Letecka Stovka – mega łomot na życzenie

 

Czasami inteligencją określa się zdolność kojarzenia faktów. Dotykasz gorącego- parzy- już nie dotykasz. Stworzenia mniej inteligentne dotkną wielokrotnie nie kojarząc, że to właśnie powoduje dyskomfort. Generalnie homo sapiens zalicza się do tych inteligentniejszych choć nie zawsze sprawa jest aż tak oczywista.

 

Letecka miała być sprawdzianem postępów według zasady mniej a sensowniej. Przestałem nabijać kilometry, a skupiłem się na technice, jakości, szybkości i sile. Wydawało mi się, że zakres ok 60-90 km tygodniowo powinien wystarczyć, żeby w miarę sprawnie pokonać 100km z rozsądnym przewyższeniem bo ok 3120 m. Zresztą czemu nie miałby się sprawdzić skoro w zeszłym roku przy pomocy Krzyśka Janika z powodzeniem pozwalał na ciągłe utrzymanie mocy nawet na Andorra Ultra Trail. Patrząc na zeszłoroczny wynik zwycięzcy ( a był to rok bez śniegu ) czyli ponad 13 godzin, wyszło, że mam szansę na pierwszą dziesiątkę a przy odrobinie szczęścia i właściwego użycia mózgu – pudło. Na mojej drugiej w życiu setce – 7 Dolinach miałem ponad 13 godzin ale było to dawno i bez właściwego treningu- na żywioł.

Analiza trasy i śladu zwycięzcy pokazała, że pierwsze 20km są płaskie i można napinać po 4:45…..

 

FAKT

 

Nie tak znowu dawno żeby zapomnieć bo w 2013 biegłem Sudecką chcąc jak najbardziej zbliżyć się do 10h. Wiadomo, na starcie są wszyscy: maratończycy, Ci, co lecą na 66 km i setkowicze. Problem w tym, że nie wiadomo, kto jest kim i w rezultacie można przypalić jak zresztą widać w tej relacji. Wniosek prosty: przypal na początku – będzie problem z kończeniem. Każdy by zauważył. Może poza mną.

 

Teoretycznie złamać dychę nie jest trudno – wystarczy każde 10 km pobiec poniżej godziny. Wiadomo jednak, że w teorii możliwe jest prawie wszystko. Najważniejsze zatem w strategii powinno być bezustanne kontrolowanie tempa i to nie, żeby mocniej cisnąć ale właśnie żeby mocniej nie cisnąć. W teorii oczywiście…

 

START

 

Letecka za 10 eurasów oferuje w zasadzie 4 pkt żywieniowe na trasie a w menu z napojów głównie herbata, woda , soki, kofola a z jedzenia chleb z surową cebulą lub quasi-nutellą rozsmarowaną nożem wcześniej użytym do krojenia cebuli właśnie, ciastka różnego rodzaju, trochę orzeszków i wreszcie kapuśniak. Szału nie ma ale też z głodu człowiek nie zemrze. Odprawa i start na sali gimnastycznej przy hali sportowej w Trencinie, miła atmosfera swojaków , spolećna fotka i już staliśmy na starcie przed bramą. Oczywiście nie ma mowy o czipach i innych badziewiach więc na trzy cztery ruszyliśmy. Postanowiłem trzymać się czoła i mimo że zegarek pokazywał średnie tempo w granicach 4:43 – 4:45 biegło mi się wyjątkowo miło. Droga wiodła trochę wałem przeciwpowodziowym trochę asfaltem i mimo że gdzieś tam w środku maleńki głosik mówił „zapłacisz za to” na wszystkie możliwe sposoby uzasadniałem sobie, że przecież dobrze trenowałem, że to nie za wysokie tempo i nie miałem zamiaru zwalniać. Wszystko szło świetnie i to tak, że a pierwszych dwóch kontrolach byliśmy przed orgami więc nie mam z nich wpisów. Cieszyłem się, że biegłem z innymi bo „bardzo dobrze oznaczona trasa” okazała się typowo oznaczoną trasą na warunki słowackie czyli czasami miałem rozkminę czy aby dobrze lecimy. Ale dopadliśmy K2 na 23 km gdzie byłem w 1:59 i napiłem się herbaty i nareszcie zaczęły się góry. Miałem nadzieję, ze tu będę mógł się wykazać bo na podejściach zawsze szło mi całkiem nieźle a dużo pracowałem nad zbiegami i szybkością i wyglądało na to, że praca się opłaciła. Jednak już po pokonaniu stoku narciarskiego, na który wylazłem jako pierwszy z grupy zacząłem odczuwać coś na kształt objawów kryzysu. Wciągnąłem żela i olałem. Jednak musiałem nieco zwolnić.

 

Niestety druga zasada, która zbagatelizowałem brzmi jedz i pij ZANIM ci się zachce bo jak się zachce najczęściej jest już za późno. Podejście pod Panską Javorinę było w zasadzie proste i w normalnych warunkach pewnie bym go pobiegł ale niestety warunki z mojego pkt widzenia pogarszały się. Do 30km jakoś jeszcze szło ale potem się zaczęło. Do Leteckiej myślałem, że najgorszy kryzys miałem w Andorze bo smęciłem ok godziny. Ale tu trzymało mnie ok 2!! I to tak, że praktycznie co 10 min musiałem usiąść lub przynajmniej przystanąć. Miałem lekkie zawroty głowy i trochę średnio widziałem co jest na zegarku. Tak czy siak na 30 km byłem po 2h 58min a na 35 po 4 godz 13min !!! Gdyby była taka opcja zrezygnowałbym ale Słowacy na biegach nie mają zabezpieczenia medycznego i nie zwożą z gór więc opcje były dwie: cisnę nadal lub siadam i płaczę. Na to drugie było mi za zimno więc poszedłem.

 

Jak to z kryzysami bywa i ten przeszedł zupełnie nagle i to na zbiegu więc mimo kolosalnej straty wciąż miałem nadzieję, że skoro ja kryzys mam już za sobą innych dopadnie później i może coś się uda nadrobić. Niestety przy kolejnym podejściu okazało się, że skutki uboczne szaleństw na początku to nie tylko odcinka ale i kompletnie skończone czwórki. W ogóle ale to w ogóle nie trzymały i nie niosły. Pojawił się więc problem bo w końcu był to bieg górski a te wyższe górki dopiero na nas czekały. Przy okazji choć udało się przegonić paru biegaczy parę razy udało się również zgubić bo albo nie było odblasków albo nie było szlaku. I nawet jeśli nie nadrobiłem jakiś kolosalnych kilometrów ( finalnie ledwie 3) to czasowo była to katastrofa. Do tego wszystkiego doszły nagłe sensacje żołądkowe więc kiedy znów minęła mnie spora paczka czyli w zasadzie ok 60 km zmieniłem nastawienie.

 

INTERWENCJA KRYZYSOWA

 

Od tego momentu wiadomo już było, że na wynik nie ma co liczyć i trzeba się cieszyć drogą. Kłopot w tym, że powoleńku znowu zaczynał się kryzys a czwórki już zupełnie się do niczego nie nadawały. Postanowiłem więc przeprowadzić mały eksperyment i maksymalnie skupić się na kryzysie i na tym jak w nim funkcjonuję, w jaki sposób najlepiej z niego wyjść i jak dalej cisnąć teoretycznie nie mając już mocy. Nie odpuściłem jednak całkowicie i w miarę możliwości ścigałem się z tymi, których jeszcze udało się złapać. I tak odcięło mnie na podejściu pod Inovec – czyli najwyższy szczyt trasy 1042m n.p.m. głównie z powodu kombinacji zmrożonego śniegu rozjeżdżonego przez jakiegoś amatora off roadu, rozwalonych czworogłowych, i czterech w miarę ostrych podejść tuż przed samym Inovcem. W związku z tym przewagę wypracowaną zbieganiem i wybieganiem ze Sport Chaty zacząłem powoli tracić i w okolicach Inovca właśnie doszło mnie dwóch jegomościów. Jakoś dziwnie jednak zbiegi pozwalały mi odżywać i uciekłem im ponownie i to tak, że już do końca mnie nie złapali. Może uciekłem to za dużo powiedziane bo czasownik „uciekać” niesie ze sobą jakiś wymiar dynamiki a tej było niewiele. Dość powiedzieć, że poruszałem się szybciej i to już do samej mety.

Zauważyłem, że skupiając się na samym kryzysie łagodzę jego skutki ale bardziej w sensie psychologicznym. Siły jak nie było tak nie było, mięśnie nadal nie słuchały ale być może poprzez pogodzenie się ze stanem rzeczy a nie jak poprzednio przez bezustanną wewnętrzną złość i walkę z samym sobą udawało mi się iść naprzód. Zauważyłem też że  żele się już nie sprawdzają (może dlatego, że już dawno ich nie używałem). Najlepiej z tego wszystkiego podeszła mi kanapka z nutellą o posmaku cebuli oraz paczka Chia Charge (choć właziły w zęby jak wściekłe). Więc samo też zapobieganie kryzysowi musi się opierać na czymś innym niż żele właśnie.

 
WNIOSKI

 

Ciężko jest jednoznacznie określić co się właściwie stało. Naturalnie, najpierwszym odruchem jest powiedzieć :przypaliłem na początku i stąd taki wynik. Cukier zszedł do zera nie uzupełniony na czas, prędkość biegu mimo samopoczucia była za wysoka i organizm odmówił współpracy. Oczywiście, gdyby lecieć na 5:00 początek to podejrzewam, że strata byłaby niewielka a zaoszczędzone siły wystarczyłyby na o wiele dłużej. Zwycięzca miał na mecie 12:25 a to nie jest super szałowy wynik. U nas na 7 dolinach sporo ludzi łamie 10 g. Najbardziej drażni i zastanawia kompletna masakra mięśni czworogłowych bo to z kolei przekłada się na nieudolność w górach. Pewnie trzeba będzie nad nimi popracować.

Nie jestem w stanie również jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie czy wyłączenie naprawdę długich wybiegań w weekendy przyniosło dobre czy złe rezultaty. Z jednej strony zawsze była świeżość do treningu ale z drugiej myślę sobie, że jednak raz na jakiś czas polecieć 50km nie zaszkodzi. Jednak ultra (zwłaszcza jak ktoś chce startować częściej niż 3 razy w roku) to również przyzwyczajenie organizmu do sporego wysiłku i może taka ma być rola tych długawych wycieczek biegowych.

Najważniejszym jednak wnioskiem jest: należy używać mózgownicy i korzystać z wniosków wypracowanych na poprzednich biegach bo inaczej czeka łomot.

 

Co do Leteckiej Stovki to po pierwsze góry są piękne ale zobaczyć je można dopiero nad ranem i to jak się ktoś nie spieszy bo Ci z czołówki to za dużo nie obejrzeli a szkoda. Po drugie jest jednak sporo asfaltu i to może zniechęcać ale z drugiej strony dla typowych biegaczy (a nie podchadzaczy) jest to zaleta bo można nieźle przycisnąć jak się ma z czego. Po trzecie trzeba pamiętać, że to jednak zupełnie niekomercyjna impreza i nie ma co liczyć na super wypas na punktach czy zawodowe oznakowanie jeśli komuś to nie pasuje to trudno. Za to atmosfera jak zawsze świetna i moim zdaniem warto choć raz zasmakować.

 

PS

Zdjęć nie ma bo byłem zbyt w… zły żeby robić ;)

 

Posted in Relacje | Tagged , , , , | Leave a comment

Weź to na bary-jak wybrac plecak do biegania-cz2

 

Wiemy już, że to nieuchronne i jakiś plecak musi się znaleźć w naszej szafie. I wtedy właśnie pojawia się problem: CO WYBRAĆ?

 

Plecak biegowy to obecnie już w zasadzie sztuka sama w sobie. Całe sztaby projektantów, testerów, biegaczy i konsultantów tworzą, zmieniają, ulepszają, sprawdzają. Dzisiejsze plecaki muszą być jednocześnie lekkie i wytrzymałe, małe i pojemne, odporne i oddychające. Do tego jeszcze większa armia speców od marketingu dwoi się i troi żeby przekonać biegaczy, że to właśnie ich produkt jest tym, który absolutnie muszą mieć. Jak więc wybrać ten jeden jedyny?

 

Jak zawsze w wyborze ważne są trzy aspekty: CENA, FUNKCJONALNOŚĆ i JAKOŚĆ. Zazwyczaj rozmowy zaczyna się od tego pierwszego:

 

I. CENA

 

Ceny plecaków z wyższej półki często sięgają przedziału 500-700 zł. Te średnie można złapać już za ok 200 -400 zł a te najprostsze to wydatek mniej więcej 100 zł. W rozmowach z biegaczami często słychać argument, że to TYLKO plecak i nie ma sensu na niego wydawać dużej kasy. Naturalnie nie są to ceny normalne. W krajach nieco bardziej rozwiniętych ale z inną walutą te cenniki są znacznie niższe bo waluta mocniejsza ale i zarobki lepsze. Gdyby plecak do biegania kosztował 600 Euro jestem przekonany, że nikt lub niewiele osób by go kupiło. Niestety mieszkamy gdzie mieszkamy i nic się na to nie poradzi.

 

Ważne jest jednak skąd taka cena i czy warto tyle dać?

W przewijających się co rusz w internecie dyskusjach na temat czy warto czy nie warto pojawiają się głównie dwa argumenty: ze to tylko kawałek szmaty oraz że kiedyś się dało bez tej technologii to teraz też.

O ile z tym drugim argumentem można by się było zgodzić (choć wtedy konsekwentnie należałoby chodzić pieszo i wyrzucić komputer bo kiedyś ludzie nie mieli samochodów a dla rozrywki grali w cymbergaja) o tyle ten pierwszy to zupełna pomyłka. Cena plecaka to nie tylko koszt „szmaty” ale i koszt jej opracowania , czasami lat badań i wielu wielu prób i testów. A to wszystko po to by „kawałek szmaty” nie obtarł, nie barwił, nie uczulał, był jak najlżejszy i oddychał na tyle na ile to możliwe jednocześnie mogąc unieść wszystko co potrzebne na uteembe i to nie raz ale wiele wiele razy. Płacąc za plecak z wysokiej półki płacicie za technologię i pomysł. Służy ona zwiększeniu komfortu a co za tym idzie polepszeniu wyników Wiadomo, że 500 zł to niemały koszt ale ile dajecie za buty, a co ważniejsze jak często je musicie zmieniać? Plecak dobrej jakości będzie z Wami na pewno parę sezonów. To czy potrzebujecie akurat najdroższy model to kwestia ile i czego biegacie (patrz część 1) oraz co Wam pasuje bo nie każdy najdroższy model musi się z Wami zgrać.

Nie namawiam tutaj by kupować tylko te najdroższe bo w innych się nie da biegać ale kwestia ceny w moim przekonaniu nie powinna być najważniejszym kryterium. Należy więc najpierw ustalić ceny paru modeli, które wpadły w oko a następnie zweryfikować budżet.

 

II. FUNKCJONALNOŚĆ

 

Plecak do biegania ma przede wszystkim służyć biegaczowi czyli spełniać określone funkcje w określony sposób niekoniecznie w takiej kolejności:

 

  • niska waga
  • pojemność (przynajmniej na to, czego minimalnie wymaga organizator biegu lub co będzie potrzebne na samotnej wyprawie
  • spora ilość łatwo dostępnych schowków, kieszonek itp.
  • kompatybilność z bidonami/bukłakiem
  • wytrzymałość
  • materiały, które są jednocześnie miłe w dotyku, nie powodują otarć oraz w miarę możliwości pozwalają skórze swobodnie oddychać

 

Sztuka wyboru plecaka to między innymi umiejętność odpowiedzenia sobie na parę pytań i zastanowienia się, które funkcje są nam naprawdę potrzebne, a które to tylko marketingowe fajerwerki. Ale po kolei.

Plecak to moim zdaniem po butach druga najważniejsza część wyposażenia mogąca znacznie zwiększyć/zmniejszyć komfort zawodnika na trasie dlatego podobnie jak buty TRZEBA GO PRZYMIERZYĆ.

Oczywiście! – śmieje się pewnie większość z Was i po wejściu do sklepu wkładają na plecy kupę sprzętu po czym płacą i wychodzą. Niestety to, co pasuje w sklepie nie zawsze sprawdzi się na szlaku i choć nie ma możliwości sprawdzenia towaru na szlaku – można znacznie zwiększyć szanse akcji „siedzi w sklepie siedzi na szlaku” stosując parę prostych zasad:

 

  1. Mierzymy z obciążeniem .Pusty i nieobciążony niczym plecak nie powie nam nic o tym co się z nim stanie po załadowaniu. Z reguły już sam bukłak ma 2L a to 2 kg ciężaru. Dołóżcie parę innych rzeczy i można spokojnie dojść do 6kg. Niby niedużo, ale to właśnie na tym polega rola plecaka biegowego, że ma być możliwie jak najbardziej komfortowy OBCIĄŻONY. Wiadomo, że nikt nie pozwoli Wam napełnić bukłaka, ale kurtkę, polar czy cokolwiek na pewno będzie można włożyć. Dopiero wtedy macie szanse sprawdzić co on potrafi.
  2. Dopasowujemy.Po pierwsze trzeba sprawdzić czy ma rozmiary i czy nasz akurat jest. Niektóre z plecaków/kamizelek szytych jest na wąskie ramiona i jeśli macie posturę bliższą Arnolda mogą nie pasować. Po drugie zwróćcie uwagę na możliwości regulacji. Wiele produktów ma liczne paski, gumy itp. służące maksymalnej regulacji i dopasowaniu do użytkownika. Wszystko musi grać od razu.

    Nigdy nie wierzymy na słowo sprzedawcy. Znacie tekst o butach że „trzeba je rozchodzić?” to bzdura. Plecak musi pasować idealnie już w sklepie (oczywiście z poprawką na pkt1) i musi się dać łatwo wyregulować. Jeśli kombinacji jest zbyt wiele lub nic nie dają – zostawiamy.

  3. DotykamyMateriały z którego wykonany jest plecak to gwarancja sukcesu lub klapy. Jeśli poczujecie, że cokolwiek jest za twarde, za blisko szyi, za bardzo ciśnie , itp. już w sklepie – możecie być pewni, że odczujecie na szlaku już znacznie intensywniej. Sprawdźcie klamerki, sprzączki, paski, zapinki, zamki itp. Nie mogą mieć kontaktu z ciałem bo to potencjalnie oznacza tylko kłopoty. Sprawdźcie czy materiał oddycha najlepiej po prostu dmuchając przez materiał – im łatwiej pójdzie tym lepsze będą właściwości.

Już te trzy podstawowe zasady pozwolą dobrze sprawdzić plecak i mieć w miarę pewność, ze zakup będzie cieszył. Teraz czas na detale.

 

Innowacyjność projektantów sprzętu prawie nie ma granic ale nie zawsze jest to absolutnie potrzebne. Kiedy już jednak wydajemy pieniądze to trzeba się zastanowić czy te udogodnienia się przydadzą i czy będą odpowiadać naszym wymaganiom

 

KIESZONKI – tych jest z reguły sporo i są bardzo przydatne jednak trzeba sprawdzić czy:

  • są dla nas łatwo dostępne ( nie wszyscy tak samo łatwo sięgają do tyłu)
  • są wystarczająco pojemne ( trzeba zabrać żel/baton/telefon /aparat/ bidon i zobaczyć czy się zmieści)
  • są regulowane – żeby się potem nie okazało, że wszystko w nich goni , dzwoni i generalnie irytuje
  • są rozciągliwe – więcej wejdzie i nie będzie przeszkadzać
  • są nieprzemakalne / potoodporne – żeby coś ważnego nie zamokło – ewentualnie, żeby pamiętać by tam nie wkładać

UCHWYTY na różnego rodzaju gadżety i wyposażenie

  • na kije – czy pomieszczą składane „na trzy” czy tylko teleskopowe i czy łatwo je będzie zdjąć/przytroczyć
  • na wąż od bukłaka – czy jest zaczep, czy jest miejsce na poprowadzenie tak, by nie dyndał całą drogę
  • na bidon – czy łatwo się go wkłada/wyjmuje, czy ma zaczep na dzióbek

REGULACJE – różnego rodzaju dodatkowe paski, gumy, zaczepy , kompresje, ściągacze – czy działają płynnie, czy ich regulacja wymaga użycia dwóch rąk, czy wymagają sporo siły, czy trzymanie jest pewne

 

 

III. JAKOŚĆ

 

Nie jest tajemnicą, że za jakość się płaci. Oznacza to , lub powinno oznaczać, nie tylko design i użyteczność ale i długość użytkowania. Ktoś, kto płaci 600zł za „kawałek szmaty” oczekuje, że ten kawałek trochę z nim pobędzie. Tylko jak to sprawdzić? Niestety nie ma pewnego triku, można jedynie potencjalnie określić czy sprzęt ma szansę się rozlecieć czy nie.

 

Pierwszy sposób nie wymaga wychodzenia z domu – starczy internet. Tyle, że i tu trzeba zachować rozsądek. Opinie internautów niestety zbyt często ocierają się o ekstrema. Z jednej strony niektórzy blogerzy uszczęśliwieni, że oto mają za darmo sprzęt do testowania piszą o nim w samych superlatywach, z drugiej rozczarowani klienci wieszają na producencie ostatnie psy bo sprzęt zawiódł – częstokroć z ich winy. Internetowe poszukiwanie ma Wam wskazać ewentualne punkty zapalne jeśli takie są i sposób w jaki producent się do nich odniósł.

 

Drugi sposób jest bardziej bezpośredni ale też nie tak pewny. Podczas mierzenia należy dokładnie obejrzeć miejsca szwów, łączeń i wykończenia. Jeśli już w sklepie coś się rozchodzi, widać nitki, części do siebie nie pasują – możemy mieć pewność, że nadchodzą kłopoty.

 

 

 

Nie spieszcie się z kupnem, nie podążajcie za trendami, nie kupujcie tylko dlatego, że ma je wasz ulubiony biegacz. Sama marka nie gwarantuje,że produkt Wam podejdzie nawet jeśli jest z najwyższej półki choć firmy jak Salomon, Ultraspire, Inov8, Nathan czy Ultimate Direction to raczej pewny strzał.

Powoli oglądajcie towar i najlepiej wyłączcie fonię sprzedawcy.

Tu znowu odwołuję do części pierwszej artykułu gdzie pisałem o tym czy w ogóle warto mieć plecak i do czego. Precyzyjne określenie potrzeb pozwoli oszczędzić pieniądze i uniknąć rozczarowań. Kupowanie Ferrari „po bułki” tylko dlatego, że może kiedyś pojedziemy na autostradę do Niemiec nie ma wielkiego sensu jeśli oczywiście nie chodzi o lans ale o tym niestety nie mam pojęcia.

Posted in Porady | Tagged , , , , , | Leave a comment

Asfaltowe szuranie

Zostałem poproszony przez kolegę, abym podzielił się swoimi doświadczeniami w biegu ultra po asfalcie. W tym artykule napiszę więc wyłącznie o własnych doświadczeniach i obserwacjach, które rozpocząłem od maratońskiego debiutu w marcu 2011 roku. Na swoim koncie mam już 9 maratonów i 11 biegów ultra na ulicy.
Pomimo tego, że bardzo lubię góry i staram się je odwiedzać co roku, aby mocno potrenować na wiosnę, to do tej pory mam na swoim koncie tylko jeden bieg górski na dystnasie 50 km. Tak się składa, że lubię biegać, a wszystkie zawody rozgrywane w górach ze względu na ukształtowanie terenu sprowadzają się do tego, że pewne odcinki jednak „nie” biegniemy. Pewnie dlatego na tym etapie mojego życia jestem typowym „asfaltem”. Lubię biegać, a ponieważ nie jestem, aż tak szybki to skoncentrowałem się na biegach ultra. Moja główna konkurencja to 100 km i wszystkie moje przygotowania ukierunkowane są pod relatywnie szybkie bieganie po asfalcie. Piszę relatywnie, bo dla jednego z nas tempo biegu 4:50 min/km jest jak chodzenie, a dla innych mocny drugi zakres. Nie oznacza to, że biegam tylko po ulicach. Jestem częstym bywalcem w górach, gdzie pracuję nad siłą biegową, jak również nie są mi obce akcenty szybkościowe na stadionie. Wymaga tego specyfika biegów płaskich, gdzie poza wytrzymałością liczy się również szybkość, równe tempo i inne elementy nie koniecznie biegowe.
Mój typowy tydzień to 2 akcenty szybkościowe (jeden na stadionie, a drugi na ulicy), do tego siła biegowa (podbiegi lub schody), a to wszystko przeplatane jest rozbieganiami i długimi wybieganiami. To tyle jeśli chodzi o stronę biegową. Jest jeszcze cała masa innych ćwiczeń, których zadaniem jest wzmocnienie innych mięśni. Rozciąganie, plank, brzuszki, ćwiczenia z taśmami, piłką rehabilitacyjną, siłownia to wszystko stanowi uzupełnienie „klepania” kilometrów. Wracając jednak do biegania to, muszę powiedzieć, że staram się nie zamulać nóg, dlatego praktycznie wszystkie moje treningi oscylują w okolicach 5 min/km lub szybciej. Ograniczam też przerwy między treningami, aby zmusić się do wysiłku na dość dużym obciążeniu i zmęczeniu, dlatego od jakiegoś czasu trenuję 2 razy dziennie (4 – 5 dni w tygodniu). Zazwyczaj rano robię spokojne rozbieganie, a zaplanowane akcenty wieczorami. Taki układ pozwala mi na robienie dość dużego przebiegu, który potrzebny jest mi w budowaniu wytrzymałości, przystosowaniu mięśni do większego wysiłku. Jednym słowem trenuję na dość dużym zmęczeniu (szczególnie w okresie zimowym), a do tego treningi mam tak ustawione, że nie kolidują z moją pracą. Muszę jedynie wcześnie wstać i wracam dość późno. Mój typowy tydzień to 150 – 220 km (choć zdarzały się i większe przebiegi w najbardziej intensywnym okresie przygotowań).

Foto: po jednym z treningów
Zanim jednak zacznę bardziej szczegółowo opisywać dni treningowe, chcę zwrócić waszą uwagę na sprzęt biegowy. Jak to ładnie wszyscy mówią bieganie to najłatwiejsza i najtańsza forma uprawiania sportu. Trzeba podnieść cztery litery i wyjść pobiegać. Troszkę inaczej to wygląda z „dłuższym” bieganiem. Osobiście bardzo mocno przywiązuję uwagę do tego w czym biegam. Mam na myśli przede wszystkim obuwie, spodenki biegowe i podkoszulki. Może to się wydać banalne, ale już nie raz kończyłem bieg z dość dużymi obtarciami na stopach, udach czy też ramionach. Do dziś pamiętam mój debiut w biegu ultra (89 km), po którym byłem szczęśliwy z uwagi na wygrany bieg, ale przez kolejne 2 dni miałem palący ból na udach od otarć i dość mocno obtarte ramiona od źle dobranej podkoszulki. Nauczyłem się, że konieczne jest posiadanie dobrego zaplecza, zarówno do trenowania jak i do startów.

Foto: to co przygotowuje na długie wybiegania
Sam używam różnego obuwia w zależności od wykonywanego treningu. Na akcenty szybkościowe zabieram bardzo lekkie buty startowe, dzięki czemu mogę zyskać nawet 10 sekund na każdym kilometrze.

Foto: startówki
Na długie wybiegania zabieram buty z amortyzacją, aby nie zamęczyć nóg treningiem i być gotowy na kolejny trening już następnego dnia. Mam specjalnie dedykowane obuwie tylko na zawody. Plastry, wazelina, podkoszulki „techniczne”, spodenki, zegarek z GPS, to wszystko jest zawsze pod ręką. Dokładnie zapisuje ile kilometrów zrobiłem w każdych butach. Jest to dla mnie bardzo dobre źródło informacji o samych butach, ich producentach, jak również jest to dla mnie wskaźnik, kiedy buty muszą przejść na zasłużoną „emeryturę”. Nie będę pisał o zużyciu sprzętu, bo jest to dłuższa analiza.

Foto: aktualny zestaw butów

Video: zestaw butów
Typowy tydzień treningowy:
Poniedziałek przeznaczony jest na spokojne bieganie i siłę statyczną, tak aby zregenerować się po niedzielnym długim wybieganiu. W planie zazwyczaj mam poranne rozbieganie, a wieczorem lekka rozgrzewka, ćwiczenia ze sztangą (przysiady i wspięcia), taśmami rehabilitacyjnymi (pas biodrowy), piłką rehabilitacyjną (brzuszki i grzbiety). Do tego plank i side plank (brzuszki i ręce), rozciąganie i na koniec relaks na macie z kolcami (masaż odcinka lędźwiowego). To wszystko w celu wzmocnienia „core body”. Jak to często bywa w końcowych odcinkach biegu ultra organizm szuka zapasów „mocy” wszędzie i taki trening tylko wzmacnia.

Foto: ćwiczenia ze sztangą
Wtorek to kolejny dzień pracy nad siłą biegową, ale tym razem na podbiegach (czasami biegam po schodach). Na początek oczywiście zaczynam porannym rozbieganiem, a wieczorem po dłuższej rozgrzewce biegowej przechodzę do podbiegów. Zazwyczaj jest to wielokrotność 150 m podbiegów, a jak uda mi się już dobrze opanować technikę i szybkość to sukcesywnie zwiększam odległość, aż do 250 m.

Foto: na mojej górce do robienia podbiegów
środa to akcent szybkościowy. Ze względu na środek tygodnia nie biegam na stadionie, ponieważ jest on już zamknięty kiedy wychodzę z pracy, dlatego robię je na mieście, co zmusza mnie do biegania na czas, a nie na dystans. Wygląda to w ten sposób, że po wprowadzającej rozgrzewce i rozciąganiu biegam odcinki czasowe zazwyczaj 20 x 2 min na krótkich przerwach lub inne kombinacje, jest to tak zwana „zabawa biegowa”. Oczywiście nie obejdzie się od porannego rozbiegania.
Czwartek to dzień nabijania spokojnych kilometrów i troszkę regeneracji. Mam tu na myśli głównie kąpiele solankowe, masaż olejkami rozgrzewający, mata z kolcami i może troszkę ćwiczeń typu plank. Tu również biegam dwa razy dziennie, ale relatywnie wolno i nie tak dużo.

Foto: kąpiel lodowa
Piątek zaplanowany mam jako dzień wolny, ale aktywnie, czyli jazda na rowerze lub inne aktywności nie związane z bieganiem. Jednym słowej „fun day”.
Sobota i niedziela to „zapierdziel” na maksa. Sobota to akcent szybkościowy na stadionie. To jest mój najcięższy trening, ponieważ wymaga koncentracji, a przede wszystkim jest męczący fizycznie. Jak tylko pomyśle o sobotnim bieganiu to nie jest mi łatwo wyjść z domu, bo wiem, że będzie ciężko. Tu mam sporo możliwości. Jednym z moich ulubionych choć wymagających, jest bieganie 4 km odcinków (4 x 4 km / 800 m przerwach). Biegam również wielokrotności 1 km, 2 km, 5 km, 6 km. Niedziela to oczywiście długie wybiegania. Zazwyczaj jest to 30 – 40 km, jednak zdarzają się dość często biegi typu + 40 km. Miałem już takie jednostki biegowe, gdzie przebiegałem więcej niż 60 km na jednym rozbieganiu. Wszystkie długie odcinki staram się biegać w okolicach 5 min/km lub szybciej, aby nie zamulać nóg, oczywiście jeśli biegam po płaskim. Co czwarty tydzień zazwyczaj zmniejszam długość wybiegania, aby złapać troszkę świeżości. Moje weekendowe bieganie to jest taki typowy model „back – to – back”, czyli dwa mocne treningi po sobie. Dodatkowo w plan treningowy wpisane mam starty kontrolne. Zazwyczaj biegam 50 km lub maraton, choć ten drugi rodzaj biegu staram się ograniczać. Zdarzają mi się również krótsze starty, ale nie tak często.

Foto: po niedzielnym wybieganiu
Jak łatwo zauważyć jest tego bardzo dużo, można powiedzieć, że w tygodniu robię około 10 treningów. Większość z nich pokonywanych jest w tempie poniżej 5 min/km. W przypadku akcentów szybkościowych mówimy tu o zakresie 3:30 – 4:00 min/km. Takie rozłożenie prędkości, długich wybiegań, podwójnych treningów, jak również ćwiczeń uzupełniających pozwala mi na spokojne przebiegnięcie 50 km w zakresie 4:30 – 4:45 min/km.
Jest jeszcze jeden istotny element, o którym jeszcze nie pisałem. Oczywiście mowa tu o diecie i suplementacji. Ponieważ jestem wegeterianinem i regularnie oddaję krew, muszę kontrolować swoje wyniki morfologii. Jednym z kluczowych elementów jest poziom żelaza, który w sportach wytrzymałościowych jest bardzo ważny. Odpowiednio zbilansowana dieta pozwala na utrzymanie odpowiedniego ich poziomu i zachowanie balansu wagi. Staram się utrzymywać stałą wagę ciała, a w okresie blisko startowym troszke ją zmniejszyć, co dodatkowo potęguję znaczenie odpowiednio zbilansowanej diety. Jedzenie odgrywa również ogromne znaczenie w czasie startów. W zależności na jakim dystansie startuje odpowiednio przygotowuje taktykę nawadniania i odżywiania. Dotyczy to zarówno czasu przed startem, w czasie biegu i po nim. Zawsze staram się spożywać tylko te produkty, które już sprawdziłem i nie powodowały u mnie żadnych problemów. W czasie biegu każda sekunda jest ważna i nie ma opcji, aby tracić zbędnie czas na nawadnianie i jedzenie, dlatego pracuje nad tym elementem również na treningach. Nauczyłem się już jak pić w czasie biegu, jak łapać w „locie” kubek z piciem, aby nic się nie powylewało. Jak nie pozalewać „buźki”, czy też całego siebie. W biegu świętojańskim, kiedy biegamy na 3 km pętli, zatrzymywanie się choć na kilkanaście sekund, daje stratę nawet do 15 min !!! Taki czas przy równym mocnym tempie w biegu ultra jest nie do odrobienia. Po samych zawodach przede wszystkim nawadniam się ile się da, co pomaga w regeneracji.

Foto: śniadanie po biegu

Foto: jedna z kolacji przygotowana przez żonkę
Jak łatwo zauważyć, każdy element ma ogromne znaczenie, dlatego przykładam się i monitoruje zarówno swoje treningi, dietę jak i zdrowie. Najdrobniejszy błąd może prowadzić do dużych zniszczeń o czym nie raz się przekonałem. Z każdym dniem, treningiem i startem zdobywam nową więdzę, którą staram się wkomponować w codzienne aktywności.
Na tym etapie ważne jest również aby wspomnieć o jeszcze jednym elemencie w życiu każdego ultramaratończyka, a mianowicie„psychika”.

Foto: jeszcze szczęśliwy przed startem
Nie zależnie od tego co i gdzie biegamy, bardzo ciężko jest przewidzieć co nasza „głowa” nam zgotuje. Możemy przygotować się super do biegu, ale i tak najważniejsze jest to czy jesteśmy gotowi przezwyciężyć „kryzysy”, które pojawiają się w biegu ultra. Tak, nie mówimy tutaj o jednej „ścianie”, bo takich maratońskich ścian na biegach ultra jest kilka i trzeba mieć mocną głowę, żeby je pokonać. W moim przypadku zawsze jest ten sam problem. Mam pewne założenia czasowe i kiedy zauważam, że nie uda mi się ich zrealizować, bo biegnę za wolno, to przychodzi taki moment zwątpienia. To nie jest łatwe, bo wiesz, że musisz utrzymać aktualne tempo biegu, a dość często bywa tak, że musisz jeszcze przyśpieszyć. Tego nie da się uniknąć. Przychodzą momenty, kiedy wiesz, że fizycznie już nie dasz z siebie nic więcej. Mimo to wiesz również, że musisz biec dalej i szybciej, to jest ból, ale już psychiczny. Na mecie padam ze zmęczenia, nie mogę się ruszać, ale jestem szczęśliwy i już myślę o kolejnym starcie, kolejnym treningu i kolejnym czasie, który chce pokonać.

Foto: na mecie tuż po debiucie na dystansie 100 km
W tym asfaltowym bieganiu zawsze liczy się czas, który ucieka nie zależnie od tego co robisz, dlatego ważne jest aby ograniczyć jego straty do minimum.

 

Jacek Będkowski

Posted in Artykuły | Tagged , , , | Leave a comment

Ultrarunning – transgresja czy autodestrukcja (część druga)

Zwykło się mawiać „każdy kij ma dwa końce”. Poruszając tematykę ultrarunningu także należy brać to pod uwagę. Bazując na rozważaniach, o których mowa była w części pierwszej, można z całkowitą pewnością stwierdzić, że biegacze ultra to rzeczywiście twardziele, przykłady idealnej determinacji w realizowaniu własnych celów, w końcu osoby, od których można by się było wiele nauczyć. W pewnym sensie tak jest i biegacze ultra mają wiele innym do zaoferowania, jednakże czy rzeczywiście stanowią idealne wzory do naśladowania? Spróbuję przypatrzyć się temu z bliska.

 

Nie ma co ukrywać, przebiegnięcie ultramaratonu to prawdziwy wyczyn. Dla większości biegaczy takim wyczynem jest przebiegnięcie maratonu, jednak dla biegaczy ultra przebiegnięcie go nie jest szczytem szczęścia i samospełnienia. Potrzebują oni czegoś więcej, potrzebują przed wyrazem „maraton” wstawić przedrostek „ultra” (z łac.: więcej). Przebiegnięcie maratonu to już ogromny wysiłek, a co dopiero 2, 3, 4, nawet 6 maratonów naraz i to nie po asfalcie tylko w coraz to bardziej wymyślnych warunkach, począwszy od pustyni, przez góry, na krainach wiecznego lodu kończąc, w temperaturach nieraz daleko poniżej zera i na wysokościach, na których stężenie tlenu w powietrzu jest tak niskie, że normalna osoba miałaby trudności oddychać, a co dopiero biegać.

 

To oczywiście skłania do zadania pytania o powody, dla których biegacze ultra to robią. Odpowiedzią mogłaby być nie tylko potrzeba transgresji, ale także tendencje autodestrukcyjne, które gdzieś w odmętach nieświadomości u każdego biegacza ultra pewnie tkwią i nie chcą być bezczynne, muszą się w jakiś sposób realizować, i robić to mogą, właśnie dzięki pewnym aspektom ich psychiki. Przebiegnięcie ultramaratonu w końcu wystawia organizm i psychikę na takie obciążenia, że bez odpowiedniego przygotowania człowiek nie byłby w stanie tego zrobić.

Każdy biegacz ultra może porównać sam siebie jak wyglądał i jak się czuł przed startem z tym jak wyglądał i czuł się na mecie ultramaratonu. Wygląda to mniej więcej jak powiedzenie dotyczące dwóch stron medalu. Biegacz ultra na starcie- pełen wigoru, skupienia, gotowości, uśmiech nie jest mu obcy, z kolei biegacz ultra na mecie –nieraz kilka kilogramów lżejszy, odwodniony, z ogromnym deficytem energetycznym, po wielu godzinach spędzonych w samotności, organizm doprowadzony do takiego stanu, że jego regeneracja nieraz liczona jest w miesiącach. Oto ogólny obraz tego co się dzieje w trakcie takich biegów. O dziwo biegacz po takim skrajnym wysiłku jest jeszcze w stanie wysilić się na zadowolenie. Wynika to niewątpliwie z odczuwanej przez niego ulgi. Czym można zatem wyjaśnić taki stan rzeczy? Czy rzeczywiście tylko dzięki idei przekraczania granic czy może także raczej symbolicznym aktem samounicestwienia?

 

Przedstawione przeze mnie poniżej treści noszą znamiona rysu psychopatologicznego, jednak ich ukazanie jest istotne dla przedstawienia „ciemnej” strony ultrarunningu.

 

Krótko mówiąc, tendencje autodestrukcyjne (czy też zachowania autoagresywne) są zaburzeniem instynktu samozachowawczego, mającymi postać działań ukierunkowanych na spowodowanie szkody samemu sobie. Mówiąc potocznie jest to dobrowolne podejmowanie zachowań pośrednio lub bezpośrednio zagrażających naszemu życiu. Są najczęściej sposobem rozładowania emocji, które sprawiają danej osobie ból, czasem porównywalny do fizycznego i są charakterystyczne dla osób niestabilnych emocjonalnie. Gdy zawodzą inne sposoby ich neutralizacji, aby sobie z nimi poradzić, osoba zaczyna je maskować za pomocą bólu fizycznego (który de facto jest nieodłączną właściwością biegów ultra). Dzięki temu osoba daje upust wszystkim tym myślom i uczuciom, które nie dają jej spokoju. Dodatkowo zachowania autodestrukcyjne stanowią w jakimś stopniu próbę ukarania samego siebie. Wachlarz emocji i uczuć, które neutralizuje się poprzez działania autodestrukcyjne nie stanowi kilku odizolowanych jego elementów. Może to być gniew, niskie poczucie własnej wartości, poczucie winy lub wstydu, frustracja, smutek itd., przykładów można mnożyć.

Inną przyczyną takich zachowań może być niemożność znalezienia nikogo do kogo można by się było zwrócić ze swoimi problemami, w celu ich rozwiązania czy otrzymania wsparcia. Jest to niewątpliwie nierozerwalne z poczuciem samotności i deficytem na prawidłowe relacje interpersonalne. Zastanawiająca zgodność tego aspektu widać z samotnością biegaczy ultra, której niewątpliwie doświadczają w trakcie biegów. Radzenie sobie z samotnością także musi stanowić dla nich pewną umiejętność i rzemiosło, które muszą opanować.

 

Do ostrych (bezpośrednich) form autodestrukcji zaliczyć można próby samobójcze, samookaleczenia, uzależnienia od substancji psychoaktywnych czy zaburzenia odżywiania (anoreksja, bulimia). Ultrarunning oczywiście będzie się zaliczał do bardziej łagodnych (pośrednich) form autodestrukcji, porównywalnych do hazardu, sportów ekstremalnych, pracoholizmu, wyniszczającego trybu życia czy innych, noszących znamiona częściowo adaptacyjnych zachowań (wyuczona bezradność, zaniedbania zdrowotne itp., pełniących rolę komunikatu „pomóż mi”, „zaopiekuj się mną”).

 

Jaką funkcję zatem autodestrukcja miała by pełnić i w jaki sposób miałaby człowiekowi pomóc? Chodzi oczywiście o nierozerwalne z nią doświadczanie ulgi, które może być doświadczane w wielu zakresach. Jeśli autodestrukcja jest odzwierciedleniem psychicznego bólu, to jej dokonywanie jest próbą pokazania go na zewnątrz, sprawienia aby był widoczny dla świata. W przypadku gdy wystawiamy swoje ciało na skrajne warunki organizm produkuje endorfiny, których zadaniem jest uporać się z bólem (co ciekawe, stymulują one te same receptory, co opiaty). Ponadto może to być dokonywane w celu wywołania określonej reakcji organizmu, noszącej znamiona euforii. W tym przypadku dochodzi do swego rodzaju uzależnienia od przyjemności. Zachowania autodestrukcyjne mogą także służyć zwiększeniu poczucia kontroli i autonomii. Osoba, która boryka się z własnymi problemami i nie może sobie z nimi poradzić zaczyna kontrolować swoje ciało, tym samym zyskując poczucie kontroli. Najczęściej do takich stanów dochodzi w przypadku zaburzeń odżywiania. W innym wypadku, jeśli osoba z tendencjami autodestrukcyjnymi doświadczyła jakiejś traumy w przeszłości, to w ten sposób może ją wyrażać na zewnątrz. Dochodzi do tego gdy nie jest w stanie ubrać tego w słowa czy też jest przepełniona wstydem. Zachowania autodestrukcyjne są wówczas symbolicznym zakomunikowaniem owej traumy.

Funkcji, jakie pełnią tendencje autodestrukcyjne, jest zapewne więcej, tutaj skupiłem się tylko na jej głównych rodzajach. Po bliższym zastanowieniu się można jednak stwierdzić, że w jakimś stopniu wszystkie dotyczą także ultrarunningu. Pokonanie niejednego biegu ultra wiąże się ze znaczącymi kosztami fizycznymi i psychicznymi, zatem coś musi powodować, że pewna część biegaczy jest w stanie (i jest gotowa) tą cenę ponieść. Coś musi leżeć w samej naturze biegaczy ultra, co pcha ich do takich specyficznych i często wyniszczających form aktywności.

 

Wracając do kwestii transgresji, zachowania transgresyjne dzielimy na pozytywne, destrukcyjne i ochronne. Pozytywne to takie, które wychodzą poza ograniczenia stawiane przez dany problem i są nastawione na zmianę rzeczywistości, są spontaniczne i nowe dla jednostki. Destrukcyjne to takie, które zagrażają dobrobytowi i dobrostanowi jednostki i mogą być źródłem cierpień. Ochronne to zachowania powszechne lub rutynowe, mające na celu przywrócenie równowagi organizmu, konieczne, by przystosować się do środowiska, a które są wyznaczone przez otoczenie.

 

Nie umieściłem tego podziału przy okazji omawiania zjawiska transgresji z jednej przyczyny, mianowicie podział ten, choć obowiązuje, to trudno jest go przekuć na tematykę ultrarunningu. Dzieje się tak ze względu na to, że, w świetle całych rozważań, zaliczałby się on do wszystkich trzech kategorii, tj. zachowań transgresyjnych pozytywnych, negatywnych i ochronnych. To oczywiście świadczy o tym jak złożonym kompleksem jest zagadnienie ultrarunningu. Żeby je wyjaśnić należałoby uruchomić warsztat badawczy i szczegółowo przeanalizować. Oczywiście nie istnieje żadna grupa, która byłaby wewnętrznie jednorodna pod każdym względem. Każdy członek jakiejkolwiek grupy jest w końcu na swój sposób unikalny, posiada własną historię i cele, charakteryzuje się niepowtarzalnym zespołem cech, zasobów, możliwości. Moją motywacją w pisaniu tego artykułu było rzucenie pewnego światła na dynamikę pewnych mechanizmów, jakie można zaobserwować w istocie ultrarunningu, jednak do odpowiedzi na pytanie czym tak naprawdę charakteryzuje się motywacja biegacza ultra, zachęcam czytelnika niniejszego tekstu. W końcu możliwym jest, że gdzieś na kontinuum transgresja-autodestrukcja mógłby on umieścić siebie samego.

 

Podsumowując, z pewną dozą pewności można stwierdzić, że ultrarunning jest pewnego rodzaju grą, grą w którą można wygrać lub przegrać, jednakże wynik jaki się osiąga w znacznej mierze zależy od tego kto i w jaki sposób tą partię rozgrywa.

 

Andrzej Zieliński

Posted in Artykuły | Tagged , , , , | Leave a comment

Ultrarunning – transgresja czy autodestrukcja (część pierwsza)

 

Krew, pot i łzy, zero wytchnienia, kryzys za kryzysem, organizm w pełnej gotowości nieraz przez kilkanaście godzin, eksploatowany niczym fabryka diamentów w południowej Afryce, zwątpienie i determinacja, krok za krokiem, kilometr za kilometrem, meta coraz bliżej, morderczy wyścig trwa.

Ultrarunning – coś więcej niż bieganie. Ultrarunning- bieg ku czci Prometeusza– tego, który wykradł bogom ogień czy może ultrarunning– bieg ku czci Nemezis– gniewu bogów, każącej każdego, który śmie przekroczyć wyznaczone już granice. Oto jak w wielkim skrócie wygląda bieganie w najbardziej ekstremalnym wydaniu.
Niewątpliwie ultrarunning jest formą rozrywki, która nie tylko odbija się na funkcjonowaniu człowieka, wymuszając na nim daleko idące zmiany, ale też sama w sobie jest bardzo wymagającą sztuką, dlatego też jej opanowaniem zajmują się naprawdę nieliczni.
Pojawia się zatem ciekawe pytanie, mianowicie co tak naprawdę motywuje biegaczy ultra do wystawiania własnego organizmu na tak ekstremalne warunki i pokonywanie dystansów, określanych przez większość biegaczy raczej jako niemożliwe, mordercze, ogólnie niepojęte.
Postaram się wyodrębnić i opisać 2 motory napędowe, które według mnie kształtują motywację biegaczy ultra, a którymi są potrzeba transgresji (tj. przekraczania własnych granic) oraz zachowania autodestrukcyjne. Ściślej mówiąc, przedstawię 2 punkty widzenia istoty motywacji do biegania, które chociaż na pozór przeciwstawne, to stanowiące jednak swego rodzaju dwubiegunowy wymiar, na którym każdy biegacz ultra będzie w stanie się odnaleźć.
Nim przejdę do opisu powyższych mechanizmów myślę, że warto wyjaśnić samo zjawisko motywacji, jej istoty i mechanizmu działania, gdyż jest to znaczące dla dalszych rozważań.
Ogół psychologicznych koncepcji dotyczących natury motywacji jest zgodnych co do jednego, mianowicie że nie ma motywacji gdy nie ma emocji. Można w tym miejscu zacząć przytaczać całą serię teorii i koncepcji, jednak nie o tym jest ten artykuł. Skoncentruję się na poniższym diagramie, który dostarczy niezbędnej nam wiedzy. Wygląda on następująco:
PRAGNIENIE . POTRZEBA . EMOCJE . MOTYWACJA . DZIAŁANIE . ZASPOKOJENIE PRAGNIENIA
Mechanizm ten wyjaśnię w sposób najbardziej prozaiczny, jakkolwiek istotny dla każdego człowieka, każdego dnia. Otóż, pojawia się PRAGNIENIE, w tym przypadku GŁÓD, który rodzi POTRZEBĘ jego zaspokojenia. W tym samym czasie aktywizują się EMOCJE, przybierające najprzeróżniejszą postać, ale powiedzmy, że w tym wypadku jest to rozdrażnienie, rozkojarzenie, ogólnie nieprzyjemny stan, o czym każdy pewnie nieraz się przekonał, gdy był głodny. Emocje, co jest kluczowe, aktywizują MOTYWACJĘ do zaspokojenia pragnienia, z kolei ta skłania do DZIAŁANIA, ukierunkowanego na zaspokojenie potrzeby. W praktyce wygląda to tak, że gdy odczuwamy głód idziemy do kuchni, robimy kanapkę i ją zjadamy. W tym momencie pragnienie zostaje ZASPOKOJONE, dzięki czemu głód zanika, a wraz z nim emocje i motywacja. Tak cykl się zamyka i pojawia w każdym następnym momencie, w którym pojawia się kolejne pragnienie, które rodzi w nas potrzebę jego zaspokojenia.
Abstrahując trochę od tematu warto zauważyć, że w zgodzie z powyższym mechanizmem, pojawiające się czasami wśród ludzi sformułowanie „brakuje mi motywacji”, nie wynika rzeczywiście tylko z jej braku, ale raczej niewystarczającego nasilenia emocji, towarzyszącym potrzebie zaspokojenia pragnienia. Innymi słowy, brak
motywacji jest w rzeczywistości brakiem potrzeby zaspokojenia pragnienia. Pojawia się tylko pytanie, po co ludziom motywacja do czegoś, skoro wystarczająco nie chcą tego osiągnąć. Zostawmy jednak ten temat, wróćmy do rozważań.
Tak więc mamy motywacje do pewnych działań, mające swe źródło w pewnych potrzebach. W przypadku omawianego tematu będzie to transgresja oraz tendencje autodestrukcyjne, które skoro występują, to także mają swoje źródło w potrzebach.
Na gruncie psychologii koncepcję transgresji z powodzeniem rozwijał Józef Kozielecki. W ramach swojej koncepcji psychotransgresjonizmu stworzył on wizję człowieka jako podmiotu wielowymiarowego, telicznego, tj. ukierunkowanego na realizację konkretnego celu, posiadającego przy tym zdolność do przekraczania różnego rodzaju granic, czy to materialnych, społecznych czy symbolicznych. Warto w tym miejscu wspomnieć, że wiele teorii i koncepcji, które zostały stworzone na gruncie psychologii, mają swoje odzwierciedlenie w osobistym doświadczeniu życiowym ich twórców. Tak też było w przypadku Kozieleckiego, który swoje wnioski i przemyślenia weryfikował z własnym doświadczeniem ciężkiej choroby. W momencie, w którym znajdował się blisko załamania i zwątpienia dokonał on swoistej transgresji, w tym przypadku pokonania granicy własnych słabości. To go zaprowadziło do kolejnego wniosku, w którym wykazał, że dla osiągnięcia celu niezbędny jest upór, rozumiany jako wola. Tym samym orzekł, że przekraczanie granicy nigdy nie jest aktem następującym samym w sobie, jest w swej istocie działaniem intencjonalnym, czyli ukierunkowanym.
W przypadku ultrarunningu ma to swoje odzwierciedlenie w postaci podnoszenia sobie poprzeczki za każdym razem, gdy osiągnie się jakiś zamierzony cel. Tak więc po pierwszej asfaltowej 50tce pojawia się 80tka, potem setka, biegi górskie na coraz to dłuższym dystansie i rosnącym stopniu trudności, kończąc na biegach, których ukończenie jest możliwe tylko dla odsetka biegaczy ultra. Mam tu na myśli ultramaraton Bad Water, Maraton Piasków (Marathon des Sables), Mount Everest Marathon czy inne, których listę można z powodzeniem wypełnić co najmniej kilkunastoma kolejnymi przykładami. Ogólnie rzecz ujmując, w przypadku ultrarunningu zapewne chodziłoby o przesuwanie granic biologicznych, mających swe odzwierciedlenie w wytrzymałości oraz granic psychicznych, między innymi dotyczących umiejętności radzenia sobie z kryzysami, których na trasie biegu ultra nie brakuje.


Józef Kozielecki nie jest jedynym, który podejmował tematykę przekraczania granic. Abraham Maslow zauważył, że w procesie zaspokajania potrzeby samorealizacji (patrz: piramida potrzeb Maslowa) jednostka jest w stanie przekraczać swoje dotychczasowe możliwości rozwoju psychologicznego i duchowego. Także inny polski uczony- Kazimierz Dąbrowski, w swojej teorii dezintegracji pozytywnej wskazuje, że rozwój osobowy dokonuje się w wielkim trudzie, gdyż jednostka dokonuje przekraczania własnego poziomu intelektualnego i emocjonalnego, nabywając przy tym nowe zachowania. Także Czesław Nosal proponuje pewne wyjaśnienie działań transgresyjnych jednostki, bazując na metaforze „żagla”. Polega ona na tym, że dzięki celowości naszych działań zwiększamy prawdopodobieństwo osiągnięcia celu, czemu jednocześnie towarzyszą pozytywne emocje. Taki dodatni bilans sprawia, że dążymy do celu, pomimo tego że po drodze czeka nas pokonanie wielu przeszkód tkwiących w nas samych lub otaczającej rzeczywistości. Warte poruszenia są także poglądy Ericha Fromma, który zauważył, że każdy człowiek, w miarę własnych możliwości próbuje przekroczyć świat „przypadkowości” w swoim życiu. Chodziło mu zapewne o życie intencjonalne, czyli wytyczone przez nasze własne zamierzenia i cele. Takie zmagania pozwalają osobie twórczo realizować swoje życie w różnych sferach funkcjonowania.
Rozumując w zgodzie z powyższym można założyć, że biegi ultra, w gruncie rzeczy, stanowią symboliczny wyraz codziennej egzystencjalnej walki, którą każdy w końcu podejmuje, a przynajmniej podejmować powinien. Wygląda na to, że bieg ultra to nic innego jak skrócona wersja naszego życia, no ale filozoficzne dociekania zostawmy na inny artykuł.


Podsumowując, motywację biegaczy ultra można określić jako warunkowaną potrzebę przekraczania własnych granic. W tym aspekcie bieganie ultramaratonów w przeróżnego rodzaju warunkach i o różnej długości stanowiłoby próbę określenia własnych (ostatecznych) limitów. W końcu trudno o biegacza ultra, który po osiągnięciu jakiegoś poziomu w pełni by się nim zadowolił, porzucając dalsze poszukiwania możliwości sprawdzenia się.
Oczywiście wyżej przedstawione koncepcje nie mogą być odnoszone tylko do biegaczy ultra, gdyż dotyczyć one będą biegaczy w ogóle, czyli krótko,- średnio,- i długodystansowych, ponieważ i oni dążą do przekraczania własnych granic, w tym wypadku czasów potrzebnych na przebiegnięcie odpowiedniego dystansu. Koncentracja na biegaczach ultra jest interesująca głównie ze względu na drugi czynnik, o którym jest ten artykuł, czyli tendencji autodestrukcyjnych. Przedstawię je i omówię w drugiej części artykułu.
Andrzej Zieliński

Posted in Artykuły | Leave a comment

Setka po schodach i drabinach – Brtnickie Ledopady 2015

Brtnické ledopády to pierwsza z organizowanych w 2015 roku imprez rywalizacji CS-1000 (Česko-Slovenská Tisícovka). Dla zainteresowanych polecam cały cykl – trzeba ukończyć min. 10 biegów 100km+ z dostępnego katalogu imprez organizowanych w Czechach i na Słowacji. Taka korona (ultra)maratonów tylko zdecydowanie bardziej ekstremalna.
Udział w Brtnickich ledopádach planowałem od dawna, a w zasadzie nie planowałem – ja po prostu zaliczam wszystkie setki u naszych południowych sąsiadów jak leci, o ile czas i fundusze na to pozwalają. W przypadku tej imprezy mamy do czynienia z długimi tradycjami, gdyż to już 55 edeycja, Na trasie oczekiwane też tytułowe ledopády (=sople), ale przede wszystkim piękne trasy Czeskiej i Saksońskiej Szwajcarii.
Bazę zawodów zlokalizowano w przygranicznej miejscowości Mikulášovice – z Opola to niewiele ponad 300 klinometrów. Najprościej dotrzeć tam samochodem. Na imprezę jechaliśmy w dwie osoby. Z drogi warto odnotować jedynie fakt ciekawej skąd inąd koncepcji organizacji setki w słowackim raju – ale raczej nie w nocy i nie w zimie. Jak się okazało później, uwzględniając ilość żelastwa jakie czekało nas na trasie Brtnickich ledopádów, próbka takiego biegu czekała nas wcześniej niż się spodziewaliśmy.
Na miejsce dotarliśmy już o godzinie 15. Najpierw zaliczone odwiedziny miejskiego pubu, degustacja czeskiego piwa i potraw, a następnie wizyta w bazie zawodów.

Bazę zawodów zlokalizowano w miejscowej szkole. Przyjechaliśmy, za wcześnie, więc na formalności trzeba było jeszcze trochę poczekać, jednak my chcieliśmy się przede wszystkim przespać. Mimo sprzeciwu miejscowych, walnęliśmy się w kącie koło Sali gimnastycznej i tak 2 godzinki snu zaliczone, O 18 przebudził mnie hałas rejestrujących się uczestników, dokonaliśmy płatności za imprezę po czym udaliśmy się do wskazanej sali szkolnej by kontynuować sen. Budzik zadzwonił o godzinie 21:45, do startu pozostało 75 minut. Czas wykorzystaliśmy na pakowanie, ubranie, odebranie karty kontrolnej, pierwszego route booka i chipa.


Warto tutaj odnotować, że Brtnickie ledopády to kilka imprez organizowanych na różnych dystansach, więc wśród zawodników również całe rodziny z dziećmi. Start krótszych trasach planowany był na następny dzień
My wystartowaliśmy równo o 23, pogoda była dobra – temperatura minimalnie poniżej zero, wiatru bark, na nawierzchnia nieznacznie po pokryta śniegiem, miejscami oblodzenia od czasu do czasu padał lekki śnieg. Początek biegu po ulicy po czym odbicie w drogę polną i głęboki śnieg. Droga stała się fatalna, nogi się mocno zapadały, bieg był niemożliwy. Pomyślałem sobie, że jak tak dalej będzie to ukończenie imprezy zajmie bardzo dużo czasu.. Później było lepiej. Szutrowe lub asfaltowe drogi przykryte lekkim śniegiem, który stanowił dobry amortyzator, a na dodatek wyrównywał nawierzchnię zakrywając kamienie i korzenie. Śnieg rozświetlony w blasku księżyca sprawił ponadto, że było bardzo widno, a czołówka nie była potrzebna. Te wszystkie czynniki sprawiły, że biegło się bardzo przyjemnie, nawet nie wiem kiedy przekroczyliśmy granice i wbiegliśmy do Niemiec. Tu zdziwienie – brak śniegu – czyżby odśnieżali szlaki?
Pierwsze strome zejścia i podejścia zaczęły się po około 25 kilometrach – trasa tutaj wiodła po schodach wcinających się w głębokie przełęcze. Samoobsługowe punkty kontrolne były organizowane na szczycie skał, co zwykle wymagało odbicia od wytyczonej trasy celem zakreślenia kolorowym pisakiem kolejnego numerka na karcie.
Warto odnotować, że trasa nie była specjalnie znakowana, więc pozostawało na bieżąco analizować route booka i pilnować znakowania szlaków. Standardowo ślad gps był również bardzo pomocny. Akurat pech chciał, że na imprezie miałem nowy telefon, na którym nawigacja głosowa Run.GPS nie działała. Pozostawało zaglądać od czasu do czasu na ekran analizując dalszy przebieg trasy.
Po około 30 kilometrach dobiegliśmy do brzegu Łaby, następnie asfaltową drogą wzdłuż rzeki skierowaliśmy się na południe w stronę przejścia granicznego – krajobraz zabudowy miejskiej wyglądał jakby to miejsce miało czas świetności już dawno za sobą. Zaledwie kilkadziesiąt metrów po przekroczeniu granicy szlak opuszcza drogę asfaltową pnąc się po schodach ostro pod górę na wybijającą się przy drodze skałę, gdzie oczywiście był samoobsługowy punk kontrolny. Następnie prosty zbieg do miejscowości Janov, gdzie w restauracji była kontrola z bufetem. Typowo dla czeskich biegów – jak punkt organizowany jest w restauracji, to jedzenie jest zapewnione, ale napoje (piwo?) trzeba kupić we własnym zakresie. Po opuszczeniu restauracji wiele drogi nie ubyło i kolejny punkt zlokalizowany na wierzy, na wzgórzu, z resztą bardzo wysokiej – do pokonania sporo schodów by zakreślić kolejne pole na karcie. Następnym etapem trasy była jedna z większych atrakcji Czeskiej Szwajcarii Pravčická brana (po drodze w zadumie zaliczyłem upadek i dziurę w moich ulubionych spodniach softshell). W toku wspinaczki zakosami, na szczyt, gdzie oczywiście również był punkt kontrolny, mogłem jedynie wyobrażać sobie jakie to niezwykłe i widokowe miejsce, a późniejszy przegląd zdjęć w Internece tylko potwierdził co straciłem będąc tutaj w nocy.
W dalszą drogę ruszyłem w towarzystwie Czecha z Ostrawy, standardowa rozmowa na temat biegów wartych do zaliczenia i tutaj otrzymałem rekomendację ciekawej imprezy na 1000 mil – wydało mi się to nieprawdopodobne, a jednak faktycznie 1000 mil – dla zainteresowanych http://www.1000miles.cz/ Nowy towarzysz z racji, że w Brtnickich ledopádach startuje nie pierwszy raz opowiedział mi o atrakcjach trasy, które jednak trochę mnie zaniepokoiły – opowiadał o wchodzeniu po drabinach do grodu i kolejnych drabinach na trasie. Jak się okazało te atrakcje czekają mnie już niebawem. Ponieważ poznany kolega nie planował biegać, zostawiłem go i pobiegłem do przodu. Powoli robiło się widno więc czułem się bardziej pewnie. Droga obfitowała w strome trawersy w skalnym terenie, w końcu dotarłem do formacji skalnej, do szczeliny w której faktycznie prowadziła drabina, zerknąłem na mapę i route booka – zamek Šaunštejn – kolejny punkt kontrolny. Co było robić – porzuciłem kijki i rozpocząłem wspinaczkę po drabinie, okazało się, że by dostać się na górę trzeba zaliczyć więcej drabin i trochę wspinaczki po uformowanej skale. Nagrodą był piękny wschód słońca.

W tym momencie poczułem się usprawiedliwiony, że nie spieszyłem się zbytnio, bo po pierwsze włażenie w tak trudnym terenie w nocy nie było by przyjemne, po drugie ominął by mnie wschód słońca.

Miałem jednak nadzieję, ze to jedyne takie techniczne podejście na trasie – oczywiście się myliłem. Przed kolejnymi atrakcjami zaliczyłem punk kontrolny w miejscowości Vysoká Lípa. Na miejscu wyśmienity gulasz i Kofola. Człowiek skanujący chip poradził mi ponadto, by przed kolejnym punktem kontrolnym założyć nakładki antypoślizgowe, co tłumaczył koniecznością wspinaczki po oblodzonej skale – od razu skorzystałem z dobrej rady zakładając moje już zużyte yaktraxy.

Dotarcie do kolejnego punktu kontrolnego faktycznie przysporzyło wiele emocji. Znajdował się na skale Rudolfův kámen w drewnianej chatce, widocznej z podejścia. Podejście zapowiadało się nieciekawie. Schodzący biegacze, kilkukrotnie przestrzegli mnie „be carefull! be carefull!”. Rzeczywiście, czekała mnie wspinaczka po skale uzbrojonej w drabiny i poręcze, jednocześnie skały były bardzo śliskie i było gdzie zlecieć, nakładki się przydały a i strachu trochę też było, wchodzenia na kolanach i schodzenia na dupie. Poręcze i drabiny były też mocno zamarznięte, a śnieg wilgotny, co dodatkowo utrudniało korzystanie z ułatwień – rękawice po chwili były mokre i nie spełniały swoich funkcji. Po drodze tworzyły się też zatory, bo jednak ciężko było się wyminąć na wąskim oblodzonym podejściu. Chciałem zrobić kilka zdjęć, niestety warunki były trudne, a inne osoby też nie miały ochoty na robienie mi fotek w niebezpiecznym terenie, tym bardziej, że wymagało to zdjęcia rękawiczek.

Dalsza trasa to kontynuacja szlaku terenie skalnym – strome podejścia, przyciskanie się w szczelinach skalnych, drabiny – tym razem jednak nie mogłem porzucić kijków bo to była droga w jednym kierunku – musiałem sobie radzić z jedną ręką, gdyż jakoś nie miałem ochoty na zabawę w troczenie kijów do plecaka. Po drodze spotkałem turystów ze sporymi plecakami na stelażach, zastanawiałem się jak oni się tam między skałami. Poprosiłem o zrobienie pamiątkowego zdjęcia, gdyż teren był widokowo bardzo ładny.

W dalszej części trasy teren stawał się coraz bardziej łagodny – szczegółów trasy nie pamiętam bo nie było większych atrakcji. A przy okazji miałem drobny probem techniczny tj. zgubiłem kabelek USB, którym podładowywałem telefon z battery packa na trasie. 30% baterii raczej nie wystarczy do mety, a bez nawigacji zwłaszcza po zmroku może być ciężko. W międzyczasie zaliczyłem kolejny punkt kontrolny w restauracji (miejscowoś Krásná Lípa) i kolejny tależ zupy – tych tależy zupy naliczyłem 6 na całej trasie – świetny pomysł na odżywianie na setce, zwłaszcza w warunkach zimowych. W restauracji pytałem również o sklep by uzupełnić płyny, obsługa zasugerowała mi by zrobić zakupy na miejscu. Jednak 1,5 litowych butelek nie mieli. Zdecydowałem się szukać po drodze sklepu i to był błąd, gdyż czekała mnie długa droga bez płynów.
Punkty kontrolne w restauracjach miały dosyć istotną wadę – po wyjściu z ciepłego na trasę trzeba było się zmagać z odczuciem zimna. Z miejscowości Krásná Lípa w drogę ruszyłem sam, generalnie cała impreza znacznie się rozciągnęła. Droga była łatwa – ścieżki polne przy nieznacznym nachyleniu. Po kilku kilometrach dotarłem do miejscowości Kyjov i tutaj miałem problem ze zlokalizowaniem dalszego przebiegu trasy. Szlak miał przecinać prostopadle ulicę, zabudowa miejscowości utrudniała zlokalizowanie właściwej ścieżki. Po kilkunastu minutach dogoniło mnie dwóch biegaczy – nie mieli problemu ze zlokalizowaniem dalszej drogi – wąska ścieżka między płotami, a ja spodziewałem się raczej szerokiej drogi. Teren znów stał się bardzo trudny – bardzo strome zejścia, kamienne schody, metalowe platfomy, dużo oblodzeń. Zgodnie z mapą szlak prowadził przez Kyjowską Dolinę (Kyjovské údolí), chociaż według mnie to wyglądało raczej na skalny wąwóz. Ponieważ byłem już mocno zmęczony, postanowiłem trzymać się tuż za biegaczamy spotkanymi w miejscowości Kyjov. Uwagę moją zwrócił język w jakim się porozumiewali, coś jakby Szwedzki – na pewno nie był to język Czeski. “Are you from Sweden?” – zapytałem, “No, from Hungary” (…), “I’am from Poland”, “BUT Challenge, last year”, “Are you this only runner who finnished?”, “Yes.”, “I’m that guy, who cut off latest”, “Rafal…?”, “Yes it’s me”. Po drodze jeszcze zamieniliśmy kilka zdań – standardowo na temat biegów wartych do zaliczenia. Bálint polecił mi kilka biegów na terenie Węgier i na Ukrainie, ja zaproponowałem udział w PTL – w końcu wciąż szukam członka drużyny na ten rok. Wspomniałem również o run6000 Challenge, jednak Bálint chyba aż tyle nie biega. Okazało się również, że dziewczyna, z którą robiłem ostatnie 30 kilometrów Praskiej Stovki dwa lata temu, to jego siostra Przy okazji kolejnej kontroli na odwrocie kart zapisaliśmy maile, po powrocie otrzymałem fotki z trasy.


W międzyczasie coraz bardziej niepokoił mnie stan baterii w telefonie – poniżej 10% – i doskwierało pragnienie. Ratunkiem okazała się tajna kontrola – rozstawiony kram z ciepłą herbatą, kofolą, czeskim piwem i różnorodnym jedzeniem. Napełniłem bukłak kofolą i jeszcze butelkę 0,7 – nikt nie robił z tego problemu. Od razu przypominało mi się ubiegłoroczne UTMB – płacisz 220 eur za start i zabraniają ci napełnienia bukłaka colą czy też nawet izotonikiem – żenada. Tajną kontrolę opuściłem bez pieczątki, bo też nikt się nie kwapił by odnotować moje przybycie, pomyślałem, że jak coś pokażę zapis gps z resztą znam tego gościa co tam stał.
Najedzony – (chleb, ser i salami) i z batonami w kieszeni ruszyłem w dalszą drogę – z atrakcji na trasie należy wymienić punkt kontrolny przy wejściu do jaskini i piękne sople (ledopady). Do kolejnej restauracji dotarłem jak już robiło się ciemnio. Na szczęście miałem możliwość podładowania telefonu – nie obyło się jednak bez tłumacza . Ze względu na konieczność ładowania telefonu postanowiłem zatrzymać się na dłużej. Na miejscu dowiedziałem się też na ostatnim odcinku trasy czeka mnie jeszcze co najmniej jedna drabina i jedna wieża. Na trasę ruszyłem sam, trasę wytyczyły mi ślady butów biegowych, więc nawigacja w zasadzie była nie potrzebna. Na tym odcinku po raz pierwszy spotkałem osoby z krótszych dystansów, zastanawiało mnie dlaczego nie mają latarek. Generalnie droga była łatwa, prószył lekki śnieg. Z lasu wybiegłem na wielkie pole i dalej po śladach. Tak dotarłem do granicy czesko-niemieckiej i tutaj zgubiłem szlak. Co również uczyniła grupka biegaczy podążających za mną. Zgodnie z ich sugestią postanowiliśmy iść do przodu szukając dojścia do szlaku, jednak gęste drzewa i duże nachylenie terenu bardzo to utrudniały. Na dodatek wzdłuż granicy biegła rzeczka. Postanowiłem więc się wrócić szukając szlaku w miejscu gdzie go zgubiłem. Po przekroczeniu granicy teren znów stał się bardzo atrakcyjny – mogłem sobie tylko wyobrażać jak za dnia wygląda Saksońska Szwajcaria. Trasa pięła się wzdłuż rzeki wśród formacji skalnych, mnie natomiast niepokoił opis kolejnego punktu kontrolnego „u wylotu śląskiego komina” – od razu na myśl przychodzi kolejna drabina – jak się niebawem okazało był to najciekawszy punktu trasy. Po pokonaniu sporej ilości schodów, spotkałem biegaczy, którzy jakby podążali ze złego kierunku. Pytam „Kontrola?”. Kiwnęli głową, przy czym jeden wyjaśnił że punkt kontrolny znajduje się na dole, co drugi podkreślił bardzo wymownym westchnięciem. Nie bardzo rozumiałem o co chodzi, po sporej ilości schodów dopiero co wspiąłem się na wzniesienie. Kierując się we wskazanym kierunku systemem platform wchodzę na wąską skałę – na skale drewniana chatka, punktu kontrolnego brak, wyglądam z każdej strony – sporo powietrza i jest gdzie zlecieć. Hmm – punkt kontrolny na dole, ale jak zejść na dół? Po chwili dostrzegam pod platformą wąski otwór i stopnie.

Kilka oddechów, celem ochłonięcia i schodzę. Zdecydowanie wyglądało to bardziej pionowo jak na powyższym zdjęciu. Czekało mnie 20 metrów w dół w bardzo wąskiej szczelinie – większy plecak, większa postura i mogło by być ciężko. Na dodatek wyobrażałem sobie jak by to wyglądało jakby kilka osób miało w tym kominie wchodzić i schodzić – organizacyjnie było by to trudne. Stopnie niestety były mocno oblodzone, a ja nie założyłem nakładek antypoślizgowych, więc czubkami butów skuwałem lód, by nie zlecieć. Na dole okazało się, że była alternatywna droga na dół po schodach, jednak wiele emocji bym w ten sposób stracił.

Dalsza część trasy była już łatwa, po drodze zaliczyłem tajną kontrolę – do dyspozycji ciepła herbata, różne rodzaje jedzenia – ja jednak załatwiłem formalność i leciałem dalej. Chciałem jak najszybciej skończyć. Kilka kilometrów dalej spotkałem biegaczy, którzy jakimś cudem tajny punkt kontrolny ominęli -konieczność nadłożenia drogi nie nastawia pozytywnie jak w nogach ma się już 100 kilometrów. Ostatni punkt kontrolny był na wysokiej wieży – znów sporo schodów do pokonania. Po zejściu zaliczyłem jeszcze jedno zbłądzenie – tzn. niepotrzebnie się wróciłem do odblasków, które wcześniej wypatrzyłem, podczas gdy właściwa droga prowadziła tuż obok wieży. Mijani biegacze dziwili się dlaczego się wracam – niepotrzebnie. Chwila biegu i znów jestem w Czechach – tylko dlaczego wciąż jest pod górę? W Mikulášovicach byłem kilka minut po 23, meta w restauracji, kolejna zupa i satysfakcja z ukończenia. Zastanawiam się czy w przyszłym roku znów się zdecyduję. Tak, wiem to zły moment na takie rozważania.
Podsumowując, bieg pięknie poprowadzony, jednak trasa bardzo wymagająca, dużo technicznych odcinków – wymaga uwagi. Zalecam nakładki antypoślizgowe. Szkoda tylko, że bieg organizowany w zimie, a atrakcyjne odcinki pokonywane pod osłoną nocy. Z drugiej strony, przynajmniej jest mniej turystów.

 

Rafał Koszyk

Posted in Relacje | Tagged , , , , , | Leave a comment

Chia Charge – wegetariański ładunek energii

Chia Charge

Parę dni temu otrzymałem propozycję przetestowania vegetariańskich produktów firmy Chia Charge. Firma zajmuję się produkcją suplementów dla sportowców, ale i nie tylko. Wcześniej nigdy nie słyszalem o tej firmie ani o produktach jakie ma w swojej ofercie. W związku z czym z przyjemnością podjąłem wyzwanie. Do przetestowania miałem dwie saszetki z ziarnkami (Chia Charge Honey Trial Mix oraz Chia Charge Trial Mix) oraz 3 rodzaje batonów (Baton białkowy Chia Charge Cacao & Cranberry Protein Bar, Baton Chia Charge – bananowy oraz Baton Chia Charge – oryginal).

Baton białkowy Chia Charge Cacao & Cranberry Protein Bar

W jednym batonie jest 10 gramów białka. Jeden baton zawiera 204 kcal energii. Należy jeszcze wspomnieć, że w skład batona wchodzą: orzechy nerkowca, rodzynki sułtańskie, borówki, daktyle, izolat białka sojowego, ziarna słonecznika, nasiona chia, kakao, jagody goji, prażone ziarna kakaowe, gliceryna roślinna, masło kakaowe, płatki soli morskiej.orzechy nerkowca, rodzynki, borówki i daktyle. Jednym słowem mocna dawka witamin i paliwa potrzebna przy dużym wysiłku. Jak zapewnia nas producent w batonie nie znajdziemy cukru („no added sugar”), nabiału („dairy free”) oraz pszenicy („wheat free”). Idealny jest za to dla biegających wegetarian i wegan („vegan”), Miło ze strony producenta, że pomyślał o nas, czyli roślinożerców.

Poniższa tabelka pokazuje zawartość wszystkich składników:

W jednym batonie (50g)

W 100 g

Wartość energetyczna (kJ)

855

1711

Wartość energetyczna (kcal)

204

409

Białko (g)

10,1

20,1

Węglowodany (g)

23,5

47,1

W tym cukry (g)

15,8

31,5

Tłuszcze (g)

8,6

17,2

W tym kwasy tłuszczowe nasycone (g)

2,0

4,0

Błonnik

3,6

7,2

Sól

0,4

0,8

To tyle jeśli chodzi o skład batona, który jak można zaobserwować po składzie zawiera wszystko to co powinno zawierać nasze „paliwo”.

Przejdźmy zatem do charakterystyki organoleptycznej. Baton wygląda troszkę jak skoncentrowany dżem albo marmolada. Przy czym tworzy zwartą całość będąc przy tym jednocześnie miękkim. Co wydawało mi się ważne, to to, że baton nie zakleja buzi. Nie robi się z niego przysłowiowa „mordoklejka” Radziłbym go jednak zjeść odrazu całego, bo potem mógłby ubrudzić kieszeń. Kawałek batona dałem spóbować żonie, bo razem byliśmy na treningu i stwierdziła, że w smaku przypominał czarne żelki z lukrecją. Oboje myśleliśmy, że będzie bardziej słodki biorąc pod uwagę ile owoców znajdziemy w środku. Pod względem smakowym nie podpasował nam. Mógłby być troszkę bardziej słodki. W pewnym momencie jego konsumowania wydawał mi się nawet troszkę gorzki. Mogę powiedzieć, że nie ma rewelacji, ale swoją funkcję spełnia.

Baton Chia Charge (oryginal)

Baton Chia Charge (original) jest bardzo energetyczny, zawiera aż 378 kcal oraz 5 g białka. Ponadto w jego skład wchodzą: płatki owsiane, masło, brązowy cukier demerara, syrop złocisty, nasiona chia, płatki soli morskiej.

Poniższa tabelka pokazuje zawartość wszystkich składników:

W jednym batonie (80 g)

W 100 g

Wartość energetyczna (kJ)

1589

1987

Wartość energetyczna (kcal)

378

472

Białko (g)

5

6

Węglowodany (g)

44

55

W tym cukry (g)

23

28

Tłuszcze (g)

20

25

W tym kwasy tłuszczowe nasycone (g)

11

14

Błonnik (g)

4

5

Sól (g)

0,84

1,06

Po przeanalizowaniu składu batona i jego wartości odżywczych przejdziemy do smaku i wyglądu batona. Baton wygląda przyjemnie i apetycznie. Niestety ciężko się do niego dostać. Torebka na pewno sama się tak szybko nie przediurawi. W porównaniu do innych opakowań batonów jakie są dostępne na rynkach, to ten baton ciężko rozpakować. Jak już się do niego dobierzemy to poczujemy zapach ciasta. Według mnie pachnie takim ciastem jakie możemy kupić w sklepie takich kolorowych papierach, torebeczkach albo taką muffinką. Zapach sam w sobie był dla mnie przyjemny i zachęcający do zjedzenia. Tekstura batonu jest w miarę zwarta. Przypomina mi trochę zakalcowate ciasto. Baton jest wilgotny. Można ponadto wyczuć posmak tłuszczu, co daje w pewnym sensie jakieś uczucie lekkiego nawilżenia. Z drugiej jednak strony nie ma co się dziwić jak baton ma w sobie 20 g tłuszczu. Zabierając go ze sobą na trening miałem mały problem z nim, gdyż baton Chia Charge w porównaniu do innych obecnych na rynkach batonów jest duży i trochę nieporęczny. Poza tym trudno jest go zjeść całego. Szybko syci. Jeśli już spróbujemy go zjeść całego to powstaje kolejny problem, a mianowicie taki, że baton zwyczajnie się kruszy. Ogólnie smak batona mi odpowiadał. Był bardzo słodki, ale buzi nie zaklejał. Wyczuwało się nasionka chia. Szkoda tylko, że mocno czuć masło i ten tłuszcz, który niestety pozostawiał tłuste palce. W porównaniu do wcześniej opisywanego batonu białkowego Chia Charge Cacao & Cranberry Protein Bar, jak go nazwałem „batonu dżem” to ten baton był o wiele lepszy. Wedłg mnie opisywany baton Chia Charge (original) idealnie sprawdziłby się przy biegach górskich, gdzie biega się jednak wolniej i więcej czasu mamy na zjedzenie czegoś wartościowego. Przy szybkich biegach ultra na asfalcie jakie ja uprawiam jest niewygodny ze względu na swój rozmiar, łamliwość i nieporęczność. Batona nie schowamy do tylniej kieszonki spodenek albo do kieszonki przy bluzie, bo nam się mocno pokruszy i w ogóle go nie zjemy. Chyba wolałbym w to miejsce zabrać ze sobą i zjeść podczas treningów czy zawodów kawałek zmrożonego Snickersa, ale to tylko moje osobiste zdanie i zastosowane rozwiązanie. Jako poliwo jest dobrym rozwiązaniem.

Baton Chia Charge (bananowy)

Kolejnym z rzędu batonem jaki miałem przyjemność wypróbować był baton Chia Charge, który zawiera 357 kcal oraz 5 g białka. Ponadto w jego skład wchodzą: płatki owsiane, masło, brązowy cukier demerara, syrop złocisty, suszone na słońcu banany, nasiona chia, płatki soli morskiej, mąka ryżowa.

Poniższa tabelka pokazuje zawartość wszystkich składników:

W jednym batonie (80 g)

W 100 g

Wartość energetyczna (kJ)

1502

1877

Wartość energetyczna (kcal)

357

446

Białko (g)

5

6

Węglowodany (g)

45

57

W tym cukry (g)

22

27

Tłuszcze (g)

17

22

W tym kwasy tłuszczowe nasycone (g)

9

12

Błonnik (g)

4

5

Sól based on sodium (g)

0,47

0,59

Sód (g)

0,18

0,23

Przechodząc jednak do kwestii smaku i wyglądu batona to musze powiedzieć, że w porównaniu do swojego porzednika tj. batonu Chia Charge (original) to ten opisywany tutaj baton Chia Charge (banan) jest bardziej suchy, co niestety wpłynęło na jego teksturę, bo bardzo się kruszył. Konsystencja ciasta sprawiała, że dość spore kawałki niestety lądowały na asfalcie. Baton jak wyczytałem na opakowaniu ma 17 g tłuszczy, ale jakoś go tutaj tak mocno nie czuć, być może za sprawą bananów. Niestety bananów nie udało mi się wyczuć. Nie wyczuwa się również tak bardzo masła jak u poprzednika, co uważam za duży plus. Kolejnym plusem jest ładny zapach ciasta. Bardzo mnie to zaskoczyło, bo byłem przygotowany na typowy zapach batona, a tutaj niespodzianka, zapach ciasta. W smaku oba batony Chia Charge (banan) jak i Chia Charge (original) przypominały mi domowe ciasto a nie batony energetyczne (spodziewałem się raczej słodkiego zaklejającego batona lub takiego bezsmakowego). Dodane do batonu Chia Charge (banan) nasionka Chia sprawiają wrażenie jakby się jadło makowca. Te same nasionka wchodzą w zęby. W smaku baton był mniej słodki od swojego porzednika, czym u mnie zaplusował. Ponadto jak i poprzedni baton również i ten syci. Jak zjadłem całego batona (nie licząc tego co upadło na asfalt), to tak mnie zapchał, że odrazu wypiłem całą wodę jaką miałem przeznaczoną na trening. Poprzednim batonikiem mocno się zasłodziłem. Stwierdzić należy jednak i tu, że baton jest duży i nieporęczny na biegi szybkie. Po zjedzeniu batona nie zauważyłem jakiś problemów żołądkowych. Powietrze w dalszym ciągu jest świeże i naturalne. Niezmiennie jednak uważam, że baton nadaje się do wolnego biegania np. po górach albo po zakończeniu biegu, czy też treningu. Co do walorów energetycznych to w pełni spełnił swoją rolę.

Saszetka Chia Charge Honey Trail Mix

Saszetka Chia Charge Honey Trail Mix zawiera posłodzoną miodem mieszankę ziaren oferującą prawie 4 gramy białka oraz niezbędne kwasy omega 3, 6 i 9. W skład saszetki wchodzą m.in: mieszanka nasion, ziarna dyni, nasiona chia, suszone kawałki jabłka, cukier, miód.

Poniższa tabelka pokazuje zawartość wszystkich składników:

W jednej saszetce (25g)

W 100 g

Wartość energetyczna (kJ)

501

2,004

Wartość energetyczna (kcal)

120

481

Białko (g)

3,8

15,2

Węglowodany (g)

10,8

43,2

W tym cukry (g)

8,8

35,3

Tłuszcze (g)

7,4

29,6

W tym kwasy tłuszczowe nasycone (g)

0,9

3,7

Błonnik (g)

2,5

10,1

Sól (g)

0,2

0,7

Omega 3 (g)

0,3

1,3

Omega 6 (g)

3,1

12,3

Omega 9 (g)

3,0

12,0

Poly-unsaturates (g)

3,5

13,8

Saszetka z ziarnami Chia Charge Honey Trail Mix jest poręczna. Nie zajmuje dużo miejsca w kieszeni a przy tym jest lekka. Kształt i wielkość opakowania przypomina opakowanie żeli energetyczny. Opakowanie dość ciężko się otwiera. Tak jak przy żelach energetycznych mamy i tutaj lekko nacięte opakowanie aby zębami szybko otworzyć. Niestety w przypadku naszej saszetki z ziarenkami musimy użyć więcej siły. Problem jaki może powstać tuż po otwarciu, to próba zjedzenia. Zawartość saszetki może nam się zwyczajnie wysypać podczas biegu. Jeśli chodzi o smak to byłem pozytywnie zaskoczony. W smaku mieszanka jest bardzo dobra, podpasowała mi i to bardzo. Jeśli miał bym kupić produkt z tej kolekcji, którą testowałem to zdecydował bym sie właśnie na Chia Charge Honey Trail Mix. Jak już wspominałem wcześniej do mieszanki został dodany miód, który dał całej mieszance bardzo ciekawy smak. Mieszanka pomimo miodu się nie klei. Zawiera wszystko to co chciałoby się zjeść gdy brakuje nam cukru. Dodatkowo co udało mi się zaobserwować to wbrew małej ilości opakowania tj. 25 g może wypełnić nam żołądek. W moim wypadku sprawdził się idealnie. Dodał mi energii w trakcie wyczerpującego treningu.

Saszetka Chia Charge Trial Mix

Saszetka z ziarnami Chia Charge Trail Mix zawiera ponad 6 gramów białka oraz kwasy omega 3, 6 i 9. Podobnie jak wyżej opisana saszetka również i ta mieszkanka ziaren odpowiada kształtem i rozmiarem opakowaniom żeli energetycznych. Saszetka zawiera w sobie ziarna słonecznika, ziarna dyni, ziarna sezamu, nasion Chia, pikantny sos (soja, sól morska, kropidlak żółty).

Poniższa tabelka pokazuje zawartość wszystkich składników:

W jednej saszetce (25g)

W 100 g

Wartość energetyczna (kJ)

665

2658

Wartość energetyczna (kcal)

161

642

Białko (g)

6,4

25,5

Węglowodany (g)

3,5

14,0

W tym cukry (g)

0,4

1,7

Tłuszcze (g)

12,9

51,7

W tym kwasy tłuszczowe nasycone (g)

1,4

5,8

Błonnik (g)

4,5

18,1

Sól (g)

0,2

0,9

Omega 3 (g)

0,3

1,1

Omega 6 (g)

3,7

14,9

Omega 9 (g)

7,5

29,8

Sodium (g)

0,1

0,4

Mono-unsalurates

7,5

29,8

Polyunsaturates

4,0

16,1

Saszetka z ziarnami Chia Charge Trail Mix jest również bardzo poręczna. Tak jak to było w przypadku wcześniej opisywanej saszetki Chia Charge Honey Mix, również ta mieszkanka ziaren nie zajmuje dużo miejsca w kieszeni. Opakowanie niestety również dość ciężko się otwiera. Jeśli chodzi o smak to muszę powiedzieć, że mocno się różni od poprzedniej saszetki. W przypadku ziaren Chia Charge Trial Mix mamy tutaj do czynienia z typowymi ziarnami, do których zostały dodany sos m.in. sojowy dzięki, któremu cała mieszanka jest słona. Ogólnie w smaku jest dobre. Przy tak dużej dawce ziaren mogą w pewnym momencie zaboleć zęby od gryzienia. Mieszanka tak bardzo mi nie podpasowała jak poprzednia, ale może być super alternatywą jak będziemy już zmęczeni słodkimi przekąskami na trasie. To super alternatywa dla typowych „słodzików” dostępnych na punktach odżywczych.

Podsumowanie

Muszę przyznać, że miałem doczynienia z tymi produktami poraz pierwszy i w większości przypadków byłem zaskoczony co jadłem. Miałem inne wyobrażenie co mnie może czekać, ale jestem pozytywnie zaskoczony. Można pewnie popracować nad objętością, czy też opakowaniami, ale to jest uwarunkowane różnymi czynnikami i nie zawsze może być łatwo je zmienić. W produktach, które testowałem bardzo cenię sobie walory energetyczne, co wydaje mi się być bardzo ważnym elementem, jak również walory smakowe. Nie znam ceny tych produktów, dlatego nie będę odnosił się do bilansu cena/korzyści. W większości przypadków miałem pozytywne odczucia, ale wydaje mi się, że są to bardziej produkty skierowane do biegaczy górskich, którzy mają więcej czasu na pożywienie się i moga pozwolić sobie na znaczne zwolnienie czy też marsz i spokojne jedzenie.

O mnie

Nazywam się Jacek Będkowski. Swoją przygodę z bieganiem rozpocząłem w połowie sierpnia 2010 roku a od 2012 roku biegam głównie ultra po ulicy z naciskiem na płaskie 100 km. Na końcie mam 11 biegów ultra od 44 km do 140 km. Do tego przebiegłem również 8 maratonów (P.B. 2:54:40), jak również 9 półmaratonów (P.B. 1:25:12).  

Posted in Sprzęt | Tagged , , , , , | Leave a comment

Zamieć 2015

Co pcha człowieka do decyzji o starcie w biegu 24-godzinnym? Na tak zadane pytanie znajdziecie pewnie setki odpowiedzi, choć w Polsce to wciąż dyscyplina niemal nieznana. Co w takim razie skłoniło mnie? Nie pamiętam. Nie przypominam sobie sytuacji, abym pomyślał: chyba potrzebuję się sponiewierać jak jeszcze nigdy w życiu. Na pewno chciałem zacząć sezon od biegu, nad którym będę miał pełną kontrolę, na pewno miały to być góry, a z racji pory roku – śnieg. Na wzmiankę o Zamieci trafiłem w internecie i mimo wahań dość szybko rozbiłem świnkę skarbonkę na rzecz opłaty startowej.

 

A może jednak Czechy?

Moje wahania wiązały się nie tyle z podjęciem decyzji o autodestrukcji, ile z wyborem miejsca kaźni. Okazało się bowiem, że Zamieć niemal pokrywa się terminem z bardzo podobną imprezą w Czechach – Adidas 24 Hodin na Lyse Hore, która miała się rozegrać 23-25 stycznia. Planowałem jazdę autem, więc niewielka różnica odległości nie mogła wpłynąć na decyzję, zawody mają podobną formułę i spełniają moje założenia, więc zadecydował drobiazg… ja naprawdę nie rozumiem języka czeskiego, a Czechom nie śpieszy się do tłumaczenia swoich stron internetowych choćby na angielski (lub robią to tak pokracznie jak w przypadku strony Perun Skymarathonu). Uznałem więc, że nie będę się silił na tłumaczenie zapisów regulaminu ani prosił o pomoc znajomych i po prostu pojadę do Szczyrku.

Mieszczuch w górach i problemy ze sprzętem

 

Pomimo kilku górskich startów w 2014 roku wciąż czuję się mieszczuchem. Treningi na podwrocławskiej Ślęży, choć potrafią dać w kość, nie oddają w pełni klimatu górskich biegów ultra. Nie mówiąc już o tym, powoli poznaję każdy kamień na ślężańskich szlakach i brak tu efektu podążania w nieznane, który poznałem podczas kilkunastogodzinnych biegów. Z powodu braku czasu nie miałem też wielu okazji do dalszych wyjazdów – zaliczyłem kilka dni w Karkonoszach i dwa wyjazdy w Góry Sowie, gdzie miałem okazję pobawić się w naprawdę głębokim śniegu. Poza tym były to okazje do wypróbowania sprzętowej nowości w moim arsenale – nakładek przeciwpoślizgowych. Wszystko to jednak utwierdzało mnie w przekonaniu, że Zamieć to doskonała impreza na rozpoczęcie sezonu. W końcu w każdej chwili i pod byle pretekstem (który oczywiście ubrałbym w bohaterską opowieść o zmaganiu się z lodowym Yeti) będę mógł zejść z trasy.

Sprawdzanie sprzętu okazało się dość jednoznaczne – w tygodniu poprzedzającym Zamieć złamałem jeden z kijów, które do tej pory towarzyszyły mi na długich biegach, a testowane nakładki okazały się kompletnym niewypałem. Uznałem jednak, że w tym przypadku warto sięgnąć do portfela i nawet na ostatnią chwilę kupić sobie nowe zabawki. W przypadku kijów poleciałem po linii najmniejszego oporu i wybrałem jeden z najtańszych modeli na rynku, za to w przypadku nakładek postawiłem na większą inwestycję – porządne turystyczne raczki, które polecali mi znajomi.

Żegnam Wrocław, żegnam wiosnę…

 

Początkowo planowałem pojechać do Szczyrku już dzień wcześniej i zrobić częściowy rekonesans trasy, ale szybko odpuściłem ten pomysł. Wygrała perspektywa spania we własnym łóżku – start przewidziany był dopiero na 12:00, więc nie musiałem się zrywać w środku nocy by dojechać na miejsce.

Jazda autostradową czwórką nie zapowiadała nagłej zmiany pogody, choć już na wysokości Opola, a w znacznie większym stopniu w Katowicach, widziałem, że wiosenna aura ogranicza się wyłącznie do okolic Wrocławia. Rewolucyjna zmiana nadeszła jednak po minięciu Bielska-Białej. Organizatorzy dzień wcześniej ostrzegali o możliwych utrudnieniach spowodowanych intensywnymi opadami śniegu i jak do tej pory wszystko się zgadzało, choć we mnie wywołało to zdziwienie. Ostatnie kilometry toczyłem się w sznurze aut, jadąc 40 km/h.

Na miejsce dotarłem chwilę po 9:00. Udałem się od razu do biura, gdzie przed odebraniem numerka należało się pochwalić obowiązkowym wyposażeniem. To bardzo dobra praktyka, która w znacznej mierze pozwoliłaby uniknąć zamieszania, jakie wybuchło przy okazji zimowego Półmaratonu Gór Stołowych. Przez Zamiecią wszystkie karty (w postaci folii, bandaża, czołówki itp.) należało wyłożyć na stół i nie było w związku z tym żadnych kłótni. W końcu chodzi o bezpieczeństwo.

Wieści z trasy i prognozy

 

Organizatorzy już na dzień dobry uraczyli każdego wiadomościami z postępów oznaczania trasy. Jak się okazało, dzień przed zawodami oznaczenie było niewykonalne, bo na Skrzyczne nawaliło tyle śniegu, że miejscami można było wpaść w puch po pachy. Śnieg lepszy niż lód? No pewnie, ale są granice. W dodatku pierzyna ta była wilgotna, przez co sama w sobie śliska. Wtedy już wiedziałem, że Zamieci daleko będzie do zabawy, ale wciąż pełen byłem pozytywnych myśli. Jedno było pocieszające – zapowiadała się wyjątkowo wysoka temperatura. Gdyby podczas zeszłorocznej edycji powiedzieć zawodnikom, że za rok spadek temperatury osiągnie maksymalnie -8 stopni, to pewnie zaśmiali by się głęboko. Taka temperatura nawet przy mocnym wietrze jest do zniesienia, więc najgrubsze ciuchy można było zostawić w torbie.

3, 2, 1…

Start był dość waleczny. Po odliczeniu od 10 w dół, część zawodników mocno wyskoczyła przed szereg, a w uszach zahuczał dźwięk trąby (lub jakiegoś szalonego rogu, mam nadzieję, że nie był to wymysł mojej wyobraźni). Na początku podłączyłem się do mocno napierającej grupy, choć przy pierwszym podejściu mocno zaśnieżonym single-trackiem większość z nas zrozumiała, jakie są zasady gry. Profil trasy oglądany na ekranie komputera to jedno, a nachylenia, które czekały na zawodników raczej kwalifikowały się do mocnego trekkingu, a nie do biegania. Podczas podbiegu zdarzały się także fragmenty bardziej płaskie i krótkie zbiegi, gdzie można było wyciągnąć nogę, lecz mimo wszystko, z racji warunków, większość trasy pod górę lecieliśmy „gęsiego”, próbując dokładnie wcelować w ślady zostawione przez napierających z przodu. Prawdą okazało się, że każdy niepewny krok w bok może się zakończyć wbiciem nogi po udo w śnieg. To samo tyczyło się kijków, które momentami bardziej przeszkadzały, niż pomagały.

 

Podejście pod stok narciarski wywołało niemałe zdziwienie turystów, lecz wówczas mało kto miał siłę odpowiadać na pytania: czy to za karę, po co nam to, itd. Na szczęście poza takimi pytaniami pojawiały się także słowa otuchy, za które wypada serdecznie podziękować. Gdy już wymodliłem sobie koniec podbiegu i w końcu przed moimi oczami ukazało się schronisko na Skrzycznem, liczyłem na szybki zbieg, podczas którego naładuję baterię na kolejną rundę.

Każdy krok to lawina

Oczywiście, że w dół było łatwiej, ale to nie znaczy, że było łatwo. Technikę zbiegania najlepiej określić jako połączenie przeskoków ze skipem B i ramionami pracującymi jak do pajacyka. To był prawdziwy festiwal szalonych ruchów, które miały nas możliwie bezpiecznie sprowadzić do bazy. Nie obyło się oczywiście bez upadków, choć w tak śnieżnych warunkach były one bardziej zabawne niż groźne i pozwalały pokonać trudniejsze fragmenty na w miarę pewnej podporze, jaką stały się pośladki. Na trasie zbiegu czekało na nas kilka pułapek w postaci powalonych drzew (w tym tzw. pułapka Rambo) i spory fragment biegnący strumieniem, choć przy pierwszej pętli nie stanowił on poważnego utrudnienia.

Pierwsza pętla zajęła mi 2:24:57, a to było niecałe 14 kilometrów. Do głowy przychodziło mi tylko jedno – to było nie tylko najtrudniejsze 14 km w moim życiu, to był jeden z cięższych biegów w ogóle, a obrazu dopełniał fakt, że wszystko dopiero się zaczęło. Pół godziny zajęła mi zmiana butów (pierwsza para nie wytrzymała emocji i cholewka w lewym bucie dosłownie porwała się na strzępy), uzupełnienie węgli (podczas zbiegu byłem już bardzo głodny, bo bałem się przesadzić z jedzeniem przed biegiem) i psychiczne zebranie się w sobie.

Już po pierwszej pętli na biegaczy czekały ciepłe ziemniaki, czekolada, bakalie, napoje i generalnie wszystko, czego dusza zapragnie. Organizatorzy dopytywali także o oznaczenie trasy, które – mimo wspomnianych trudności – okazało się bardzo dobre. Jeżeli ślepiec mojego pokroju nie zgubił się po drodze, to znaczy, że nie sposób było się pogubić.

Bieganie zaczęło się nocą

 

Dużo prawdy było w przewidywaniach części zawodników, że prawdziwe bieganie zacznie się dopiero, gdy na trasy będą bardziej przepustowe, a przede wszystkim ubite setkami kroków. Takie warunki pojawiły się w okolicach mojej trzeciej pętli (elita pewnie kręciła wtedy czwartą): części trasy, gdzie nie było wietrznie, zostały dość dobrze wydeptane i rzeczywiście dało się tam wyciągnąć łydę, nie obawiając się o konsekwencje przyspieszenia. Na górze wciąż czekały nas góry śniegu i wzmagający się wiatr, niemniej po tych kilku godzinach walki w końcu zaczęło się robić ciekawie. Nawet w bazie zauważyć się dało poruszenie – większość zawodników była pewna, że teraz to się zacznie…

W moim przypadku niekoniecznie tak było. Choć trzecią pętlę ukończyłem z uśmiechem na ustach, to potem zaczął się festiwal skurczów, który najprawdopodobniej spowodowały udziwnione kroki w kopnym śniegu. Próbując naciągnąć łydki, czworogłowe uda spinało mi tak mocno, że aż się przekręcałem. Gdy próbowałem rozciągnąć czworogłowe, dwugłowe niemal stawały dęba i tak w kółko. Zabrałem się za jedzenie i picie, a w międzyczasie trochę leżałem, trochę próbowałem rozruszać nogi. Wiedziałem już, że na szalony wynik nie mam co liczyć, więc należało przełączyć się psychicznie na tryb „turysta”. Za niecałe dwa tygodnie planowałem kolejny długi start, więc nie było sensu forsować się na rozpoczęcie sezonu. Góry nigdzie mi nie uciekną.

Zamiatajcie na Zamieć 2016!

 

By nie przedłużać, napiszę krótko – polecam Zamieć każdemu, kto chce spróbować swoich sił zimą w górach. To ciekawa impreza nawet dla „niebiegaczy”, którzy chcieliby zmierzyć się z wielokrotnym podejściem na Skrzyczne w formie trekkingu.

W moim przypadku skończyło się na pięciu pętlach i 72 km na zegarku. Brzmi na niewiele, choć wynik ten kosztował mnie wiele zachodu i był po części kompromisem z kolejnym ultra startem. Jakie zalety ma ten bieg? Świetna organizacja i oznaczenie trasy, niesamowicie dobre posiłki (gulasz bogów!), dobrze przygotowana baza, zaplecze sanitarne (pomijając prysznice), masaże, opieka lekarska, koleżeńska atmosfera, ciekawe pakiety (i w końcu bawełniania koszulka, którą można założyć na co dzień nie strasząc ludzi). Do plusów należy też zaliczyć bardzo trudną trasę – w końcu nie po to startuje się w takim biegu, żeby było łatwo. Jakieś minusy? Brak prysznica już wymieniłem, a poza tym… chyba nie znajduję żadnego.

 

Czy za rok spróbuję pobić swój wynik? Nie mam pojęcia, pewnie decyzja będzie równie spotnaniczna jak w tym roku ;-)

 Grzesiek Soczomski

Posted in Relacje | Tagged , , , | Leave a comment

Limit na kozaczenie

Ultra to kozaki. Niezależnie czy to prawda czy nie- taka już jest etykietka. Dobrze jest być uznawanym za kozaka bo mir wiadomo większy i cała wieś spiewa peany. Źle jest w tą bajkę uwierzyć a najgorzej dodać do tego szczyptę (lub dwie) rutyny.

Czy jestem kozakiem? O i to jakim! Biegam trzy dychy bez jedzenia i picia, w zimie lecę w wiatróweczce i cieniutkiej bluzie i w ogóle co mi tam. A już tu koło chałupy? W pożalsięboże Beskidach?? Jestem prze-kozak. Bo znam wszystkie mini ścieżki, wiem o której wstaje każda sarna w lesie i czasami podpijam wodę znajomym zającom. Mój teren to totalny, absolutny lajt.

I jak na to przystało dziś na totalnym lajcie potraktowałem zapowiedzi mega śniegu i mega wiatru. Bo przecież tą trasą biegłem wczoraj, a że mieliśmy zrobić „tylko cztery dyszki” to na zupełnym lajcie przecież. Ileż to w końcu jest. Niby wziąłem cieplejszą kurtkę i niby czapkę zamiast buffa i troszkę wody do bukłaka i nawet termos ( ale to bardziej dla Juli bo ja jestem kozakiem) ale poza tym normalne ciuszki. Dojazd trwał 10 min dłużej choć mam auto 4×4, śnieg zasypywał oczy ale przecież to tylko 4 dyszki.

 

I nawet byłoby super w pytkę aż do około 7 km gdyby nie fakt, że ten dystans zajął około godziny. Nic to, trochę śniegu- przynajmniej się człowiek rozgrzeje. Na szlaku nikogo bo cała reszta ludzi ma wszystkie klepki albo nie jest tak podatna na moje pranie mózgu jak Jula (choć pewnie ostatni raz).Niestety powoli tempo słabnie (jeszcze????)bo ze śniegu po kostki zrobił się po kolana (przecież istnieje wiatr, który zawiewa ten cholerny śnieg debilu) a potem po uda. Końce palców już w zasadzie niewiele czują a rękawiczki przemakają. Luz jak się biegnie ale gorzej kiedy się nie da biec. Wiatr z boku śmiga, że chce łeb urwać a prędkość nie pozwala na rozgrzanie się. Na szczęście dobiegamy do szlaku i drzewa choć trochę nas osłaniają. Niewielka to pociecha bo śniegu coraz więcej i odcinku, którym normalnie prujemy po 4:20 mamy 15:36 na kilometr. Już wiem, że z czterech dyszek nic nie będzie ale może przynajmniej zrobimy dwie? Oczywiście złudzenie pryska kiedy mijamy Przykrą. Ja mam wszystko zmrożone a Juli świeci się rezerwa na paliwie. Jakimś niesamowitym zbiegiem okoliczności moje superkozaczenie przysypia i decydujemy się, że nie ma sensu zarzynać się o nic i wracamy. Niby fajnie – do auta tylko ok 4,5 km. Tyle, że dyszka zajęła nam 2 godziny!! Na zbiegu koło zapory ja zaliczam lekką hipotermię i mimo czapki, buffa i kaptura nie czuję już połowy twarzy bo wiatr decyduje się nagle pokazać kto tu rządzi. I kto jest kozakiem. Getry dawno już przestały udawać, że stanowią warstwę ochronną. W zasadzie chyba od momentu brnięcia po uda w śniegu. Moje mokre już od jakiejś godziny rękawiczki przepuszczają każdy podmuch wiatru i w kombinacji z temperaturą kompletnie unieruchamiają dłonie. Nie mam pojęcia jak udało mi się wetknąć kluczyk do auta i odpalić je. Pamiętam, ze odśnieżałem nie czując rąk i tak samo przeszukiwałem plecak próbując oddać część rzeczy Juli. Czucie wraca dopiero po paru minutach ale zimno mi jest całą drogę do domu niezależnie od tego, ze ogrzewanie hula pełną parą.

 

Wyliczając po drodze miejsca gdzie mogłem zostać i nikt by mnie nie znalazł coraz częściej słowo kozak przywodzi na myśl tempak. Zwłaszcza, że czasami biegam tam sam i nie raz nocą. Biegliśmy niby znaną sobie trasą, ale z dala od ludzi. Niby krótki dystans ale jednak zajął strasznie długo. Niby się ubrałem ale jednak nie za dobrze.

Dystans zdecydowanie nie ultra pokazał ultra pazur. Pokazał też, że na każdego kozaka znajdzie się większy. Czasami przykozaczą góry, które choć to tylko Beskidy dadzą radę każdemu kto myśli, że to on tam jest u siebie. Ja mam na razie dość kozaczenia choć wiadomo, gdzieś tam głęboko , cichuteńko słychać szept „ja nie dam rady??? „…

 

Posted in Artykuły | Tagged , , , , | 2 Comments

MS w biegu górskim 2015 w Annecy

5 IAU Mistrzostwa Świata w biegu górskim 

30 – 31 maja, Annecy we Francji

            W tym roku we francuskim Annecy (40 km od Szwajcarskiej Genewy lub 140 km od Francuskiego Lion) odbędą się piąte Mistrzostwa Świata w biegu górskim na dystansie ultra (85 km z przewyższeniem 5200 m). Start przewidziano na godzinę 3:30 rano ustalając limit czasu 14:30 h. Na tym samym dystansie odbędzie się również bieg otwarty. Start biegu otwartego nastąpi 1,5 h później czyli o godzinie 5:00 rano z limitem czasu 19:30 h. W biegu otwartym może wystartować 2000 zawodników. Dodatkowo przeprowadzone zostaną dodatkowe biegi, dokładnie siedem biegów na różnych dystansach z limitem 6000 zawodników (więcej informacji na tronie biegu: www.maxi-race.org lub www.worldtrail2015.com). W czasie biegu maksymalna temperatura nie powinna przekraczać 19oC, a minimalna 4oC. Biorąc pod uwagę górską lokalizację biegu należy się spodziewać często zmieniających się warunków pogodowych.

Trasa biegu, jej profil i lokalizacja punktów odżywczych przedstawiona jest na zdjęciach poniżej.

 

 

C:\fakepath\trasa annecy.jpg

 

 

Foto: trasa biegu

 

 

C:\fakepath\profil annecy.jpg

 

 

Foto: profil trasy

 

 

C:\fakepath\food annecy.jpg

 

 

Foto: punkty odżywcze

Na trasie będą rozmieszczone trzy punkty z jedzeniem i piciem, odpowiednio na 17,6 km, 43,6 km i 70,2 km (jedzenie + woda + pepsi). Pomiędzy każdym z nich dodatkowo organizator rozmieści cztery punkty zaopatrzone w wodę. Będą one zlokalizowane na 27,5 km, 36,6 km, 51,0 km, 64,3 km. Należy zatem zaopatrzyć się w taką ilość wody i jedzenia aby wystarczyła na przebycie drogi pomiędzy punktami odżywczymi.

Punkty kontrolne z limitami czasu rozmieszczono odpowiednio:

  • Km 7,8 (limit 8:00 rano, rekomendowany czas wyjścia z punktu 6:00 rano)
  • Km 17,6 (limit 14:00, rekomendowany czas wyjścia z punktu 11:30 rano)
  • Km 36,6 (limit 10:00 rano, rekomendowany czas wyjścia z punktu 8:30 rano)
  • Km 43,6 (limit 15:30, rekomendowany czas wyjścia z punktu 12:30)
  • Km 54,5 (limit 18:00, rekomendowany czas wyjścia z punktu 16:00)
  • Km 70,2 (limit 20:00, rekomendowany czas wyjścia z punktu 16:00)
  • Km 77,5 (limit 21:30).

Zawodnicy i delegaci zamieszkają w hotelu Les Balcons du Lac d’Annecy w miejscowości Sevrier oddalonej o 9 km od startu (adres: 1487 Route de Cessenaz, 74320 Sevrier, telefon: +33 450 52 61 51), lokalizacja zaznaczona jest na zdjęciu poniżej.

 

 

C:\fakepath\hotel annecy.jpg

 

 

Foto: dojazd do hotelu dla zawodników i delagatów.

 

Program Mistrzostw Świata:

Wtorek – 26 maja, środa – 27 maja i czwartek – 28 maja to dni kiedy organizator spodziewa się przybycia zawodników i ich delegacji. Będą oni odbierani z lotniska w Genewie (wyjście na stronę francuską „Exit FRANCE”).

Ceremonia otwarcia mistrzostw przewidziana została na czwartkowy wieczór, czyli na 28 maja na godzinę 19-tą. Pół godziny później, czyli o godzinie 19:30 rozpocznie się wspólna kolacja.

Na piątek 29 maja organizator zaplanował m.in:

  • śniadanie
  • od 10:00 do 11:30 odprawa techniczna
  • od 11:30 do 12:30 konferencja prasowa
  • od 12:30 do 14:00 obiad
  • od 18:30 do 20:00 kolacja.

Natomiast w sobote 30 maja zaplanowano:

  • o godzinie 2:30 rano wyjazd autobusów z zawodnikami na start
  • o godzinie 3:30 start mistrzostw. Pierwsi zawodnicy spodziewani są o godzinie 12:00.

Ceremonia wręczenia medali i zamknięcia zostałą zaplanowana na godzinę 19:00 w Plage d’Albigny (Annecy-le-Vieux). Po ceremoni zamknięcia przewidziano bankiet w hotelu Imperial oddalonym o 400 m od lini mety.

 

 

C:\fakepath\meta annecy.jpg

 

 

Foto: meta

Na koniec pozostaje tylko życzyć wszystkim zawodnikom super przygotowań, świetnych czasów i jeszcze fajniejszych wrażeń we Francji.

Jacek Będkowski

 

Posted in Imprezy | Tagged , , , , | Leave a comment