Teraz Twój ruch

Przyjrzyjmy się małym dzieciom – czy one w ogóle się rozciągają i rozgrzewają przed zabawą? Tak samo zwierzęta. Te dziko żyjące, bardzo często zmuszane są do gwałtownego zrywu i ucieczki. A przecież nie skutkuje to u nich, na przykład zerwaniem ścięgna Achillesa ( no chyba że inny zwierzak im w tym pomoże).

Stretching? Co najwyżej, czego fantastycznym przykładem są koty, po drzemce przeciągają sobie grzbiet, kończyny, najczęściej łącząc to z ziewnięciem. I tyle.

1Albo spróbujmy sobie wyobrazić sytuację, kiedy myśliwi z afrykańskich plemion stają w kółeczku i po kolei wykonują krążenia bioder zanim wyruszą w pościg za antylopą (polecam Artykuł Biegnący Myśliwi). Continue reading

Posted in Artykuły | Tagged , , , , , | Leave a comment

PRIMAVIKA – naturalnie w słoiku

Parę tygodni temu dostałem możliwość testowania produktów firmy Primavika. Jest to firma rodzinna z tradycjami, istniejąca od 1989 roku specjalizująca się w produkcji zdrowej żywności i pomagająca ludziom realizować zdrowy styl życia. Primavika produkuje wyroby wegetariańskie, wegańskie oraz produkty BIO, bez cholesterolu, konserwantów, sztucznych barwników i aromatów, wolnych od GMO, a także bez glutaminianu sodu. Jak można zauważyć na oficjalnej stronie firmy (http://www.primavika.pl/o-firmie/) otrzymała ona sporo nagród i wyróżnień za dobrą jakość swoich produktów.
Jak już wspominałem na początku, miałem przyjemność testowania kilka produktów tej firmy a dokładniej:

  • Paprykarz z kaszą jaglaną

W skład paprykarza wchodzi: woda, olej rzepakowy, koncentrat pomidorowy, kasza jaglana 17%, teksturowane białko roślinne sojowe, cebula, marchew, przyprawy (zawierają: seler i gorczycę), skrobia kukurydziana, sól, seler, pietruszka, hydrolizat białka roślinnego, substancja zagęszczająca: guma guar, przeciwutleniacz: kwas askorbinowy = witamina C, aromat z ekstraktu drożdżowego.

Continue reading

Posted in Dieta, Porady | Tagged , , , , , , | Leave a comment

Szacun za walkę czyli jak wygrać przegrywając

PRZYGOTOWANIA

Można by się tak na ten przykład zapisać na jakiś straszliwie straszliwy bieg, który miażdży przewyższeniem i dystansem, wymaga pokonania niezliczonych bagien, gór i skalistych przełęczy najlepiej w deszczu kategorii potop lub skwarze jak na Badwater. Ważne jest jednak by za bardzo nie trenować a już na pewno nie pod ten konkretny dystans,nie robić za długich wybiegań i nie biegać regularnie. Ultra to w końcu ultra – liczy się głowa a nie jakieś interwały. Naturalnie, a powinienem wspomnieć to dużo wcześniej, absolutnie trzeba mieć fejsbuka i ogłosić odpowiednio wcześniej że oto jest cel (pudło lub łamanie czasu) i treningi (!!!) idą pełną parą w sprytny sposób dając do zrozumienia, że wszyscy obserwujący mają oczekiwać zwycięstwa bo to jedyna opcja. Komentując obficie przelewające się komentarze wypada objąć taktykę skromnisia zaznaczając, że „wszystko się może zdarzyć” lub „ to w końcu nie jest znowu taki wyczyn” jednocześnie podbijając ilość lajków do trzycyfrowej liczby. Teraz pozostaje czekać godziny zero jednak nie bezczynnie. Oczywiście nie chodzi tu o czynności treningowe bo to już omówiliśmy ale raczej o działania promocyjno-prewencyjne. Ważne będą na pewno zrzuty z Garmina/Suunto lub ostatecznie z Endo ale tak, żeby było widać dystans i przewyższenie – bez czasu. Do tego parę pytań lub postów związanych z obecnie używanym sprzętem no i na pewno zdjęcia tak średnio co parę dni.

Z pewnością jakieś parę tygodni przed startem pojawi się jakaś mała kontuzja ale należy o niej wspomnieć z lekką nutą irytacji jednocześnie kompletnie ją ignorując poprzez np.: „zabiega się”.

GODZINA ZERO

Dzień startu jest ważny bo trzeba się spakować koniecznie pamiętając o 2 rzeczach: telefonie, który będzie robił zdjęcia i powerbanku, który będzie ten telefon napędzał. A no i jeszcze buty i plecak i wyposażenia obowiązkowe. Opcjonalnie można zabrać czołówkę bez baterii lub z niepasującą baterią – będzie o wiele fajniej. Continue reading

Posted in Artykuły | Tagged , , , , | Leave a comment

R2R2R – oblatywanie Wielkiego Kanionu

kilka godzin przed startem…

“Dwa najważniejsze dni w życiu człowieka, pierwszy to ten w którym się urodził, a drugi to ten w którym zrozumiał po co” Te słowa jakoś mi zapadły w głowie. Jest dużo cytatów które tak naprawdę potrafią nas mobilizować, dać do myślenia. Czasem potrzeba czasu aby coś sobie uświadomić, coś doświadczyć rozpoznać co jest dobre i co jest złe. Dziś są moje 30 urodziny, dla mnie najważniejsza data w całym roku kalendarzowym, dotychczas 80% moich urodzin spędzałem na imprezie może i miało to sens, teraz ciężko o tym myśleć, bo raczej żyje teraźniejszością i przyszłością. 1 kwietnia 2015 na pewno jednak zapamiętam do końca życia, niesamowite jest robić coś wyjątkowego, to takie spełnianie marzeń. Stawianie co raz większych celów.

Continue reading

Posted in Wyprawy | Tagged , , , , | Leave a comment

Dolomiti Sky Run – łomot bez szału

Każda impreza dla mnie ma jakiś numer przewodni. Numer w sensie utworu muzycznego z gatunku pop lub raczej rock gdyż wiadomo, iż ta druga odnoga muzyczna jest mi nieco bliższa. Stąd hymnem przewodnim Rzeźnika jest np. „Drive Home” z repertuaru Steven Wilson Band z nieprawdopodobnym solo Guthriego bo po prostu pięknie pasuje. A znienacka nieco, bo od popu stronię, pieśnią przewodnią Dolomiti Sky Run stało się „This Summer’s Gonna Hurt You Like a Motherfucker” i to bynajmniej nie ze względu na linię melodyczną.

Ale ja tu o pioseneczkach a miało być o biegu. Otóż o biegu nie będzie wiele bo wiele go nie było. Ale po kolei…

W poszukiwaniu letniego lania

Continue reading

Posted in Relacje | Tagged , , , , , | Leave a comment

Idealny pomysł na urlop, czyli relacja z XXI Setki z HAKiem

Urlop to taki okres w życiu, kiedy mamy trochę więcej czasu na różne rzeczy. Na przykład pisanie relacji z jakiegoś biegu, albo w ogóle startowanie w nim. Wczoraj rano dobiegłem do mety najdłuższej (odległościowo) z moich dotychczasowych wycieczek. Jeśli to czytasz, prawdopodobnie też masz urlop i bardzo Ci się nudzi. Nie przestawaj, spróbuję opisać na chłodno jak wyglądała XXI Setka z HAKiem z punktu widzenia finiszera. Smacznego ;)

Nie od dziś wiadomo, że wymagam od siebie za dużo, za szybko. Ten typ tak ma. Ten typ bardzo chciał w końcu coś wygrać. Dlatego też postanowił po raz trzeci wziąć udział w najtańszym i najbliższym znanym mu rajdzie. Wyszło nieźle, choć nie wygrałem, ale po kolei.

Plan na piątek był piękny- spać do południa, potem nażreć się w’wodanów, pójść na start i zrobić co w mojej mocy. Nie udało się spać do południa. W ogóle niewiele udało się pospać, z przerwami i jakoś tak nieefektywnie, norma. Ale złej baletnicy… no, ju noł. Continue reading

Posted in Relacje | Tagged , , , , , | Leave a comment

Wielka Prehyba – nie tak łatwo

Jest takie stare, chińskie przysłowie – jesteś tak dobry, jak Twoje ostatnie sushi. Tak sobie swego czasu postanowiłem, że skoro chcę kiedyś być w czołówce, muszę regularnie sprawdzać ile mi do tej czołówki brakuje. Gdzie? Tam, gdzie czołówka się zjeżdża – na Mistrzostwach Polski.
Tak jak w zeszłym roku lądecki Złoty Maraton, tak w tym roku rangę krajowego czempionatu uzyskała Wielka Prehyba. Pierwotnie miałem zostać niepokornym mnichem, ale ostatecznie zapisałem się na dystans nieco krótszy. Bo ranga, ju noł. No i inna sprawa, na dwa tygodnie przed Setką nie chciałem się zajeżdżać czymś długim. A maraton to przecież takie tam hop siup, na jednym oddechu.
Głupi ja.
Przestaję lubić ten dystans. Fajnie brzmi, ale przestaję. Jest krótki, więc jest szybki, a ja nie jestem szybki. No ale dobra, kaprys nie wybiera, toteż pojechałem. Stęskniłem się za ściganiem, za górami, za klimatem zbiorowej pohasówki. Miało być dobrze, z głową, bez zjazdów.
Aa tam, nudno tak z głową ;)


***piątek, piąteczek, piątunio***
Po przybyciu, zakwaterowaniu i znalezieniu jakiegoś optymalnego punktu żywieniowego, wypadało się udać po pakiety startowe. Skromne co prawda, ale nie mam wielkich wymagań, więc nie marudzę. Fajnie znów zobaczyć kilka twarzy kojarzonych tylko z biegów. W ogóle fajnie zobaczyć tych wszystkich ludzi, społeczność górskich napieraczy, w pełnej gotowości przed ważnym startem. Czuć klimat, lubię to. Szybki powrót z pakietem na kwaterę i krótkie roztruchanie zastanych kopyt, oczywiście deptakiem nad Grajcarkiem. Po rozdaniu kilku wymuszonych uśmiechów lokalnej społeczności gimnazjalnej, udałem się wraz z towarzyszami podróży do Bazy na spotkanie z tzw. Elitą. Wyszło tak se, zabrakło babeczek (a mocne jak cholera te nasze góralki) i Bartka Gorczycy, ale plusik za samą próbę aranżacji takiego mitingu. Ludzi przybyło sporo, pytania też się pojawiły, ciekawy wstęp do rywalizacji.
Na powrocie odwiedziliśmy Bardzo Ciekawy Sklep z Piwem, gdzie oczywiście musieliśmy pozyskać zaopatrzenie. Wieczorem jakieś makarony i inne takie. Kilka łyków piwa na rozluźnienie napięcia przedstartowego i pora spać… a, nie spać, jeszcze rzeczy na rano przygotować. Jakąś godzinę później- spać ;)
***sobota, Dzień Próby***
No wiele tego snu nie było, ale co zrobić. Zebraliśmy się całą grupą i poszliśmy gdzieś tam hen, w okolice startu/mety. Tłoczno tu! Słonko grzeje, więc najdroższy na świecie worek na śmiecie (90-gramową kurtkę startową) zostawiam w moim żywym depozycie (podobnie jak bieliznę kompresyjną), a sam siłuję się z softflaskiem, bo pić się chce po rozgrzewce. I tak walczę z tym kondomem aż tu nagle bach, START. Cudowny system hydratacji upycham w pośpiechu do kieszonki w pasie i ruszam! Mocno, za mocno. Jak zwykle ;) Tętno ostro na 190, zakwas na dzień dobry i potem już piekło. Bardzo piekło. Żeby całej relacji nie zamknąć w trzech zdaniach, spróbuję swoje przeżywanie piekła nieco rozbudować. Tak żeby Was też zapiekło.
Dlaczego było ciężej niż na ultra? Bo tam niemoc jest relatywnie nieinwazyjna, bezbolesna. A tutaj tej niemocy towarzyszył ból. Ból zakwaszonych mięśni, które z płaczem błagały o zwolnienie tempa, a ja bardzo nie chciałem zwalniać. No i dupa generalnie. Jeszcze te pierwsze kilometry były do zniesienia, bo pod górę to każdy ma ciężko i nie tylko mnie boli, ale jak się wypłaszczyło a ja dalej byłem bez gazu, zrozumiałem że to już w zasadzie game over. Nienawidzę jak mnie wyprzedzają, a jak zrobiło się płasko- zaczęli mnie wyprzedzać. Jeszcze bardziej nienawidzę jak biegacze wyprzedzają mnie krokiem tak luźnym i lekkim, że ciężko po nich poznać jakikolwiek wysiłek. Wobec mojego oklapnięcia, było to bardzo frustrujące. Plus uślizgi na błocie, zapadanie się i rozjeżdżanie w śniegu, to wszystko spsuło mi nieco nastrój, co poskutkowało rozważaniem wycofu. Chciałem oddać numer na najbliższym przepaku, dotruchtać do mety na dziko i nie wstydzić się swojego miejsca. Chciałem to zrobić jak najszybciej, a pech chciał, że nie zauważyłem na swoim numerze startowym numeru telefonu dla wycofów. No właśnie, czy pech?
Drugi PK mnie dobił zupełnie. Myślałem że odżyję, a zatkało mnie potężnie. Na wyjściu z tej agrafki już nic nie miało sensu, gdzieś tam po drodze jeszcze pogubiłem się razem z Wiktorią i musiałem szybko odpalić track gps żebyśmy jakoś wrócili na właściwe tory. Bajdełej między pierwszym a drugim punktem, jakoś tak szybko mi się woda wyczerpała, więc dość nieprzyjemnie się odwodniłem. W tym miejscu ogromne dzięki dla dziewczyny która poratowała mnie na trasie liptonem :D –Nie mam wody, mam tylko lipton, a słyszałam że lipton jest zły… Ta, odwodniony maratończyk na pewno będzie wybrzydzał ;)
No ale dobra, gdzieś tam koło trzydziestki zacząłem w końcu odżywać. W końcu! Znaczy bolało dalej, ale przynajmniej dało się biec jakoś sensownie. I już mnie tak masowo nie łykali, więc generalnie okej. Po ostatnim peku jeszcze chwila truchtu żeby się uklepało to co wciągnąłem, a potem już ogień do mety. Na ostatnim zbiegu wreszcie zacząłem robić to, co zwykle robię na ostatnich zbiegach. Skurcze dwójek strasznie doskwierały, ale ten kawałek trzeba było przecierpieć. Końcówka po twardym przypomniała mi Chudego i Lądek – momentalne zwolnienie, spadek tempa, męczarnie, dramat. Także finisz jeszcze z lekką niepewnością, czy czasem mi ktoś zza pleców nie wyskoczy. Nie wyskoczył, więc z grymasem niezadowolenia, ale i cholerną wewnętrzną ulgą wpadam na metę i kończę ten niełatwy wyścig.


***wciąż sobota, ale już po imprezie***
Za dużo od siebie wymagam. Z drugiej strony – gdybym nie wymagał, nie miałbym celu. A cele są ambitne, choć chyba aż za bardzo. Wynik słaby, nie udało się utrzymać tendencji z zeszłego sezonu (choć akurat MP mi rok temu też średnio wyszły), ale mimo wszystko na mecie byłem szczęśliwy. Pewnie nie z wyniku, ale miałem inne powody. Od głupiej puszki Coli, poprzez krioterapię w Grajcarku (rzeczka w strefie mety – uwielbiam!) i piękną pogodę tego dnia, aż po świetne towarzystwo, ten rodzinny, biegowy klimat i pozytywnie spędzony weekend. Wszystkim zawodnikom gratuluję, a sam kończę lizać rany i szykuję się na kolejny trudny start. Stare, chińskie przysłowie mówi: gdy ciężko pracujesz, zasługujesz na dwie rzeczy: miskę ryżu i chwilę odpoczynku.
Teraz czas na to drugie, do zobaczenia na ścieżce ;)

Rafał Słociak

Posted in Relacje | Tagged , , , , | Leave a comment

SPRY – Czyli wyśrubowany minimalizm.

Pierwszą myślą jaka mi przyszła do głowy, kiedy zobaczyłam Spry było:
„ ale co w ogóle się w tym zmieści?”
(w sensie czy jest sens ubierać się w plecak, kiedy zawartość będę musiała nieść w rękach).

Faktycznie, są małe szanse że włożę doń całą zawartość mojej torebki … ;)
Ale jeśli chodzi o wyposażenie na trening (który nie potrwa cały dzień) lub zawody, gdzie motywem przewodnim nie jest – radź sobie w dżungli sam – to wszystko spokojnie się zabierze.

Przednie kieszenie:

Do lewej kieszonki zmieści się kurtka przeciwdeszczowa/bidon, a do prawej (podwójnej) kilka żeli / batonów, telefon .
Nieco wyżej są 2 kieszonki na coś drobnego / dobrego ;)

Kieszeń tylna, zamykana na magnes, niby mała a potrafi wiele.
Aby zobrazować ile jest w stanie przyjąć zamieszczam poglądowe zdjęcie:

Oprócz kawy, bardzo lubię też mojego kota. Przed pisaniem tej recenzji jeszcze się mieścił. Niestety w świątecznym wydaniu nie przejdzie :(

Co istotne – bukłak w Spry ma pojemność 1 litr – na krótkie odcinki to wystarcza.
Ale kiedy potrzeba więcej wody, to jest opcja aby zabrać ze sobą np. bidon z rączką/ uchwytem.

 

 

 

 

Dla amatorów kawy (do których należę) polecam :

Taki żarcik.

Wracając do tematu.
Nie lubię biegać w plecakach, przez ich ciężar, oraz fakt, że odkąd pamiętam były problemy z ich dobrym umocowaniem – na zbiegach zawsze miałam wrażenie , jakby w tylnej kieszeni ukryty był karp bądź inna żywa ryba, pilnie chcąca do wody.

No jasne, jasne – powiecie. A teraz na pewno napiszę: „ i wtedy pojawił się Spry i jej problemy zniknęły jak plama przy Vanishu”.
No cóż.
Trochę tak było.
Po pierwsze –  to co może być jego wadą, w moim przypadku jest zaletą – przez to, że nie mieści zbyt dużo wody, to nawet po maksymalnym zapakowaniu jest lekki. A z racji materiałów, z których jest zrobiony – to moja czapka waży chyba więcej.
Po drugie –  z przodu dopasowuje się go za pomocą tylko jednego paska i nie ma efektu ściskania brzucha podwójną/potrójną siecią a’la szynka babuni.  Ktoś pomyślał i tak rozmieścił kieszenie, że ich ciężar rozkłada się równomiernie.
Po trzecie – nie posiada żadnych usztywnianych elementów. Zachowuje swoją formę, ale równocześnie doskonale się dopasowuje.

Porównanie jakie przyszło mi na myśl w związku z tym plecakiem:
https://www.youtube.com/watch?v=VqHSbMR_udo

Czyli jak powiedział Bruce – tak jak woda, dopasowuje się do naczynia, w którym się znajduje, tak kamizelka SPRY dopasowuje się do tego, na kim leży.

I mnie to wystarcza :)

Julia Honkisz

Posted in Sprzęt | Tagged , , , , , , , , , , , | Leave a comment

Co to? Suunto. Ambit 3 Sport

 

Testy to testy i można do nich podejść wielorako. Każdy tam ma jakieś swoje widzimisia i woli co innego. Cieżko więc się oprzeć na jednej tylko opinii bo jak ktoś nie cierpi niebieskiego dajmy na to koloru, to na dzień dobry taki niebieski zegarek ma po prostu przesrane. Stąd nowy pomysł: a może tak testować z paru punktów widzenia? A może poprosić dwie lub nawet trzy osoby, żeby się troszkę pozastanawiały i podzieliły wrażeniami? Wypadkowa powinna być w miarę obiektywna bo gdzie kucharek sześć … a nie to nie o to : co trzy głowy to …

 

Tym razem padło na: seniora czyli mnie (głównie dlatego, że Jacek był zajęty ), stoickiego i wyważonego Kondzia i narwanego jak stado buhajów Jędrka. Ja badałem w Beskidach, Kondziu po lasach Jury a Jed w Taterkach. No to do roboty:

 

AKT I

 

W BESKIDZKICH ODMĘTACH

 

 

 

SCENA 1

 

O istocie rzeczy

 

Co powinien posiadać zegarek do ultra? W moim przekonaniu niewiele ale za to na sensownym poziomie. W końcu to zakup na parę lat i zazwyczaj spory wydatek.

Gdyby więc można było sobie zaprojektować taki zegarek marzeń to podzieliłbym te wymagania na dwie kategorie:

  1. NIEZBĘDNE
  • wytrzymała bateria (min 15-20 godzin)
  • wodoodporność
  • pomiar tempa średniego i chwilowego
  • pomiar dystansu ( odczyt co 1 s)
  • pomiar wysokości
  • pomiar przewyższenia
  • możliwość pokazania 4 informacji na raz
  • możliwość zaprojektowania interwałów wraz z dłuższymi przerwami np.:4x 200m z 1min przerwy potem 3 min i znowu 4x200m…
  • sygnalizacja wibracjami (np.. spadek tempa, kolejne km itp. -do ustawienia)
  • szybkie i łatwe zgrywanie danych (najlepiej „po kablu”)
  • śledzenie uprzednio wgranej trasy
  1. MILE WIDZIANE 
  • pomiar kadencji
  • pomiar tempa wznoszenia
  • alerty wysokości (np. co 100 m)
  • pomiar prędkości
  • możliwość ustawienia tempa docelowego ze wskazaniem jak bardzo za/przed jesteśmy
  • funkcja powrotu tą samą trasą  
  1. BEZSENSOWNE ŚMIECI
  • bluetooth
  • łaczenie z telefonem
  • przekazywanie smsów
  • pomiar basenów
  • tryb multisport
  • fazy księżyca
  • pływy
  • kalendarzyk małżeński
  • biorytmy i inne zapchajdziury

 

 

SCENA 2

 

Suunto u bram

Niektórzy zapewne skojarzą zestawienie „aktywny nadgarstek” z hmm .. ale to nieistotne gdyż/albowiem /iż to znani handlarze naręczy. Naręczy w sensie tego co na ręce a konkretnie na nadgarstku właśnie – czyli różnego rodzaju zegarkowej biegożuterii. No i tak sobie kminię,że może stąd właśnie wzięła się nazwa sklepu. Wiecie, że niby na nagdarstku coś aktywnego jest, nie i tam sobie działa i w ogóle, rozumiecie?

No, ale to nieważne, lecz ważne to, że to oni właśnie nam wysłali do testów zegarek. Na trzy tygodnie. I ja miałem pierwszy tydzień na zabawę.

 

Niebieski to mój absolutnie ulubiony kolor. Kiedyś ( jak już stanę się właścicielem jednej ze stacji benzynowych) dokonam transakcji handlowej z firmą Fuji Heavy Industries w wyniku której zanabędę moje absolutne marzenie motoryzacyjne: funkiel nówkę Subaru Imprezę STI w kolorze Blue Mica. Ale na tem chwilem musiałem się zachwycić kolorem Sunnciaka, którego drżacymi rękami wydobyłem z pudełka. Ze względów higienicznych Aktywne Nadgarstki wysłały mi zestaw bez paska HR ale i tak go nie używam więc mi to latało.

Jakiś czas temu miałem do dyspozycji Ambita 2 i pamiętam, że był ciężki, toporny i raczej ciężko zapinało się pasek ale za to wyglądał mega. Tu sprawy miały się inaczej. Zegarek był lekki, pasek mięciutki i bardzo łatwy w obsłudze ale poza firmami gdzie obowiązuje styl „casualowo -sportowy” nie wziąłbym go do pracy bo wygląda mocno odpustowo.

 

 

SCENA 2

 

Pierwszy dzień

 

Jak dla mnie liczy się dzień pierwszy bo zegarek ma być funkcjonalny. Nie szukałem więc instrukcji i nie miałem zamiaru się tym w ogóle zajmować. Chciałem sprawdzić czy Ambit3 Sport jest na tyle intuicyjny, że obędzie się bez dodatkowego fakultetu.

Nie mogłem się też oprzeć porównaniom do tego czego cały czas używam czyli Garmina 310XT więc wszędzie gdzie biegłem zabierałem oba i poza tym, że moja pozycja społeczna jako posiadacza DWÓCH zegarków z GPS w okolicy wzrosła miałem bezpośrednie przełożenie na funkcjonalność w praktyce.

Samo ustawienie zegarka – czyli wpisanie danych typu waga, wzrost, itp. było bardzo łatwe i intuicyjne. Równie gładko udało się przebrnąć przez gąszcz menu i w miarę szybko odnaleźć co włącza co , kiedy, jak i po co. W związku ty powyższym tego samego wieczora udałem się na rekonesans biegowy po którym czekał mnie lekko chłodny prysznic bo:

 

  • przy pierwszym włączeniu GPS poszukiwał sygnału ok 5 min ( później się to zmieniło) i już miałem lekko wyższe ciśnienie
  • przyzwyczajony do rozkładu pól w Garminie nie bardzo łapałem co się dzieje, jakie mam tempo jaki dystans, itp. i tylko maniakalnie przełączałem wszystko  
  • po powrocie okazało się, że mój komputer nie obsługuje jakiegoś tam Moveslink więc wystąpił problem ze zrzuceniem danych i nie dało się wrzucić na fejsa (mega foch)

 

Pierwszy dzień więc nie nastroił mnie super pozytywnie i gotowy byłem wysmażyć jadowicie negatywną recenzję w stylu „a za tyle kasy to ja….”, spakować Ambita i odesłać go nazajutrz. Na szczęście wsłuchawszy się przypadkowo w twórczość skądinąd nie najbliższej memu sercu Budki Suflera upewniłem się , że „ …po nocy przychodzi dzień…” i takoż niechybnie stało się i w Bielsku- Białej…

 

SCENA 3

 

AMBITniejsze jutro

 

Pewnie, że się zmieniło i z czasem (głównie w trakcie nudniejszych momentów w pracy) nauczyłem się czym , co i jak przełączać, gdzie patrzeć i jak zgrywać. Dość powiedzieć, że po paru dniach okazało się, że:

 

  • GPS odpala praktycznie od razu po włączeniu ( co odkryłem w szoku idąc rano do pracy)
  • Nie da się zmieniać układu pól na zegarku !!!!! MEGA MINUS – trzeba zegarek podłączyć do moves i babrać się z tym (kto ma na to czas???)
  • Po podłączeniu do lapka żony moveslink i wszystkie moves działają jak ta lala – można na luzie wrzucać na fejsa

 

Porównaniom z Garminem nie było końca i może ktoś tam uzna, że jestem nieco (hahaha) stronniczy ale w ogólnym rozrachunku wyszło mi tak:

 

  • Prezencja jest podobna – oba są plastikowe jak nie przymierzając blondi z wiejskiego disco. Nie są wieśniackie kiedy się w nich biega ale do pracy?? Hmmm, no dobra, z Suunto można bo ma zegarek i tak może funkcjonować ale nie jest to TAKI bajer jak Ambit 2 (czy pewnie wersja PEAK A3). Oczywiście nie jest to kryterium decydujące o zakupie zegarka do biegania ale niektórym może się podobać noszenie go cały czas.
  • Dokładność pomiaru – nie da się jednoznacznie określić który GPS jest dokładniejszy bo niby co ma być punktem odniesienia? Różnią się nieco ale nie ma to dramatycznego wpływu na jakość mojego życia więc mam to gdzieś: ważne że w obu widać jak daleko i jak szybko.
  • Użyteczne bajery: Suunciak ma np. pomiar kadencji a ponieważ akurat się na tym skupiałem – punkt dla niego bo Garmin tego nie posiada
  • Nie dałem rady ustawić w Ambicie treningu interwałowego bo wymagałoby to zagłebienia się w instrukcję a celowo tego nie robiłem. Łatwiej robi się to na Garminie – przynajmniej dla mnie. To najpewniej moja wina, ale w wolnym czasie raczej biegam a nie analizuję zawiłości ustawień więc z mojego punktu widzenia słabo.
  • Movescount i generalnie szybkość zgrywania danych to lata świetlne przed Garmin Connect. Najważniejsze jest to, ze „po kablu” bo niestety po doświadczeniach z ANT nie cierpię bezprzewodowych systemów.
  • Świetne prowadzenie po uprzednio wgranej trasie ( co mnie np. z powodów hmm zawodowo-organzatorskich bardzo się przydaje) i tu z powodu fatalnej jakości pracy Garmin Connect nie mogłem porównać.
  • Czytelność Movescount również oceniam wyżej niż Garmin Connect choć ponownie jest to subiektywneZrzuty z Movescount:
  • Zrzuty z Garmin Connect:

Nie będę podobnie zresztą jak koledzy zapuszczał się w meandry technikaliów, przytaczał technicznych specyfikacji i analizował czułości GPS. Chcieliśmy ten test przeprowadzić z poziomu użytkownika a wiadomo, że na papierze Lanos to sportowe auto. Postawiliśmy na wrażenia z użytkowania bo to właśnie nimi będą się kierować przyszli użytkownicy.

 

SCENA 4

 

Sąd (nie taki znów) ostateczny

 

Po tygodniu używania w górach i trochę na asfalcie myślę, że można sobie wyrobić opinię. I zanim posłałem go Kondziowi musiałem przysiąść i rozpisać za i przeciw. O dziwo, przy spokojnej, rzeczowej analizie wyszło mi, że urządzenie ma zdecydowanie więcej plusów niż minusów.

Z punktu widzenia biegacza do zalet zaliczyłbym:

 

  • niską wagę
  • przyjemny, miękki materiał paska
  • KOLOR !!!
  • szybkość wyszukiwania sygnału GPS
  • szybkość, jakość i łatwość zgrywania danych
  • przejrzystość serwisu Movescount
  • bardzo dobre prowadzenie po wcześniej wgranej trasie
  • używalność na co dzień jako normalny zegarek

 

Miałem tez parę wątpliwości i z najważniejszych wad wyróżniłbym:

 

  • brak możliwości edycji części parametrów z poziomu zegarka (np. pola danch)
  • jak dla mnie skomplikowane wpisywanie treningów interwałowych (w porównaniu do Garmina)
  • średnio czytelne małe pola (choć do środkowego nie mam zastrzeżeń)
  • plastikowy wygląd
  • w przypadku mojego komputera brak współpracy z Moveslink
  • jakaś nieprawdowopodobna ilość opcji multisportowych, które dla mnie są równie bezużyteczne jak omomierz

Podsumowując, Ambit 3 Sport to dobre urządzenie. Nie sprawdziłem niestety jak długo trzyma baterie naraz. Po pierwsze dlatego, że nie biegłem dłużej (czyli np. 15 h), po drugie dlatego, że używałem go jako zegarka a to też wyczerpuje baterie więc nie da się jednoznacznie określić na podstawie treningów jak długo wytrzymuje. Myślę jednak, że jeśli uda się osiągnąć zakładane 15 h to jest to wynik wystarczający na większość nawet 100km biegów.

Czy ja bym go kupił? Nie wiem. Jestem mocno uGarminiony i mimo oczywistych wad Connect chyba przy tym pozostanę. Nie jest to jednak uwarunkowane logiką a raczej (i tu wychodzi ze mnie kobieta???) odczuciami.

Ambit3 Sport kosztuje ok 1500 zł. Na pewno można znaleźć taniej i na pewno Aktywne Nadgrastki lubią negocjować. Czy to dużo? I tak i nie. Jeśli ktoś się naprawdę wkręcił w bieganie to nie ma o czym mówić – każda cena będzie dobra. A ponieważ nikt na razie nie zaproponował w sprzedaży zegarka z moich marzeń Ambit 3 Sport jest dobrym wyborem.

 

 

 

AKT II

 

W KRAINIE MINIMALIZMU

 

Otwieram pudełko i oczom moim ukazuje się niebieski niczym wiosenne niebo najnowsze dziecko ze stajni Suunto – Ambit 3. Pierwsze wrażenia? W sumie jest ładny, ale brakuje mi w nim jakiegoś pazura, nie przykuwa uwagi tak jak wcześniejsze wersje. Guma z którego jest zrobiony jest przyjemna w dotyku, mięciutki pasek bardzo ułatwia zakładanie zegarka, nawet w rękawiczkach. Fajnym patentem są dwie szlufki przez które przechodzi pasek, co zapobiega nagłemu rozpięciu się zegarka.

 

Instrukcji oczywiście nie czytałem, ale z obsługą nie ma problemów, poruszanie się po menu jest bardzo intuicyjne i nie sprawia trudności. Zaskoczyła mnie szybkość z jaką gps się uaktywnia, dosłownie kilka sekund i satelity są zlokalizowane. Duży plus.

Na wyświetlaczu można mieć w czasie treningu wiele parametrów, można śledzić praktycznie wszystko w konfiguracji jaką sobie tylko wymyślimy. Przełączanie też nie sprawia problemów, a po treningu mamy dostęp do przeróżnych statystyk, łącznie z sugerowanym czasem regeneracji.

Dane można zgrać do komputera i analizować na wiele sposobów przez Movescount czy aplikacje, które producent oferuje, szczerze to z tego nie korzystałem, po dniu pracy przed komputerem staram się nie włączać go w domu i zamiast gapić się w ekran i wykresy wolę poświęcić ten czas na trening, ale miłośnicy analiz i statystyk będą zadowoleni.

 

Zegarek ma funkcję łączenia z telefonem czy facebookiem. Pytanie tylko, czy podczas treningu czy zawodów to jest tak naprawdę potrzebne, dla mnie nie i uważam to za zbędny gadżet, ale jak ktoś lubi być w ciągłym kontakcie ze światem, to ta opcja z pewnością przypadnie mu do gustu.

 

Ambit 3 spodobał mi się, prosta obsługa, do tego bateria, która spokojnie większość ultra ogarnie, możliwość wyboru różnych dyscyplin, opcji jest naprawdę dużo. Jak dla mnie nawet za dużo, ale ja lubię proste rzeczy. Czy wszystkie dodatki są naprawdę potrzebne, to już zależy co kto potrzebuje.

 

AKT III

 

U KREWKICH GÓRALI

 

Nazwać to recenzją to na wyrost, raczej kilka uwag i spostrzeżeń całkowitego laika w kwestii zegarków sportowych z gpsem.

Do tej pory jedyne czego używałem podczas treningów, a raczej “treningów” był samsung solid i najtańszy polar, dlatego też nie do końca byłem przekonany czy dam radę ogarnąć tego Ambita.

SCENA 1

I stanął w mych drzwiach taki cały niebieski….

Pierwsze wrażenie po otwarciu pudełka to….ok o gustach sie nie dyskutuje :)

Nie będzie odkryciem żadnym że dyskutując i oceniając zegarki z rodziny Ambita trzeba to jakby rozdzielić na dwie płaszczyzny, sam zegarek oraz oprogramowanie Movescount.

Zegarek, a właściwie jego wyświetlacz jest skonstruowany według mnie genialnie, czytelnie, intuicyjnie i bardzo “schludnie”.

Movescount to narzędzie potęga, mnogość analiz, wyciągania najprzeróżniejszych cyferek, zestawień i informacji po każdym treningu jest powalająca, a przy tym przejrzysta i prosta, naprawdę świetne oprogramowanie i mając do tej pory styczność tylko ze strava i endo w wersjach darmowych to po prostu jak dwie rożne klasy.

I podkreślając to jeszcze raz przy tej mnogości i wielkim przeskoku, jak dla mnie, program intucyjny i praktycznie od strzała nie sprawiający trudności w orientacji.

SCENA 2

Love is blindness

 

To co przed założeniem i używaniem Ambita, wydawało mi się, że będzie dla mnie wielkim problemem, to kwestia konfigurowania go poprzez komputer i praktycznie niemożność zmian konfiguracji bez podłączenia do komputera. Ja używając całe życie polara, gdzie wszystko mogłem robić z poziomu zegarka, naprawdę upatrywałem to za wielką wadę.

Co dziwne, od pierwszego wybiegnięcia z Ambitem kompletnie mi to nie przeszkadzało, nie brakowało i nie brakuje mi możliwości ingerencji w ustawienia zegarka.

To na ile rożnych sposobów można sobie skonfigurować każdy trening z poziomu movescounta, daje tak szerokie możliwości ze niczego więcej nie potrzeba i przy tym znowu, jest szalenie intuicyjne, proste i robi się to praktycznie z automatu nie szukając w opcjach, nie kminiąc nie wkurzając się.

Podczas samych treningów jest dostęp do wielkiej ilości danych i informacji, czasem mam wrażenie że aż zbyt wielkiej ;) aczkolwiek dla mnie nowość móc śledzić na bieżąco prędkość, wysokość, tętno, dystans i milion innych rzeczy bo jak wspomniałem do tej pory używałem telefonu który leżał cały trening w plecaku, a dostęp miałem do polara który pokazywał tylko tętno i czas :) wiec dla mnie czad wielki

Używałem Ambita podczas biegania i dwa razy na fokach, wszystko bez zarzutu, nie gubi sygnału itp itd ale to już chyba pewien standard tej firmy, więc nie będę się wiele rozpisywał w tym temacie, podejrzewam że koledzy którzy testowali Go przed mną zrobią to o wiele lepiej niż ja.

Generalnie Suunto Ambit 3S zachwycił mnie bardzo, ale żeby nie było tak różowo to kilka moich spostrzeżeń in minus:

po pierwsze to waga, jak już wspomniałem, nie mam żadnego doświadczenia w tego typu urządzeniach, ale ten zegarek po prostu czuć na ręce, pewnie kwestia przyzwyczajenia, ale jest po prostu masywny

po drugie gps, jest czuły dokładny i łapie sygnał natychmiastowo, ale dlaczego nie mam możliwość ustawienia zegarka w taki sposób żeby zliczał mi sumę przewyższeń z treningu nie tylko przy taktowaniu gps’a co 1 sekundę, ale też przy taktowaniu co 5 sekund? Ja rozumiem że wtedy pomiar nie jest aż tak dokładny, ale z drugiej strony przy taktowaniu co 5 sekund bateria wytrzymuje dłużej, a za 1500zł chciałbym mieć możliwość wyboru czy wolę dokładniejszy gps i sumę przewyższeń kosztem krótszego trzymania baterii, czy wolę ciut mniej dokładny gps ale dalej z podsumowaniem sumy przewyższeń za to z dłużej trzymającą baterią. W S3 takiego wyboru nie mam, jak chcę sumę przewyższeń to mogę ją mieć tylko przy 1 sekundowym taktowaniu gps, trochę słabo.

po trzecie, nie jestem przekonany czy w tego typu zegarkach niezbędne są blututy i szereg innych bajerów o których nie mam nawet pojęcia ze ten zegarek ma ale gdzieś tam mi się o uszy obiły, ja i myślę ze cały szereg ultrasów wolałby nie mieć możliwości robienia zdjęć zegarkiem i wrzucania ich od razu na fejsa, a za to wolałby baterie trzymającą 30h bez konieczności płacenia za nią dwóch tysiaków ;)

Wygląd…ja wiem, tak, tak kwestia gustów, ale nie umiem sobie wyobrazić że ktoś powie iż S3 blue jest brzydki :D i nie zmieni tego nawet fakt że ostatnio na Markowych Szczawinach pewien znany ultras i nadzieja polskiego freeride’u narciarskiego, powiedział mi że kolor, który jest akurat moim ulubionym kolorem, jest babskim kolorem ;) :P Ten sunciok jest zajebisty, a ja dzięki uprzejmości i życzliwość pewnych ludzi stałem się jego szczęśliwym posiadaczem, dzięki panowie.

 

 

EPILOG

 

Dzień po wysłaniu Kondziowi Ambita trochę mi było żal, że mój aktywny nadgarstek nie jest już niebieski. Podejrzewam, że i Konrad przytuliłby go z ochotą choć przy jego minimalizmie pewnie biegałby swobodnie nawet z klepsydrą na szyi. Za to Jed ….

No właśnie chłop widzi na niebiesko więc od razu zakupił testowany egzemplarz i jestem przekonany, że dziś mierzy nawet dystans i przewyższenie jak schodzi po ziemniaki do piwnicy. Aż strach pomyśleć co będzie jak już w końcu dojdzie do tego jak przesyłać nam te istotne dane od razu przez swój telefon. No nic miłość nie wybiera …

Posted in Sprzęt | Tagged , , , , , | Leave a comment

Letecka Stovka – mega łomot na życzenie

 

Czasami inteligencją określa się zdolność kojarzenia faktów. Dotykasz gorącego- parzy- już nie dotykasz. Stworzenia mniej inteligentne dotkną wielokrotnie nie kojarząc, że to właśnie powoduje dyskomfort. Generalnie homo sapiens zalicza się do tych inteligentniejszych choć nie zawsze sprawa jest aż tak oczywista.

 

Letecka miała być sprawdzianem postępów według zasady mniej a sensowniej. Przestałem nabijać kilometry, a skupiłem się na technice, jakości, szybkości i sile. Wydawało mi się, że zakres ok 60-90 km tygodniowo powinien wystarczyć, żeby w miarę sprawnie pokonać 100km z rozsądnym przewyższeniem bo ok 3120 m. Zresztą czemu nie miałby się sprawdzić skoro w zeszłym roku przy pomocy Krzyśka Janika z powodzeniem pozwalał na ciągłe utrzymanie mocy nawet na Andorra Ultra Trail. Patrząc na zeszłoroczny wynik zwycięzcy ( a był to rok bez śniegu ) czyli ponad 13 godzin, wyszło, że mam szansę na pierwszą dziesiątkę a przy odrobinie szczęścia i właściwego użycia mózgu – pudło. Na mojej drugiej w życiu setce – 7 Dolinach miałem ponad 13 godzin ale było to dawno i bez właściwego treningu- na żywioł.

Analiza trasy i śladu zwycięzcy pokazała, że pierwsze 20km są płaskie i można napinać po 4:45…..

 

FAKT

 

Nie tak znowu dawno żeby zapomnieć bo w 2013 biegłem Sudecką chcąc jak najbardziej zbliżyć się do 10h. Wiadomo, na starcie są wszyscy: maratończycy, Ci, co lecą na 66 km i setkowicze. Problem w tym, że nie wiadomo, kto jest kim i w rezultacie można przypalić jak zresztą widać w tej relacji. Wniosek prosty: przypal na początku – będzie problem z kończeniem. Każdy by zauważył. Może poza mną.

 

Teoretycznie złamać dychę nie jest trudno – wystarczy każde 10 km pobiec poniżej godziny. Wiadomo jednak, że w teorii możliwe jest prawie wszystko. Najważniejsze zatem w strategii powinno być bezustanne kontrolowanie tempa i to nie, żeby mocniej cisnąć ale właśnie żeby mocniej nie cisnąć. W teorii oczywiście…

 

START

 

Letecka za 10 eurasów oferuje w zasadzie 4 pkt żywieniowe na trasie a w menu z napojów głównie herbata, woda , soki, kofola a z jedzenia chleb z surową cebulą lub quasi-nutellą rozsmarowaną nożem wcześniej użytym do krojenia cebuli właśnie, ciastka różnego rodzaju, trochę orzeszków i wreszcie kapuśniak. Szału nie ma ale też z głodu człowiek nie zemrze. Odprawa i start na sali gimnastycznej przy hali sportowej w Trencinie, miła atmosfera swojaków , spolećna fotka i już staliśmy na starcie przed bramą. Oczywiście nie ma mowy o czipach i innych badziewiach więc na trzy cztery ruszyliśmy. Postanowiłem trzymać się czoła i mimo że zegarek pokazywał średnie tempo w granicach 4:43 – 4:45 biegło mi się wyjątkowo miło. Droga wiodła trochę wałem przeciwpowodziowym trochę asfaltem i mimo że gdzieś tam w środku maleńki głosik mówił „zapłacisz za to” na wszystkie możliwe sposoby uzasadniałem sobie, że przecież dobrze trenowałem, że to nie za wysokie tempo i nie miałem zamiaru zwalniać. Wszystko szło świetnie i to tak, że a pierwszych dwóch kontrolach byliśmy przed orgami więc nie mam z nich wpisów. Cieszyłem się, że biegłem z innymi bo „bardzo dobrze oznaczona trasa” okazała się typowo oznaczoną trasą na warunki słowackie czyli czasami miałem rozkminę czy aby dobrze lecimy. Ale dopadliśmy K2 na 23 km gdzie byłem w 1:59 i napiłem się herbaty i nareszcie zaczęły się góry. Miałem nadzieję, ze tu będę mógł się wykazać bo na podejściach zawsze szło mi całkiem nieźle a dużo pracowałem nad zbiegami i szybkością i wyglądało na to, że praca się opłaciła. Jednak już po pokonaniu stoku narciarskiego, na który wylazłem jako pierwszy z grupy zacząłem odczuwać coś na kształt objawów kryzysu. Wciągnąłem żela i olałem. Jednak musiałem nieco zwolnić.

 

Niestety druga zasada, która zbagatelizowałem brzmi jedz i pij ZANIM ci się zachce bo jak się zachce najczęściej jest już za późno. Podejście pod Panską Javorinę było w zasadzie proste i w normalnych warunkach pewnie bym go pobiegł ale niestety warunki z mojego pkt widzenia pogarszały się. Do 30km jakoś jeszcze szło ale potem się zaczęło. Do Leteckiej myślałem, że najgorszy kryzys miałem w Andorze bo smęciłem ok godziny. Ale tu trzymało mnie ok 2!! I to tak, że praktycznie co 10 min musiałem usiąść lub przynajmniej przystanąć. Miałem lekkie zawroty głowy i trochę średnio widziałem co jest na zegarku. Tak czy siak na 30 km byłem po 2h 58min a na 35 po 4 godz 13min !!! Gdyby była taka opcja zrezygnowałbym ale Słowacy na biegach nie mają zabezpieczenia medycznego i nie zwożą z gór więc opcje były dwie: cisnę nadal lub siadam i płaczę. Na to drugie było mi za zimno więc poszedłem.

 

Jak to z kryzysami bywa i ten przeszedł zupełnie nagle i to na zbiegu więc mimo kolosalnej straty wciąż miałem nadzieję, że skoro ja kryzys mam już za sobą innych dopadnie później i może coś się uda nadrobić. Niestety przy kolejnym podejściu okazało się, że skutki uboczne szaleństw na początku to nie tylko odcinka ale i kompletnie skończone czwórki. W ogóle ale to w ogóle nie trzymały i nie niosły. Pojawił się więc problem bo w końcu był to bieg górski a te wyższe górki dopiero na nas czekały. Przy okazji choć udało się przegonić paru biegaczy parę razy udało się również zgubić bo albo nie było odblasków albo nie było szlaku. I nawet jeśli nie nadrobiłem jakiś kolosalnych kilometrów ( finalnie ledwie 3) to czasowo była to katastrofa. Do tego wszystkiego doszły nagłe sensacje żołądkowe więc kiedy znów minęła mnie spora paczka czyli w zasadzie ok 60 km zmieniłem nastawienie.

 

INTERWENCJA KRYZYSOWA

 

Od tego momentu wiadomo już było, że na wynik nie ma co liczyć i trzeba się cieszyć drogą. Kłopot w tym, że powoleńku znowu zaczynał się kryzys a czwórki już zupełnie się do niczego nie nadawały. Postanowiłem więc przeprowadzić mały eksperyment i maksymalnie skupić się na kryzysie i na tym jak w nim funkcjonuję, w jaki sposób najlepiej z niego wyjść i jak dalej cisnąć teoretycznie nie mając już mocy. Nie odpuściłem jednak całkowicie i w miarę możliwości ścigałem się z tymi, których jeszcze udało się złapać. I tak odcięło mnie na podejściu pod Inovec – czyli najwyższy szczyt trasy 1042m n.p.m. głównie z powodu kombinacji zmrożonego śniegu rozjeżdżonego przez jakiegoś amatora off roadu, rozwalonych czworogłowych, i czterech w miarę ostrych podejść tuż przed samym Inovcem. W związku z tym przewagę wypracowaną zbieganiem i wybieganiem ze Sport Chaty zacząłem powoli tracić i w okolicach Inovca właśnie doszło mnie dwóch jegomościów. Jakoś dziwnie jednak zbiegi pozwalały mi odżywać i uciekłem im ponownie i to tak, że już do końca mnie nie złapali. Może uciekłem to za dużo powiedziane bo czasownik „uciekać” niesie ze sobą jakiś wymiar dynamiki a tej było niewiele. Dość powiedzieć, że poruszałem się szybciej i to już do samej mety.

Zauważyłem, że skupiając się na samym kryzysie łagodzę jego skutki ale bardziej w sensie psychologicznym. Siły jak nie było tak nie było, mięśnie nadal nie słuchały ale być może poprzez pogodzenie się ze stanem rzeczy a nie jak poprzednio przez bezustanną wewnętrzną złość i walkę z samym sobą udawało mi się iść naprzód. Zauważyłem też że  żele się już nie sprawdzają (może dlatego, że już dawno ich nie używałem). Najlepiej z tego wszystkiego podeszła mi kanapka z nutellą o posmaku cebuli oraz paczka Chia Charge (choć właziły w zęby jak wściekłe). Więc samo też zapobieganie kryzysowi musi się opierać na czymś innym niż żele właśnie.

 
WNIOSKI

 

Ciężko jest jednoznacznie określić co się właściwie stało. Naturalnie, najpierwszym odruchem jest powiedzieć :przypaliłem na początku i stąd taki wynik. Cukier zszedł do zera nie uzupełniony na czas, prędkość biegu mimo samopoczucia była za wysoka i organizm odmówił współpracy. Oczywiście, gdyby lecieć na 5:00 początek to podejrzewam, że strata byłaby niewielka a zaoszczędzone siły wystarczyłyby na o wiele dłużej. Zwycięzca miał na mecie 12:25 a to nie jest super szałowy wynik. U nas na 7 dolinach sporo ludzi łamie 10 g. Najbardziej drażni i zastanawia kompletna masakra mięśni czworogłowych bo to z kolei przekłada się na nieudolność w górach. Pewnie trzeba będzie nad nimi popracować.

Nie jestem w stanie również jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie czy wyłączenie naprawdę długich wybiegań w weekendy przyniosło dobre czy złe rezultaty. Z jednej strony zawsze była świeżość do treningu ale z drugiej myślę sobie, że jednak raz na jakiś czas polecieć 50km nie zaszkodzi. Jednak ultra (zwłaszcza jak ktoś chce startować częściej niż 3 razy w roku) to również przyzwyczajenie organizmu do sporego wysiłku i może taka ma być rola tych długawych wycieczek biegowych.

Najważniejszym jednak wnioskiem jest: należy używać mózgownicy i korzystać z wniosków wypracowanych na poprzednich biegach bo inaczej czeka łomot.

 

Co do Leteckiej Stovki to po pierwsze góry są piękne ale zobaczyć je można dopiero nad ranem i to jak się ktoś nie spieszy bo Ci z czołówki to za dużo nie obejrzeli a szkoda. Po drugie jest jednak sporo asfaltu i to może zniechęcać ale z drugiej strony dla typowych biegaczy (a nie podchadzaczy) jest to zaleta bo można nieźle przycisnąć jak się ma z czego. Po trzecie trzeba pamiętać, że to jednak zupełnie niekomercyjna impreza i nie ma co liczyć na super wypas na punktach czy zawodowe oznakowanie jeśli komuś to nie pasuje to trudno. Za to atmosfera jak zawsze świetna i moim zdaniem warto choć raz zasmakować.

 

PS

Zdjęć nie ma bo byłem zbyt w… zły żeby robić ;)

 

Posted in Relacje | Tagged , , , , | Leave a comment