażenie. Mimo, że w górach raczej nie ma komu się nim pochwalić, za to na uczelni czy na mieście można śmiało lansować się unikalnym wyglądem tej zdrowej przekąski.
Kwestia praktyczności – bardzo łatwo się je otwiera, nawet skostniałymi z zimna palcami.

 

Składniki:
Jak czytamy na stronie producenta:
„Nasze batony są w 100% roślinne, odpowiednie dla osób na diecie witariańskiej, wegańskiej i bezglutenowej. Nie zawierają zbędnych dodatków i polepszaczy. Nie dodajemy cukru, słodzików, syropów, utwardzonego tłuszczu ani środków przedłużających okres przydatności do spożycia.”
Jednym słowem, czysto.
Istotnym faktem jest to, że data przydatności do spożycia to tylko 1 miesiąc od daty produkcji – dlatego, że nie ma w nich konserwantów. Jak mówiła babcia – są „zdrowe”.

Składnikami bazowymi są: daktyle, figi, orzechy nerkowca, migdały, słonecznik.

Mamy 3 smaki:

Aloha – zawiera kokos.
Ten najbardziej mi smakował. Delikatny i przyjemny.


Kosmos – dodatkowo wzbogacony o kakao.
Jak dla mnie troszkę jakby zbyt gorzki. Odpowiedni dla tych, którzy lubią ciemną czekoladę.


Lewy sierpowy – z jagodami goji.
Po jego zjedzeniu liczyłam na jakieś skoczne efekty z bajki Gumisie. Niestety, na mnie to widać nie działa. Ale smaczny był.

Konsystencja:
Rzecz najważniejsza jeśli chodzi o ultra – jedzenie.
Batony wypadły na 5 tkę.
Bardzo dobrze się je gryzie i połyka. O dziwo – mimo takiego bogactwa zawartych bakalii, są stosunkowo luźne. Nie jest to gniot, jak, przykładowo, popularny Snickers.
Jadłam je na podbiegu, w truchcie, nie tracąc oddechu.
Koniecznie trzeba popić.

Podsumowanie:
Jak dla mnie, batony sprawdzają się na długie, ale wolne wybiegania. Na zawody i szybkie treningi niestety odpadają. Mimo tego, że dają „moc”, to dla żołądka stanowią twardy orzech do zgryzienia. Choć wiadomo, każdy toleruje co innego.
Myślę, że sprawdzą się w roli przekąski przed treningowej, a jeszcze bardziej – po treningowej. Znakomicie wpływają na regenerację. I w tym charakterze będę z nich korzystać.
Materiały zdjęciowe użyte w tekście pochodzą ze strony producenta.

 

Julia Honkisz

Posted in Porady, Sprzęt | Tagged , , , , , , | Leave a comment

Reklamacje – jak to ugryźć?

Twoje buty rozpadły się jak domek z kart? Oddaj je do reklamacji.

Przebiegłeś w nowych butach dopiero 400 km, a cholewka jest dziurawa jak szwajcarski ser? Twoja membranowa odzież przemaka, a zamek w kurtce trwałością przypomina tylko fortecę z piasku? Skorzystaj z procedury reklamacyjnej.

W opinii publicznej krążą setki żartów o Amerykanach, które z pretensją wytykają im podstawowe braki w znajomości geografii. Nie do końca wiedzą, gdzie jest Polska i czy Paryż jest stolicą Europy, a może Rzymu. Przeciętny zjadacz hamburgerów swoje prawa i obowiązki zna jednak lepiej niż niejeden Polak. Często bowiem narzekamy, że znów nas oszukano, a ciężko zarobione pieniądze po raz kolejny wyrzuciliśmy w błoto, zapominając jednocześnie o swoich podstawowych przywilejach wynikających z ustawy.

 

Rękojmia sprzedającego za wady fizyczne rzeczy

Zgodnie z art. 560 § 1 k.c. jeżeli rzecz sprzedana ma wady, kupujący może od umowy odstąpić albo żądać obniżenia ceny. Jednakże kupujący nie może od umowy odstąpić, jeżeli sprzedawca niezwłocznie wymieni rzecz wadliwą na rzecz wolną od wad albo niezwłocznie wady usunie. Ograniczenie to nie ma zastosowania, jeżeli rzecz była już wymieniona przez sprzedawcę lub naprawiana, chyba że wady są nieistotne. Przepis przywołanego artykułu w pierwszej kolejności wskazuje, że w razie wad zakupionej rzeczy, kupującemu przysługuje prawo do odstąpienia od umowy, albo żądanie obniżenia ceny. Poprzez odstąpienie od umowy zgodnie z dyspozycją art. 395 § 2 k.c. należy rozumieć zwrot wzajemnych świadczeń tak, jakby umowa nigdy nie została zawarta. Wyjątkiem są sytuacje, w których zmiany w rzeczy nastąpiły wskutek zwykłego zarządu. Oznacza to, że jeśli używamy sportowego sprzętu zgodnie z jego przeznaczeniem, prawo odstąpienia od umowy w związku z wadą towaru nie ulega żadnemu ograniczeniu. Sprzedawca może zwolnić się ze wskazanych rygorów, tylko jeśli niezwłocznie wymieni rzecz wadliwą na wolną od wad, albo ją naprawi. Choć pojęcie niezwłoczności wydaje się nieostre, Sądu Najwyższy uchwałą z dnia 30 grudnia 1988 roku (sygn. akt III CZP 564/99) stwierdził, że terminem granicznym jest okres dwóch tygodni. Doktryna zgodnie jednak komentuje, że wobec braku wyraźnej dyspozycji w ustawie oraz przez wzgląd na życiowe doświadczenie, wskazany czas powinien być uzależniony od okoliczności sprawy. Uprawnienia wynikające z rękojmi sprzedawcy za wady fizyczne rzeczy wygasają po upływie roku od dnia wydania rzeczy, z tym zaznaczeniem, że kupujący musi zawiadomić sprzedawcę o wadzie w ciągu miesiąca od jej wykrycia.

 

Sprzedaż konsumencka – niezgodność towaru z umową

Warto także pamiętać, że gdy jako osoby fizyczne robimy zakupy u przedsiębiorcy (np. w sklepie sportowym), nasze uprawnienia ulegają rozszerzeniu na podstawie ustawy z dnia 27 lipca 2002 roku o szczególnych warunkach sprzedaży konsumenckiej oraz o zmianie Kodeksu cywilnego. Zgodnie z art. 8 ust. 1 przywołanego aktu normatywnego jeżeli towar konsumpcyjny jest niezgodny z umową, kupujący może żądać doprowadzenia go do stanu zgodnego z umową przez nieodpłatną naprawę albo wymianę na nowy, chyba że naprawa albo wymiana są niemożliwe lub wymagają nadmiernych kosztów. Wskazany przepis wybór sposobu rozstrzygnięcia reklamacji pozostawia kupującemu. Ustawodawca celowo bowiem posłużył się alternatywą rozłączną poprzez użycie funktora albo. Konsekwentnie więc, to do nas należy decyzja, czy dziurawe buty wymienić na nowe, czy żądać ich naprawy. Koniecznym jest także zauważyć, że jakkolwiek przepis najpierw wymienia naprawę rzeczy, nie oznacza to, iż jest to preferowana forma załatwienia reklamacji, która możliwa jest dopiero, gdy naprawa jest bezzasadna. Pojęcie żądać wyraźnie przerzuca bowiem przywilej wyboru na kupującego. Nadto, pamiętać trzeba, że zgodnie z art. 4 ust. 1 wspomnianej ustawy (…) w przypadku stwierdzenia niezgodności przed upływem sześciu miesięcy od wydania towaru domniemywa się, że istniała ona w chwili wydania. Przywołana konstrukcja stanowi domniemanie, które jak zasadniczo każda fikcja prawa cywilnego może być wzruszone. Należy jednak zauważyć, że jeśli nasza kurtka przemaka tak, jakbyśmy ubrali się w reklamówki z Piotra i Pawła, to przed upływem sześciu miesięcy od jej zakupu, to sprzedawca musi udowodnić, że wada nie istniała, albo powstała z naszej winy. Przeprowadzenie takiego dowodu nie może ograniczyć się jedynie do przedstawienia opinii rzeczoznawcy zatrudnionego do producenta, ale w myśl art. 6 k.c., z godnie z którym ciężar udowodnienia faktu spoczywa na osobie, która z faktu tego wywodzi skutki prawne, nieodzownym jest przedstawienie ciągu przyczynowo – skutkowego, który połączy szkodę z naszym zawinionym (tj. niezgodnym z przeznaczeniem rzeczy) zachowaniem.

Ustawa o szczególnych warunkach sprzedaży konsumenckiej oraz o zmianie Kodeksu cywilnego wydłuża kodeksowy roczny termin odpowiedzialności sprzedawcy do dwóch lat, z zastrzeżeniem, że kupujący musi zgłosić istnienie wady w ciągu dwóch miesięcy od jej wykrycia. W razie wymiany towaru, termin ten biegnie na nowo. Dwuletni termin może zostać skrócony w przypadku zakupu rzeczy używanej, niemniej dolną granicą odpowiedzialności jest czas jednego roku.

Gwarancja

Od rękojmi za wady fizyczne rzeczy odróżnić należy gwarancję jakości, na podstawie której można dochodzić odpowiedzialności sprzedającego niezależnie od powyższych przepisów. Gwarancja jest instytucją fakultatywną, której istota sprowadza się do potwierdzenia przez sprzedawcę dokumentem gwarancyjnym, że w razie wystąpienia wady fizycznej rzeczy, usunie on wady, albo dostarczy rzeczy wolne od wad w ciągu wskazanego przez siebie terminu. Jeśli w dokumencie gwarancyjnym nie określono terminu gwarancji, przyjmuje się, że wynosi on rok od dnia wydania rzeczy kupującemu.

 

Mój nowy zegarek nie działa, co dalej?

W razie wykrycia wad fizycznych rzeczy, albo stwierdzenia niezgodności towaru z umową należy zgłosić to sprzedającego na zasadach opisanych powyżej. Ustawa nie przewiduje żadnej szczególnej formy zgłoszenia wad, w związku z czym można dokonać tego w każdy sposób – nawet ustnie. Zgodnie z art. 8 ust. 3 ustawy o szczególnych warunkach sprzedaży konsumenckiej oraz o zmianie Kodeksu cywilnego, jeżeli sprzedający nie ustosunkował się do żądań kupującego w ciągu 14 dni, przyjmuje się, że uznał je za uzasadnione. Koniecznym jest w tym miejscu zaznaczyć, że chodzi o dni kalendarzowe, a nie robocze jak często interpretują sprzedawcy. Zgodnie z ogólnymi zasadami ustawy cywilnej terminy liczy się od dnia następującego po dniu dokonania czynności prawnej. Oznacza to, że jeśli złożymy reklamację dnia 3 grudnia 2014 roku, to w razie milczenia sprzedającego, będzie ona uznana za uzasadnioną dnia 18 grudnia 2014 roku.

Tryby odwoławcze

Zazwyczaj, po złożeniu reklamacji, sprzedawca przekaże towar wraz z protokołem uszkodzeń producentowi. Ten natomiast powoła rzeczoznawcę, który wypowie się na temat stwierdzonych wad. Najczęściej przerzuci on winę na użytkownika próbując wykazać, że korzystał on z rzeczy w sposób niezgodny z jej przeznaczeniem (sam kiedyś usłyszałem, że swoje buty musiałem pociąć nożem). Warto jednak zauważyć, że ciężar udowodnienia niewłaściwego użytkowania rzeczy spoczywa na sprzedającym. Z drugiej zaś strony, pamiętać trzeba, że wytłumaczenie sposobu korzystania z naszych zakupów obciąża sprzedawcę na podstawie art. 3 ust. 1 przywołanej ustawy w brzmieniu: Sprzedawca dokonujący sprzedaży w Rzeczypospolitej Polskiej jest obowiązany udzielić kupującemu jasnych, zrozumiałych i niewprowadzających w błąd informacji, wystarczających do prawidłowego i pełnego korzystania ze sprzedanego towaru konsumpcyjnego. Jeśli więc sprzedawca nie załączył do towaru stosownej ulotki, albo osobiście nie wytłumaczył, że buty nie nadają się do biegania po górach, a kurtki nie można prać na ciepło, to nie może czynić on z tych okoliczności zarzutu w późniejszym postępowaniu. Jeśli tak jednak się stanie, nie należy się martwić. Rozstrzygnięcia sprzedającego nie są ostateczne, w związku z czym możemy wzywać go do zadośćuczynienia naszym roszczeniom w granicach ich przedawnienia. W praktyce więc warto wnieść odwołanie z powołaniem prawnych podstaw swojego żądania. Najczęściej, producenci spostrzegając prawną świadomość konsumenta, odpuszczają stwierdzając zasadność reklamacji. Jeśli i to nie poskutkuje, ostatecznym rozwiązaniem jest pozew we właściwym postępowaniu cywilnym lub złożenie stosownego zawiadomienia do Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

Czy warto walczyć?

Osobiście najczęściej reklamuję obuwie, jednocześnie stojąc na stanowisku, że nie ma butów nieśmiertelnych – szczególnie tych terenowych. Wszystko zależy jednak od okoliczności. Jeśli nasz nowy nabytek ma problem, by wytrzymać w jednej kupie przynajmniej przez 200 km (jak moje The North Face Ultra Trail), to coś rzeczywiście jest nie tak. Są to przecież buty o przeznaczeniu trailowym, w związku z czym powinny spełniać chociażby podstawowe standardy wytrzymałości. Na nic więc tłumaczenie, że nawierzchnia była zbyt trudna, albo styl biegu niewłaściwy. Decyzja o tym, co zrobimy z rozwalonym sprzętem należy do nas. W mojej ocenie jednak, ciągłe reklamacje nie świadczą o kapryśności klienta. Sam bowiem, najczęściej żądając zwrotu pieniędzy, ponownie inwestuje je w buty, próbując ponownie zaufać temu samemu producentowi, albo dając szansę konkurencyjnemu. Dzięki temu cały mechanizm działa – producenci starają się udoskonalić swoje produkty, jednocześnie ścigając się ze sobą w walce o klienta. Nie egzekwując swoich praw dajemy natomiast wyraz swojej bierności, mimo, że ktoś w zamian za nasze pieniądze próbuje wcisnąć nam zwykły szajs.

 Jakub Kałużny

Posted in Artykuły | Tagged , , , , , | Leave a comment

Louceni – trudne pożegnanie

Loučení S Turistickým Rokem to moja 9 impreza na dystansie 100k+ zaliczona w tym roku u naszych sąsiadów z Czech i Słowacji, tak więc wiedziałem, że spodziewać się biegu na trochę innych zasadach jak te organizowane w Polsce. Wiedziałem, też że nie będzie łatwo, bo organizacją się zajęła ekipa Olafa Čiháka, którego poznałem podczas zeszłorocznej Pražskiej Stovki.
Loučení to w zasadzie 170k i 7300+ pięknej trasy po wygasłych wulkanach Czeskiego Średniogórza i masywu Rudaw. Bieg jest podzielony na 2 etapy z możliwością wyboru jednego z nich bądź pełnego dystansu (ja wybrałem dystans pełny):
etap I – 54 km / 2000 m+
etap II – 116 km / 5300 m+
Na bieg zapisaliśmy my się ekipą 3-osobową, tj. Ja, Eligiusz de Zoo i Paweł Cioch. Pełniliśmy honory reprezentacji Polski i Opola, bo wszyscy jesteśmy z Opola, a na dodatek byliśmy jednymi uczestnikami biegu z Polski. Warto wspomnieć, że Czesi gościom zagranicznym na tyle idą na rękę, że opłata startowa jest płacona na miejscu zgodnie z taryfą obowiązującą na dzień rejestracji.
W związku z faktem, że chłopaki zapisali się jedynie na drugi etap, a ja na całość, na miejsce zawodów zmuszony byłem pojechać sam, a więc najpierw samochodem do Pragi korzystając z oferty wspólnego przejazdu znalezionej w Internecie, następnie pociągiem do Usti nad Labem, gdzie znajdowała się baza zawodów. Do Usti nad Labem dojechałem w czwartek 20.11.2014, około 22.00 jeszcze z buta 1,5 kilometra i…
…przypadkowy przechodzień uświadomił mnie, że google zaprowadziło mnie w niewłaściwe miejsce. Tak więc zgodnie z uzyskaną instrukcją zaliczyłem jeszcze jazdę trolejbusem na gapę (w instrukcji nie było sugestii by jechać bez biletu, a jedynie czym jechać i gdzie wysiąść) i około 22:40 byłem centrum sportowym stanowiącym bazę zawodów. Na miejscu już było dużo ludzi, chciałem uczciwie wnieść symboliczną opłatę za nocleg ale niestety był problem z komunikacją po polsku i po angielsku. Machnąłem ręką poszedłem szukać kawałka podłogi na nocleg. Sala gimnastyczna była już w dużym stopniu zapełniona – było jasno, gwarno a tu przed 4 rano trzeba wstać. Wypatrzyłem jednak małe pomieszczenie, do którego ktoś targał śpiwór, koleś okazał się być Węgrem, którego spotkałem już na kilku wcześniejszych imprezach w Czechach i na Słowacji. Uświadomił mnie, że „schowek na szczotki” będziemy dzielić jeszcze z czwórką Węgrów, których twarze jak się później okazało również są mi znane, a że angielską mową władali i byli poinformowani, to uzyskałem więcej informacji organizacyjnych na temat tej imprezy.
Noc przebiegła szybko, przed czwartą pobudka, szybkie śniadanie, wniesienie opłaty startowej, odebranie chipa, karty kontrolnej i route booka (na pięknie wyznakowaną trasę w Czechach nie ma co liczyć) i na pociąg, bo na miejsce startu wywieźli nas jakieś 20 km za Usti nad Labem do miejscowości Bohosudov. Warto wspomnieć, że pogoda była ok – koło 3 stopni powyżej zera, deszczu bral. Wystartowaliśmy my o 5 rano – najpierw około 3 kilometrów po małych miejscowościach, po czym rozpoczęła się wspinaczka ostro pod górę po krzakach wzdłuż słupów wysokiego napięcia – od razu przypominała mi się zeszłoroczną Pražská Stovka i lipcowe Týnišťské Šlápoty Od Dubu K Dubu – biegi, które określam jako „olafowe”, jak podejrzewam taka jest idea, że wydeptujemy nowe ścieżki, by Czesi mogli wymalować nowe szlaki turystyczne. Ostrą wspinaczkę zakończyliśmy przy samej granicy czesko-niemieckiej na szczycie pod nazwą Komáří hůrka (809 m), tam też skan chipa (wynik publikowany live na necie) i bufet – ciepła herbata z cytryna, piwo, cofola, trochę różnego jedzenia. Później był piękny zbieg tak piękny, że biegłem i biegłem, aż się zaniepokoiłem, że coś czas mija, kilometry lecą a punktu kontrolnego brak, w końcu dobiegłem do jakiejś miejscowości, sprawdzam route booka – kontrola 4: Hrad Kyšperk, patrzę na cykloatals w telefonie – ominąłem (w sumie nie widziałem tam, żadnego grodu). Osoby biegnące za mną uświadomiły mnie, że faktycznie była tam kontrola. Chcąc nie chcąc 3 kilometry na zad – na drzewie czarna strzała, brak odblaska – mogłem nie zauważyć. Kontrola samoobsługowa była w ruinach grodu, zakreśliłem kolorową kredką (na każdym punkcie kontrolnym kredka miała inny kolor) właściwe pole na karcie kontrolnej i pobiegłem dalej, jednak tym razem uznałem, że skoro check pointy nie są umieszczone dokładnie na śladzie gps lepiej będzie dokładniej studiować route booka i pilnować kilometrów. Route book zawierał rozpiskę po czesku i po angielsku kolejność szlaków, odcinków z dedykowanym znakowaniem (czarne strzałki), opis punktów kontrolnych.
Kolejna część biegu była bardziej płaska, lecz niestety po torach, co ze względu na wąski rozstaw podkładów nie sprzyjało bieganiu, na dodatek drewniane podkłady były śliskie. Na końcu odcinka poprowadzonego po linii kolejowej w miejscowości Chlumec miał być punkt kontrolny i tu znów problem, bo track gps odbijał przed miejscowością w lewo i już miałem iść za trackiem, ale jednak poleciałem tak jak inni i to była słuszna decyzja bo kolejny punkt nie był bezpośrednio na tracku lecz nieco dalej. Ten punkt niestety musiałem zaliczyć dwa razy, bo jak się później okazało zapomniałem kijków i to w sumie był ostatni zgrzyt, później już było tylko lepiej – lekkie podbiegi i zbiegi, trochę błota. Niestety track gps nie pokrywał się z faktycznym przebiegiem szlaku – chłopaki wykonali go palcem po mapie cykoatlasu, jak się okazuje na dzień dzisiejszy nie aktualnej. Generalnie etap pierwszy Loučení poza pierwszym podbiegiem był łatwy, ale i też atrakcyjność widokowa nie była rewelacyjna a na dodatek mocno ograniczona w wyższych partiach przez chmury. Nadkładając 10 kilometrów, panoramę miasta zobaczyłem przed godziną 13, spojrzałem na szpiczaste stożki wulkaniczne pod drugiej stronie Łaby, i pomyślałem, że ta część którą mam za sobą to była rozgrzewka. To rzeczywiście była rozgrzewka…


Zbiegając pięknym skalnym wąwozem (de facto mylnie odgrodzonym taśmami – niby szlak zamknięty – nie był zamkięty) wbiegłem do miasta i na metę pierwszego etapu. Miałem czas wolny do wieczora – 22.00 start kolejnego etapu. Tak więc – prysznic, 4 godziny snu, wycieczka do centrum handlowego na zakupy i na pizzę, trochę też musiałem popracować, targałem więc laptopa za sobą. Miałem też zabawną sytuację jak chciałem pozyskać klucz do łazienki by wziąć prysznic – doszło do drobnego niezrozumienia. Mówię do gościa przy barze „I need key to take shower”, a ten otwiera lodówkę i wyciąga parówki i mi pokazuje czy takie mogą być :). Więc mówię po polsku „klucz!” – wtedy zrozumiał.

O 21 natknąłem się na Eligiusza i Pawła, którzy w międzyczasie dojechali, zdążyli też się przespać po podróży. Eligiusz pytał mnie o błoto i przyczepność butów – bo buty mieliśmy te same. Stwierdziłem, że bota trochę było i buty lekko się ślizgały, jednak jak się później okazało to było nic w porównaniu z kolejnym odcinkiem.
Start drugiego etapu było o 22.00 w części miasta po drugiej stronie rzeki. Wcześniej też odebrałem nową kartę kontrolną. Uczestników było więcej jak na etapie rannym. Uzgodniłem z Pawłem, że biegniemy razem, bo ten nie chciał lecieć sam w nocy, a ja już 60 km w nogach miałem, więc dla gościa co to jedynie rzeźnika ukończył byłem idealnym kompanem jak na olafowe 116K. Kilka kilometrów po starcie Paweł jednak poleciał za Eligiuszem a ja biegłem dalej swoim tempem niezważająca na innych. Ta część biegu była znacznie trudniejsza strome podejścia i głęboko wcięte przełęcze, w zasadzie głownie trawersowanie stożkowych wzniesień po stromych wąskich ścieżkach i bardzo dużo błota – pobiłem rekord upadków w skali mojej całej kariery biegowej. I tak wyglądałem w miarę czysto. Niektórzy mieli obłocone całe plecy.
Góry robiły wrażenie nietypowych, niestety ciężko to było ocenić w ciemnościach. Pierwszym szczytem był Vysoký Ostrý (587m) z punktem kontrolnym na jakiejś kupie kamieni, na którą wchodziło się po murowanych schodach, następne wybitne wzniesienie to Varhošť (639) w trakcie wspinaczki na szczyt minąłem najpierw Eligiusza później Pawła, którzy już zbiegali ze szczytu – trasa biegu niestety w częściach szczytowych się nakładała, by u podnóży wzniesień się rozejść się w przeciwnych kierunkach. W okolicach Varhošť były dwa punkty kontrolne pierwszy miał być gdzieś na przełęczy poniżej szczytu drugi w wierzy obserwacyjnej na szczycie. O ile wieża faktycznie stała to z punktem pod szczytem był problem, bo okazało się, że znakowanie szlaku kończyło się na górze, po wielu kombinacjach łażeniu po krzakach szukając znakowania, postanowiłem się cofnąć okazało się, że błędem było wchodzenie na szczyt, gdyż szlak na przełęcz odbijał pod szczytem. W punkcie kontrolnym napiłem się ciepłej herbaty, zjadłem kanapkę i szykowałem się w dalszą drogę, gdy przyleciał Paweł – jak się okazało ominął punkt kontrolny i musiał się wrócić. Pomyślałem, że nadłożył sporo drogi, bo trochę czasu minęło odkąd widzieliśmy się ostatni raz. Uświadomiłem go, że punkt kontrolny jest również na wierzy obserwacyjnej na szczycie góry. Ten stwierdził, że był na wieży i nic tam nie było. Uznałem, że sam sprawdzę. Wchodząc na wieżę usłyszałem szelest worka, okazało się, że w worku przywiązanym do barierki jednak kredka była. Po zaznaczeniu kolejnego pola na karcie kontrolnej poleciałem w dół – było ślisko- zaliczyłem 3 gleby. Kolejny punkt był na Krkavčí skala, w sumie jak by nie biegacze przede mną to też bym nie wiedział, że trzeba trochę odbić z trasy. Później był Plešivec (509m) – generalnie kupa kamieni odrobinę zejście przypominało szlaki tatrzańskie. Nad ranem podczas biegu przez wioskę jakiś Czech zatrzymał samochód i zaproponował, że mnie podwiezie, po chwili namysłu stwierdził jednak, że jestem turystą, i że nie chcę. Gdy wspinałem się na Radobýl (399 m) było już jasno. Później jeszcze długi zbieg, kilka kilometrów po ruchliwej drodze, znów przeprawa przez Łabę i o ósmej rano byłem w Litoměřicach. Punkt kontrolny był w restauracji przy stacji kolejkowej, gdzie czekał mnie skan chipa i zupa, dostałem też nowego route booka. Z planu dalszej trasy wynikało, że kolejna kontrola chipa będzie dopiero za 37 kilometrów, obawiając się, że tam też będzie najbliższy bufet, dla własnego spokoju zrobiłem w mieście zakupy. Kolejna górka i checkpoint to Lovoš (570m) na szczycie w restauracji spotkałem Czeskie włóczęgi – dziadki trochę wyglądający jak mormoni z pieskiem. Jednego zainteresował mój gps, z komunikacją głosową: „Go direction six” a dziadek zaczął demonstrować ruchy kopulacyjne powtarzając „Six! Six! Six!”, dostałem od niego jakiś stary długopis który bez chwili namysłu porzuciłem na ławce.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kolejne wygasłe wulkany jakie zaliczyłem to Boreč (446m), Košťálov (481) i Oltářík – oba z ruinami grodów. Po drodze były też dwa tajne punkty kontrolne połączone z bufetem.

 

 

 

 

 

Na kolejnym punkcie Lipská hora (688m) kredka była ułamana – rozwaliłem ją jeszcze bardziej by dostać się do rysika.
Gdy w oddali zobaczyłem zanurzony w chmurach najwyższy szczyt na trasie -Milešovkę (835 m) było już po godzinie 16.00. Przy podejściu sprawdzając kilkakrotnie kieszenie stwierdziłem, że zgubiłem kartę kontrolną. Pytałem zawodników którzy szli za mną czy nie znaleźli jej na drodze – po uzyskaniu odpowiedzi przeczącej machnąłem ręką. W końcu na klasyfikacji mi nie zależy – UTMB mam za sobą, a setek w tym roku zrobiłem tyle, że tę mogę honorowo ukończyć dla własnej satysfakcji. Podejście na Milešovkę okazało się łatwiejsze niż to z dołu wyglądało – u góry w bufecie skan chipa, zupa lecz niestety pice i prowiant na drogę trzeba było zakupić we własnym zakresie (to w sumie standard na Czeskich biegach, jak punkt jest organizowany w restauracji). Na dodatek barman jak pokazałem 1,5 litrowe butelki wody leżące na podłodze, dał mi do zrozumienia, że nie są na sprzedaż – zaproponował mi półlitrową. Więc kupiłem 2 radlery i wypiłem kufel orzeźwiającej Malinovki. Na Milešovce podszedł do mnie Czech pytając czy mam na imię Rafał – kiwnąłem głową a ten wręczył mi odnalezioną kartę – miałem szczęście. Jak zbiegałem z Milešovki było ciemno, na dodatek gęste chmury utrudniały widoczność. Jednak po przeglądzie mapy bardziej niepokoiło mnie kolejne podejście – Kletecna (706 m), bo na szczyt nie był poprowadzony żaden szlak a układ izolinii wskazywał na strome podejście. I rzeczywiście czekała mnie stroma wspinaczka w ciemnościach – po głazach i korzeniach zgodnie z kierunkiem strzałek i odblasków. Na szczęście w dół była poprowadzono ścieżka. Kolejne kilometry biegu to kilka wysoko położonych punktów z widokiem na aglomerację miejską nie jako wciśniętą pomiędzy wulkany – i Usti wydawało się być coraz bliżej. Jednak o 22 złapało mnie to co zawsze mam , gdy bieg zahacza drugą noc – uporczywy sen. Rzucało mną, utrudniało koncentrację, miałem halucynacje, napój energetyczny chwilowo pomógł, jednak czekałem na bodziec, który spowoduje otrzeźwienie – jak zwykle trudności na trasie przyszły z pomocą – pobudził mnie trawers wąską półką momentami przy sporej przepaści, ale widoki na oświetlone miasto wyglądały niesamowicie. Jak zbiegałem do Usti nad Labem było już po północy jeszcze się zgubiłem w górnych partiach miasta, jak dotarłem do celu było po pierwszej w nocy – jeden z organizatorów niejaki Petr Malý stwierdził ironicznie, że mnie widział na stacji kolejowej, bo w sumie przez stację leciałem do bazy. Generalnie drugi etap zajął mi koło 27 godzin, całość coś koło 35, uwzględniając błądzenie w nogach miałem 180 km. Imprezę oceniam jako niezwykle atrakcyjną widokowo, ale i też jak na warunki czeskie bardzo trudną. Jak to stwierdził Eligiusz, który przybiegł 5 godzin przede mną „Dla czego to było takie wolne?”. No cóż bieg olafowy, a już 5 grudnia robimy Pražskią Stovkę :).

Rafał Koszyk

Posted in Relacje | Tagged , , , , , , | Leave a comment

Ultradieta cz.5 – Czego unikać przed i w trakcie ?

Nawet, jeśli nie jesteś już nowicjuszem w ultra wciąż możesz nie być przekonany do tego, po które produkty sięgać, a które omijać podczas biegu. W końcu nie chodzi o to, by zapchać żołądek, ale przede wszystkim dostarczyć energii i zadbać o układ nerwowy, który także decyduje mi.in. o chęci rezygnacji, uczuciu senności i efektu ściany.
O tym, jak żywić się na co dzień pisałam tu, a co warto uwzględniać na trasie opisywane było tutaj. Dzisiaj chciałabym skupić się na tym, czego unikać i jak ustrzec się przed zrobieniem nieplanowanych błędów.
Pierwszym błędem, który możesz popełnić w przedbiegach jest źle zbilansowany posiłek przed startem.

flickr.com/photos/ataradrac/4751147522/

Źle, czyli jak?
Nawet, jeśli nastawiamy się na diete wysokowęglowodanową i korzystanie z żeli energetycznych na trasie, warto, aby pierwszy posiłek był kompletny. Oznacza to tyle, że powinien składać się z białka, tłuszczu oraz węglowodanów, które będą uwalniały się powoli i stabilnie.
Przed startem w ultra nie są potrzebne węglowodany proste i te o wysokim indeksie glikemicznym (owoce, mleko, jogurt/zwłaszcza odtłuszczony/, płatki śniadaniowe, białe pieczywo, drożdżówki, sok, cola), zwłaszcza serwowane w pojedynkę – wiąże się to przede wszystkim z tym, że gwałtownie podnoszą poziom cukru we krwi i równie gwałtownie jego poziom obniża się, co łącznie z wysiłkiem fizycznym może prowadzić do nagłego spadku glikemii i siły. Warto zadbać o to, aby posiłek spożyty przed startem powodował powolne uwalnianie glukozy, która będzie kompensowała straty energetyczne przez dłuższy czas. Podczas wielogodzinnego biegu właśnie na tym powinno nam zależeć.
Bułka z dżemem, miodem, owoce z jogurtem i płatkami kukurydzianymi lub błyskawiczną owsianką? A może jogurt owocowy, sok i suszone owoce?
Nie. Nie jest ani syto, ani ekonomicznie.
Zjedz ryż, dodaj jajka lub tofu, jeśli ich unikasz. Dodaj tłuszczu, dobrze tolerowane orzechy, a dodany owoc nie będzie problemem.
Taki posiłek będzie sprzyjał utrzymaniu stabilnego poziomu cukru we krwi przez parę godzin oraz da uczucie sytości, nie powodując problemów żołądkowo-jelitowych na trasie.

flickr.com/photos/30884177@N08/6101051794/

Kolejnym błędem mogą okazać się produkty, które mamy do wyboru podczas biegu – o ile rosół czy bułka z masłem i serem się sprawdzi, o tyle spożywanie samych żelek może nie zaspokajać potrzeb energetycznych na dłuższy czas. To samo będzie dotyczyć także owoców, soku czy coli.
Jeśli Twoja dieta na co dzień nie jest wysokobłonnikowa, a planujesz batony energetyczne – warto próbować ich wcześniej, ponieważ może okazać się, że wywołają niepożądane objawy ze strony układu pokarmowego. To samo dotyczyć będzie żeli energetycznych – „zbadaj” te, które masz zamiar wykorzystywać podczas startu na treningach, ponieważ ciężko przewidzieć reakcję organizmu pod wpływem długotrwałego wysiłku, a nierzadko zdarza się, że żele nie są miło wspominanym elementem wyścigu.
To, o czym należy pamiętać przy żelach to czytanie etykiet – żele energetyczne w większości należy popijać wodą – w przeciwnym razie nie spełnią swojej roli zgodnie z założeniami producenta.
Ponieważ bieg jest długi i z reguły o w miarę stałej intensywności – zadbaj o to, aby podczas biegu jeść przede wszystkim normalne pożywienie.

Dorota Traczyk

http://www.dieta-sportowca.com.pl/

Posted in Dieta | Tagged , , , , , , , | Leave a comment

Maksymalizm

Cudownie jest zanurzyć się w gęstwinie zielonosytego lasu wdychając powietrze najczystsze z czystych i napawając się jednością z matką naturą. Pięknie jest myśleć jedynie o tym, że oto jak Anton nazuwając jeno buty i ledwie przepaskę na biodra jednostajnie jakby fruniemy nad pustym, pozbawionym innych homo sapiensów szlakiem chłonąc przecudne wszechogarniające panoramy, co rusz chłepcząc łapczywie z czystych niczym kryształ, wesoło szemrzących strumieni i zajadając napęczniałe soczystością jagody. Wspaniale jest nie mieć głowy zaprzątniętej przepełnioną konsumpcyjną trucizną i na pozór ważnymi problemami codziennością, która w obliczu majestatu gór nie śmie być nawet błahostką. Niesamowicie jest oto nie martwić się jakiej marki są nasze buty, jakie mają „systemy” ile dropu, ile wskazuje GPS i jakie ma funkcje, czy plecak waży 200 g czy 220 lub czy kurtka ma najnowszy model membrany i przemaka po 12000 czy 15000. Na nogach może być cokolwiek a na grzbiecie niewiele bo wiedzie nas przygoda, pęd wiatru i chęć zjednoczenia się z górami. Nie zważamy na zmęczenie bo przecież będąc jednym z naturą z rzadka jedynie je odczuwamy a chęć dobiegnięcia tam, gdzie jeno wzrok sięga działa jak narkotyk pod wpływem którego nic poza celem się nie liczy. Nie zliczamy kilometrów bo bieg to przyjemność, i szczęście a te nie znoszą kwantyfikacji. Nie miewamy dni gorszych i lepszych bo każde wyjście to nie uciążliwy trening mierzony interwałami, podbiegami, skipami i stabilizacją ale wręcz erotyczne przeżycie, którego zawsze niedosyt. Spełnienie jest w minimalizmie i to zarówno biegowym jak i życiowym. Nie ma tu miejsca na nikomu niepotrzebne smatrfony, endomondo czy pożalsięboże kompresję. Nie wywalamy zbędnej kasy na hedonistyczne zachcianki w stylu elektronicznie sterowanych podgrzewanych skarpet ani modowe, fircykowate i totalnie zbędne koszulki po 3 stówy tylko dlatego, że zaprojektował je kolo o włosko brzmiącym nazwisku. Cieszymy się tylko tym co mamy i jeśli jest szansa nawet sami wypiekamy chleb z podstawowych, nieprzetworzonych produktów w podstawowym nieskażonym nadmierną elektroniką piekarniku. Jak babcia robiła.

I tak w duchu szydząc z naszpikowanych nowymi ciuszkami i technologią lanserami, i ukradkiem przełykając gorycz zazdrości, że oto ich było stać choćby na odwagę by „tyle kasy wywalić na głupoty” chodzimy lub biegamy z wysoko uniesioną brodą pełną pogardy w ciuchach z kalendżi i butach z przeceny. I oto razu pewnego jadąc starym ale jarym, za to oszczędnym samochodem co to na trening dojedzie ale szału we wsi nie robi bo po co wydawać tyle kasy na zwykły środek transportu – ma dowieźć i już- wpadamy na niego.

I minimalistyczny świat przestaje istnieć. Ideały toną nawet nie błagając o litość bo same widzą, że nie mają szans. Oto bowiem pręży się jednym potężnym, zwartym muskułem. Jak dziki, wściekły , nie, wkurwiony zwierz już już mający skoczyć z całym impetem i siłą a ty oniemiały z wrażenia patrzysz tępo i stoisz. I choć to co nastąpi jest straszne i nieuchronne nawet nie drgniesz nawet nie mrugniesz powieką bo jest tak przytłaczająco piękny, władczy i charyzmatyczny. Wiesz, że nie masz szans mimo że on sam to uosobienie przepychu, luksusu, elegancji i szyku. Ma wszystkiego ponad, ocieka nadmiarem ale jest niesamowity i przeczy wszystkiemu w co wierzysz ale nagle nie chcesz już biegać po górach i jednoczyć się z naturą. Nie chcesz spijać zaszlamionej, brunatnej mazi z irytująco i strasznie głośno szumiącego koryta, łapczywie cedzić przez zęby mini jagódek obficie zroszonych moczem ponad setki lisków, nie chcesz zasapany mozolnie wspinać się kolejny raz po błotnistym i kamienistym szlaku tylko po to, by na szczycie okazało się, że nic nie widać bo jest mgła. Nie chcesz już setny raz zakładać przepoconych i śmierdzących ciuchów, które po 15 minutach śmierdzą jeszcze bardziej i jedyny z nich pożytek to taki, że nawet niedźwiedzie i dziki trzymają się z daleka.

Teraz interesuje Cię tylko kiedy i jak będziesz miał tyle kasy, żebyś mógł spokojnie i elegancko zanurzyć się w jego wnętrzu. Siąść w niedorzecznie wygodnym fotelu i odpaliwszy czteroipółlitrowy silnik wcisnąć D i pozwolić wszystkim trzystu trzydziestu trzem koniom swojego BMW 645i pokazać Ci jak może wyglądać zabawa :)

Zostałeś maksymalistą…


Posted in Artykuły | Tagged , , | 2 Comments

Dookoła dachu Austrii – DYNAFIT Grossglockner ULTRA -TRAIL

Już w tym roku nie tak znowu daleko od nas ale za to w przepięknych okolicznościach przyrody odbędzie się pierwszy DYNAFIT Grossglockner ULTRA-TRAIL.

TVB Osttirol

Już same liczby obiecują całkiem niezłą zabawę bo oto przed nami trasa o długości 110km i przewyższeniu ok 7000m+. Organizatorzy poprowadzili ją wokół najwyższego szczytu Austrii Glossglockner i zapowiadają nieprawdopodobne widoki, niezapomnianą atmosferę i oczywiście spore sportowe wyzwanie.

Start nastąpi o 19:00 24 lipca 2015 z Kaprun i należy się zmieścić w 29 godzinnym limicie czasowym. Na trasie będzie się można spodziewać dziesięciu punktów odżywczych, świetnie oznakowanej trasy, 60 ratowników górskich na trasie oraz „ponurego żniwiarza” na końcu biegu, który będzie zbierał maruderów.

Wyposażenie obowiązkowe jest standardowe dla tego typu biegów, a ponieważ to Alpy będzie ono rygorystycznie sprawdzane. Organizator zastrzega sobie możliwość odwołania/ zmiany trasy ze względu na możliwe trudne warunki atmosferyczne, ale miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie.

 Wpisowe to 125 Euro

Czy warto? Spójrzcie na filmik promocyjny:

http://vimeo.com/103982224

Więcej informacji:

www.ultratrail.at

www.facebook.com/grossglocknerut

Posted in Imprezy | Tagged , , , , , , | Leave a comment