Szacun za walkę czyli jak wygrać przegrywając

 

 

 

 

PRZYGOTOWANIA

Można by się tak na ten przykład zapisać na jakiś straszliwie straszliwy bieg, który miażdży przewyższeniem i dystansem, wymaga pokonania niezliczonych bagien, gór i skalistych przełęczy najlepiej w deszczu kategorii potop lub skwarze jak na Badwater. Ważne jest jednak by za bardzo nie trenować a już na pewno nie pod ten konkretny dystans,nie robić za długich wybiegań i nie biegać regularnie. Ultra to w końcu ultra – liczy się głowa a nie jakieś interwały. Naturalnie, a powinienem wspomnieć to dużo wcześniej, absolutnie trzeba mieć fejsbuka i ogłosić odpowiednio wcześniej że oto jest cel (pudło lub łamanie czasu) i treningi (!!!) idą pełną parą w sprytny sposób dając do zrozumienia, że wszyscy obserwujący mają oczekiwać zwycięstwa bo to jedyna opcja. Komentując obficie przelewające się komentarze wypada objąć taktykę skromnisia zaznaczając, że „wszystko się może zdarzyć” lub „ to w końcu nie jest znowu taki wyczyn” jednocześnie podbijając ilość lajków do trzycyfrowej liczby. Teraz pozostaje czekać godziny zero jednak nie bezczynnie. Oczywiście nie chodzi tu o czynności treningowe bo to już omówiliśmy ale raczej o działania promocyjno-prewencyjne. Ważne będą na pewno zrzuty z Garmina/Suunto lub ostatecznie z Endo ale tak, żeby było widać dystans i przewyższenie – bez czasu. Do tego parę pytań lub postów związanych z obecnie używanym sprzętem no i na pewno zdjęcia tak średnio co parę dni.

Z pewnością jakieś parę tygodni przed startem pojawi się jakaś mała kontuzja ale należy o niej wspomnieć z lekką nutą irytacji jednocześnie kompletnie ją ignorując poprzez np.: „zabiega się”.

 

GODZINA ZERO

 

Dzień startu jest ważny bo trzeba się spakować koniecznie pamiętając o 2 rzeczach: telefonie, który będzie robił zdjęcia i powerbanku, który będzie ten telefon napędzał. A no i jeszcze buty i plecak i wyposażenia obowiązkowe. Opcjonalnie można zabrać czołówkę bez baterii lub z niepasującą baterią – będzie o wiele fajniej.

Niezmiernie istotne są zdjęcia i posty ze startu wrzucone tuż przed nim, żeby trzymano za nas kciuki na gorąco. Wszystkie zachęcające posty trzeba koniecznie czytać i odpowiadać na nie w trakcie zawodów. Jakieś 2-3 selfie na minutę ale raczej uśmiechnięto-poklepujące się ( początek) i dramatyczno-umierające (dalsza część). Można sobie wcześniej ustawić w telefonie odpowiednie teksty np. „jest ciężko ale walczę nadal”,”jakoś dam radę” czy „trzymajcie za mnie bo nie jest dobrze”. W miarę jak trwa bieg posty powinny stać się coraz skąpsze (w czym pomoże kompletny brak przygotowania) aż w końcu zamilkną i rolę sprawozdawczą przejmie ekipa. Bo otóż mamy ekipę – lekko licząc od 2-5 osób, które w krytycznym momencie zdejmą buty, obmyją stopy i nakarmią. Wszystko w imię ekonomiki ruchu – siły należy oszczędzać na zbliżający się kryzys w końcu mamy za sobą już dobre 45 km. Te działania bezdyskusyjnie trzeba obfotografować i zdać relację na żywo. Zdjęcia powinny być w miarę ciemne i skupiające się na wykrzywionej w grymasie bólu twarzy, podpis zaś winien kończyć się wielokropkiem dając tym samym mocno do myślenia.

W pewnym momencie – czyli w okolicach półmetka lub tylko nieco dalej, kiedy już wyczekiwanie na odpowiedzi staje się dramatycznie nieznośne dla przyklejonych do ekranu obserwujących, wkracza faza druga – powrót kontuzji. Otóż ta nieznośna, irytująca ale zbagatelizowana sprawa wraca niczym złowieszczy bumerang króla aborygeńskich szamanów. Kolano, łękotka, achilles itp. stają się jednocześnie słowem, hasłem i niepokojącym zwiastunem zbliżającej się katastrofy. Jasne, że nie nastąpi ona od razu bo to zepsułoby efekt ale wiadomo, że jest nieunikniona i nie pomoże nawet garść rzuconych „walczy nadal”, „idzie jak czołg” czy „ból nic nie zmienia”. W pewnym momencie należy zejść i tu od razu wrzucić nieco międzynarodowe „ had to give up”, lakoczniczne „zszedł z trasy…” lub dla mega efektu nie wrzucać nic aż do następnego rana.

 

Alternatywnie, umierając całą drugą część ( bo ultras nie musi trenować ale musi cierpieć), przy asyście całej ekipy, która chyba wykonuje dwa razy większą robotę od nas, można ukończyć bieg jakieś 50% powyżej zakładanego czasu tym samym w ogóle nie realizując zakładanego planu. Wtedy oczywiście jest znacznie więcej roboty przy fejsie bo zmagania bohatera należy na bieżąco przekazywać teraz już umierającym ze zmartwienia znajomym i rodzinie koniecznie pamiętając o filmiku z pokonania mety w stylu w zasadzie zwycięzcy i efektownym przewróceniu się tuż za wielkim dmuchańcem.

 

NIE WYNIK SIĘ LICZY…

 

Robota zrobiona i już można się spokojnie usadowić w fotelu z lapkiem na kolanach. Relacja się napisze o ile będzie czas i wystarczająca ilość weny, żeby podkreślić dramatyzm całej ekspedycji i fakt, ze na szali w zasadzie było nasze życie, wrzuci się focie obolałych i poharatanych stóp i lajki będą spadać niczym bibilijny deszcz szarańczy bo oto narodził się bohater – dokonał lub prawie dokonał takiego niesamowitego wyczynu. Jak nikt.

 

Albo prawie nikt.

 

Szacun za walkę.

Posted in Artykuły | Tagged , , , , | Leave a comment

R2R2R – oblatywanie Wielkiego Kanionu

kilka godzin przed startem…

“Dwa najważniejsze dni w życiu człowieka, pierwszy to ten w którym się urodził, a drugi to ten w którym zrozumiał po co” Te słowa jakoś mi zapadły w głowie. Jest dużo cytatów które tak naprawdę potrafią nas mobilizować, dać do myślenia. Czasem potrzeba czasu aby coś sobie uświadomić, coś doświadczyć rozpoznać co jest dobre i co jest złe. Dziś są moje 30 urodziny, dla mnie najważniejsza data w całym roku kalendarzowym, dotychczas 80% moich urodzin spędzałem na imprezie może i miało to sens, teraz ciężko o tym myśleć, bo raczej żyje teraźniejszością i przyszłością. 1 kwietnia 2015 na pewno jednak zapamiętam do końca życia, niesamowite jest robić coś wyjątkowego, to takie spełnianie marzeń. Stawianie co raz większych celów.
Bieganie nie jest wszystkim, ale wszystko bez biegania nie jest niczym, bieganie kształtuje charakter, stajesz się bardziej świadomy życia, nie tylko dla wyników ale dla tych chwil które spędzisz na treningu w samotności czy z grupą znajomych. Nie ukrywam że uwielbiam biegać w terenie, górach lasach, czuć wtedy jak by się było jednością ze wszystkim, tak mogę tak powiedzieć bieganie jest dla mnie filozofią nie tylko sportem hobby. Podczas długiego biegania doświadczysz chwil zwątpienia walczysz z nimi, wszystko boli, każdy zmysł się wyostrza. Czujesz że żyjesz, zwyciężasz z wycieczeniem, ciało się regeneruje a to co doświadczy umysł zostaje. Oczywiście można poprzez to narazić na krytykę bo jednak wszystko dokoła zacznie się zmieniać, ale warto wspomnieć że każdy człowiek ma swój Wszechświat i nie każdy może się z nim zgodzić. Bieganie jest egoistyczne i to też niema co do wątpienia, jest to indywidualny sport. Wracając do moich urodzin dnia 1 kwietnia, postanowiłem poczuć wolność biegania niczym Indianie Nawaho, rano o godzinie 5:00 przed wschodem słońca znajdę się na krawędzi południowej Grand Canyon-u i wyruszę w dół aż do rzeki Colorado a następnie wbiegnę na północną cześć krawędzi, rozkoszując się widokiem jednego z 7 cudu świata i wrócę z powrotem na południową cześć, tak aby zdążyć na zachód słońca.
Całe moje 30 urodziny spędzę w samotności biegnąc urwiskami Grand Canyon-u przekraczając go podwójnie w poprzek, około 80km i 6000m podejść w górę i w dół, nazywa się to Rim to Rim to Rim potocznie R2R2R. Nie są to zawody kiedy goni cię czas, nie ma medalu, numeru startowego. Tylko jedna startuje jedna osoba wygrywa, nikt nie przegrywa. Start za 5 godzin

Przygotowanie…

    Przez długi czas zastanawiałem się co mam zabrać, ponad 80km w nieznanym dzikim terenie, bez punktów kontrolnych, których  możemy być przygotowani na ciepłe posiłki, czy zimna cole. Szlak Bright Angel Trail co prawda miał punkty odpoczynku, ale nie jest to okres sezonowy, woda była w 2 miejscach, o jedzeniu możemy zapomnieć. Tak wiec zaplanowałem to następująco 2 litrowy bukłak plus 2 bidony po 500ml. Na początku w bidonach miałem wodę witaminizowaną. 8 żeli GU, 2 galaretki energetyczne Clif, paczkę żelek Power Bar, 2 batony energetyczne, 2 kanapki z szynką. Oczywiście do tego zapas potasu, magnezu, tabletki przeciw bólowe. Dla bezpieczeństwa również bandaż elastyczny. Z odzieży ciepła bluza, czapka, rękawiczki, rano jest bardzo zimno, a po drugiej stronie Grand Canyon-u śnieg. Latarka czołowa petzl tikka + 110 lumenów, wszystko zapakowałem w plecak. Obuwie w jakich pobiegałem to NB Fresh Foam Trail. To zdecydowałem że wystarczy.

r2r2r…

    Stanąłem nad krawędzią patrząc w dół i zastanawiałem się ale będzie przygoda…
Start zaplanowałem na 5 rano ostatecznie wyruszyłem o 6:30, musiałem zobaczyć wschód słońca nad Canyon-em.
Pierwsze wrażanie jest niedopisania ta głębia przestrzeni po prostu przyciąga i budzi lekki lęk. Ruszyłem w dół szlakiem, który zawijał się we wszystkie możliwe strony. South Rim jest na wysokości 2100m npm, po drodze mijałem dwa punkty “Rest House” w których można odpocząć. Około 2,5 km oddalone od siebie. Jest to bardzo pomocne, takie punkty odniesienia wyznaczają mi mniejsze odcinki, a dają w całości trasę.
Jest bardzo stromo trzeba uważać, po 30 minutach już pozbyłem się bluzy czapki i rękawiczek, temperatura wraz ze słońcem zaczęła bardzo szybko iść do góry.
Kolejnym punktem był Indian Garden, tutaj uzupełniłem troszkę wody. Wszystko przebiegało tak jak zaplanowałem po około 2 godzinach, 17 km ujrzałem dno kanionu w którym płynie rzeka Kolorado.
Zaraz po tym za jednej z krawędzi skalnych którym prowadził szlak wyłoniła się karawana z osiołków, niczym z filmu o dzikim zachodzie. Nad rzeką kolorado przewieszony jest most który prowadzi do kolejnego punktu jaki obrałem “Phantom Renger Station” tutaj zamieszkiwały osiołki oraz jako coś bardziej cywilizowanego było lodowisko dla śmigłowców. To dla tych co jednak nie lubią na własnych nogach przebywać km hmm.
Kolejny dłuższy odcinek miał 11km tutaj zaczęły się problemy. Bardzo wysoka temperatura i duszno. Wodę piłem w dużych ilościach połowę z tego wylewałem na siebie. Skończyła się też jakaś tam cywilizacja (tak to mogę nazwać), nie spotkałem nikogo już na drodze, a wody zaczęło brakować. Zrobiło się nie za ciekawie zjadłem kanapkę przepijając wodą ze strumienia uzupełniłem bukłak i bidony, widząc że teraz czeka mnie coś bardzo ciężkiego podejście ponad 20km z 500m npm na ponad 2500m npm. Co jakiś czas przegryzałem żelkiem, słonce dawało coraz bardziej.
Dotarłem do Pump Hause Renger Station, z nadzieją że będzie tam woda, niestety nie było. Tutaj miałem chwile zawahania czy nie zawrócić. Na szczęście na tym punkcie była tablica szkolna.
Plus pojemnik z kredą i wiadomości pisane od innych osób. Jedna z nich zamieszczona kilka dni wcześniej informuje że jest woda na samej górze. Teraz tylko tam się dostać, podjąłem ryzyko podejścia z około 500ml wody na 3 godziny. To co przeżyłem w tym czasie to koszmar, na szczęście z góry zbiegały dwie biegaczki również chcące pokonać Grand Canynon z zapasem wody Lisa i Dionne, poratowały mnie wodą i dzięki temu szybciej wdrapałem się na górę. Ku mojej radości walnąłem się w śnieg, napiłem zimnej wody do oporu zjadłem kanapkę. Odpocząłem około 30 minut, energia wróciła. Wiedziałem że teraz będzie z górki ponad 25 km zbiegu. Tutaj załączyło się jednak bezpieczeństwo. Szlak z tej strony prowadził krawędzią, w połowie gigantycznej ściany, w dół ponad 300 metrów przepaść, a od góry?  Właśnie wyobraziłem sobie że jakieś kamienie mogą spaść. Tak więc zdjąłem słuchawki i w pełni skoncentrowany biegłem delikatnie na dół mijając wszystkie dotychczasowe punkty. Udało mi się, przed zmrokiem dotarłem do rzeki Colorado. Jedynie zrobiłem około 2-3 km więcej myląc ścieżki, mój błąd źle mapę odczytałem.  Zmęczenie dało się we znaki.

Teraz zaczęło się kolejne podejście 17km w górę. Zrobiło się ciemno odpaliłem czołówkę. Miałem wrażenie że wszystko dokoła się rusza i chce mnie zjeść. Od nietoperzy nadlatujących na czołówkę do dźwięków mi nieznanych w krzakach. Wdrapywałem się przy blasku księżyca gwiaździstym niebie, mogę przyznać że niebo nad Canyon-em jest piękne. Bardziej przejrzyste niż gdziekolwiek widziałem. W oddali gdzieś wysoko dostrzegłem migające światełko. Po około dwóch godzinach dogoniłem Lisa i Dionne które wcześniej poratowały mnie wodą i tak przez kolejne około 1,5 godziny wdrapywaliśmy się resztkami sił dotarliśmy w na samą górę. Mogę powiedzieć że udało mi się w moje 30 urodziny pokonać Grand Canyon, czy zrobił bym to drugi raz, na tą chwile nie. To niebyły zawody, to było coś bardziej ekstremalnego. Jesteś zdany na to jak zaplanujesz wszystko, jak poradzisz sobie z różnicą temperatury, wysokości. Najważniejsze jak poradzisz sobie z psychiką w takim miejscu. Całość zajęła mi około 17 godzin, 85km i 6000 przewyższeń
 Mariusz Wiela
Posted in Wyprawy | Tagged , , , , | Leave a comment

Dolomiti Sky Run – łomot bez szału

Każda impreza dla mnie ma jakiś numer przewodni. Numer w sensie utworu muzycznego z gatunku pop lub raczej rock gdyż wiadomo, iż ta druga odnoga muzyczna jest mi nieco bliższa. Stąd hymnem przewodnim Rzeźnika jest np. „Drive Home” z repertuaru Steven Wilson Band z nieprawdopodobnym solo Guthriego bo po prostu pięknie pasuje. A znienacka nieco, bo od popu stronię, pieśnią przewodnią Dolomiti Sky Run stało się „This Summer’s Gonna Hurt You Like a Motherfucker” i to bynajmniej nie ze względu na linię melodyczną.

Ale ja tu o pioseneczkach a miało być o biegu. Otóż o biegu nie będzie wiele bo wiele go nie było. Ale po kolei…

 

W poszukiwaniu letniego lania

 

Kiedy już się człowiek zdecyduje by ruszyć zadek gdzieś dalej w celu solidnego sponiewierania się i jeszcze chce za to płacić, dobrze by było (przynajmniej w moim przypadku), żeby cel tej podróży na w miarę długo zapadł w pamięć. Bo tak naprawdę płacąc za biegi nie płacimy tylko za przygotowanie trasy, opiekę, pakiety i inne duperele. Moim zdaniem płacimy głównie za wspomnienia. A te im intensywniejsze tym trwalsze.

 

Wiadomo, że wiadomo to organizatorom, więc częstokroć wabikiem na bieg jest zestaw liczb z którego stosunek tej przy km powinien być relatywnie niski to tej z +100km/8000+ brzmi lepiej niż 100km /3000+. Tropem tym idąc, tudzież z lekką rekomendacją Konrada, finalnie zrezygnowałem ze startu w jakiejś bałkańskiej wiosce i zdecydowałem się na Dolomiti Sky Run, który mimo wszech panujących internetów był równie tajemniczy jak Don Pedro z krainy Deszczowców. Jedyną, lakoniczną azaliż wielce intrygującą informacją było 130km/10500+.

Inaczej mówiąc: nie trza za daleko gonić żeby dostać srogo w dupę. Profil w miarę potwierdzał -więc zapłaciłem.

Impreza jakoś nie wywoływała we mnie takiego dreszczyku emocji jak rok temu Andora. Kto zaliczył tę drugą pewnie wie dlaczego – trudno ją przebić. Biegacz ze mnie żaden więc nie nastawiałem się na wynik a samo ukończenie trochę jakby przestało być atrakcją. Jednak było blisko i Dolomity są piękne więc…

 

Regolamento zawierało listę przykazań, w które trudno było uwierzyć. Jednym z nich, które zresztą całkowicie zignorowałem aż do przypomnienia Konrada – było EKG (!!!) NIGDY wcześniej tego nie robiłem ale jak to się mówi zawsze musi być ten pierwszy raz i już hop siup elegancko uwidoczniłem swój tors na kozetce fachowo łypiącej pielęgniarki. Przez chwilę zastanawiałem się jak i kto będzie sprawdzał ten wynik ale założyłem, że brać włoska ma swoje sposoby.

Skompletowawszy równie pro wyglądający zestaw ekwipunku obligatoryjnego i baczny wielu obostrzeń i gróźb typu ”co się stanie jeśli nie….” dziarsko wskoczyłem za kierownicę mojego Messerschmitta , który miał nas zawieźć do odległego o ok 906 kilometrów Belluno.

 

Jak we włoskim zegarku

Już od pierwszego dnia zawodów – czyli piątku rano, przypomniałem sobie, że Włochy to ojczyzna albo może jedna z wielu ojczyzn chilloutu w wersji hardcore.

Przy zapisach mianowicie była opcja transportu na start za opłatą 10 OJRO, którą niechybnie uiściłem chcąc ograniczyć przeżycie ultra li tylko do podróży na nogach. Przed zaokrętowaniem zastanawialiśmy się jaką metodę sprawdzania opłat obiorą miłośnicy pasty i choć część z nas pewnie obstawiała mocno zaawansowaną technologię rodem z NASA powoli stało się jasne, że na zupełnym luzie można było wydać te 10 Euro na wino poprzedniego wieczoru przy „aklimatyzacji”(choć może biorąc pod uwagę jak tanie jest tam wino mógłby to być zgubny w skutkach pomysł) bo oto ku kompletnemu zaskoczeniu i niedowierzaniu NIKT niczego nie sprawdzał. Podano nam tylko czas podróży – ok 2 godzin. I tu znowu niemałe zaskoczenie.

Nasze zegarki strasznie spieszyły. Przynajmniej w porównaniu do zegarka Pana Kierowcy bo jego 2 godziny w naszym systemie solarnym osiągały około 3 a nawet trochę więcej. Za to podróż miała parę zalet: wyspałem się jeszcze bardziej, zobaczyłem ładne miejsca (choć nie tak ładne jak paręnaście godzin później) i po raz pierwszy w życiu usłyszałem „This Summer…” zespołu Maroon 5 i proroczo zapadła mi ona w pamięć.

Odbiór pakietów to trzecia odsłona wyrażenia „być dokładny jak Włoch” bo zapowiadana drobiazgowa kontrola wyposażenia obowiązkowego albo odbyła się gdy byłem w letargu i jej nie pamiętam albo nie odbyła się wcale. Sam nie wiem ;)

Odprawa za to uświadomiła mi jak straszliwie ubogi jest język angielski w porównaniu do włoskiego gdy usłyszałem, że 15 minutowy elaborat Direttore Fabrizio (chyba) na temat pogody w tłumaczeniu brzmi „the weather on Friday, Saturday and Sunday will be good”.

No i proste: good to good.

AVANTI

Ruszylim jak rącze konie wyposzczone z w oddali majaczącymi dorodnymi klaczami bo i widoki były cudne. I tak po szczerości (a miszczu na odprawie podzielił trasę na 3 maratony) pierwszy maraton szału nie robił. Oczywka widoki zapierały itd., pierwsza dycha to 1000m + ale wciąż nie był to szał.

Konrad uprzejmie zdecydował się dotrzymać mi towarzystwa i nie pokazywać jak się naprawdę biega a mimo to i tak byliśmy gdzieś tam z przodu. Z jednej strony rozwiały się nasze wcześniejsze (a ugruntowane jakością odprawy i dokładnością sprawdzania sprzętu) obawy co do znakowania i wyżywienia na trasie – obie rzeczy były bardzo ok – z drugiej zaś coraz mocniej skłaniałem się ku obawom Kondzia, że tych 10500 przewyższenia na tej trasie nie wyjdzie. Mimo iż pisałem do orgów z prośbą o weryfikację – przewyższenie rosło ale nieco za wolno. Pierwsza część jednak była bardzo biegalna, ładna i w miarę bezproblemowa. Cisnęliśmy więc dalej.

Kiedy zdecydowaliśmy się biec razem opracowaliśmy plan pt. na początku turystycznie a po ok 86 km – czyli drugim przepaku – pociśniemy trochę mocniej. Troszkę te plany zweryfikował zawczasu Direttore a troszkę pogoda ale nie uprzedzajmy faktów.

Na pierwszym przepaku świeżutcy jak znany z reklam płyn do płukania prania, łyknąwszy brodo z pastą, pomknęliśmy dalej po lewej mijając światła Cortiny i jednocześnie pakując się w coraz stromsze i trudniejsze technicznie podejścia. Mieliśmy zamiar być na 2 przepaku czyli 86 km około 5.00 rano ale te przewidywania oparte były li tylko na pierwszej części, która jak mówił ( a okazywało się, że tu akurat był w miarę dokładny) Direttore, była zdecydowanie najłatwiejsza.

Tu już po Rifiugio Vazzoler pojawiły się interesujące ścieżki w piargach i śniegu oraz przeciekawe przejścia po głazach i podejścia pod super intrygujące leśne ścieżki. Dodatkowym elementem zabawy było to, że na jednym ze zbiegów wypuściłem się niesiony jak się zdaje przytłumieniem umysłowym związanym ze zmęczeniem i poleciałem o jeden km za daleko. Naturalnie nie słyszałem telefonu Konrada i musiałem dymać kaema pod kiepę a potem przez jakieś 8 następnych próbować go złapać. Udało się dopiero na przepaku na Passo Duran, który otwierał nam drogę do esencji całej tej wyprawy.

Dirretore sadico

 

Fabrizio czekał na właściwy moment kiedy wszyscy już są zmęczeni, nieco mniej czujni i w zasadzie chętniejsi do rezygnacji…. Dla efektu zrobiło się nieco cieplej. Znaczy się sporo cieplej czyli koło 30 st. może nawet więcej. Niby wysokość dobra bo wciąż ok 1400 ale mniej lasu a więcej ekspozycji. Woda też jakby zaczęła szybciej schodzić ( wyliczyłem, że na trasie wypiłem ok 20 litrów). Dodatkowymi elementami mającymi jak się zdaje uatrakcyjnić nieco tę podróż okazały się „nienudne” podłoże – tu cudowny masaż dla zmęczonych już stóp i ograniczone znakowanie dojścia do Rifiugio Pramperet – to zaś jako mentalna rozrywka z cyklu „poznaj mój kraj”. No ale kto widział Direttore wie o czym mówię – koleś, który beznamiętnym tonem opowiada o strasznie trudnej trasie musi być sadystą. Na szczęście gospodarz rifjiudźjo był mocno ogarnięty i świetnie mówił po angielsku lecz mimo namiotu chyba z deka za długo był na słońcu bo doszedł do wniosku, że podejścia owszem są z gatunktu hardkorowych ale za to zbiegi to bajka bo po skałach lepiej zbiegać (w sensie dla kolan) niż po jakimś tam tarmacu.

Tu nie mylił się jednak w części pierwszej – podejście było z gatunku „już widzę szczyt – o k…..a to dopiero początek”. Słońce dało nam popalić tak, że ratowaliśmy się wsadzając śnieg pod chusty żeby się topił. I robił to bardzo szybko lecz szybko też parował. Jeśli zaś chodzi o zbieg – hmm….. Nie wiem co oni palą, biorą albo wciągają. Tam się nie da zbiegać. Znaczy można coś tam imitować próbując nie skręcać co 5 metrów kostki lub zaciskać zęby i śmigać na dół kiedy się ma taniego dentystę. My coś tam przyspieszyliśmy ale nijak się to miało do planu „po 86 atakujemy”.

Na całe szczęście w jakiś dziwny sposób mniej nas męczył upał niż paru lokalsów i wkrótce zaczęliśmy się nieco przebijać. Nieco i żmudnie bo trasa pod względem podłoża i profilu coraz bardziej przypominała jakiś koszmarny trakt dla kozic i owiec. W pewnym momencie nawet Konrad zaczął używać słów mocno niecenzuralnych a o ile w moim przypadku to nic dziwnego, o tyle u niego to rzadkość i można to spokojnie traktować jako wyznacznik trudności trasy.

I tak po drodze mieliśmy kiepę na 900m+ na 3 km po to, żeby potem zbiegać jakieś 500m na 2km po ledwie nadkoszonej lub naddeptanej trawie gdzie jestem pewien NIE MA ścieżki. No i na sam już koniec, po kolejnej zabawnej wspinaczce zbieg ok 1500 m w dół na nieco ponad 10 km gdzie co raz to okazywało się, że kiedy już spadaliśmy teren ponownie niepostrzeżenie unosił się (czasami zresztą bardzo postrzeżenie) i tak męczył nas aż do samej mety. Tu już można było w miarę sprawnie biec ale moje odbite i wrzeszczące w agonii stopy nie pozwalały się cieszyć tym fragmentem. Dodatkowo jakoś znowu puścił przywodziciel lewej stopy i troszkę zacząłem człapać.

Jednak sprawnie mimo sporej omyłki w dystansie (ok 6km więcej) dotarliśmy na metę w objęcia (i tu nie robię sobie jaj) Direttore, który wręczył nam cudnie niebieskie medale. Bardziej co prawda wtedy ucieszył nas jego pomagiero, który dla odmiany wręczył nam po zimnym piwku, ale w sumie medal jest do dziś a piwko już się ulotniło ;)

 

Finalmente

 

Czy DSR to zabawa godna polecenia? I tak i nie. Nie jest to bieg bo nie da się biec całości. Taki teren. Choć w tych samych górach i nawet częściowo po tej samej trasie – znacznie odbiega od np. Lavaredo. Troszkę (???) kłamią z przewyższeniem bo wyszło nam 8447+ i 9266-

Sporo, ale wciąż daleko od obiecywanych 10500. Jednak szału nie było. Mimo tych pięknych widoków i wymagającej trasy nie mam takich motyli w brzuchu jakie do dziś czuję na sam dźwięk słowa Andorra. Legendy nie da się stworzyć samymi liczbami. Może trochę malkontencę i wybrzydzam ale wiem, że tam na pewno nie wrócę bo zabrałko tego czegoś i gdyby nie wspaniała kompania z którą tam byłem czyli Tomek, Tadziu i Konrad pewnie by mi się nie podobało.

 

Zwycięzca dobiegł w 21:42 my w 28 cośtam. Dało nam to 25 miejsce ale ja jestem zadowolony bo nie cisnęliśmy na zabój a i tak udało się być w tak zwanej czołówce.

Po zawodach Tadek napisał, że wzięło udział 250 osób a ukończyło tylko 138. Jeśli więc lubicie wyzwania, pastę, tanie wino i macie w sobie iskrę masochizmu – przyjeżdżajcie.

Posted in Relacje | Tagged , , , , , | Leave a comment

Idealny pomysł na urlop, czyli relacja z XXI Setki z HAKiem

Urlop to taki okres w życiu, kiedy mamy trochę więcej czasu na różne rzeczy. Na przykład pisanie relacji z jakiegoś biegu, albo w ogóle startowanie w nim. Wczoraj rano dobiegłem do mety najdłuższej (odległościowo) z moich dotychczasowych wycieczek. Jeśli to czytasz, prawdopodobnie też masz urlop i bardzo Ci się nudzi. Nie przestawaj, spróbuję opisać na chłodno jak wyglądała XXI Setka z HAKiem z punktu widzenia finiszera. Smacznego ;)
Nie od dziś wiadomo, że wymagam od siebie za dużo, za szybko. Ten typ tak ma. Ten typ bardzo chciał w końcu coś wygrać. Dlatego też postanowił po raz trzeci wziąć udział w najtańszym i najbliższym znanym mu rajdzie. Wyszło nieźle, choć nie wygrałem, ale po kolei.
Plan na piątek był piękny- spać do południa, potem nażreć się w’wodanów, pójść na start i zrobić co w mojej mocy. Nie udało się spać do południa. W ogóle niewiele udało się pospać, z przerwami i jakoś tak nieefektywnie, norma. Ale złej baletnicy… no, ju noł.
Jakoś koło 16. wciągnąłem na ramię torbę z rzeczami na przepak/metę, po drodze kupiłem jeszcze w Biedronce obowiązkowy atrybut ultrasa – butelkę Coli, po czym ruszyłem w stronę bazy rajdu. Po drodze spotkałem, pierwszy raz tego dnia, Marka Hermanowicza. Sto metrów później inny Marek pozdrawiał mnie klaksonem gdzieś w okolicach rynku. Krótka podróż a z tyloma znajomymi osobami można wejść w nieprzewidzianą interakcję :P

Docieram do bazy rajdu, gdzie wręczam obiecaną laurkę szanownej komendantce i czekam na Justynę, Kubę i Grześka, jako że Ci ostatni mają moje potwierdzenie ubezpieczenia, a bez tego nie mogłem się zarejestrować. Pół godziny później zostawiam torbę orgom i zapisany na wyjście o godzinie 19:24, wracam szybko na mieszkanie. Ostatni posiłek, pakowanie, analizowanie trasy… i rzecz najciekawsza – po zimowym międzysezoniu okazało się że system hydratacji w plecaku gdzieś zatracił swoją szczelność. Gdyby nie pożyczony softflask (dzięki Ivo!), byłoby krucho. Znaczy byłby bidon, ale w bidonie chlupie, a to wkurza. Szczególnie po 10h biegu.

Idąc na start w pełnym rynsztunku, nawet nie patrzę po ludziach. Wbijam skupiony wzrok w ziemię. Zapewne wyglądam dość dziwnie zważywszy na strój i osprzętowanie, przynajmniej dopóki nie biegnę. Po drodze mijam i pozdrawiam innych uczestników, z których większość żartuje że już wracam. Gdy dochodzę do bazy rajdu, szef trasy Radek naprawdę myśli że się wracam :D O wyznaczonej porze startuję tylko ja, chyba jako przedostatni. Właściwie to nie startuję o wyznaczonej porze, bo nie słyszę sędziego który daje mi sygnał do startu, przez co nieco się zagapiam. Szefowa Justyna żegna mnie okrzykiem, wybiła godzina zero, pora ruszać :)

No to ruszam, bez pasa HR, co jakiś czas mijając i pozdrawiając grupki niezłomnych piechurów. Na moście za Wyspą Bolko pierwszy raz zauważam Marka. Ja wiem że to egoistyczne i zasługuję na potępienie z takim myśleniem, ale już na długo przed Setką, nie znając listy uczestników, byłem przekonany że zajmiemy dwa czołowe miejsca. Może gdyby wyprzedziło mnie dziesięciu biegaczy, nauczyłbym się pokory. Pokory nauczyło mnie dwóch przeciwników tej nocy. Marek i dystans ;)

Starałem się jak mogłem, żeby nie zbliżać się na mniej niż te kilkaset metrów. Biegłem równo, komfortowo, ale tempem dużo wyższym niż zakładane. To był błąd. Fajnie że czułem się fajnie, ale nie myślałem o tym co będzie za 10h, więc trzymałem tempo 5:20-5:30 i parłem przed siebie, wyprzedzając (i konsekwentnie pozdrawiając) wszystkich niezłomnych. Dzięki nim nie musiałem patrzeć na mapę, co zwykle wybija z rytmu, spowalnia i takie tam.
Tuż za drugim punktem, jakoś po ćwiartce, na wejściu w las, doganiam Marka. Nie wiem kto jest bardziej zaskoczony tym faktem, ale wbrew pozorom nie wróży to dobrze. O ile na ten moment daje mi to prowadzenie, to oznacza też że biegnę zdecydowanie za szybko. Zadowolenie miesza się z obawami. No dobra, ciekawe ile z nim pociągnę.
Tempo narzucone przez mojego ówczesnego towarzysza podróży okazuje się jeszcze wyższe niż za czasów biegowej samotności. Czuję że mnie to zniszczy, że przede mną jeszcze długa droga i dużo cierpienia, a ja już teraz ładuję siły w utrzymanie prędkości z jaką nie śmigałem na żadnym spokojnym wybieganiu. W dodatku w lesie co rusz zatrzymujemy się przy słupkach żeby odczytywać numery, a pomiędzy nimi lecimy krótkie odcinki dość mocno, co wybija z rytmu. W zasadzie to Marek leci mocno, ja tylko próbuję się utrzymać. Wplatać interwały w ultra to trochę tak jakby przed strzeleniem sobie w łeb, strzelać sobie po kolei w każdą kończynę. Docieramy do PK3 (37km), gdzie zaczynam czuć uda (pozostałości po starcie w MP), co nie jest dobrym prognostykiem w 1/3 trasy. Obżeram się tam gorzką czekoladą i piję bardzo dużo wody. Z punktu ruszam kilka sekund za Markiem. Zastany i ociężały, próbując jeszcze odpisać na smsa, gubię koło i pozwalam zeszłorocznemu zwycięzcy wysunąć się daleko przede mnie. Trzymam tylko kontakt wzrokowy z jego czerwoną lampką. Przynajmniej przez chwilę, bo po jakimś czasie nie widzę już nic.

Nadzieja wraca tuż przed PK4, bo w oddali dostrzegam jakieś migotanie, ale nie wiem czy to czasem nie są światełka na punkcie. Docieram do płotu, w okolicach którego powinna stać leśniczówka, albo przynajmniej jej fundamenty. Nie ma leśniczówki, nie ma Marka, nie ma punktu. Lecę dalej, nie ma nic więc się cofam, szukam sędziów po okolicy, bez efektu. Dzwonię do każdego z nich, potem do Jusi. W tym momencie nadbiega Marek, który też ma problem z odnalezieniem punktu. Komendantka nakazuje skontaktować się z szefem trasy. Dzwonię do Radka, który przeprasza za zamieszanie i informuje nas że punkt dopiero jedzie na punkt. Czekamy więc na spóźnionych i nieco zagubionych sędziów, dajemy karty do podbicia i lecimy dalej, choć nie do końca pewni poprawności obranej drogi. Okazuje się że zrobiliśmy kółko i wróciliśmy na skrzyżowanie na którym byliśmy pół godziny wcześniej. Tam też dostrzegamy czołówkę trzeciego zawodnika. Nie czekając, ustalamy swoją pozycję i ruszamy do PK5. Marek natychmiast mi odjeżdża, ale po krótkiej chwili rozgrzewam zziębnięte czekaniem na sędziów mięśnie i łapię swój rytm i mocne tempo.

PK5 (ok. 60km) zaliczam bez historii, podobno „jakieś dwie minutki” za Markiem, co wciąż daje mi prowadzenie po odliczeniu startowego handicapu. Nawet dobrze się czuję jak na taki dystans. Wbiegam do Łambinowic i docieram do żywieniówki, gdzie głośnym przywitaniem budzę śpiących i pobudzam tych którzy spać by chcieli, ale nie mogą, bo w środku nocy ktoś na nich liczy. Uzupełniam wodę i zabieram żele, w międzyczasie szef trasy cyka mi zdjęcia na których jeszcze jakoś wyglądam. Justyna mówi kilka miłych słów na czele z „jakąś minutkę temu wybiegł” i częstuje mnie daktylami.

Teraz ta decydująca część. Bardzo ciężka, bo już zaczynam odczuwać trudy biegu… ale wciąż można nazwać to biegiem. W drodze do PK7 trochę się gubię, w międzyczasie zaczyna się przejaśniać. Chłopaki na punkcie informują mnie ile tracę do lidera i na czym polega zmiana trasy. Nie zapamiętuję nic poza „nie wchodzimy do Ogrodu” i „można wykreślić pierwszą linijkę z opisu trasy”. Lecę na czuja, wg mapy, nie sugerując się opisem. Zwalniam znacząco, ale wciąż coś tam truchtam. Pewnie przestałbym truchtać ale boję się że ktoś mnie goni. Po pewnym czasie chyba nawet wracam na właściwą trasę, którą docieram do Wydorowic. Tam, na terenie spółdzielni, skoro świt, szczeka na mnie pies. Ludzi brak, więc gdy ten sam pies szczeka 5 minut później, zaczynam wmawiać sobie że ktoś się zbliża i nie można teraz zwalniać.

I właśnie wtedy zwalniam. Ledwo truchtam przeuroczą, anglosaską ścieżką rowerową (zapewne super się tam jeździ i biega treningowo, chciałbym tam wrócić), w międzyczasie odpisując na motywujące smsy. To miłe, ale byłem już w stanie, w którym coraz więcej bodźców miałem w dupie. Chyba nawet fakt że ktoś mnie przegania, miałbym na tamten moment w dupie. W Grodźcu męczę się strasznie, ale dobiegam na rezerwie do PK8, gdzie sędzia mówi że dopiero co stracili z oczu Marka. Od tego momentu zaczyna się umieranie a kończy jakakolwiek przyjemność z biegania. Może dlatego że kończy się samo bieganie. Nawet marsz jest koślawy i bolesny; odliczam kroki, metry i kilometry do mety. Truchtam na odcinkach kilkunastometrowych, ale na twarzy mam wymalowane „czołg” (zamiast „zombie”).

No i czołg doczołgał się w bólach do PK9. Siadam na kamieniu, dostaję gorącą herbatę i znowu mówią do mnie „Pan”, nawet jak próbuję rozluźnić atmosferę żartami. Muszę wyglądać słabo i przez to staro jakoś. Wysypuję z butów wszelki syf, staję na nogi i ruszam w obawie przed utratą drugiej pozycji. Ktoś tu był 25 minut przede mną i chyba wiem kto, choć 25 minut to była już taka strata, która mówiła „nie masz co gonić, po prostu dobrnij”. Po jakimś kilometrze dociera do mnie że na „syf w butach”, składa się też syf w skarpetach. Siadam więc na ławce nad jakimś stawem i wysypuję piasek z iks-soksów. Stopy mam mocno zniszczone, choć baaardzo długo czuły się świetnie. Zresztą, nawet jakby czuły się świetnie do tego momentu, to właśnie czekało na nie coś magicznego. 200m przez jakieś pole, bez ścieżki. Kilka sekund człapania w skąpanej rosą polnej roślinności i w butach zaczynam słyszeć chlupanie wody. Teraz jest mi już wszystko jedno. W Goszczowicach ostatni raz się gubię, a faza zniszczenia jest już bardzo zaawansowana, jednak z czoła nie znika napis „czołg” i ogólny obraz determinacji w dotarciu do celu. Nie robiłem sobie selfie, po prostu czułem że tak w tym momencie mogłem wyglądać. Seria leśnych zakrętów i docieram do upragnionego bruku. Bruku, który kilka godzin wcześniej był zakończeniem etapu w miarę komfortowego i początkiem walki z samym sobą. Teraz oznaczał zakończenie tejże walki i kreślił ostatnią prostą do mety. Zaczynam truchtać, szczęśliwy że to już tutaj. 50m przed metą jacyś Setkowicze pytają mnie jeszcze o dalszą drogę, którą to wskazuję, co wymaga ode mnie zatrzymania się.

META

W końcu. Na gorąco daję dwa wywiady i pozuję do zdjęć, po czym nie bardzo wiem co ze sobą zrobić. Tzn wiem co chciałbym ze sobą zrobić, ale i tak tego nie robię. Nogi bolą i w ogóle. Krzątam się, odpisuję na smsy, próbuję się jakoś ogarnąć. W lodowatej fontannie doganiam swoje myśli i daję odpocząć zajechanym włóknom mięśniowym. To już koniec, zrobiłem co mogłem. Nie ustrzegłem się błędów (od samego startu) ale ważna jest ich świadomość i wyciąganie wniosków.

Co mi się podobało? Wartość oczyszczająca, jaką daje długotrwałe odczuwanie bólu i walka z organizmem, odległością, słabościami. Choć twierdzę, że to wysokie tempo mnie zabija, a nie dystans. Bardzo nakręcał mnie też klimat polowania/pościgu za liderem/zwał jak zwał ;) Co mi się nie podobało? To że ktoś okazał się lepszy… choć w pełni zasłużenie- brawo Mistrzu! Wiem co zrobiłem źle i postaram się poprawić, choć nawał gratulacji i klepania po plecach chwilowo odciąga te wszystkie analityczne rozkminy.

A, właśnie, jeśli czyta to ktoś kto mi gratulował, to wielkie dzięki, to bardzo miłe :)

Ja też gratuluję – każdemu kto w piątkowe popołudnie, zamiast zacząć weekend jak człowiek, z piwkiem, przy grillu, z niezrozumiałych powodów ruszył ze Studenckiego Centrum Kultury na długi spacer poza strefę komfortu, stawiając czoła własnym słabościom.

Ponadto Wielkie Dzięki dla przemiłej i przepomocnej Drużyny Organizatorów na czele z Justyną (mam szczęście do Justyn!) za świetną robotę i kolejną okazję do sprawdzenia swoich możliwości i niemożliwości. Podziękowania również dla Zwycięzcy (a pewnie to przeczyta, bo jest jedną z trzech osób we wszechświecie które przyznały się, że czytają tego bloga) za kompletne ściuchranie mnie i zmotywowanie do dalszej ciężkiej pracy.

Dziś bez chińskich przysłów. Przypomnę za to myśl przewodnią rajdu – tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono.Zgodnie z tym co pisałem po Setce dwa lata temu, dowiedziałem się o sobie czegoś więcej, choć prawdopodobnie funkcjonując (mhm, funkcjonując… :D) na tym samym progu odczuwania bólu.

Podsumowując: przybyłem, przebyłem… a na zwyciężanie jeszcze przyjdzie pora ;)

PS Drugi raz zajmuję drugie miejsce w jakimś biegu i drugi raz sponsorem nagrody jest Decathlon… cóż za dziwny zbieg okoliczności ;)

PS2 Dzień po tej Wielkiej Przygodzie nie umiem chodzić… ale umiem rejestrować się na kolejne zawody, co właśnie uczyniłem :D

fot. Radosław Pierzga, Justyna Jackiewicz, archiwum prywatne

http://www.movescount.com/moves/move62146419

Posted in Relacje | Tagged , , , , , | Leave a comment

Wielka Prehyba – nie tak łatwo

Jest takie stare, chińskie przysłowie – jesteś tak dobry, jak Twoje ostatnie sushi. Tak sobie swego czasu postanowiłem, że skoro chcę kiedyś być w czołówce, muszę regularnie sprawdzać ile mi do tej czołówki brakuje. Gdzie? Tam, gdzie czołówka się zjeżdża – na Mistrzostwach Polski.
Tak jak w zeszłym roku lądecki Złoty Maraton, tak w tym roku rangę krajowego czempionatu uzyskała Wielka Prehyba. Pierwotnie miałem zostać niepokornym mnichem, ale ostatecznie zapisałem się na dystans nieco krótszy. Bo ranga, ju noł. No i inna sprawa, na dwa tygodnie przed Setką nie chciałem się zajeżdżać czymś długim. A maraton to przecież takie tam hop siup, na jednym oddechu.
Głupi ja.
Przestaję lubić ten dystans. Fajnie brzmi, ale przestaję. Jest krótki, więc jest szybki, a ja nie jestem szybki. No ale dobra, kaprys nie wybiera, toteż pojechałem. Stęskniłem się za ściganiem, za górami, za klimatem zbiorowej pohasówki. Miało być dobrze, z głową, bez zjazdów.
Aa tam, nudno tak z głową ;)


***piątek, piąteczek, piątunio***
Po przybyciu, zakwaterowaniu i znalezieniu jakiegoś optymalnego punktu żywieniowego, wypadało się udać po pakiety startowe. Skromne co prawda, ale nie mam wielkich wymagań, więc nie marudzę. Fajnie znów zobaczyć kilka twarzy kojarzonych tylko z biegów. W ogóle fajnie zobaczyć tych wszystkich ludzi, społeczność górskich napieraczy, w pełnej gotowości przed ważnym startem. Czuć klimat, lubię to. Szybki powrót z pakietem na kwaterę i krótkie roztruchanie zastanych kopyt, oczywiście deptakiem nad Grajcarkiem. Po rozdaniu kilku wymuszonych uśmiechów lokalnej społeczności gimnazjalnej, udałem się wraz z towarzyszami podróży do Bazy na spotkanie z tzw. Elitą. Wyszło tak se, zabrakło babeczek (a mocne jak cholera te nasze góralki) i Bartka Gorczycy, ale plusik za samą próbę aranżacji takiego mitingu. Ludzi przybyło sporo, pytania też się pojawiły, ciekawy wstęp do rywalizacji.
Na powrocie odwiedziliśmy Bardzo Ciekawy Sklep z Piwem, gdzie oczywiście musieliśmy pozyskać zaopatrzenie. Wieczorem jakieś makarony i inne takie. Kilka łyków piwa na rozluźnienie napięcia przedstartowego i pora spać… a, nie spać, jeszcze rzeczy na rano przygotować. Jakąś godzinę później- spać ;)
***sobota, Dzień Próby***
No wiele tego snu nie było, ale co zrobić. Zebraliśmy się całą grupą i poszliśmy gdzieś tam hen, w okolice startu/mety. Tłoczno tu! Słonko grzeje, więc najdroższy na świecie worek na śmiecie (90-gramową kurtkę startową) zostawiam w moim żywym depozycie (podobnie jak bieliznę kompresyjną), a sam siłuję się z softflaskiem, bo pić się chce po rozgrzewce. I tak walczę z tym kondomem aż tu nagle bach, START. Cudowny system hydratacji upycham w pośpiechu do kieszonki w pasie i ruszam! Mocno, za mocno. Jak zwykle ;) Tętno ostro na 190, zakwas na dzień dobry i potem już piekło. Bardzo piekło. Żeby całej relacji nie zamknąć w trzech zdaniach, spróbuję swoje przeżywanie piekła nieco rozbudować. Tak żeby Was też zapiekło.
Dlaczego było ciężej niż na ultra? Bo tam niemoc jest relatywnie nieinwazyjna, bezbolesna. A tutaj tej niemocy towarzyszył ból. Ból zakwaszonych mięśni, które z płaczem błagały o zwolnienie tempa, a ja bardzo nie chciałem zwalniać. No i dupa generalnie. Jeszcze te pierwsze kilometry były do zniesienia, bo pod górę to każdy ma ciężko i nie tylko mnie boli, ale jak się wypłaszczyło a ja dalej byłem bez gazu, zrozumiałem że to już w zasadzie game over. Nienawidzę jak mnie wyprzedzają, a jak zrobiło się płasko- zaczęli mnie wyprzedzać. Jeszcze bardziej nienawidzę jak biegacze wyprzedzają mnie krokiem tak luźnym i lekkim, że ciężko po nich poznać jakikolwiek wysiłek. Wobec mojego oklapnięcia, było to bardzo frustrujące. Plus uślizgi na błocie, zapadanie się i rozjeżdżanie w śniegu, to wszystko spsuło mi nieco nastrój, co poskutkowało rozważaniem wycofu. Chciałem oddać numer na najbliższym przepaku, dotruchtać do mety na dziko i nie wstydzić się swojego miejsca. Chciałem to zrobić jak najszybciej, a pech chciał, że nie zauważyłem na swoim numerze startowym numeru telefonu dla wycofów. No właśnie, czy pech?
Drugi PK mnie dobił zupełnie. Myślałem że odżyję, a zatkało mnie potężnie. Na wyjściu z tej agrafki już nic nie miało sensu, gdzieś tam po drodze jeszcze pogubiłem się razem z Wiktorią i musiałem szybko odpalić track gps żebyśmy jakoś wrócili na właściwe tory. Bajdełej między pierwszym a drugim punktem, jakoś tak szybko mi się woda wyczerpała, więc dość nieprzyjemnie się odwodniłem. W tym miejscu ogromne dzięki dla dziewczyny która poratowała mnie na trasie liptonem :D –Nie mam wody, mam tylko lipton, a słyszałam że lipton jest zły… Ta, odwodniony maratończyk na pewno będzie wybrzydzał ;)
No ale dobra, gdzieś tam koło trzydziestki zacząłem w końcu odżywać. W końcu! Znaczy bolało dalej, ale przynajmniej dało się biec jakoś sensownie. I już mnie tak masowo nie łykali, więc generalnie okej. Po ostatnim peku jeszcze chwila truchtu żeby się uklepało to co wciągnąłem, a potem już ogień do mety. Na ostatnim zbiegu wreszcie zacząłem robić to, co zwykle robię na ostatnich zbiegach. Skurcze dwójek strasznie doskwierały, ale ten kawałek trzeba było przecierpieć. Końcówka po twardym przypomniała mi Chudego i Lądek – momentalne zwolnienie, spadek tempa, męczarnie, dramat. Także finisz jeszcze z lekką niepewnością, czy czasem mi ktoś zza pleców nie wyskoczy. Nie wyskoczył, więc z grymasem niezadowolenia, ale i cholerną wewnętrzną ulgą wpadam na metę i kończę ten niełatwy wyścig.


***wciąż sobota, ale już po imprezie***
Za dużo od siebie wymagam. Z drugiej strony – gdybym nie wymagał, nie miałbym celu. A cele są ambitne, choć chyba aż za bardzo. Wynik słaby, nie udało się utrzymać tendencji z zeszłego sezonu (choć akurat MP mi rok temu też średnio wyszły), ale mimo wszystko na mecie byłem szczęśliwy. Pewnie nie z wyniku, ale miałem inne powody. Od głupiej puszki Coli, poprzez krioterapię w Grajcarku (rzeczka w strefie mety – uwielbiam!) i piękną pogodę tego dnia, aż po świetne towarzystwo, ten rodzinny, biegowy klimat i pozytywnie spędzony weekend. Wszystkim zawodnikom gratuluję, a sam kończę lizać rany i szykuję się na kolejny trudny start. Stare, chińskie przysłowie mówi: gdy ciężko pracujesz, zasługujesz na dwie rzeczy: miskę ryżu i chwilę odpoczynku.
Teraz czas na to drugie, do zobaczenia na ścieżce ;)

Rafał Słociak

Posted in Relacje | Tagged , , , , | Leave a comment

SPRY – Czyli wyśrubowany minimalizm.

Pierwszą myślą jaka mi przyszła do głowy, kiedy zobaczyłam Spry było:

„ ale co w ogóle się w tym zmieści?”

(w sensie czy jest sens ubierać się w plecak, kiedy zawartość będę musiała nieść w rękach).

Faktycznie, są małe szanse że włożę doń całą zawartość mojej torebki … ;) -

Ale jeśli chodzi o wyposażenie na trening (który nie potrwa cały dzień),

lub zawody, gdzie motywem przewodnim nie jest – radź/jedz sobie sam–

to wszystko spokojnie się zabierze.

Przednie kieszenie:

Do lewej kieszonki zmieści się kurtka przeciwdeszczowa/bidon, a do prawej (podwójnej) kilka żeli / batonów, telefon .

Nieco wyżej są 2 kieszonki na coś drobnego (dobrego ;).

Kieszeń tylna:

Zamykana na magnes.

Aby zobrazować ile jest w stanie przyjąć:

 

Oprócz kawy, bardzo lubię też mojego kota. Przed pisaniem tej recenzji jeszcze się mieścił. Niestety w świątecznym wydaniu nie przejdzie :(

 

Co istotne – bukłak w Spry ma pojemność 1l – na krótkie odcinki to wystarcza. Ale kiedy potrzeba więcej wody, to jest opcja aby zabrać ze sobą np. bidon z rączką/ uchwytem.

Dla amatorów kawy (do których należę) polecam :

 

Taki żarcik. Wracając do tematu.

Nie lubię biegać w plecakach, przez ich ciężar, oraz fakt że odkąd pamiętam były problemy z ich dobrym umocowaniem – na zbiegach zawsze miałam wrażenie , jakby w tylnej kieszeni ukryty był karp bądź inna żywa ryba, pilnie chcąca do wody.

No jasne, jasne – powiecie. A teraz na pewno napiszę:

„ i wtedy pojawił się Spry i jej problemy zniknęły jak plama przy Vanishu”.

No cóż.

Trochę tak było.

Po pierwsze -

Co może być jego wadą, w moim przypadku jest zaletą – przez to że nie mieści zbyt dużo wody, to nawet po maksymalnym zapakowaniu jest lekki.

Z racji materiałów, z których jest zrobiony – to moja czapka waży chyba więcej.

Po drugie-

Z przodu dopasowuje się go za pomocą tylko jednego paska, i nie ma efektu ściskania brzucha podwójną/potrójną siecią a’la szynka babuni.

Ktoś pomyślał, i tak rozmieścił kieszenie, że ich ciężar rozkłada się równomiernie.

Po trzecie-

Nie posiada żadnych usztywnianych elementów. Zachowuje swoją formę, ale równocześnie doskonale się dopasowuje.

Porównanie jakie przyszło mi na myśl w związku z tym plecakiem:

https://www.youtube.com/watch?v=VqHSbMR_udo

Czyli jak powiedział Bruce – tak jak woda, dopasowuje się do naczynia, w którym się znajduje, tak Spry dopasowuje się do tego, na kim leży.

Mnie to wystarcza.

Julia Honkisz

Posted in Sprzęt | Tagged , , , , , , , , , , , | Leave a comment

Co to? Suunto. Ambit 3 Sport

 

Testy to testy i można do nich podejść wielorako. Każdy tam ma jakieś swoje widzimisia i woli co innego. Cieżko więc się oprzeć na jednej tylko opinii bo jak ktoś nie cierpi niebieskiego dajmy na to koloru, to na dzień dobry taki niebieski zegarek ma po prostu przesrane. Stąd nowy pomysł: a może tak testować z paru punktów widzenia? A może poprosić dwie lub nawet trzy osoby, żeby się troszkę pozastanawiały i podzieliły wrażeniami? Wypadkowa powinna być w miarę obiektywna bo gdzie kucharek sześć … a nie to nie o to : co trzy głowy to …

 

Tym razem padło na: seniora czyli mnie (głównie dlatego, że Jacek był zajęty ), stoickiego i wyważonego Kondzia i narwanego jak stado buhajów Jędrka. Ja badałem w Beskidach, Kondziu po lasach Jury a Jed w Taterkach. No to do roboty:

 

AKT I

 

W BESKIDZKICH ODMĘTACH

 

 

 

SCENA 1

 

O istocie rzeczy

 

Co powinien posiadać zegarek do ultra? W moim przekonaniu niewiele ale za to na sensownym poziomie. W końcu to zakup na parę lat i zazwyczaj spory wydatek.

Gdyby więc można było sobie zaprojektować taki zegarek marzeń to podzieliłbym te wymagania na dwie kategorie:

  1. NIEZBĘDNE
  • wytrzymała bateria (min 15-20 godzin)
  • wodoodporność
  • pomiar tempa średniego i chwilowego
  • pomiar dystansu ( odczyt co 1 s)
  • pomiar wysokości
  • pomiar przewyższenia
  • możliwość pokazania 4 informacji na raz
  • możliwość zaprojektowania interwałów wraz z dłuższymi przerwami np.:4x 200m z 1min przerwy potem 3 min i znowu 4x200m…
  • sygnalizacja wibracjami (np.. spadek tempa, kolejne km itp. -do ustawienia)
  • szybkie i łatwe zgrywanie danych (najlepiej „po kablu”)
  • śledzenie uprzednio wgranej trasy
  1. MILE WIDZIANE 
  • pomiar kadencji
  • pomiar tempa wznoszenia
  • alerty wysokości (np. co 100 m)
  • pomiar prędkości
  • możliwość ustawienia tempa docelowego ze wskazaniem jak bardzo za/przed jesteśmy
  • funkcja powrotu tą samą trasą  
  1. BEZSENSOWNE ŚMIECI
  • bluetooth
  • łaczenie z telefonem
  • przekazywanie smsów
  • pomiar basenów
  • tryb multisport
  • fazy księżyca
  • pływy
  • kalendarzyk małżeński
  • biorytmy i inne zapchajdziury

 

 

SCENA 2

 

Suunto u bram

Niektórzy zapewne skojarzą zestawienie „aktywny nadgarstek” z hmm .. ale to nieistotne gdyż/albowiem /iż to znani handlarze naręczy. Naręczy w sensie tego co na ręce a konkretnie na nadgarstku właśnie – czyli różnego rodzaju zegarkowej biegożuterii. No i tak sobie kminię,że może stąd właśnie wzięła się nazwa sklepu. Wiecie, że niby na nagdarstku coś aktywnego jest, nie i tam sobie działa i w ogóle, rozumiecie?

No, ale to nieważne, lecz ważne to, że to oni właśnie nam wysłali do testów zegarek. Na trzy tygodnie. I ja miałem pierwszy tydzień na zabawę.

 

Niebieski to mój absolutnie ulubiony kolor. Kiedyś ( jak już stanę się właścicielem jednej ze stacji benzynowych) dokonam transakcji handlowej z firmą Fuji Heavy Industries w wyniku której zanabędę moje absolutne marzenie motoryzacyjne: funkiel nówkę Subaru Imprezę STI w kolorze Blue Mica. Ale na tem chwilem musiałem się zachwycić kolorem Sunnciaka, którego drżacymi rękami wydobyłem z pudełka. Ze względów higienicznych Aktywne Nadgarstki wysłały mi zestaw bez paska HR ale i tak go nie używam więc mi to latało.

Jakiś czas temu miałem do dyspozycji Ambita 2 i pamiętam, że był ciężki, toporny i raczej ciężko zapinało się pasek ale za to wyglądał mega. Tu sprawy miały się inaczej. Zegarek był lekki, pasek mięciutki i bardzo łatwy w obsłudze ale poza firmami gdzie obowiązuje styl „casualowo -sportowy” nie wziąłbym go do pracy bo wygląda mocno odpustowo.

 

 

SCENA 2

 

Pierwszy dzień

 

Jak dla mnie liczy się dzień pierwszy bo zegarek ma być funkcjonalny. Nie szukałem więc instrukcji i nie miałem zamiaru się tym w ogóle zajmować. Chciałem sprawdzić czy Ambit3 Sport jest na tyle intuicyjny, że obędzie się bez dodatkowego fakultetu.

Nie mogłem się też oprzeć porównaniom do tego czego cały czas używam czyli Garmina 310XT więc wszędzie gdzie biegłem zabierałem oba i poza tym, że moja pozycja społeczna jako posiadacza DWÓCH zegarków z GPS w okolicy wzrosła miałem bezpośrednie przełożenie na funkcjonalność w praktyce.

Samo ustawienie zegarka – czyli wpisanie danych typu waga, wzrost, itp. było bardzo łatwe i intuicyjne. Równie gładko udało się przebrnąć przez gąszcz menu i w miarę szybko odnaleźć co włącza co , kiedy, jak i po co. W związku ty powyższym tego samego wieczora udałem się na rekonesans biegowy po którym czekał mnie lekko chłodny prysznic bo:

 

  • przy pierwszym włączeniu GPS poszukiwał sygnału ok 5 min ( później się to zmieniło) i już miałem lekko wyższe ciśnienie
  • przyzwyczajony do rozkładu pól w Garminie nie bardzo łapałem co się dzieje, jakie mam tempo jaki dystans, itp. i tylko maniakalnie przełączałem wszystko  
  • po powrocie okazało się, że mój komputer nie obsługuje jakiegoś tam Moveslink więc wystąpił problem ze zrzuceniem danych i nie dało się wrzucić na fejsa (mega foch)

 

Pierwszy dzień więc nie nastroił mnie super pozytywnie i gotowy byłem wysmażyć jadowicie negatywną recenzję w stylu „a za tyle kasy to ja….”, spakować Ambita i odesłać go nazajutrz. Na szczęście wsłuchawszy się przypadkowo w twórczość skądinąd nie najbliższej memu sercu Budki Suflera upewniłem się , że „ …po nocy przychodzi dzień…” i takoż niechybnie stało się i w Bielsku- Białej…

 

SCENA 3

 

AMBITniejsze jutro

 

Pewnie, że się zmieniło i z czasem (głównie w trakcie nudniejszych momentów w pracy) nauczyłem się czym , co i jak przełączać, gdzie patrzeć i jak zgrywać. Dość powiedzieć, że po paru dniach okazało się, że:

 

  • GPS odpala praktycznie od razu po włączeniu ( co odkryłem w szoku idąc rano do pracy)
  • Nie da się zmieniać układu pól na zegarku !!!!! MEGA MINUS – trzeba zegarek podłączyć do moves i babrać się z tym (kto ma na to czas???)
  • Po podłączeniu do lapka żony moveslink i wszystkie moves działają jak ta lala – można na luzie wrzucać na fejsa

 

Porównaniom z Garminem nie było końca i może ktoś tam uzna, że jestem nieco (hahaha) stronniczy ale w ogólnym rozrachunku wyszło mi tak:

 

  • Prezencja jest podobna – oba są plastikowe jak nie przymierzając blondi z wiejskiego disco. Nie są wieśniackie kiedy się w nich biega ale do pracy?? Hmmm, no dobra, z Suunto można bo ma zegarek i tak może funkcjonować ale nie jest to TAKI bajer jak Ambit 2 (czy pewnie wersja PEAK A3). Oczywiście nie jest to kryterium decydujące o zakupie zegarka do biegania ale niektórym może się podobać noszenie go cały czas.
  • Dokładność pomiaru – nie da się jednoznacznie określić który GPS jest dokładniejszy bo niby co ma być punktem odniesienia? Różnią się nieco ale nie ma to dramatycznego wpływu na jakość mojego życia więc mam to gdzieś: ważne że w obu widać jak daleko i jak szybko.
  • Użyteczne bajery: Suunciak ma np. pomiar kadencji a ponieważ akurat się na tym skupiałem – punkt dla niego bo Garmin tego nie posiada
  • Nie dałem rady ustawić w Ambicie treningu interwałowego bo wymagałoby to zagłebienia się w instrukcję a celowo tego nie robiłem. Łatwiej robi się to na Garminie – przynajmniej dla mnie. To najpewniej moja wina, ale w wolnym czasie raczej biegam a nie analizuję zawiłości ustawień więc z mojego punktu widzenia słabo.
  • Movescount i generalnie szybkość zgrywania danych to lata świetlne przed Garmin Connect. Najważniejsze jest to, ze „po kablu” bo niestety po doświadczeniach z ANT nie cierpię bezprzewodowych systemów.
  • Świetne prowadzenie po uprzednio wgranej trasie ( co mnie np. z powodów hmm zawodowo-organzatorskich bardzo się przydaje) i tu z powodu fatalnej jakości pracy Garmin Connect nie mogłem porównać.
  • Czytelność Movescount również oceniam wyżej niż Garmin Connect choć ponownie jest to subiektywneZrzuty z Movescount:
  • Zrzuty z Garmin Connect:

Nie będę podobnie zresztą jak koledzy zapuszczał się w meandry technikaliów, przytaczał technicznych specyfikacji i analizował czułości GPS. Chcieliśmy ten test przeprowadzić z poziomu użytkownika a wiadomo, że na papierze Lanos to sportowe auto. Postawiliśmy na wrażenia z użytkowania bo to właśnie nimi będą się kierować przyszli użytkownicy.

 

SCENA 4

 

Sąd (nie taki znów) ostateczny

 

Po tygodniu używania w górach i trochę na asfalcie myślę, że można sobie wyrobić opinię. I zanim posłałem go Kondziowi musiałem przysiąść i rozpisać za i przeciw. O dziwo, przy spokojnej, rzeczowej analizie wyszło mi, że urządzenie ma zdecydowanie więcej plusów niż minusów.

Z punktu widzenia biegacza do zalet zaliczyłbym:

 

  • niską wagę
  • przyjemny, miękki materiał paska
  • KOLOR !!!
  • szybkość wyszukiwania sygnału GPS
  • szybkość, jakość i łatwość zgrywania danych
  • przejrzystość serwisu Movescount
  • bardzo dobre prowadzenie po wcześniej wgranej trasie
  • używalność na co dzień jako normalny zegarek

 

Miałem tez parę wątpliwości i z najważniejszych wad wyróżniłbym:

 

  • brak możliwości edycji części parametrów z poziomu zegarka (np. pola danch)
  • jak dla mnie skomplikowane wpisywanie treningów interwałowych (w porównaniu do Garmina)
  • średnio czytelne małe pola (choć do środkowego nie mam zastrzeżeń)
  • plastikowy wygląd
  • w przypadku mojego komputera brak współpracy z Moveslink
  • jakaś nieprawdowopodobna ilość opcji multisportowych, które dla mnie są równie bezużyteczne jak omomierz

Podsumowując, Ambit 3 Sport to dobre urządzenie. Nie sprawdziłem niestety jak długo trzyma baterie naraz. Po pierwsze dlatego, że nie biegłem dłużej (czyli np. 15 h), po drugie dlatego, że używałem go jako zegarka a to też wyczerpuje baterie więc nie da się jednoznacznie określić na podstawie treningów jak długo wytrzymuje. Myślę jednak, że jeśli uda się osiągnąć zakładane 15 h to jest to wynik wystarczający na większość nawet 100km biegów.

Czy ja bym go kupił? Nie wiem. Jestem mocno uGarminiony i mimo oczywistych wad Connect chyba przy tym pozostanę. Nie jest to jednak uwarunkowane logiką a raczej (i tu wychodzi ze mnie kobieta???) odczuciami.

Ambit3 Sport kosztuje ok 1500 zł. Na pewno można znaleźć taniej i na pewno Aktywne Nadgrastki lubią negocjować. Czy to dużo? I tak i nie. Jeśli ktoś się naprawdę wkręcił w bieganie to nie ma o czym mówić – każda cena będzie dobra. A ponieważ nikt na razie nie zaproponował w sprzedaży zegarka z moich marzeń Ambit 3 Sport jest dobrym wyborem.

 

 

 

AKT II

 

W KRAINIE MINIMALIZMU

 

Otwieram pudełko i oczom moim ukazuje się niebieski niczym wiosenne niebo najnowsze dziecko ze stajni Suunto – Ambit 3. Pierwsze wrażenia? W sumie jest ładny, ale brakuje mi w nim jakiegoś pazura, nie przykuwa uwagi tak jak wcześniejsze wersje. Guma z którego jest zrobiony jest przyjemna w dotyku, mięciutki pasek bardzo ułatwia zakładanie zegarka, nawet w rękawiczkach. Fajnym patentem są dwie szlufki przez które przechodzi pasek, co zapobiega nagłemu rozpięciu się zegarka.

 

Instrukcji oczywiście nie czytałem, ale z obsługą nie ma problemów, poruszanie się po menu jest bardzo intuicyjne i nie sprawia trudności. Zaskoczyła mnie szybkość z jaką gps się uaktywnia, dosłownie kilka sekund i satelity są zlokalizowane. Duży plus.

Na wyświetlaczu można mieć w czasie treningu wiele parametrów, można śledzić praktycznie wszystko w konfiguracji jaką sobie tylko wymyślimy. Przełączanie też nie sprawia problemów, a po treningu mamy dostęp do przeróżnych statystyk, łącznie z sugerowanym czasem regeneracji.

Dane można zgrać do komputera i analizować na wiele sposobów przez Movescount czy aplikacje, które producent oferuje, szczerze to z tego nie korzystałem, po dniu pracy przed komputerem staram się nie włączać go w domu i zamiast gapić się w ekran i wykresy wolę poświęcić ten czas na trening, ale miłośnicy analiz i statystyk będą zadowoleni.

 

Zegarek ma funkcję łączenia z telefonem czy facebookiem. Pytanie tylko, czy podczas treningu czy zawodów to jest tak naprawdę potrzebne, dla mnie nie i uważam to za zbędny gadżet, ale jak ktoś lubi być w ciągłym kontakcie ze światem, to ta opcja z pewnością przypadnie mu do gustu.

 

Ambit 3 spodobał mi się, prosta obsługa, do tego bateria, która spokojnie większość ultra ogarnie, możliwość wyboru różnych dyscyplin, opcji jest naprawdę dużo. Jak dla mnie nawet za dużo, ale ja lubię proste rzeczy. Czy wszystkie dodatki są naprawdę potrzebne, to już zależy co kto potrzebuje.

 

AKT III

 

U KREWKICH GÓRALI

 

Nazwać to recenzją to na wyrost, raczej kilka uwag i spostrzeżeń całkowitego laika w kwestii zegarków sportowych z gpsem.

Do tej pory jedyne czego używałem podczas treningów, a raczej “treningów” był samsung solid i najtańszy polar, dlatego też nie do końca byłem przekonany czy dam radę ogarnąć tego Ambita.

SCENA 1

I stanął w mych drzwiach taki cały niebieski….

Pierwsze wrażenie po otwarciu pudełka to….ok o gustach sie nie dyskutuje :)

Nie będzie odkryciem żadnym że dyskutując i oceniając zegarki z rodziny Ambita trzeba to jakby rozdzielić na dwie płaszczyzny, sam zegarek oraz oprogramowanie Movescount.

Zegarek, a właściwie jego wyświetlacz jest skonstruowany według mnie genialnie, czytelnie, intuicyjnie i bardzo “schludnie”.

Movescount to narzędzie potęga, mnogość analiz, wyciągania najprzeróżniejszych cyferek, zestawień i informacji po każdym treningu jest powalająca, a przy tym przejrzysta i prosta, naprawdę świetne oprogramowanie i mając do tej pory styczność tylko ze strava i endo w wersjach darmowych to po prostu jak dwie rożne klasy.

I podkreślając to jeszcze raz przy tej mnogości i wielkim przeskoku, jak dla mnie, program intucyjny i praktycznie od strzała nie sprawiający trudności w orientacji.

SCENA 2

Love is blindness

 

To co przed założeniem i używaniem Ambita, wydawało mi się, że będzie dla mnie wielkim problemem, to kwestia konfigurowania go poprzez komputer i praktycznie niemożność zmian konfiguracji bez podłączenia do komputera. Ja używając całe życie polara, gdzie wszystko mogłem robić z poziomu zegarka, naprawdę upatrywałem to za wielką wadę.

Co dziwne, od pierwszego wybiegnięcia z Ambitem kompletnie mi to nie przeszkadzało, nie brakowało i nie brakuje mi możliwości ingerencji w ustawienia zegarka.

To na ile rożnych sposobów można sobie skonfigurować każdy trening z poziomu movescounta, daje tak szerokie możliwości ze niczego więcej nie potrzeba i przy tym znowu, jest szalenie intuicyjne, proste i robi się to praktycznie z automatu nie szukając w opcjach, nie kminiąc nie wkurzając się.

Podczas samych treningów jest dostęp do wielkiej ilości danych i informacji, czasem mam wrażenie że aż zbyt wielkiej ;) aczkolwiek dla mnie nowość móc śledzić na bieżąco prędkość, wysokość, tętno, dystans i milion innych rzeczy bo jak wspomniałem do tej pory używałem telefonu który leżał cały trening w plecaku, a dostęp miałem do polara który pokazywał tylko tętno i czas :) wiec dla mnie czad wielki

Używałem Ambita podczas biegania i dwa razy na fokach, wszystko bez zarzutu, nie gubi sygnału itp itd ale to już chyba pewien standard tej firmy, więc nie będę się wiele rozpisywał w tym temacie, podejrzewam że koledzy którzy testowali Go przed mną zrobią to o wiele lepiej niż ja.

Generalnie Suunto Ambit 3S zachwycił mnie bardzo, ale żeby nie było tak różowo to kilka moich spostrzeżeń in minus:

po pierwsze to waga, jak już wspomniałem, nie mam żadnego doświadczenia w tego typu urządzeniach, ale ten zegarek po prostu czuć na ręce, pewnie kwestia przyzwyczajenia, ale jest po prostu masywny

po drugie gps, jest czuły dokładny i łapie sygnał natychmiastowo, ale dlaczego nie mam możliwość ustawienia zegarka w taki sposób żeby zliczał mi sumę przewyższeń z treningu nie tylko przy taktowaniu gps’a co 1 sekundę, ale też przy taktowaniu co 5 sekund? Ja rozumiem że wtedy pomiar nie jest aż tak dokładny, ale z drugiej strony przy taktowaniu co 5 sekund bateria wytrzymuje dłużej, a za 1500zł chciałbym mieć możliwość wyboru czy wolę dokładniejszy gps i sumę przewyższeń kosztem krótszego trzymania baterii, czy wolę ciut mniej dokładny gps ale dalej z podsumowaniem sumy przewyższeń za to z dłużej trzymającą baterią. W S3 takiego wyboru nie mam, jak chcę sumę przewyższeń to mogę ją mieć tylko przy 1 sekundowym taktowaniu gps, trochę słabo.

po trzecie, nie jestem przekonany czy w tego typu zegarkach niezbędne są blututy i szereg innych bajerów o których nie mam nawet pojęcia ze ten zegarek ma ale gdzieś tam mi się o uszy obiły, ja i myślę ze cały szereg ultrasów wolałby nie mieć możliwości robienia zdjęć zegarkiem i wrzucania ich od razu na fejsa, a za to wolałby baterie trzymającą 30h bez konieczności płacenia za nią dwóch tysiaków ;)

Wygląd…ja wiem, tak, tak kwestia gustów, ale nie umiem sobie wyobrazić że ktoś powie iż S3 blue jest brzydki :D i nie zmieni tego nawet fakt że ostatnio na Markowych Szczawinach pewien znany ultras i nadzieja polskiego freeride’u narciarskiego, powiedział mi że kolor, który jest akurat moim ulubionym kolorem, jest babskim kolorem ;) :P Ten sunciok jest zajebisty, a ja dzięki uprzejmości i życzliwość pewnych ludzi stałem się jego szczęśliwym posiadaczem, dzięki panowie.

 

 

EPILOG

 

Dzień po wysłaniu Kondziowi Ambita trochę mi było żal, że mój aktywny nadgarstek nie jest już niebieski. Podejrzewam, że i Konrad przytuliłby go z ochotą choć przy jego minimalizmie pewnie biegałby swobodnie nawet z klepsydrą na szyi. Za to Jed ….

No właśnie chłop widzi na niebiesko więc od razu zakupił testowany egzemplarz i jestem przekonany, że dziś mierzy nawet dystans i przewyższenie jak schodzi po ziemniaki do piwnicy. Aż strach pomyśleć co będzie jak już w końcu dojdzie do tego jak przesyłać nam te istotne dane od razu przez swój telefon. No nic miłość nie wybiera …

Posted in Sprzęt | Tagged , , , , , | Leave a comment

Letecka Stovka – mega łomot na życzenie

 

Czasami inteligencją określa się zdolność kojarzenia faktów. Dotykasz gorącego- parzy- już nie dotykasz. Stworzenia mniej inteligentne dotkną wielokrotnie nie kojarząc, że to właśnie powoduje dyskomfort. Generalnie homo sapiens zalicza się do tych inteligentniejszych choć nie zawsze sprawa jest aż tak oczywista.

 

Letecka miała być sprawdzianem postępów według zasady mniej a sensowniej. Przestałem nabijać kilometry, a skupiłem się na technice, jakości, szybkości i sile. Wydawało mi się, że zakres ok 60-90 km tygodniowo powinien wystarczyć, żeby w miarę sprawnie pokonać 100km z rozsądnym przewyższeniem bo ok 3120 m. Zresztą czemu nie miałby się sprawdzić skoro w zeszłym roku przy pomocy Krzyśka Janika z powodzeniem pozwalał na ciągłe utrzymanie mocy nawet na Andorra Ultra Trail. Patrząc na zeszłoroczny wynik zwycięzcy ( a był to rok bez śniegu ) czyli ponad 13 godzin, wyszło, że mam szansę na pierwszą dziesiątkę a przy odrobinie szczęścia i właściwego użycia mózgu – pudło. Na mojej drugiej w życiu setce – 7 Dolinach miałem ponad 13 godzin ale było to dawno i bez właściwego treningu- na żywioł.

Analiza trasy i śladu zwycięzcy pokazała, że pierwsze 20km są płaskie i można napinać po 4:45…..

 

FAKT

 

Nie tak znowu dawno żeby zapomnieć bo w 2013 biegłem Sudecką chcąc jak najbardziej zbliżyć się do 10h. Wiadomo, na starcie są wszyscy: maratończycy, Ci, co lecą na 66 km i setkowicze. Problem w tym, że nie wiadomo, kto jest kim i w rezultacie można przypalić jak zresztą widać w tej relacji. Wniosek prosty: przypal na początku – będzie problem z kończeniem. Każdy by zauważył. Może poza mną.

 

Teoretycznie złamać dychę nie jest trudno – wystarczy każde 10 km pobiec poniżej godziny. Wiadomo jednak, że w teorii możliwe jest prawie wszystko. Najważniejsze zatem w strategii powinno być bezustanne kontrolowanie tempa i to nie, żeby mocniej cisnąć ale właśnie żeby mocniej nie cisnąć. W teorii oczywiście…

 

START

 

Letecka za 10 eurasów oferuje w zasadzie 4 pkt żywieniowe na trasie a w menu z napojów głównie herbata, woda , soki, kofola a z jedzenia chleb z surową cebulą lub quasi-nutellą rozsmarowaną nożem wcześniej użytym do krojenia cebuli właśnie, ciastka różnego rodzaju, trochę orzeszków i wreszcie kapuśniak. Szału nie ma ale też z głodu człowiek nie zemrze. Odprawa i start na sali gimnastycznej przy hali sportowej w Trencinie, miła atmosfera swojaków , spolećna fotka i już staliśmy na starcie przed bramą. Oczywiście nie ma mowy o czipach i innych badziewiach więc na trzy cztery ruszyliśmy. Postanowiłem trzymać się czoła i mimo że zegarek pokazywał średnie tempo w granicach 4:43 – 4:45 biegło mi się wyjątkowo miło. Droga wiodła trochę wałem przeciwpowodziowym trochę asfaltem i mimo że gdzieś tam w środku maleńki głosik mówił „zapłacisz za to” na wszystkie możliwe sposoby uzasadniałem sobie, że przecież dobrze trenowałem, że to nie za wysokie tempo i nie miałem zamiaru zwalniać. Wszystko szło świetnie i to tak, że a pierwszych dwóch kontrolach byliśmy przed orgami więc nie mam z nich wpisów. Cieszyłem się, że biegłem z innymi bo „bardzo dobrze oznaczona trasa” okazała się typowo oznaczoną trasą na warunki słowackie czyli czasami miałem rozkminę czy aby dobrze lecimy. Ale dopadliśmy K2 na 23 km gdzie byłem w 1:59 i napiłem się herbaty i nareszcie zaczęły się góry. Miałem nadzieję, ze tu będę mógł się wykazać bo na podejściach zawsze szło mi całkiem nieźle a dużo pracowałem nad zbiegami i szybkością i wyglądało na to, że praca się opłaciła. Jednak już po pokonaniu stoku narciarskiego, na który wylazłem jako pierwszy z grupy zacząłem odczuwać coś na kształt objawów kryzysu. Wciągnąłem żela i olałem. Jednak musiałem nieco zwolnić.

 

Niestety druga zasada, która zbagatelizowałem brzmi jedz i pij ZANIM ci się zachce bo jak się zachce najczęściej jest już za późno. Podejście pod Panską Javorinę było w zasadzie proste i w normalnych warunkach pewnie bym go pobiegł ale niestety warunki z mojego pkt widzenia pogarszały się. Do 30km jakoś jeszcze szło ale potem się zaczęło. Do Leteckiej myślałem, że najgorszy kryzys miałem w Andorze bo smęciłem ok godziny. Ale tu trzymało mnie ok 2!! I to tak, że praktycznie co 10 min musiałem usiąść lub przynajmniej przystanąć. Miałem lekkie zawroty głowy i trochę średnio widziałem co jest na zegarku. Tak czy siak na 30 km byłem po 2h 58min a na 35 po 4 godz 13min !!! Gdyby była taka opcja zrezygnowałbym ale Słowacy na biegach nie mają zabezpieczenia medycznego i nie zwożą z gór więc opcje były dwie: cisnę nadal lub siadam i płaczę. Na to drugie było mi za zimno więc poszedłem.

 

Jak to z kryzysami bywa i ten przeszedł zupełnie nagle i to na zbiegu więc mimo kolosalnej straty wciąż miałem nadzieję, że skoro ja kryzys mam już za sobą innych dopadnie później i może coś się uda nadrobić. Niestety przy kolejnym podejściu okazało się, że skutki uboczne szaleństw na początku to nie tylko odcinka ale i kompletnie skończone czwórki. W ogóle ale to w ogóle nie trzymały i nie niosły. Pojawił się więc problem bo w końcu był to bieg górski a te wyższe górki dopiero na nas czekały. Przy okazji choć udało się przegonić paru biegaczy parę razy udało się również zgubić bo albo nie było odblasków albo nie było szlaku. I nawet jeśli nie nadrobiłem jakiś kolosalnych kilometrów ( finalnie ledwie 3) to czasowo była to katastrofa. Do tego wszystkiego doszły nagłe sensacje żołądkowe więc kiedy znów minęła mnie spora paczka czyli w zasadzie ok 60 km zmieniłem nastawienie.

 

INTERWENCJA KRYZYSOWA

 

Od tego momentu wiadomo już było, że na wynik nie ma co liczyć i trzeba się cieszyć drogą. Kłopot w tym, że powoleńku znowu zaczynał się kryzys a czwórki już zupełnie się do niczego nie nadawały. Postanowiłem więc przeprowadzić mały eksperyment i maksymalnie skupić się na kryzysie i na tym jak w nim funkcjonuję, w jaki sposób najlepiej z niego wyjść i jak dalej cisnąć teoretycznie nie mając już mocy. Nie odpuściłem jednak całkowicie i w miarę możliwości ścigałem się z tymi, których jeszcze udało się złapać. I tak odcięło mnie na podejściu pod Inovec – czyli najwyższy szczyt trasy 1042m n.p.m. głównie z powodu kombinacji zmrożonego śniegu rozjeżdżonego przez jakiegoś amatora off roadu, rozwalonych czworogłowych, i czterech w miarę ostrych podejść tuż przed samym Inovcem. W związku z tym przewagę wypracowaną zbieganiem i wybieganiem ze Sport Chaty zacząłem powoli tracić i w okolicach Inovca właśnie doszło mnie dwóch jegomościów. Jakoś dziwnie jednak zbiegi pozwalały mi odżywać i uciekłem im ponownie i to tak, że już do końca mnie nie złapali. Może uciekłem to za dużo powiedziane bo czasownik „uciekać” niesie ze sobą jakiś wymiar dynamiki a tej było niewiele. Dość powiedzieć, że poruszałem się szybciej i to już do samej mety.

Zauważyłem, że skupiając się na samym kryzysie łagodzę jego skutki ale bardziej w sensie psychologicznym. Siły jak nie było tak nie było, mięśnie nadal nie słuchały ale być może poprzez pogodzenie się ze stanem rzeczy a nie jak poprzednio przez bezustanną wewnętrzną złość i walkę z samym sobą udawało mi się iść naprzód. Zauważyłem też że  żele się już nie sprawdzają (może dlatego, że już dawno ich nie używałem). Najlepiej z tego wszystkiego podeszła mi kanapka z nutellą o posmaku cebuli oraz paczka Chia Charge (choć właziły w zęby jak wściekłe). Więc samo też zapobieganie kryzysowi musi się opierać na czymś innym niż żele właśnie.

 
WNIOSKI

 

Ciężko jest jednoznacznie określić co się właściwie stało. Naturalnie, najpierwszym odruchem jest powiedzieć :przypaliłem na początku i stąd taki wynik. Cukier zszedł do zera nie uzupełniony na czas, prędkość biegu mimo samopoczucia była za wysoka i organizm odmówił współpracy. Oczywiście, gdyby lecieć na 5:00 początek to podejrzewam, że strata byłaby niewielka a zaoszczędzone siły wystarczyłyby na o wiele dłużej. Zwycięzca miał na mecie 12:25 a to nie jest super szałowy wynik. U nas na 7 dolinach sporo ludzi łamie 10 g. Najbardziej drażni i zastanawia kompletna masakra mięśni czworogłowych bo to z kolei przekłada się na nieudolność w górach. Pewnie trzeba będzie nad nimi popracować.

Nie jestem w stanie również jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie czy wyłączenie naprawdę długich wybiegań w weekendy przyniosło dobre czy złe rezultaty. Z jednej strony zawsze była świeżość do treningu ale z drugiej myślę sobie, że jednak raz na jakiś czas polecieć 50km nie zaszkodzi. Jednak ultra (zwłaszcza jak ktoś chce startować częściej niż 3 razy w roku) to również przyzwyczajenie organizmu do sporego wysiłku i może taka ma być rola tych długawych wycieczek biegowych.

Najważniejszym jednak wnioskiem jest: należy używać mózgownicy i korzystać z wniosków wypracowanych na poprzednich biegach bo inaczej czeka łomot.

 

Co do Leteckiej Stovki to po pierwsze góry są piękne ale zobaczyć je można dopiero nad ranem i to jak się ktoś nie spieszy bo Ci z czołówki to za dużo nie obejrzeli a szkoda. Po drugie jest jednak sporo asfaltu i to może zniechęcać ale z drugiej strony dla typowych biegaczy (a nie podchadzaczy) jest to zaleta bo można nieźle przycisnąć jak się ma z czego. Po trzecie trzeba pamiętać, że to jednak zupełnie niekomercyjna impreza i nie ma co liczyć na super wypas na punktach czy zawodowe oznakowanie jeśli komuś to nie pasuje to trudno. Za to atmosfera jak zawsze świetna i moim zdaniem warto choć raz zasmakować.

 

PS

Zdjęć nie ma bo byłem zbyt w… zły żeby robić ;)

 

Posted in Relacje | Tagged , , , , | Leave a comment

Weź to na bary-jak wybrac plecak do biegania-cz2

 

Wiemy już, że to nieuchronne i jakiś plecak musi się znaleźć w naszej szafie. I wtedy właśnie pojawia się problem: CO WYBRAĆ?

 

Plecak biegowy to obecnie już w zasadzie sztuka sama w sobie. Całe sztaby projektantów, testerów, biegaczy i konsultantów tworzą, zmieniają, ulepszają, sprawdzają. Dzisiejsze plecaki muszą być jednocześnie lekkie i wytrzymałe, małe i pojemne, odporne i oddychające. Do tego jeszcze większa armia speców od marketingu dwoi się i troi żeby przekonać biegaczy, że to właśnie ich produkt jest tym, który absolutnie muszą mieć. Jak więc wybrać ten jeden jedyny?

 

Jak zawsze w wyborze ważne są trzy aspekty: CENA, FUNKCJONALNOŚĆ i JAKOŚĆ. Zazwyczaj rozmowy zaczyna się od tego pierwszego:

 

I. CENA

 

Ceny plecaków z wyższej półki często sięgają przedziału 500-700 zł. Te średnie można złapać już za ok 200 -400 zł a te najprostsze to wydatek mniej więcej 100 zł. W rozmowach z biegaczami często słychać argument, że to TYLKO plecak i nie ma sensu na niego wydawać dużej kasy. Naturalnie nie są to ceny normalne. W krajach nieco bardziej rozwiniętych ale z inną walutą te cenniki są znacznie niższe bo waluta mocniejsza ale i zarobki lepsze. Gdyby plecak do biegania kosztował 600 Euro jestem przekonany, że nikt lub niewiele osób by go kupiło. Niestety mieszkamy gdzie mieszkamy i nic się na to nie poradzi.

 

Ważne jest jednak skąd taka cena i czy warto tyle dać?

W przewijających się co rusz w internecie dyskusjach na temat czy warto czy nie warto pojawiają się głównie dwa argumenty: ze to tylko kawałek szmaty oraz że kiedyś się dało bez tej technologii to teraz też.

O ile z tym drugim argumentem można by się było zgodzić (choć wtedy konsekwentnie należałoby chodzić pieszo i wyrzucić komputer bo kiedyś ludzie nie mieli samochodów a dla rozrywki grali w cymbergaja) o tyle ten pierwszy to zupełna pomyłka. Cena plecaka to nie tylko koszt „szmaty” ale i koszt jej opracowania , czasami lat badań i wielu wielu prób i testów. A to wszystko po to by „kawałek szmaty” nie obtarł, nie barwił, nie uczulał, był jak najlżejszy i oddychał na tyle na ile to możliwe jednocześnie mogąc unieść wszystko co potrzebne na uteembe i to nie raz ale wiele wiele razy. Płacąc za plecak z wysokiej półki płacicie za technologię i pomysł. Służy ona zwiększeniu komfortu a co za tym idzie polepszeniu wyników Wiadomo, że 500 zł to niemały koszt ale ile dajecie za buty, a co ważniejsze jak często je musicie zmieniać? Plecak dobrej jakości będzie z Wami na pewno parę sezonów. To czy potrzebujecie akurat najdroższy model to kwestia ile i czego biegacie (patrz część 1) oraz co Wam pasuje bo nie każdy najdroższy model musi się z Wami zgrać.

Nie namawiam tutaj by kupować tylko te najdroższe bo w innych się nie da biegać ale kwestia ceny w moim przekonaniu nie powinna być najważniejszym kryterium. Należy więc najpierw ustalić ceny paru modeli, które wpadły w oko a następnie zweryfikować budżet.

 

II. FUNKCJONALNOŚĆ

 

Plecak do biegania ma przede wszystkim służyć biegaczowi czyli spełniać określone funkcje w określony sposób niekoniecznie w takiej kolejności:

 

  • niska waga
  • pojemność (przynajmniej na to, czego minimalnie wymaga organizator biegu lub co będzie potrzebne na samotnej wyprawie
  • spora ilość łatwo dostępnych schowków, kieszonek itp.
  • kompatybilność z bidonami/bukłakiem
  • wytrzymałość
  • materiały, które są jednocześnie miłe w dotyku, nie powodują otarć oraz w miarę możliwości pozwalają skórze swobodnie oddychać

 

Sztuka wyboru plecaka to między innymi umiejętność odpowiedzenia sobie na parę pytań i zastanowienia się, które funkcje są nam naprawdę potrzebne, a które to tylko marketingowe fajerwerki. Ale po kolei.

Plecak to moim zdaniem po butach druga najważniejsza część wyposażenia mogąca znacznie zwiększyć/zmniejszyć komfort zawodnika na trasie dlatego podobnie jak buty TRZEBA GO PRZYMIERZYĆ.

Oczywiście! – śmieje się pewnie większość z Was i po wejściu do sklepu wkładają na plecy kupę sprzętu po czym płacą i wychodzą. Niestety to, co pasuje w sklepie nie zawsze sprawdzi się na szlaku i choć nie ma możliwości sprawdzenia towaru na szlaku – można znacznie zwiększyć szanse akcji „siedzi w sklepie siedzi na szlaku” stosując parę prostych zasad:

 

  1. Mierzymy z obciążeniem .Pusty i nieobciążony niczym plecak nie powie nam nic o tym co się z nim stanie po załadowaniu. Z reguły już sam bukłak ma 2L a to 2 kg ciężaru. Dołóżcie parę innych rzeczy i można spokojnie dojść do 6kg. Niby niedużo, ale to właśnie na tym polega rola plecaka biegowego, że ma być możliwie jak najbardziej komfortowy OBCIĄŻONY. Wiadomo, że nikt nie pozwoli Wam napełnić bukłaka, ale kurtkę, polar czy cokolwiek na pewno będzie można włożyć. Dopiero wtedy macie szanse sprawdzić co on potrafi.
  2. Dopasowujemy.Po pierwsze trzeba sprawdzić czy ma rozmiary i czy nasz akurat jest. Niektóre z plecaków/kamizelek szytych jest na wąskie ramiona i jeśli macie posturę bliższą Arnolda mogą nie pasować. Po drugie zwróćcie uwagę na możliwości regulacji. Wiele produktów ma liczne paski, gumy itp. służące maksymalnej regulacji i dopasowaniu do użytkownika. Wszystko musi grać od razu.

    Nigdy nie wierzymy na słowo sprzedawcy. Znacie tekst o butach że „trzeba je rozchodzić?” to bzdura. Plecak musi pasować idealnie już w sklepie (oczywiście z poprawką na pkt1) i musi się dać łatwo wyregulować. Jeśli kombinacji jest zbyt wiele lub nic nie dają – zostawiamy.

  3. DotykamyMateriały z którego wykonany jest plecak to gwarancja sukcesu lub klapy. Jeśli poczujecie, że cokolwiek jest za twarde, za blisko szyi, za bardzo ciśnie , itp. już w sklepie – możecie być pewni, że odczujecie na szlaku już znacznie intensywniej. Sprawdźcie klamerki, sprzączki, paski, zapinki, zamki itp. Nie mogą mieć kontaktu z ciałem bo to potencjalnie oznacza tylko kłopoty. Sprawdźcie czy materiał oddycha najlepiej po prostu dmuchając przez materiał – im łatwiej pójdzie tym lepsze będą właściwości.

Już te trzy podstawowe zasady pozwolą dobrze sprawdzić plecak i mieć w miarę pewność, ze zakup będzie cieszył. Teraz czas na detale.

 

Innowacyjność projektantów sprzętu prawie nie ma granic ale nie zawsze jest to absolutnie potrzebne. Kiedy już jednak wydajemy pieniądze to trzeba się zastanowić czy te udogodnienia się przydadzą i czy będą odpowiadać naszym wymaganiom

 

KIESZONKI – tych jest z reguły sporo i są bardzo przydatne jednak trzeba sprawdzić czy:

  • są dla nas łatwo dostępne ( nie wszyscy tak samo łatwo sięgają do tyłu)
  • są wystarczająco pojemne ( trzeba zabrać żel/baton/telefon /aparat/ bidon i zobaczyć czy się zmieści)
  • są regulowane – żeby się potem nie okazało, że wszystko w nich goni , dzwoni i generalnie irytuje
  • są rozciągliwe – więcej wejdzie i nie będzie przeszkadzać
  • są nieprzemakalne / potoodporne – żeby coś ważnego nie zamokło – ewentualnie, żeby pamiętać by tam nie wkładać

UCHWYTY na różnego rodzaju gadżety i wyposażenie

  • na kije – czy pomieszczą składane „na trzy” czy tylko teleskopowe i czy łatwo je będzie zdjąć/przytroczyć
  • na wąż od bukłaka – czy jest zaczep, czy jest miejsce na poprowadzenie tak, by nie dyndał całą drogę
  • na bidon – czy łatwo się go wkłada/wyjmuje, czy ma zaczep na dzióbek

REGULACJE – różnego rodzaju dodatkowe paski, gumy, zaczepy , kompresje, ściągacze – czy działają płynnie, czy ich regulacja wymaga użycia dwóch rąk, czy wymagają sporo siły, czy trzymanie jest pewne

 

 

III. JAKOŚĆ

 

Nie jest tajemnicą, że za jakość się płaci. Oznacza to , lub powinno oznaczać, nie tylko design i użyteczność ale i długość użytkowania. Ktoś, kto płaci 600zł za „kawałek szmaty” oczekuje, że ten kawałek trochę z nim pobędzie. Tylko jak to sprawdzić? Niestety nie ma pewnego triku, można jedynie potencjalnie określić czy sprzęt ma szansę się rozlecieć czy nie.

 

Pierwszy sposób nie wymaga wychodzenia z domu – starczy internet. Tyle, że i tu trzeba zachować rozsądek. Opinie internautów niestety zbyt często ocierają się o ekstrema. Z jednej strony niektórzy blogerzy uszczęśliwieni, że oto mają za darmo sprzęt do testowania piszą o nim w samych superlatywach, z drugiej rozczarowani klienci wieszają na producencie ostatnie psy bo sprzęt zawiódł – częstokroć z ich winy. Internetowe poszukiwanie ma Wam wskazać ewentualne punkty zapalne jeśli takie są i sposób w jaki producent się do nich odniósł.

 

Drugi sposób jest bardziej bezpośredni ale też nie tak pewny. Podczas mierzenia należy dokładnie obejrzeć miejsca szwów, łączeń i wykończenia. Jeśli już w sklepie coś się rozchodzi, widać nitki, części do siebie nie pasują – możemy mieć pewność, że nadchodzą kłopoty.

 

 

 

Nie spieszcie się z kupnem, nie podążajcie za trendami, nie kupujcie tylko dlatego, że ma je wasz ulubiony biegacz. Sama marka nie gwarantuje,że produkt Wam podejdzie nawet jeśli jest z najwyższej półki choć firmy jak Salomon, Ultraspire, Inov8, Nathan czy Ultimate Direction to raczej pewny strzał.

Powoli oglądajcie towar i najlepiej wyłączcie fonię sprzedawcy.

Tu znowu odwołuję do części pierwszej artykułu gdzie pisałem o tym czy w ogóle warto mieć plecak i do czego. Precyzyjne określenie potrzeb pozwoli oszczędzić pieniądze i uniknąć rozczarowań. Kupowanie Ferrari „po bułki” tylko dlatego, że może kiedyś pojedziemy na autostradę do Niemiec nie ma wielkiego sensu jeśli oczywiście nie chodzi o lans ale o tym niestety nie mam pojęcia.

Posted in Porady | Tagged , , , , , | Leave a comment

Asfaltowe szuranie

Zostałem poproszony przez kolegę, abym podzielił się swoimi doświadczeniami w biegu ultra po asfalcie. W tym artykule napiszę więc wyłącznie o własnych doświadczeniach i obserwacjach, które rozpocząłem od maratońskiego debiutu w marcu 2011 roku. Na swoim koncie mam już 9 maratonów i 11 biegów ultra na ulicy.
Pomimo tego, że bardzo lubię góry i staram się je odwiedzać co roku, aby mocno potrenować na wiosnę, to do tej pory mam na swoim koncie tylko jeden bieg górski na dystnasie 50 km. Tak się składa, że lubię biegać, a wszystkie zawody rozgrywane w górach ze względu na ukształtowanie terenu sprowadzają się do tego, że pewne odcinki jednak „nie” biegniemy. Pewnie dlatego na tym etapie mojego życia jestem typowym „asfaltem”. Lubię biegać, a ponieważ nie jestem, aż tak szybki to skoncentrowałem się na biegach ultra. Moja główna konkurencja to 100 km i wszystkie moje przygotowania ukierunkowane są pod relatywnie szybkie bieganie po asfalcie. Piszę relatywnie, bo dla jednego z nas tempo biegu 4:50 min/km jest jak chodzenie, a dla innych mocny drugi zakres. Nie oznacza to, że biegam tylko po ulicach. Jestem częstym bywalcem w górach, gdzie pracuję nad siłą biegową, jak również nie są mi obce akcenty szybkościowe na stadionie. Wymaga tego specyfika biegów płaskich, gdzie poza wytrzymałością liczy się również szybkość, równe tempo i inne elementy nie koniecznie biegowe.
Mój typowy tydzień to 2 akcenty szybkościowe (jeden na stadionie, a drugi na ulicy), do tego siła biegowa (podbiegi lub schody), a to wszystko przeplatane jest rozbieganiami i długimi wybieganiami. To tyle jeśli chodzi o stronę biegową. Jest jeszcze cała masa innych ćwiczeń, których zadaniem jest wzmocnienie innych mięśni. Rozciąganie, plank, brzuszki, ćwiczenia z taśmami, piłką rehabilitacyjną, siłownia to wszystko stanowi uzupełnienie „klepania” kilometrów. Wracając jednak do biegania to, muszę powiedzieć, że staram się nie zamulać nóg, dlatego praktycznie wszystkie moje treningi oscylują w okolicach 5 min/km lub szybciej. Ograniczam też przerwy między treningami, aby zmusić się do wysiłku na dość dużym obciążeniu i zmęczeniu, dlatego od jakiegoś czasu trenuję 2 razy dziennie (4 – 5 dni w tygodniu). Zazwyczaj rano robię spokojne rozbieganie, a zaplanowane akcenty wieczorami. Taki układ pozwala mi na robienie dość dużego przebiegu, który potrzebny jest mi w budowaniu wytrzymałości, przystosowaniu mięśni do większego wysiłku. Jednym słowem trenuję na dość dużym zmęczeniu (szczególnie w okresie zimowym), a do tego treningi mam tak ustawione, że nie kolidują z moją pracą. Muszę jedynie wcześnie wstać i wracam dość późno. Mój typowy tydzień to 150 – 220 km (choć zdarzały się i większe przebiegi w najbardziej intensywnym okresie przygotowań).

Foto: po jednym z treningów
Zanim jednak zacznę bardziej szczegółowo opisywać dni treningowe, chcę zwrócić waszą uwagę na sprzęt biegowy. Jak to ładnie wszyscy mówią bieganie to najłatwiejsza i najtańsza forma uprawiania sportu. Trzeba podnieść cztery litery i wyjść pobiegać. Troszkę inaczej to wygląda z „dłuższym” bieganiem. Osobiście bardzo mocno przywiązuję uwagę do tego w czym biegam. Mam na myśli przede wszystkim obuwie, spodenki biegowe i podkoszulki. Może to się wydać banalne, ale już nie raz kończyłem bieg z dość dużymi obtarciami na stopach, udach czy też ramionach. Do dziś pamiętam mój debiut w biegu ultra (89 km), po którym byłem szczęśliwy z uwagi na wygrany bieg, ale przez kolejne 2 dni miałem palący ból na udach od otarć i dość mocno obtarte ramiona od źle dobranej podkoszulki. Nauczyłem się, że konieczne jest posiadanie dobrego zaplecza, zarówno do trenowania jak i do startów.

Foto: to co przygotowuje na długie wybiegania
Sam używam różnego obuwia w zależności od wykonywanego treningu. Na akcenty szybkościowe zabieram bardzo lekkie buty startowe, dzięki czemu mogę zyskać nawet 10 sekund na każdym kilometrze.

Foto: startówki
Na długie wybiegania zabieram buty z amortyzacją, aby nie zamęczyć nóg treningiem i być gotowy na kolejny trening już następnego dnia. Mam specjalnie dedykowane obuwie tylko na zawody. Plastry, wazelina, podkoszulki „techniczne”, spodenki, zegarek z GPS, to wszystko jest zawsze pod ręką. Dokładnie zapisuje ile kilometrów zrobiłem w każdych butach. Jest to dla mnie bardzo dobre źródło informacji o samych butach, ich producentach, jak również jest to dla mnie wskaźnik, kiedy buty muszą przejść na zasłużoną „emeryturę”. Nie będę pisał o zużyciu sprzętu, bo jest to dłuższa analiza.

Foto: aktualny zestaw butów

Video: zestaw butów
Typowy tydzień treningowy:
Poniedziałek przeznaczony jest na spokojne bieganie i siłę statyczną, tak aby zregenerować się po niedzielnym długim wybieganiu. W planie zazwyczaj mam poranne rozbieganie, a wieczorem lekka rozgrzewka, ćwiczenia ze sztangą (przysiady i wspięcia), taśmami rehabilitacyjnymi (pas biodrowy), piłką rehabilitacyjną (brzuszki i grzbiety). Do tego plank i side plank (brzuszki i ręce), rozciąganie i na koniec relaks na macie z kolcami (masaż odcinka lędźwiowego). To wszystko w celu wzmocnienia „core body”. Jak to często bywa w końcowych odcinkach biegu ultra organizm szuka zapasów „mocy” wszędzie i taki trening tylko wzmacnia.

Foto: ćwiczenia ze sztangą
Wtorek to kolejny dzień pracy nad siłą biegową, ale tym razem na podbiegach (czasami biegam po schodach). Na początek oczywiście zaczynam porannym rozbieganiem, a wieczorem po dłuższej rozgrzewce biegowej przechodzę do podbiegów. Zazwyczaj jest to wielokrotność 150 m podbiegów, a jak uda mi się już dobrze opanować technikę i szybkość to sukcesywnie zwiększam odległość, aż do 250 m.

Foto: na mojej górce do robienia podbiegów
środa to akcent szybkościowy. Ze względu na środek tygodnia nie biegam na stadionie, ponieważ jest on już zamknięty kiedy wychodzę z pracy, dlatego robię je na mieście, co zmusza mnie do biegania na czas, a nie na dystans. Wygląda to w ten sposób, że po wprowadzającej rozgrzewce i rozciąganiu biegam odcinki czasowe zazwyczaj 20 x 2 min na krótkich przerwach lub inne kombinacje, jest to tak zwana „zabawa biegowa”. Oczywiście nie obejdzie się od porannego rozbiegania.
Czwartek to dzień nabijania spokojnych kilometrów i troszkę regeneracji. Mam tu na myśli głównie kąpiele solankowe, masaż olejkami rozgrzewający, mata z kolcami i może troszkę ćwiczeń typu plank. Tu również biegam dwa razy dziennie, ale relatywnie wolno i nie tak dużo.

Foto: kąpiel lodowa
Piątek zaplanowany mam jako dzień wolny, ale aktywnie, czyli jazda na rowerze lub inne aktywności nie związane z bieganiem. Jednym słowej „fun day”.
Sobota i niedziela to „zapierdziel” na maksa. Sobota to akcent szybkościowy na stadionie. To jest mój najcięższy trening, ponieważ wymaga koncentracji, a przede wszystkim jest męczący fizycznie. Jak tylko pomyśle o sobotnim bieganiu to nie jest mi łatwo wyjść z domu, bo wiem, że będzie ciężko. Tu mam sporo możliwości. Jednym z moich ulubionych choć wymagających, jest bieganie 4 km odcinków (4 x 4 km / 800 m przerwach). Biegam również wielokrotności 1 km, 2 km, 5 km, 6 km. Niedziela to oczywiście długie wybiegania. Zazwyczaj jest to 30 – 40 km, jednak zdarzają się dość często biegi typu + 40 km. Miałem już takie jednostki biegowe, gdzie przebiegałem więcej niż 60 km na jednym rozbieganiu. Wszystkie długie odcinki staram się biegać w okolicach 5 min/km lub szybciej, aby nie zamulać nóg, oczywiście jeśli biegam po płaskim. Co czwarty tydzień zazwyczaj zmniejszam długość wybiegania, aby złapać troszkę świeżości. Moje weekendowe bieganie to jest taki typowy model „back – to – back”, czyli dwa mocne treningi po sobie. Dodatkowo w plan treningowy wpisane mam starty kontrolne. Zazwyczaj biegam 50 km lub maraton, choć ten drugi rodzaj biegu staram się ograniczać. Zdarzają mi się również krótsze starty, ale nie tak często.

Foto: po niedzielnym wybieganiu
Jak łatwo zauważyć jest tego bardzo dużo, można powiedzieć, że w tygodniu robię około 10 treningów. Większość z nich pokonywanych jest w tempie poniżej 5 min/km. W przypadku akcentów szybkościowych mówimy tu o zakresie 3:30 – 4:00 min/km. Takie rozłożenie prędkości, długich wybiegań, podwójnych treningów, jak również ćwiczeń uzupełniających pozwala mi na spokojne przebiegnięcie 50 km w zakresie 4:30 – 4:45 min/km.
Jest jeszcze jeden istotny element, o którym jeszcze nie pisałem. Oczywiście mowa tu o diecie i suplementacji. Ponieważ jestem wegeterianinem i regularnie oddaję krew, muszę kontrolować swoje wyniki morfologii. Jednym z kluczowych elementów jest poziom żelaza, który w sportach wytrzymałościowych jest bardzo ważny. Odpowiednio zbilansowana dieta pozwala na utrzymanie odpowiedniego ich poziomu i zachowanie balansu wagi. Staram się utrzymywać stałą wagę ciała, a w okresie blisko startowym troszke ją zmniejszyć, co dodatkowo potęguję znaczenie odpowiednio zbilansowanej diety. Jedzenie odgrywa również ogromne znaczenie w czasie startów. W zależności na jakim dystansie startuje odpowiednio przygotowuje taktykę nawadniania i odżywiania. Dotyczy to zarówno czasu przed startem, w czasie biegu i po nim. Zawsze staram się spożywać tylko te produkty, które już sprawdziłem i nie powodowały u mnie żadnych problemów. W czasie biegu każda sekunda jest ważna i nie ma opcji, aby tracić zbędnie czas na nawadnianie i jedzenie, dlatego pracuje nad tym elementem również na treningach. Nauczyłem się już jak pić w czasie biegu, jak łapać w „locie” kubek z piciem, aby nic się nie powylewało. Jak nie pozalewać „buźki”, czy też całego siebie. W biegu świętojańskim, kiedy biegamy na 3 km pętli, zatrzymywanie się choć na kilkanaście sekund, daje stratę nawet do 15 min !!! Taki czas przy równym mocnym tempie w biegu ultra jest nie do odrobienia. Po samych zawodach przede wszystkim nawadniam się ile się da, co pomaga w regeneracji.

Foto: śniadanie po biegu

Foto: jedna z kolacji przygotowana przez żonkę
Jak łatwo zauważyć, każdy element ma ogromne znaczenie, dlatego przykładam się i monitoruje zarówno swoje treningi, dietę jak i zdrowie. Najdrobniejszy błąd może prowadzić do dużych zniszczeń o czym nie raz się przekonałem. Z każdym dniem, treningiem i startem zdobywam nową więdzę, którą staram się wkomponować w codzienne aktywności.
Na tym etapie ważne jest również aby wspomnieć o jeszcze jednym elemencie w życiu każdego ultramaratończyka, a mianowicie„psychika”.

Foto: jeszcze szczęśliwy przed startem
Nie zależnie od tego co i gdzie biegamy, bardzo ciężko jest przewidzieć co nasza „głowa” nam zgotuje. Możemy przygotować się super do biegu, ale i tak najważniejsze jest to czy jesteśmy gotowi przezwyciężyć „kryzysy”, które pojawiają się w biegu ultra. Tak, nie mówimy tutaj o jednej „ścianie”, bo takich maratońskich ścian na biegach ultra jest kilka i trzeba mieć mocną głowę, żeby je pokonać. W moim przypadku zawsze jest ten sam problem. Mam pewne założenia czasowe i kiedy zauważam, że nie uda mi się ich zrealizować, bo biegnę za wolno, to przychodzi taki moment zwątpienia. To nie jest łatwe, bo wiesz, że musisz utrzymać aktualne tempo biegu, a dość często bywa tak, że musisz jeszcze przyśpieszyć. Tego nie da się uniknąć. Przychodzą momenty, kiedy wiesz, że fizycznie już nie dasz z siebie nic więcej. Mimo to wiesz również, że musisz biec dalej i szybciej, to jest ból, ale już psychiczny. Na mecie padam ze zmęczenia, nie mogę się ruszać, ale jestem szczęśliwy i już myślę o kolejnym starcie, kolejnym treningu i kolejnym czasie, który chce pokonać.

Foto: na mecie tuż po debiucie na dystansie 100 km
W tym asfaltowym bieganiu zawsze liczy się czas, który ucieka nie zależnie od tego co robisz, dlatego ważne jest aby ograniczyć jego straty do minimum.

 

Jacek Będkowski

Posted in Artykuły | Tagged , , , | Leave a comment