Idealny pomysł na urlop, czyli relacja z XXI Setki z HAKiem

Urlop to taki okres w życiu, kiedy mamy trochę więcej czasu na różne rzeczy. Na przykład pisanie relacji z jakiegoś biegu, albo w ogóle startowanie w nim. Wczoraj rano dobiegłem do mety najdłuższej (odległościowo) z moich dotychczasowych wycieczek. Jeśli to czytasz, prawdopodobnie też masz urlop i bardzo Ci się nudzi. Nie przestawaj, spróbuję opisać na chłodno jak wyglądała XXI Setka z HAKiem z punktu widzenia finiszera. Smacznego ;)
Nie od dziś wiadomo, że wymagam od siebie za dużo, za szybko. Ten typ tak ma. Ten typ bardzo chciał w końcu coś wygrać. Dlatego też postanowił po raz trzeci wziąć udział w najtańszym i najbliższym znanym mu rajdzie. Wyszło nieźle, choć nie wygrałem, ale po kolei.
Plan na piątek był piękny- spać do południa, potem nażreć się w’wodanów, pójść na start i zrobić co w mojej mocy. Nie udało się spać do południa. W ogóle niewiele udało się pospać, z przerwami i jakoś tak nieefektywnie, norma. Ale złej baletnicy… no, ju noł.
Jakoś koło 16. wciągnąłem na ramię torbę z rzeczami na przepak/metę, po drodze kupiłem jeszcze w Biedronce obowiązkowy atrybut ultrasa – butelkę Coli, po czym ruszyłem w stronę bazy rajdu. Po drodze spotkałem, pierwszy raz tego dnia, Marka Hermanowicza. Sto metrów później inny Marek pozdrawiał mnie klaksonem gdzieś w okolicach rynku. Krótka podróż a z tyloma znajomymi osobami można wejść w nieprzewidzianą interakcję :P

Docieram do bazy rajdu, gdzie wręczam obiecaną laurkę szanownej komendantce i czekam na Justynę, Kubę i Grześka, jako że Ci ostatni mają moje potwierdzenie ubezpieczenia, a bez tego nie mogłem się zarejestrować. Pół godziny później zostawiam torbę orgom i zapisany na wyjście o godzinie 19:24, wracam szybko na mieszkanie. Ostatni posiłek, pakowanie, analizowanie trasy… i rzecz najciekawsza – po zimowym międzysezoniu okazało się że system hydratacji w plecaku gdzieś zatracił swoją szczelność. Gdyby nie pożyczony softflask (dzięki Ivo!), byłoby krucho. Znaczy byłby bidon, ale w bidonie chlupie, a to wkurza. Szczególnie po 10h biegu.

Idąc na start w pełnym rynsztunku, nawet nie patrzę po ludziach. Wbijam skupiony wzrok w ziemię. Zapewne wyglądam dość dziwnie zważywszy na strój i osprzętowanie, przynajmniej dopóki nie biegnę. Po drodze mijam i pozdrawiam innych uczestników, z których większość żartuje że już wracam. Gdy dochodzę do bazy rajdu, szef trasy Radek naprawdę myśli że się wracam :D O wyznaczonej porze startuję tylko ja, chyba jako przedostatni. Właściwie to nie startuję o wyznaczonej porze, bo nie słyszę sędziego który daje mi sygnał do startu, przez co nieco się zagapiam. Szefowa Justyna żegna mnie okrzykiem, wybiła godzina zero, pora ruszać :)

No to ruszam, bez pasa HR, co jakiś czas mijając i pozdrawiając grupki niezłomnych piechurów. Na moście za Wyspą Bolko pierwszy raz zauważam Marka. Ja wiem że to egoistyczne i zasługuję na potępienie z takim myśleniem, ale już na długo przed Setką, nie znając listy uczestników, byłem przekonany że zajmiemy dwa czołowe miejsca. Może gdyby wyprzedziło mnie dziesięciu biegaczy, nauczyłbym się pokory. Pokory nauczyło mnie dwóch przeciwników tej nocy. Marek i dystans ;)

Starałem się jak mogłem, żeby nie zbliżać się na mniej niż te kilkaset metrów. Biegłem równo, komfortowo, ale tempem dużo wyższym niż zakładane. To był błąd. Fajnie że czułem się fajnie, ale nie myślałem o tym co będzie za 10h, więc trzymałem tempo 5:20-5:30 i parłem przed siebie, wyprzedzając (i konsekwentnie pozdrawiając) wszystkich niezłomnych. Dzięki nim nie musiałem patrzeć na mapę, co zwykle wybija z rytmu, spowalnia i takie tam.
Tuż za drugim punktem, jakoś po ćwiartce, na wejściu w las, doganiam Marka. Nie wiem kto jest bardziej zaskoczony tym faktem, ale wbrew pozorom nie wróży to dobrze. O ile na ten moment daje mi to prowadzenie, to oznacza też że biegnę zdecydowanie za szybko. Zadowolenie miesza się z obawami. No dobra, ciekawe ile z nim pociągnę.
Tempo narzucone przez mojego ówczesnego towarzysza podróży okazuje się jeszcze wyższe niż za czasów biegowej samotności. Czuję że mnie to zniszczy, że przede mną jeszcze długa droga i dużo cierpienia, a ja już teraz ładuję siły w utrzymanie prędkości z jaką nie śmigałem na żadnym spokojnym wybieganiu. W dodatku w lesie co rusz zatrzymujemy się przy słupkach żeby odczytywać numery, a pomiędzy nimi lecimy krótkie odcinki dość mocno, co wybija z rytmu. W zasadzie to Marek leci mocno, ja tylko próbuję się utrzymać. Wplatać interwały w ultra to trochę tak jakby przed strzeleniem sobie w łeb, strzelać sobie po kolei w każdą kończynę. Docieramy do PK3 (37km), gdzie zaczynam czuć uda (pozostałości po starcie w MP), co nie jest dobrym prognostykiem w 1/3 trasy. Obżeram się tam gorzką czekoladą i piję bardzo dużo wody. Z punktu ruszam kilka sekund za Markiem. Zastany i ociężały, próbując jeszcze odpisać na smsa, gubię koło i pozwalam zeszłorocznemu zwycięzcy wysunąć się daleko przede mnie. Trzymam tylko kontakt wzrokowy z jego czerwoną lampką. Przynajmniej przez chwilę, bo po jakimś czasie nie widzę już nic.

Nadzieja wraca tuż przed PK4, bo w oddali dostrzegam jakieś migotanie, ale nie wiem czy to czasem nie są światełka na punkcie. Docieram do płotu, w okolicach którego powinna stać leśniczówka, albo przynajmniej jej fundamenty. Nie ma leśniczówki, nie ma Marka, nie ma punktu. Lecę dalej, nie ma nic więc się cofam, szukam sędziów po okolicy, bez efektu. Dzwonię do każdego z nich, potem do Jusi. W tym momencie nadbiega Marek, który też ma problem z odnalezieniem punktu. Komendantka nakazuje skontaktować się z szefem trasy. Dzwonię do Radka, który przeprasza za zamieszanie i informuje nas że punkt dopiero jedzie na punkt. Czekamy więc na spóźnionych i nieco zagubionych sędziów, dajemy karty do podbicia i lecimy dalej, choć nie do końca pewni poprawności obranej drogi. Okazuje się że zrobiliśmy kółko i wróciliśmy na skrzyżowanie na którym byliśmy pół godziny wcześniej. Tam też dostrzegamy czołówkę trzeciego zawodnika. Nie czekając, ustalamy swoją pozycję i ruszamy do PK5. Marek natychmiast mi odjeżdża, ale po krótkiej chwili rozgrzewam zziębnięte czekaniem na sędziów mięśnie i łapię swój rytm i mocne tempo.

PK5 (ok. 60km) zaliczam bez historii, podobno „jakieś dwie minutki” za Markiem, co wciąż daje mi prowadzenie po odliczeniu startowego handicapu. Nawet dobrze się czuję jak na taki dystans. Wbiegam do Łambinowic i docieram do żywieniówki, gdzie głośnym przywitaniem budzę śpiących i pobudzam tych którzy spać by chcieli, ale nie mogą, bo w środku nocy ktoś na nich liczy. Uzupełniam wodę i zabieram żele, w międzyczasie szef trasy cyka mi zdjęcia na których jeszcze jakoś wyglądam. Justyna mówi kilka miłych słów na czele z „jakąś minutkę temu wybiegł” i częstuje mnie daktylami.

Teraz ta decydująca część. Bardzo ciężka, bo już zaczynam odczuwać trudy biegu… ale wciąż można nazwać to biegiem. W drodze do PK7 trochę się gubię, w międzyczasie zaczyna się przejaśniać. Chłopaki na punkcie informują mnie ile tracę do lidera i na czym polega zmiana trasy. Nie zapamiętuję nic poza „nie wchodzimy do Ogrodu” i „można wykreślić pierwszą linijkę z opisu trasy”. Lecę na czuja, wg mapy, nie sugerując się opisem. Zwalniam znacząco, ale wciąż coś tam truchtam. Pewnie przestałbym truchtać ale boję się że ktoś mnie goni. Po pewnym czasie chyba nawet wracam na właściwą trasę, którą docieram do Wydorowic. Tam, na terenie spółdzielni, skoro świt, szczeka na mnie pies. Ludzi brak, więc gdy ten sam pies szczeka 5 minut później, zaczynam wmawiać sobie że ktoś się zbliża i nie można teraz zwalniać.

I właśnie wtedy zwalniam. Ledwo truchtam przeuroczą, anglosaską ścieżką rowerową (zapewne super się tam jeździ i biega treningowo, chciałbym tam wrócić), w międzyczasie odpisując na motywujące smsy. To miłe, ale byłem już w stanie, w którym coraz więcej bodźców miałem w dupie. Chyba nawet fakt że ktoś mnie przegania, miałbym na tamten moment w dupie. W Grodźcu męczę się strasznie, ale dobiegam na rezerwie do PK8, gdzie sędzia mówi że dopiero co stracili z oczu Marka. Od tego momentu zaczyna się umieranie a kończy jakakolwiek przyjemność z biegania. Może dlatego że kończy się samo bieganie. Nawet marsz jest koślawy i bolesny; odliczam kroki, metry i kilometry do mety. Truchtam na odcinkach kilkunastometrowych, ale na twarzy mam wymalowane „czołg” (zamiast „zombie”).

No i czołg doczołgał się w bólach do PK9. Siadam na kamieniu, dostaję gorącą herbatę i znowu mówią do mnie „Pan”, nawet jak próbuję rozluźnić atmosferę żartami. Muszę wyglądać słabo i przez to staro jakoś. Wysypuję z butów wszelki syf, staję na nogi i ruszam w obawie przed utratą drugiej pozycji. Ktoś tu był 25 minut przede mną i chyba wiem kto, choć 25 minut to była już taka strata, która mówiła „nie masz co gonić, po prostu dobrnij”. Po jakimś kilometrze dociera do mnie że na „syf w butach”, składa się też syf w skarpetach. Siadam więc na ławce nad jakimś stawem i wysypuję piasek z iks-soksów. Stopy mam mocno zniszczone, choć baaardzo długo czuły się świetnie. Zresztą, nawet jakby czuły się świetnie do tego momentu, to właśnie czekało na nie coś magicznego. 200m przez jakieś pole, bez ścieżki. Kilka sekund człapania w skąpanej rosą polnej roślinności i w butach zaczynam słyszeć chlupanie wody. Teraz jest mi już wszystko jedno. W Goszczowicach ostatni raz się gubię, a faza zniszczenia jest już bardzo zaawansowana, jednak z czoła nie znika napis „czołg” i ogólny obraz determinacji w dotarciu do celu. Nie robiłem sobie selfie, po prostu czułem że tak w tym momencie mogłem wyglądać. Seria leśnych zakrętów i docieram do upragnionego bruku. Bruku, który kilka godzin wcześniej był zakończeniem etapu w miarę komfortowego i początkiem walki z samym sobą. Teraz oznaczał zakończenie tejże walki i kreślił ostatnią prostą do mety. Zaczynam truchtać, szczęśliwy że to już tutaj. 50m przed metą jacyś Setkowicze pytają mnie jeszcze o dalszą drogę, którą to wskazuję, co wymaga ode mnie zatrzymania się.

META

W końcu. Na gorąco daję dwa wywiady i pozuję do zdjęć, po czym nie bardzo wiem co ze sobą zrobić. Tzn wiem co chciałbym ze sobą zrobić, ale i tak tego nie robię. Nogi bolą i w ogóle. Krzątam się, odpisuję na smsy, próbuję się jakoś ogarnąć. W lodowatej fontannie doganiam swoje myśli i daję odpocząć zajechanym włóknom mięśniowym. To już koniec, zrobiłem co mogłem. Nie ustrzegłem się błędów (od samego startu) ale ważna jest ich świadomość i wyciąganie wniosków.

Co mi się podobało? Wartość oczyszczająca, jaką daje długotrwałe odczuwanie bólu i walka z organizmem, odległością, słabościami. Choć twierdzę, że to wysokie tempo mnie zabija, a nie dystans. Bardzo nakręcał mnie też klimat polowania/pościgu za liderem/zwał jak zwał ;) Co mi się nie podobało? To że ktoś okazał się lepszy… choć w pełni zasłużenie- brawo Mistrzu! Wiem co zrobiłem źle i postaram się poprawić, choć nawał gratulacji i klepania po plecach chwilowo odciąga te wszystkie analityczne rozkminy.

A, właśnie, jeśli czyta to ktoś kto mi gratulował, to wielkie dzięki, to bardzo miłe :)

Ja też gratuluję – każdemu kto w piątkowe popołudnie, zamiast zacząć weekend jak człowiek, z piwkiem, przy grillu, z niezrozumiałych powodów ruszył ze Studenckiego Centrum Kultury na długi spacer poza strefę komfortu, stawiając czoła własnym słabościom.

Ponadto Wielkie Dzięki dla przemiłej i przepomocnej Drużyny Organizatorów na czele z Justyną (mam szczęście do Justyn!) za świetną robotę i kolejną okazję do sprawdzenia swoich możliwości i niemożliwości. Podziękowania również dla Zwycięzcy (a pewnie to przeczyta, bo jest jedną z trzech osób we wszechświecie które przyznały się, że czytają tego bloga) za kompletne ściuchranie mnie i zmotywowanie do dalszej ciężkiej pracy.

Dziś bez chińskich przysłów. Przypomnę za to myśl przewodnią rajdu – tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono.Zgodnie z tym co pisałem po Setce dwa lata temu, dowiedziałem się o sobie czegoś więcej, choć prawdopodobnie funkcjonując (mhm, funkcjonując… :D) na tym samym progu odczuwania bólu.

Podsumowując: przybyłem, przebyłem… a na zwyciężanie jeszcze przyjdzie pora ;)

PS Drugi raz zajmuję drugie miejsce w jakimś biegu i drugi raz sponsorem nagrody jest Decathlon… cóż za dziwny zbieg okoliczności ;)

PS2 Dzień po tej Wielkiej Przygodzie nie umiem chodzić… ale umiem rejestrować się na kolejne zawody, co właśnie uczyniłem :D

fot. Radosław Pierzga, Justyna Jackiewicz, archiwum prywatne

http://www.movescount.com/moves/move62146419

Posted in Relacje | Tagged , , , , , | Leave a comment

Wielka Prehyba – nie tak łatwo

Jest takie stare, chińskie przysłowie – jesteś tak dobry, jak Twoje ostatnie sushi. Tak sobie swego czasu postanowiłem, że skoro chcę kiedyś być w czołówce, muszę regularnie sprawdzać ile mi do tej czołówki brakuje. Gdzie? Tam, gdzie czołówka się zjeżdża – na Mistrzostwach Polski.
Tak jak w zeszłym roku lądecki Złoty Maraton, tak w tym roku rangę krajowego czempionatu uzyskała Wielka Prehyba. Pierwotnie miałem zostać niepokornym mnichem, ale ostatecznie zapisałem się na dystans nieco krótszy. Bo ranga, ju noł. No i inna sprawa, na dwa tygodnie przed Setką nie chciałem się zajeżdżać czymś długim. A maraton to przecież takie tam hop siup, na jednym oddechu.
Głupi ja.
Przestaję lubić ten dystans. Fajnie brzmi, ale przestaję. Jest krótki, więc jest szybki, a ja nie jestem szybki. No ale dobra, kaprys nie wybiera, toteż pojechałem. Stęskniłem się za ściganiem, za górami, za klimatem zbiorowej pohasówki. Miało być dobrze, z głową, bez zjazdów.
Aa tam, nudno tak z głową ;)


***piątek, piąteczek, piątunio***
Po przybyciu, zakwaterowaniu i znalezieniu jakiegoś optymalnego punktu żywieniowego, wypadało się udać po pakiety startowe. Skromne co prawda, ale nie mam wielkich wymagań, więc nie marudzę. Fajnie znów zobaczyć kilka twarzy kojarzonych tylko z biegów. W ogóle fajnie zobaczyć tych wszystkich ludzi, społeczność górskich napieraczy, w pełnej gotowości przed ważnym startem. Czuć klimat, lubię to. Szybki powrót z pakietem na kwaterę i krótkie roztruchanie zastanych kopyt, oczywiście deptakiem nad Grajcarkiem. Po rozdaniu kilku wymuszonych uśmiechów lokalnej społeczności gimnazjalnej, udałem się wraz z towarzyszami podróży do Bazy na spotkanie z tzw. Elitą. Wyszło tak se, zabrakło babeczek (a mocne jak cholera te nasze góralki) i Bartka Gorczycy, ale plusik za samą próbę aranżacji takiego mitingu. Ludzi przybyło sporo, pytania też się pojawiły, ciekawy wstęp do rywalizacji.
Na powrocie odwiedziliśmy Bardzo Ciekawy Sklep z Piwem, gdzie oczywiście musieliśmy pozyskać zaopatrzenie. Wieczorem jakieś makarony i inne takie. Kilka łyków piwa na rozluźnienie napięcia przedstartowego i pora spać… a, nie spać, jeszcze rzeczy na rano przygotować. Jakąś godzinę później- spać ;)
***sobota, Dzień Próby***
No wiele tego snu nie było, ale co zrobić. Zebraliśmy się całą grupą i poszliśmy gdzieś tam hen, w okolice startu/mety. Tłoczno tu! Słonko grzeje, więc najdroższy na świecie worek na śmiecie (90-gramową kurtkę startową) zostawiam w moim żywym depozycie (podobnie jak bieliznę kompresyjną), a sam siłuję się z softflaskiem, bo pić się chce po rozgrzewce. I tak walczę z tym kondomem aż tu nagle bach, START. Cudowny system hydratacji upycham w pośpiechu do kieszonki w pasie i ruszam! Mocno, za mocno. Jak zwykle ;) Tętno ostro na 190, zakwas na dzień dobry i potem już piekło. Bardzo piekło. Żeby całej relacji nie zamknąć w trzech zdaniach, spróbuję swoje przeżywanie piekła nieco rozbudować. Tak żeby Was też zapiekło.
Dlaczego było ciężej niż na ultra? Bo tam niemoc jest relatywnie nieinwazyjna, bezbolesna. A tutaj tej niemocy towarzyszył ból. Ból zakwaszonych mięśni, które z płaczem błagały o zwolnienie tempa, a ja bardzo nie chciałem zwalniać. No i dupa generalnie. Jeszcze te pierwsze kilometry były do zniesienia, bo pod górę to każdy ma ciężko i nie tylko mnie boli, ale jak się wypłaszczyło a ja dalej byłem bez gazu, zrozumiałem że to już w zasadzie game over. Nienawidzę jak mnie wyprzedzają, a jak zrobiło się płasko- zaczęli mnie wyprzedzać. Jeszcze bardziej nienawidzę jak biegacze wyprzedzają mnie krokiem tak luźnym i lekkim, że ciężko po nich poznać jakikolwiek wysiłek. Wobec mojego oklapnięcia, było to bardzo frustrujące. Plus uślizgi na błocie, zapadanie się i rozjeżdżanie w śniegu, to wszystko spsuło mi nieco nastrój, co poskutkowało rozważaniem wycofu. Chciałem oddać numer na najbliższym przepaku, dotruchtać do mety na dziko i nie wstydzić się swojego miejsca. Chciałem to zrobić jak najszybciej, a pech chciał, że nie zauważyłem na swoim numerze startowym numeru telefonu dla wycofów. No właśnie, czy pech?
Drugi PK mnie dobił zupełnie. Myślałem że odżyję, a zatkało mnie potężnie. Na wyjściu z tej agrafki już nic nie miało sensu, gdzieś tam po drodze jeszcze pogubiłem się razem z Wiktorią i musiałem szybko odpalić track gps żebyśmy jakoś wrócili na właściwe tory. Bajdełej między pierwszym a drugim punktem, jakoś tak szybko mi się woda wyczerpała, więc dość nieprzyjemnie się odwodniłem. W tym miejscu ogromne dzięki dla dziewczyny która poratowała mnie na trasie liptonem :D –Nie mam wody, mam tylko lipton, a słyszałam że lipton jest zły… Ta, odwodniony maratończyk na pewno będzie wybrzydzał ;)
No ale dobra, gdzieś tam koło trzydziestki zacząłem w końcu odżywać. W końcu! Znaczy bolało dalej, ale przynajmniej dało się biec jakoś sensownie. I już mnie tak masowo nie łykali, więc generalnie okej. Po ostatnim peku jeszcze chwila truchtu żeby się uklepało to co wciągnąłem, a potem już ogień do mety. Na ostatnim zbiegu wreszcie zacząłem robić to, co zwykle robię na ostatnich zbiegach. Skurcze dwójek strasznie doskwierały, ale ten kawałek trzeba było przecierpieć. Końcówka po twardym przypomniała mi Chudego i Lądek – momentalne zwolnienie, spadek tempa, męczarnie, dramat. Także finisz jeszcze z lekką niepewnością, czy czasem mi ktoś zza pleców nie wyskoczy. Nie wyskoczył, więc z grymasem niezadowolenia, ale i cholerną wewnętrzną ulgą wpadam na metę i kończę ten niełatwy wyścig.


***wciąż sobota, ale już po imprezie***
Za dużo od siebie wymagam. Z drugiej strony – gdybym nie wymagał, nie miałbym celu. A cele są ambitne, choć chyba aż za bardzo. Wynik słaby, nie udało się utrzymać tendencji z zeszłego sezonu (choć akurat MP mi rok temu też średnio wyszły), ale mimo wszystko na mecie byłem szczęśliwy. Pewnie nie z wyniku, ale miałem inne powody. Od głupiej puszki Coli, poprzez krioterapię w Grajcarku (rzeczka w strefie mety – uwielbiam!) i piękną pogodę tego dnia, aż po świetne towarzystwo, ten rodzinny, biegowy klimat i pozytywnie spędzony weekend. Wszystkim zawodnikom gratuluję, a sam kończę lizać rany i szykuję się na kolejny trudny start. Stare, chińskie przysłowie mówi: gdy ciężko pracujesz, zasługujesz na dwie rzeczy: miskę ryżu i chwilę odpoczynku.
Teraz czas na to drugie, do zobaczenia na ścieżce ;)

Rafał Słociak

Posted in Relacje | Tagged , , , , | Leave a comment

SPRY – Czyli wyśrubowany minimalizm.

Pierwszą myślą jaka mi przyszła do głowy, kiedy zobaczyłam Spry było:

„ ale co w ogóle się w tym zmieści?”

(w sensie czy jest sens ubierać się w plecak, kiedy zawartość będę musiała nieść w rękach).

Faktycznie, są małe szanse że włożę doń całą zawartość mojej torebki … ;) -

Ale jeśli chodzi o wyposażenie na trening (który nie potrwa cały dzień),

lub zawody, gdzie motywem przewodnim nie jest – radź/jedz sobie sam–

to wszystko spokojnie się zabierze.

Przednie kieszenie:

Do lewej kieszonki zmieści się kurtka przeciwdeszczowa/bidon, a do prawej (podwójnej) kilka żeli / batonów, telefon .

Nieco wyżej są 2 kieszonki na coś drobnego (dobrego ;).

Kieszeń tylna:

Zamykana na magnes.

Aby zobrazować ile jest w stanie przyjąć:

 

Oprócz kawy, bardzo lubię też mojego kota. Przed pisaniem tej recenzji jeszcze się mieścił. Niestety w świątecznym wydaniu nie przejdzie :(

 

Co istotne – bukłak w Spry ma pojemność 1l – na krótkie odcinki to wystarcza. Ale kiedy potrzeba więcej wody, to jest opcja aby zabrać ze sobą np. bidon z rączką/ uchwytem.

Dla amatorów kawy (do których należę) polecam :

 

Taki żarcik. Wracając do tematu.

Nie lubię biegać w plecakach, przez ich ciężar, oraz fakt że odkąd pamiętam były problemy z ich dobrym umocowaniem – na zbiegach zawsze miałam wrażenie , jakby w tylnej kieszeni ukryty był karp bądź inna żywa ryba, pilnie chcąca do wody.

No jasne, jasne – powiecie. A teraz na pewno napiszę:

„ i wtedy pojawił się Spry i jej problemy zniknęły jak plama przy Vanishu”.

No cóż.

Trochę tak było.

Po pierwsze -

Co może być jego wadą, w moim przypadku jest zaletą – przez to że nie mieści zbyt dużo wody, to nawet po maksymalnym zapakowaniu jest lekki.

Z racji materiałów, z których jest zrobiony – to moja czapka waży chyba więcej.

Po drugie-

Z przodu dopasowuje się go za pomocą tylko jednego paska, i nie ma efektu ściskania brzucha podwójną/potrójną siecią a’la szynka babuni.

Ktoś pomyślał, i tak rozmieścił kieszenie, że ich ciężar rozkłada się równomiernie.

Po trzecie-

Nie posiada żadnych usztywnianych elementów. Zachowuje swoją formę, ale równocześnie doskonale się dopasowuje.

Porównanie jakie przyszło mi na myśl w związku z tym plecakiem:

https://www.youtube.com/watch?v=VqHSbMR_udo

Czyli jak powiedział Bruce – tak jak woda, dopasowuje się do naczynia, w którym się znajduje, tak Spry dopasowuje się do tego, na kim leży.

Mnie to wystarcza.

Julia Honkisz

Posted in Sprzęt | Tagged , , , , , , , , , , , | Leave a comment

Co to? Suunto. Ambit 3 Sport

 

Testy to testy i można do nich podejść wielorako. Każdy tam ma jakieś swoje widzimisia i woli co innego. Cieżko więc się oprzeć na jednej tylko opinii bo jak ktoś nie cierpi niebieskiego dajmy na to koloru, to na dzień dobry taki niebieski zegarek ma po prostu przesrane. Stąd nowy pomysł: a może tak testować z paru punktów widzenia? A może poprosić dwie lub nawet trzy osoby, żeby się troszkę pozastanawiały i podzieliły wrażeniami? Wypadkowa powinna być w miarę obiektywna bo gdzie kucharek sześć … a nie to nie o to : co trzy głowy to …

 

Tym razem padło na: seniora czyli mnie (głównie dlatego, że Jacek był zajęty ), stoickiego i wyważonego Kondzia i narwanego jak stado buhajów Jędrka. Ja badałem w Beskidach, Kondziu po lasach Jury a Jed w Taterkach. No to do roboty:

 

AKT I

 

W BESKIDZKICH ODMĘTACH

 

 

 

SCENA 1

 

O istocie rzeczy

 

Co powinien posiadać zegarek do ultra? W moim przekonaniu niewiele ale za to na sensownym poziomie. W końcu to zakup na parę lat i zazwyczaj spory wydatek.

Gdyby więc można było sobie zaprojektować taki zegarek marzeń to podzieliłbym te wymagania na dwie kategorie:

  1. NIEZBĘDNE
  • wytrzymała bateria (min 15-20 godzin)
  • wodoodporność
  • pomiar tempa średniego i chwilowego
  • pomiar dystansu ( odczyt co 1 s)
  • pomiar wysokości
  • pomiar przewyższenia
  • możliwość pokazania 4 informacji na raz
  • możliwość zaprojektowania interwałów wraz z dłuższymi przerwami np.:4x 200m z 1min przerwy potem 3 min i znowu 4x200m…
  • sygnalizacja wibracjami (np.. spadek tempa, kolejne km itp. -do ustawienia)
  • szybkie i łatwe zgrywanie danych (najlepiej „po kablu”)
  • śledzenie uprzednio wgranej trasy
  1. MILE WIDZIANE 
  • pomiar kadencji
  • pomiar tempa wznoszenia
  • alerty wysokości (np. co 100 m)
  • pomiar prędkości
  • możliwość ustawienia tempa docelowego ze wskazaniem jak bardzo za/przed jesteśmy
  • funkcja powrotu tą samą trasą  
  1. BEZSENSOWNE ŚMIECI
  • bluetooth
  • łaczenie z telefonem
  • przekazywanie smsów
  • pomiar basenów
  • tryb multisport
  • fazy księżyca
  • pływy
  • kalendarzyk małżeński
  • biorytmy i inne zapchajdziury

 

 

SCENA 2

 

Suunto u bram

Niektórzy zapewne skojarzą zestawienie „aktywny nadgarstek” z hmm .. ale to nieistotne gdyż/albowiem /iż to znani handlarze naręczy. Naręczy w sensie tego co na ręce a konkretnie na nadgarstku właśnie – czyli różnego rodzaju zegarkowej biegożuterii. No i tak sobie kminię,że może stąd właśnie wzięła się nazwa sklepu. Wiecie, że niby na nagdarstku coś aktywnego jest, nie i tam sobie działa i w ogóle, rozumiecie?

No, ale to nieważne, lecz ważne to, że to oni właśnie nam wysłali do testów zegarek. Na trzy tygodnie. I ja miałem pierwszy tydzień na zabawę.

 

Niebieski to mój absolutnie ulubiony kolor. Kiedyś ( jak już stanę się właścicielem jednej ze stacji benzynowych) dokonam transakcji handlowej z firmą Fuji Heavy Industries w wyniku której zanabędę moje absolutne marzenie motoryzacyjne: funkiel nówkę Subaru Imprezę STI w kolorze Blue Mica. Ale na tem chwilem musiałem się zachwycić kolorem Sunnciaka, którego drżacymi rękami wydobyłem z pudełka. Ze względów higienicznych Aktywne Nadgarstki wysłały mi zestaw bez paska HR ale i tak go nie używam więc mi to latało.

Jakiś czas temu miałem do dyspozycji Ambita 2 i pamiętam, że był ciężki, toporny i raczej ciężko zapinało się pasek ale za to wyglądał mega. Tu sprawy miały się inaczej. Zegarek był lekki, pasek mięciutki i bardzo łatwy w obsłudze ale poza firmami gdzie obowiązuje styl „casualowo -sportowy” nie wziąłbym go do pracy bo wygląda mocno odpustowo.

 

 

SCENA 2

 

Pierwszy dzień

 

Jak dla mnie liczy się dzień pierwszy bo zegarek ma być funkcjonalny. Nie szukałem więc instrukcji i nie miałem zamiaru się tym w ogóle zajmować. Chciałem sprawdzić czy Ambit3 Sport jest na tyle intuicyjny, że obędzie się bez dodatkowego fakultetu.

Nie mogłem się też oprzeć porównaniom do tego czego cały czas używam czyli Garmina 310XT więc wszędzie gdzie biegłem zabierałem oba i poza tym, że moja pozycja społeczna jako posiadacza DWÓCH zegarków z GPS w okolicy wzrosła miałem bezpośrednie przełożenie na funkcjonalność w praktyce.

Samo ustawienie zegarka – czyli wpisanie danych typu waga, wzrost, itp. było bardzo łatwe i intuicyjne. Równie gładko udało się przebrnąć przez gąszcz menu i w miarę szybko odnaleźć co włącza co , kiedy, jak i po co. W związku ty powyższym tego samego wieczora udałem się na rekonesans biegowy po którym czekał mnie lekko chłodny prysznic bo:

 

  • przy pierwszym włączeniu GPS poszukiwał sygnału ok 5 min ( później się to zmieniło) i już miałem lekko wyższe ciśnienie
  • przyzwyczajony do rozkładu pól w Garminie nie bardzo łapałem co się dzieje, jakie mam tempo jaki dystans, itp. i tylko maniakalnie przełączałem wszystko  
  • po powrocie okazało się, że mój komputer nie obsługuje jakiegoś tam Moveslink więc wystąpił problem ze zrzuceniem danych i nie dało się wrzucić na fejsa (mega foch)

 

Pierwszy dzień więc nie nastroił mnie super pozytywnie i gotowy byłem wysmażyć jadowicie negatywną recenzję w stylu „a za tyle kasy to ja….”, spakować Ambita i odesłać go nazajutrz. Na szczęście wsłuchawszy się przypadkowo w twórczość skądinąd nie najbliższej memu sercu Budki Suflera upewniłem się , że „ …po nocy przychodzi dzień…” i takoż niechybnie stało się i w Bielsku- Białej…

 

SCENA 3

 

AMBITniejsze jutro

 

Pewnie, że się zmieniło i z czasem (głównie w trakcie nudniejszych momentów w pracy) nauczyłem się czym , co i jak przełączać, gdzie patrzeć i jak zgrywać. Dość powiedzieć, że po paru dniach okazało się, że:

 

  • GPS odpala praktycznie od razu po włączeniu ( co odkryłem w szoku idąc rano do pracy)
  • Nie da się zmieniać układu pól na zegarku !!!!! MEGA MINUS – trzeba zegarek podłączyć do moves i babrać się z tym (kto ma na to czas???)
  • Po podłączeniu do lapka żony moveslink i wszystkie moves działają jak ta lala – można na luzie wrzucać na fejsa

 

Porównaniom z Garminem nie było końca i może ktoś tam uzna, że jestem nieco (hahaha) stronniczy ale w ogólnym rozrachunku wyszło mi tak:

 

  • Prezencja jest podobna – oba są plastikowe jak nie przymierzając blondi z wiejskiego disco. Nie są wieśniackie kiedy się w nich biega ale do pracy?? Hmmm, no dobra, z Suunto można bo ma zegarek i tak może funkcjonować ale nie jest to TAKI bajer jak Ambit 2 (czy pewnie wersja PEAK A3). Oczywiście nie jest to kryterium decydujące o zakupie zegarka do biegania ale niektórym może się podobać noszenie go cały czas.
  • Dokładność pomiaru – nie da się jednoznacznie określić który GPS jest dokładniejszy bo niby co ma być punktem odniesienia? Różnią się nieco ale nie ma to dramatycznego wpływu na jakość mojego życia więc mam to gdzieś: ważne że w obu widać jak daleko i jak szybko.
  • Użyteczne bajery: Suunciak ma np. pomiar kadencji a ponieważ akurat się na tym skupiałem – punkt dla niego bo Garmin tego nie posiada
  • Nie dałem rady ustawić w Ambicie treningu interwałowego bo wymagałoby to zagłebienia się w instrukcję a celowo tego nie robiłem. Łatwiej robi się to na Garminie – przynajmniej dla mnie. To najpewniej moja wina, ale w wolnym czasie raczej biegam a nie analizuję zawiłości ustawień więc z mojego punktu widzenia słabo.
  • Movescount i generalnie szybkość zgrywania danych to lata świetlne przed Garmin Connect. Najważniejsze jest to, ze „po kablu” bo niestety po doświadczeniach z ANT nie cierpię bezprzewodowych systemów.
  • Świetne prowadzenie po uprzednio wgranej trasie ( co mnie np. z powodów hmm zawodowo-organzatorskich bardzo się przydaje) i tu z powodu fatalnej jakości pracy Garmin Connect nie mogłem porównać.
  • Czytelność Movescount również oceniam wyżej niż Garmin Connect choć ponownie jest to subiektywneZrzuty z Movescount:
  • Zrzuty z Garmin Connect:

Nie będę podobnie zresztą jak koledzy zapuszczał się w meandry technikaliów, przytaczał technicznych specyfikacji i analizował czułości GPS. Chcieliśmy ten test przeprowadzić z poziomu użytkownika a wiadomo, że na papierze Lanos to sportowe auto. Postawiliśmy na wrażenia z użytkowania bo to właśnie nimi będą się kierować przyszli użytkownicy.

 

SCENA 4

 

Sąd (nie taki znów) ostateczny

 

Po tygodniu używania w górach i trochę na asfalcie myślę, że można sobie wyrobić opinię. I zanim posłałem go Kondziowi musiałem przysiąść i rozpisać za i przeciw. O dziwo, przy spokojnej, rzeczowej analizie wyszło mi, że urządzenie ma zdecydowanie więcej plusów niż minusów.

Z punktu widzenia biegacza do zalet zaliczyłbym:

 

  • niską wagę
  • przyjemny, miękki materiał paska
  • KOLOR !!!
  • szybkość wyszukiwania sygnału GPS
  • szybkość, jakość i łatwość zgrywania danych
  • przejrzystość serwisu Movescount
  • bardzo dobre prowadzenie po wcześniej wgranej trasie
  • używalność na co dzień jako normalny zegarek

 

Miałem tez parę wątpliwości i z najważniejszych wad wyróżniłbym:

 

  • brak możliwości edycji części parametrów z poziomu zegarka (np. pola danch)
  • jak dla mnie skomplikowane wpisywanie treningów interwałowych (w porównaniu do Garmina)
  • średnio czytelne małe pola (choć do środkowego nie mam zastrzeżeń)
  • plastikowy wygląd
  • w przypadku mojego komputera brak współpracy z Moveslink
  • jakaś nieprawdowopodobna ilość opcji multisportowych, które dla mnie są równie bezużyteczne jak omomierz

Podsumowując, Ambit 3 Sport to dobre urządzenie. Nie sprawdziłem niestety jak długo trzyma baterie naraz. Po pierwsze dlatego, że nie biegłem dłużej (czyli np. 15 h), po drugie dlatego, że używałem go jako zegarka a to też wyczerpuje baterie więc nie da się jednoznacznie określić na podstawie treningów jak długo wytrzymuje. Myślę jednak, że jeśli uda się osiągnąć zakładane 15 h to jest to wynik wystarczający na większość nawet 100km biegów.

Czy ja bym go kupił? Nie wiem. Jestem mocno uGarminiony i mimo oczywistych wad Connect chyba przy tym pozostanę. Nie jest to jednak uwarunkowane logiką a raczej (i tu wychodzi ze mnie kobieta???) odczuciami.

Ambit3 Sport kosztuje ok 1500 zł. Na pewno można znaleźć taniej i na pewno Aktywne Nadgrastki lubią negocjować. Czy to dużo? I tak i nie. Jeśli ktoś się naprawdę wkręcił w bieganie to nie ma o czym mówić – każda cena będzie dobra. A ponieważ nikt na razie nie zaproponował w sprzedaży zegarka z moich marzeń Ambit 3 Sport jest dobrym wyborem.

 

 

 

AKT II

 

W KRAINIE MINIMALIZMU

 

Otwieram pudełko i oczom moim ukazuje się niebieski niczym wiosenne niebo najnowsze dziecko ze stajni Suunto – Ambit 3. Pierwsze wrażenia? W sumie jest ładny, ale brakuje mi w nim jakiegoś pazura, nie przykuwa uwagi tak jak wcześniejsze wersje. Guma z którego jest zrobiony jest przyjemna w dotyku, mięciutki pasek bardzo ułatwia zakładanie zegarka, nawet w rękawiczkach. Fajnym patentem są dwie szlufki przez które przechodzi pasek, co zapobiega nagłemu rozpięciu się zegarka.

 

Instrukcji oczywiście nie czytałem, ale z obsługą nie ma problemów, poruszanie się po menu jest bardzo intuicyjne i nie sprawia trudności. Zaskoczyła mnie szybkość z jaką gps się uaktywnia, dosłownie kilka sekund i satelity są zlokalizowane. Duży plus.

Na wyświetlaczu można mieć w czasie treningu wiele parametrów, można śledzić praktycznie wszystko w konfiguracji jaką sobie tylko wymyślimy. Przełączanie też nie sprawia problemów, a po treningu mamy dostęp do przeróżnych statystyk, łącznie z sugerowanym czasem regeneracji.

Dane można zgrać do komputera i analizować na wiele sposobów przez Movescount czy aplikacje, które producent oferuje, szczerze to z tego nie korzystałem, po dniu pracy przed komputerem staram się nie włączać go w domu i zamiast gapić się w ekran i wykresy wolę poświęcić ten czas na trening, ale miłośnicy analiz i statystyk będą zadowoleni.

 

Zegarek ma funkcję łączenia z telefonem czy facebookiem. Pytanie tylko, czy podczas treningu czy zawodów to jest tak naprawdę potrzebne, dla mnie nie i uważam to za zbędny gadżet, ale jak ktoś lubi być w ciągłym kontakcie ze światem, to ta opcja z pewnością przypadnie mu do gustu.

 

Ambit 3 spodobał mi się, prosta obsługa, do tego bateria, która spokojnie większość ultra ogarnie, możliwość wyboru różnych dyscyplin, opcji jest naprawdę dużo. Jak dla mnie nawet za dużo, ale ja lubię proste rzeczy. Czy wszystkie dodatki są naprawdę potrzebne, to już zależy co kto potrzebuje.

 

AKT III

 

U KREWKICH GÓRALI

 

Nazwać to recenzją to na wyrost, raczej kilka uwag i spostrzeżeń całkowitego laika w kwestii zegarków sportowych z gpsem.

Do tej pory jedyne czego używałem podczas treningów, a raczej “treningów” był samsung solid i najtańszy polar, dlatego też nie do końca byłem przekonany czy dam radę ogarnąć tego Ambita.

SCENA 1

I stanął w mych drzwiach taki cały niebieski….

Pierwsze wrażenie po otwarciu pudełka to….ok o gustach sie nie dyskutuje :)

Nie będzie odkryciem żadnym że dyskutując i oceniając zegarki z rodziny Ambita trzeba to jakby rozdzielić na dwie płaszczyzny, sam zegarek oraz oprogramowanie Movescount.

Zegarek, a właściwie jego wyświetlacz jest skonstruowany według mnie genialnie, czytelnie, intuicyjnie i bardzo “schludnie”.

Movescount to narzędzie potęga, mnogość analiz, wyciągania najprzeróżniejszych cyferek, zestawień i informacji po każdym treningu jest powalająca, a przy tym przejrzysta i prosta, naprawdę świetne oprogramowanie i mając do tej pory styczność tylko ze strava i endo w wersjach darmowych to po prostu jak dwie rożne klasy.

I podkreślając to jeszcze raz przy tej mnogości i wielkim przeskoku, jak dla mnie, program intucyjny i praktycznie od strzała nie sprawiający trudności w orientacji.

SCENA 2

Love is blindness

 

To co przed założeniem i używaniem Ambita, wydawało mi się, że będzie dla mnie wielkim problemem, to kwestia konfigurowania go poprzez komputer i praktycznie niemożność zmian konfiguracji bez podłączenia do komputera. Ja używając całe życie polara, gdzie wszystko mogłem robić z poziomu zegarka, naprawdę upatrywałem to za wielką wadę.

Co dziwne, od pierwszego wybiegnięcia z Ambitem kompletnie mi to nie przeszkadzało, nie brakowało i nie brakuje mi możliwości ingerencji w ustawienia zegarka.

To na ile rożnych sposobów można sobie skonfigurować każdy trening z poziomu movescounta, daje tak szerokie możliwości ze niczego więcej nie potrzeba i przy tym znowu, jest szalenie intuicyjne, proste i robi się to praktycznie z automatu nie szukając w opcjach, nie kminiąc nie wkurzając się.

Podczas samych treningów jest dostęp do wielkiej ilości danych i informacji, czasem mam wrażenie że aż zbyt wielkiej ;) aczkolwiek dla mnie nowość móc śledzić na bieżąco prędkość, wysokość, tętno, dystans i milion innych rzeczy bo jak wspomniałem do tej pory używałem telefonu który leżał cały trening w plecaku, a dostęp miałem do polara który pokazywał tylko tętno i czas :) wiec dla mnie czad wielki

Używałem Ambita podczas biegania i dwa razy na fokach, wszystko bez zarzutu, nie gubi sygnału itp itd ale to już chyba pewien standard tej firmy, więc nie będę się wiele rozpisywał w tym temacie, podejrzewam że koledzy którzy testowali Go przed mną zrobią to o wiele lepiej niż ja.

Generalnie Suunto Ambit 3S zachwycił mnie bardzo, ale żeby nie było tak różowo to kilka moich spostrzeżeń in minus:

po pierwsze to waga, jak już wspomniałem, nie mam żadnego doświadczenia w tego typu urządzeniach, ale ten zegarek po prostu czuć na ręce, pewnie kwestia przyzwyczajenia, ale jest po prostu masywny

po drugie gps, jest czuły dokładny i łapie sygnał natychmiastowo, ale dlaczego nie mam możliwość ustawienia zegarka w taki sposób żeby zliczał mi sumę przewyższeń z treningu nie tylko przy taktowaniu gps’a co 1 sekundę, ale też przy taktowaniu co 5 sekund? Ja rozumiem że wtedy pomiar nie jest aż tak dokładny, ale z drugiej strony przy taktowaniu co 5 sekund bateria wytrzymuje dłużej, a za 1500zł chciałbym mieć możliwość wyboru czy wolę dokładniejszy gps i sumę przewyższeń kosztem krótszego trzymania baterii, czy wolę ciut mniej dokładny gps ale dalej z podsumowaniem sumy przewyższeń za to z dłużej trzymającą baterią. W S3 takiego wyboru nie mam, jak chcę sumę przewyższeń to mogę ją mieć tylko przy 1 sekundowym taktowaniu gps, trochę słabo.

po trzecie, nie jestem przekonany czy w tego typu zegarkach niezbędne są blututy i szereg innych bajerów o których nie mam nawet pojęcia ze ten zegarek ma ale gdzieś tam mi się o uszy obiły, ja i myślę ze cały szereg ultrasów wolałby nie mieć możliwości robienia zdjęć zegarkiem i wrzucania ich od razu na fejsa, a za to wolałby baterie trzymającą 30h bez konieczności płacenia za nią dwóch tysiaków ;)

Wygląd…ja wiem, tak, tak kwestia gustów, ale nie umiem sobie wyobrazić że ktoś powie iż S3 blue jest brzydki :D i nie zmieni tego nawet fakt że ostatnio na Markowych Szczawinach pewien znany ultras i nadzieja polskiego freeride’u narciarskiego, powiedział mi że kolor, który jest akurat moim ulubionym kolorem, jest babskim kolorem ;) :P Ten sunciok jest zajebisty, a ja dzięki uprzejmości i życzliwość pewnych ludzi stałem się jego szczęśliwym posiadaczem, dzięki panowie.

 

 

EPILOG

 

Dzień po wysłaniu Kondziowi Ambita trochę mi było żal, że mój aktywny nadgarstek nie jest już niebieski. Podejrzewam, że i Konrad przytuliłby go z ochotą choć przy jego minimalizmie pewnie biegałby swobodnie nawet z klepsydrą na szyi. Za to Jed ….

No właśnie chłop widzi na niebiesko więc od razu zakupił testowany egzemplarz i jestem przekonany, że dziś mierzy nawet dystans i przewyższenie jak schodzi po ziemniaki do piwnicy. Aż strach pomyśleć co będzie jak już w końcu dojdzie do tego jak przesyłać nam te istotne dane od razu przez swój telefon. No nic miłość nie wybiera …

Posted in Sprzęt | Tagged , , , , , | Leave a comment

Letecka Stovka – mega łomot na życzenie

 

Czasami inteligencją określa się zdolność kojarzenia faktów. Dotykasz gorącego- parzy- już nie dotykasz. Stworzenia mniej inteligentne dotkną wielokrotnie nie kojarząc, że to właśnie powoduje dyskomfort. Generalnie homo sapiens zalicza się do tych inteligentniejszych choć nie zawsze sprawa jest aż tak oczywista.

 

Letecka miała być sprawdzianem postępów według zasady mniej a sensowniej. Przestałem nabijać kilometry, a skupiłem się na technice, jakości, szybkości i sile. Wydawało mi się, że zakres ok 60-90 km tygodniowo powinien wystarczyć, żeby w miarę sprawnie pokonać 100km z rozsądnym przewyższeniem bo ok 3120 m. Zresztą czemu nie miałby się sprawdzić skoro w zeszłym roku przy pomocy Krzyśka Janika z powodzeniem pozwalał na ciągłe utrzymanie mocy nawet na Andorra Ultra Trail. Patrząc na zeszłoroczny wynik zwycięzcy ( a był to rok bez śniegu ) czyli ponad 13 godzin, wyszło, że mam szansę na pierwszą dziesiątkę a przy odrobinie szczęścia i właściwego użycia mózgu – pudło. Na mojej drugiej w życiu setce – 7 Dolinach miałem ponad 13 godzin ale było to dawno i bez właściwego treningu- na żywioł.

Analiza trasy i śladu zwycięzcy pokazała, że pierwsze 20km są płaskie i można napinać po 4:45…..

 

FAKT

 

Nie tak znowu dawno żeby zapomnieć bo w 2013 biegłem Sudecką chcąc jak najbardziej zbliżyć się do 10h. Wiadomo, na starcie są wszyscy: maratończycy, Ci, co lecą na 66 km i setkowicze. Problem w tym, że nie wiadomo, kto jest kim i w rezultacie można przypalić jak zresztą widać w tej relacji. Wniosek prosty: przypal na początku – będzie problem z kończeniem. Każdy by zauważył. Może poza mną.

 

Teoretycznie złamać dychę nie jest trudno – wystarczy każde 10 km pobiec poniżej godziny. Wiadomo jednak, że w teorii możliwe jest prawie wszystko. Najważniejsze zatem w strategii powinno być bezustanne kontrolowanie tempa i to nie, żeby mocniej cisnąć ale właśnie żeby mocniej nie cisnąć. W teorii oczywiście…

 

START

 

Letecka za 10 eurasów oferuje w zasadzie 4 pkt żywieniowe na trasie a w menu z napojów głównie herbata, woda , soki, kofola a z jedzenia chleb z surową cebulą lub quasi-nutellą rozsmarowaną nożem wcześniej użytym do krojenia cebuli właśnie, ciastka różnego rodzaju, trochę orzeszków i wreszcie kapuśniak. Szału nie ma ale też z głodu człowiek nie zemrze. Odprawa i start na sali gimnastycznej przy hali sportowej w Trencinie, miła atmosfera swojaków , spolećna fotka i już staliśmy na starcie przed bramą. Oczywiście nie ma mowy o czipach i innych badziewiach więc na trzy cztery ruszyliśmy. Postanowiłem trzymać się czoła i mimo że zegarek pokazywał średnie tempo w granicach 4:43 – 4:45 biegło mi się wyjątkowo miło. Droga wiodła trochę wałem przeciwpowodziowym trochę asfaltem i mimo że gdzieś tam w środku maleńki głosik mówił „zapłacisz za to” na wszystkie możliwe sposoby uzasadniałem sobie, że przecież dobrze trenowałem, że to nie za wysokie tempo i nie miałem zamiaru zwalniać. Wszystko szło świetnie i to tak, że a pierwszych dwóch kontrolach byliśmy przed orgami więc nie mam z nich wpisów. Cieszyłem się, że biegłem z innymi bo „bardzo dobrze oznaczona trasa” okazała się typowo oznaczoną trasą na warunki słowackie czyli czasami miałem rozkminę czy aby dobrze lecimy. Ale dopadliśmy K2 na 23 km gdzie byłem w 1:59 i napiłem się herbaty i nareszcie zaczęły się góry. Miałem nadzieję, ze tu będę mógł się wykazać bo na podejściach zawsze szło mi całkiem nieźle a dużo pracowałem nad zbiegami i szybkością i wyglądało na to, że praca się opłaciła. Jednak już po pokonaniu stoku narciarskiego, na który wylazłem jako pierwszy z grupy zacząłem odczuwać coś na kształt objawów kryzysu. Wciągnąłem żela i olałem. Jednak musiałem nieco zwolnić.

 

Niestety druga zasada, która zbagatelizowałem brzmi jedz i pij ZANIM ci się zachce bo jak się zachce najczęściej jest już za późno. Podejście pod Panską Javorinę było w zasadzie proste i w normalnych warunkach pewnie bym go pobiegł ale niestety warunki z mojego pkt widzenia pogarszały się. Do 30km jakoś jeszcze szło ale potem się zaczęło. Do Leteckiej myślałem, że najgorszy kryzys miałem w Andorze bo smęciłem ok godziny. Ale tu trzymało mnie ok 2!! I to tak, że praktycznie co 10 min musiałem usiąść lub przynajmniej przystanąć. Miałem lekkie zawroty głowy i trochę średnio widziałem co jest na zegarku. Tak czy siak na 30 km byłem po 2h 58min a na 35 po 4 godz 13min !!! Gdyby była taka opcja zrezygnowałbym ale Słowacy na biegach nie mają zabezpieczenia medycznego i nie zwożą z gór więc opcje były dwie: cisnę nadal lub siadam i płaczę. Na to drugie było mi za zimno więc poszedłem.

 

Jak to z kryzysami bywa i ten przeszedł zupełnie nagle i to na zbiegu więc mimo kolosalnej straty wciąż miałem nadzieję, że skoro ja kryzys mam już za sobą innych dopadnie później i może coś się uda nadrobić. Niestety przy kolejnym podejściu okazało się, że skutki uboczne szaleństw na początku to nie tylko odcinka ale i kompletnie skończone czwórki. W ogóle ale to w ogóle nie trzymały i nie niosły. Pojawił się więc problem bo w końcu był to bieg górski a te wyższe górki dopiero na nas czekały. Przy okazji choć udało się przegonić paru biegaczy parę razy udało się również zgubić bo albo nie było odblasków albo nie było szlaku. I nawet jeśli nie nadrobiłem jakiś kolosalnych kilometrów ( finalnie ledwie 3) to czasowo była to katastrofa. Do tego wszystkiego doszły nagłe sensacje żołądkowe więc kiedy znów minęła mnie spora paczka czyli w zasadzie ok 60 km zmieniłem nastawienie.

 

INTERWENCJA KRYZYSOWA

 

Od tego momentu wiadomo już było, że na wynik nie ma co liczyć i trzeba się cieszyć drogą. Kłopot w tym, że powoleńku znowu zaczynał się kryzys a czwórki już zupełnie się do niczego nie nadawały. Postanowiłem więc przeprowadzić mały eksperyment i maksymalnie skupić się na kryzysie i na tym jak w nim funkcjonuję, w jaki sposób najlepiej z niego wyjść i jak dalej cisnąć teoretycznie nie mając już mocy. Nie odpuściłem jednak całkowicie i w miarę możliwości ścigałem się z tymi, których jeszcze udało się złapać. I tak odcięło mnie na podejściu pod Inovec – czyli najwyższy szczyt trasy 1042m n.p.m. głównie z powodu kombinacji zmrożonego śniegu rozjeżdżonego przez jakiegoś amatora off roadu, rozwalonych czworogłowych, i czterech w miarę ostrych podejść tuż przed samym Inovcem. W związku z tym przewagę wypracowaną zbieganiem i wybieganiem ze Sport Chaty zacząłem powoli tracić i w okolicach Inovca właśnie doszło mnie dwóch jegomościów. Jakoś dziwnie jednak zbiegi pozwalały mi odżywać i uciekłem im ponownie i to tak, że już do końca mnie nie złapali. Może uciekłem to za dużo powiedziane bo czasownik „uciekać” niesie ze sobą jakiś wymiar dynamiki a tej było niewiele. Dość powiedzieć, że poruszałem się szybciej i to już do samej mety.

Zauważyłem, że skupiając się na samym kryzysie łagodzę jego skutki ale bardziej w sensie psychologicznym. Siły jak nie było tak nie było, mięśnie nadal nie słuchały ale być może poprzez pogodzenie się ze stanem rzeczy a nie jak poprzednio przez bezustanną wewnętrzną złość i walkę z samym sobą udawało mi się iść naprzód. Zauważyłem też że  żele się już nie sprawdzają (może dlatego, że już dawno ich nie używałem). Najlepiej z tego wszystkiego podeszła mi kanapka z nutellą o posmaku cebuli oraz paczka Chia Charge (choć właziły w zęby jak wściekłe). Więc samo też zapobieganie kryzysowi musi się opierać na czymś innym niż żele właśnie.

 
WNIOSKI

 

Ciężko jest jednoznacznie określić co się właściwie stało. Naturalnie, najpierwszym odruchem jest powiedzieć :przypaliłem na początku i stąd taki wynik. Cukier zszedł do zera nie uzupełniony na czas, prędkość biegu mimo samopoczucia była za wysoka i organizm odmówił współpracy. Oczywiście, gdyby lecieć na 5:00 początek to podejrzewam, że strata byłaby niewielka a zaoszczędzone siły wystarczyłyby na o wiele dłużej. Zwycięzca miał na mecie 12:25 a to nie jest super szałowy wynik. U nas na 7 dolinach sporo ludzi łamie 10 g. Najbardziej drażni i zastanawia kompletna masakra mięśni czworogłowych bo to z kolei przekłada się na nieudolność w górach. Pewnie trzeba będzie nad nimi popracować.

Nie jestem w stanie również jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie czy wyłączenie naprawdę długich wybiegań w weekendy przyniosło dobre czy złe rezultaty. Z jednej strony zawsze była świeżość do treningu ale z drugiej myślę sobie, że jednak raz na jakiś czas polecieć 50km nie zaszkodzi. Jednak ultra (zwłaszcza jak ktoś chce startować częściej niż 3 razy w roku) to również przyzwyczajenie organizmu do sporego wysiłku i może taka ma być rola tych długawych wycieczek biegowych.

Najważniejszym jednak wnioskiem jest: należy używać mózgownicy i korzystać z wniosków wypracowanych na poprzednich biegach bo inaczej czeka łomot.

 

Co do Leteckiej Stovki to po pierwsze góry są piękne ale zobaczyć je można dopiero nad ranem i to jak się ktoś nie spieszy bo Ci z czołówki to za dużo nie obejrzeli a szkoda. Po drugie jest jednak sporo asfaltu i to może zniechęcać ale z drugiej strony dla typowych biegaczy (a nie podchadzaczy) jest to zaleta bo można nieźle przycisnąć jak się ma z czego. Po trzecie trzeba pamiętać, że to jednak zupełnie niekomercyjna impreza i nie ma co liczyć na super wypas na punktach czy zawodowe oznakowanie jeśli komuś to nie pasuje to trudno. Za to atmosfera jak zawsze świetna i moim zdaniem warto choć raz zasmakować.

 

PS

Zdjęć nie ma bo byłem zbyt w… zły żeby robić ;)

 

Posted in Relacje | Tagged , , , , | Leave a comment

Weź to na bary-jak wybrac plecak do biegania-cz2

 

Wiemy już, że to nieuchronne i jakiś plecak musi się znaleźć w naszej szafie. I wtedy właśnie pojawia się problem: CO WYBRAĆ?

 

Plecak biegowy to obecnie już w zasadzie sztuka sama w sobie. Całe sztaby projektantów, testerów, biegaczy i konsultantów tworzą, zmieniają, ulepszają, sprawdzają. Dzisiejsze plecaki muszą być jednocześnie lekkie i wytrzymałe, małe i pojemne, odporne i oddychające. Do tego jeszcze większa armia speców od marketingu dwoi się i troi żeby przekonać biegaczy, że to właśnie ich produkt jest tym, który absolutnie muszą mieć. Jak więc wybrać ten jeden jedyny?

 

Jak zawsze w wyborze ważne są trzy aspekty: CENA, FUNKCJONALNOŚĆ i JAKOŚĆ. Zazwyczaj rozmowy zaczyna się od tego pierwszego:

 

I. CENA

 

Ceny plecaków z wyższej półki często sięgają przedziału 500-700 zł. Te średnie można złapać już za ok 200 -400 zł a te najprostsze to wydatek mniej więcej 100 zł. W rozmowach z biegaczami często słychać argument, że to TYLKO plecak i nie ma sensu na niego wydawać dużej kasy. Naturalnie nie są to ceny normalne. W krajach nieco bardziej rozwiniętych ale z inną walutą te cenniki są znacznie niższe bo waluta mocniejsza ale i zarobki lepsze. Gdyby plecak do biegania kosztował 600 Euro jestem przekonany, że nikt lub niewiele osób by go kupiło. Niestety mieszkamy gdzie mieszkamy i nic się na to nie poradzi.

 

Ważne jest jednak skąd taka cena i czy warto tyle dać?

W przewijających się co rusz w internecie dyskusjach na temat czy warto czy nie warto pojawiają się głównie dwa argumenty: ze to tylko kawałek szmaty oraz że kiedyś się dało bez tej technologii to teraz też.

O ile z tym drugim argumentem można by się było zgodzić (choć wtedy konsekwentnie należałoby chodzić pieszo i wyrzucić komputer bo kiedyś ludzie nie mieli samochodów a dla rozrywki grali w cymbergaja) o tyle ten pierwszy to zupełna pomyłka. Cena plecaka to nie tylko koszt „szmaty” ale i koszt jej opracowania , czasami lat badań i wielu wielu prób i testów. A to wszystko po to by „kawałek szmaty” nie obtarł, nie barwił, nie uczulał, był jak najlżejszy i oddychał na tyle na ile to możliwe jednocześnie mogąc unieść wszystko co potrzebne na uteembe i to nie raz ale wiele wiele razy. Płacąc za plecak z wysokiej półki płacicie za technologię i pomysł. Służy ona zwiększeniu komfortu a co za tym idzie polepszeniu wyników Wiadomo, że 500 zł to niemały koszt ale ile dajecie za buty, a co ważniejsze jak często je musicie zmieniać? Plecak dobrej jakości będzie z Wami na pewno parę sezonów. To czy potrzebujecie akurat najdroższy model to kwestia ile i czego biegacie (patrz część 1) oraz co Wam pasuje bo nie każdy najdroższy model musi się z Wami zgrać.

Nie namawiam tutaj by kupować tylko te najdroższe bo w innych się nie da biegać ale kwestia ceny w moim przekonaniu nie powinna być najważniejszym kryterium. Należy więc najpierw ustalić ceny paru modeli, które wpadły w oko a następnie zweryfikować budżet.

 

II. FUNKCJONALNOŚĆ

 

Plecak do biegania ma przede wszystkim służyć biegaczowi czyli spełniać określone funkcje w określony sposób niekoniecznie w takiej kolejności:

 

  • niska waga
  • pojemność (przynajmniej na to, czego minimalnie wymaga organizator biegu lub co będzie potrzebne na samotnej wyprawie
  • spora ilość łatwo dostępnych schowków, kieszonek itp.
  • kompatybilność z bidonami/bukłakiem
  • wytrzymałość
  • materiały, które są jednocześnie miłe w dotyku, nie powodują otarć oraz w miarę możliwości pozwalają skórze swobodnie oddychać

 

Sztuka wyboru plecaka to między innymi umiejętność odpowiedzenia sobie na parę pytań i zastanowienia się, które funkcje są nam naprawdę potrzebne, a które to tylko marketingowe fajerwerki. Ale po kolei.

Plecak to moim zdaniem po butach druga najważniejsza część wyposażenia mogąca znacznie zwiększyć/zmniejszyć komfort zawodnika na trasie dlatego podobnie jak buty TRZEBA GO PRZYMIERZYĆ.

Oczywiście! – śmieje się pewnie większość z Was i po wejściu do sklepu wkładają na plecy kupę sprzętu po czym płacą i wychodzą. Niestety to, co pasuje w sklepie nie zawsze sprawdzi się na szlaku i choć nie ma możliwości sprawdzenia towaru na szlaku – można znacznie zwiększyć szanse akcji „siedzi w sklepie siedzi na szlaku” stosując parę prostych zasad:

 

  1. Mierzymy z obciążeniem .Pusty i nieobciążony niczym plecak nie powie nam nic o tym co się z nim stanie po załadowaniu. Z reguły już sam bukłak ma 2L a to 2 kg ciężaru. Dołóżcie parę innych rzeczy i można spokojnie dojść do 6kg. Niby niedużo, ale to właśnie na tym polega rola plecaka biegowego, że ma być możliwie jak najbardziej komfortowy OBCIĄŻONY. Wiadomo, że nikt nie pozwoli Wam napełnić bukłaka, ale kurtkę, polar czy cokolwiek na pewno będzie można włożyć. Dopiero wtedy macie szanse sprawdzić co on potrafi.
  2. Dopasowujemy.Po pierwsze trzeba sprawdzić czy ma rozmiary i czy nasz akurat jest. Niektóre z plecaków/kamizelek szytych jest na wąskie ramiona i jeśli macie posturę bliższą Arnolda mogą nie pasować. Po drugie zwróćcie uwagę na możliwości regulacji. Wiele produktów ma liczne paski, gumy itp. służące maksymalnej regulacji i dopasowaniu do użytkownika. Wszystko musi grać od razu.

    Nigdy nie wierzymy na słowo sprzedawcy. Znacie tekst o butach że „trzeba je rozchodzić?” to bzdura. Plecak musi pasować idealnie już w sklepie (oczywiście z poprawką na pkt1) i musi się dać łatwo wyregulować. Jeśli kombinacji jest zbyt wiele lub nic nie dają – zostawiamy.

  3. DotykamyMateriały z którego wykonany jest plecak to gwarancja sukcesu lub klapy. Jeśli poczujecie, że cokolwiek jest za twarde, za blisko szyi, za bardzo ciśnie , itp. już w sklepie – możecie być pewni, że odczujecie na szlaku już znacznie intensywniej. Sprawdźcie klamerki, sprzączki, paski, zapinki, zamki itp. Nie mogą mieć kontaktu z ciałem bo to potencjalnie oznacza tylko kłopoty. Sprawdźcie czy materiał oddycha najlepiej po prostu dmuchając przez materiał – im łatwiej pójdzie tym lepsze będą właściwości.

Już te trzy podstawowe zasady pozwolą dobrze sprawdzić plecak i mieć w miarę pewność, ze zakup będzie cieszył. Teraz czas na detale.

 

Innowacyjność projektantów sprzętu prawie nie ma granic ale nie zawsze jest to absolutnie potrzebne. Kiedy już jednak wydajemy pieniądze to trzeba się zastanowić czy te udogodnienia się przydadzą i czy będą odpowiadać naszym wymaganiom

 

KIESZONKI – tych jest z reguły sporo i są bardzo przydatne jednak trzeba sprawdzić czy:

  • są dla nas łatwo dostępne ( nie wszyscy tak samo łatwo sięgają do tyłu)
  • są wystarczająco pojemne ( trzeba zabrać żel/baton/telefon /aparat/ bidon i zobaczyć czy się zmieści)
  • są regulowane – żeby się potem nie okazało, że wszystko w nich goni , dzwoni i generalnie irytuje
  • są rozciągliwe – więcej wejdzie i nie będzie przeszkadzać
  • są nieprzemakalne / potoodporne – żeby coś ważnego nie zamokło – ewentualnie, żeby pamiętać by tam nie wkładać

UCHWYTY na różnego rodzaju gadżety i wyposażenie

  • na kije – czy pomieszczą składane „na trzy” czy tylko teleskopowe i czy łatwo je będzie zdjąć/przytroczyć
  • na wąż od bukłaka – czy jest zaczep, czy jest miejsce na poprowadzenie tak, by nie dyndał całą drogę
  • na bidon – czy łatwo się go wkłada/wyjmuje, czy ma zaczep na dzióbek

REGULACJE – różnego rodzaju dodatkowe paski, gumy, zaczepy , kompresje, ściągacze – czy działają płynnie, czy ich regulacja wymaga użycia dwóch rąk, czy wymagają sporo siły, czy trzymanie jest pewne

 

 

III. JAKOŚĆ

 

Nie jest tajemnicą, że za jakość się płaci. Oznacza to , lub powinno oznaczać, nie tylko design i użyteczność ale i długość użytkowania. Ktoś, kto płaci 600zł za „kawałek szmaty” oczekuje, że ten kawałek trochę z nim pobędzie. Tylko jak to sprawdzić? Niestety nie ma pewnego triku, można jedynie potencjalnie określić czy sprzęt ma szansę się rozlecieć czy nie.

 

Pierwszy sposób nie wymaga wychodzenia z domu – starczy internet. Tyle, że i tu trzeba zachować rozsądek. Opinie internautów niestety zbyt często ocierają się o ekstrema. Z jednej strony niektórzy blogerzy uszczęśliwieni, że oto mają za darmo sprzęt do testowania piszą o nim w samych superlatywach, z drugiej rozczarowani klienci wieszają na producencie ostatnie psy bo sprzęt zawiódł – częstokroć z ich winy. Internetowe poszukiwanie ma Wam wskazać ewentualne punkty zapalne jeśli takie są i sposób w jaki producent się do nich odniósł.

 

Drugi sposób jest bardziej bezpośredni ale też nie tak pewny. Podczas mierzenia należy dokładnie obejrzeć miejsca szwów, łączeń i wykończenia. Jeśli już w sklepie coś się rozchodzi, widać nitki, części do siebie nie pasują – możemy mieć pewność, że nadchodzą kłopoty.

 

 

 

Nie spieszcie się z kupnem, nie podążajcie za trendami, nie kupujcie tylko dlatego, że ma je wasz ulubiony biegacz. Sama marka nie gwarantuje,że produkt Wam podejdzie nawet jeśli jest z najwyższej półki choć firmy jak Salomon, Ultraspire, Inov8, Nathan czy Ultimate Direction to raczej pewny strzał.

Powoli oglądajcie towar i najlepiej wyłączcie fonię sprzedawcy.

Tu znowu odwołuję do części pierwszej artykułu gdzie pisałem o tym czy w ogóle warto mieć plecak i do czego. Precyzyjne określenie potrzeb pozwoli oszczędzić pieniądze i uniknąć rozczarowań. Kupowanie Ferrari „po bułki” tylko dlatego, że może kiedyś pojedziemy na autostradę do Niemiec nie ma wielkiego sensu jeśli oczywiście nie chodzi o lans ale o tym niestety nie mam pojęcia.

Posted in Porady | Tagged , , , , , | Leave a comment

Asfaltowe szuranie

Zostałem poproszony przez kolegę, abym podzielił się swoimi doświadczeniami w biegu ultra po asfalcie. W tym artykule napiszę więc wyłącznie o własnych doświadczeniach i obserwacjach, które rozpocząłem od maratońskiego debiutu w marcu 2011 roku. Na swoim koncie mam już 9 maratonów i 11 biegów ultra na ulicy.
Pomimo tego, że bardzo lubię góry i staram się je odwiedzać co roku, aby mocno potrenować na wiosnę, to do tej pory mam na swoim koncie tylko jeden bieg górski na dystnasie 50 km. Tak się składa, że lubię biegać, a wszystkie zawody rozgrywane w górach ze względu na ukształtowanie terenu sprowadzają się do tego, że pewne odcinki jednak „nie” biegniemy. Pewnie dlatego na tym etapie mojego życia jestem typowym „asfaltem”. Lubię biegać, a ponieważ nie jestem, aż tak szybki to skoncentrowałem się na biegach ultra. Moja główna konkurencja to 100 km i wszystkie moje przygotowania ukierunkowane są pod relatywnie szybkie bieganie po asfalcie. Piszę relatywnie, bo dla jednego z nas tempo biegu 4:50 min/km jest jak chodzenie, a dla innych mocny drugi zakres. Nie oznacza to, że biegam tylko po ulicach. Jestem częstym bywalcem w górach, gdzie pracuję nad siłą biegową, jak również nie są mi obce akcenty szybkościowe na stadionie. Wymaga tego specyfika biegów płaskich, gdzie poza wytrzymałością liczy się również szybkość, równe tempo i inne elementy nie koniecznie biegowe.
Mój typowy tydzień to 2 akcenty szybkościowe (jeden na stadionie, a drugi na ulicy), do tego siła biegowa (podbiegi lub schody), a to wszystko przeplatane jest rozbieganiami i długimi wybieganiami. To tyle jeśli chodzi o stronę biegową. Jest jeszcze cała masa innych ćwiczeń, których zadaniem jest wzmocnienie innych mięśni. Rozciąganie, plank, brzuszki, ćwiczenia z taśmami, piłką rehabilitacyjną, siłownia to wszystko stanowi uzupełnienie „klepania” kilometrów. Wracając jednak do biegania to, muszę powiedzieć, że staram się nie zamulać nóg, dlatego praktycznie wszystkie moje treningi oscylują w okolicach 5 min/km lub szybciej. Ograniczam też przerwy między treningami, aby zmusić się do wysiłku na dość dużym obciążeniu i zmęczeniu, dlatego od jakiegoś czasu trenuję 2 razy dziennie (4 – 5 dni w tygodniu). Zazwyczaj rano robię spokojne rozbieganie, a zaplanowane akcenty wieczorami. Taki układ pozwala mi na robienie dość dużego przebiegu, który potrzebny jest mi w budowaniu wytrzymałości, przystosowaniu mięśni do większego wysiłku. Jednym słowem trenuję na dość dużym zmęczeniu (szczególnie w okresie zimowym), a do tego treningi mam tak ustawione, że nie kolidują z moją pracą. Muszę jedynie wcześnie wstać i wracam dość późno. Mój typowy tydzień to 150 – 220 km (choć zdarzały się i większe przebiegi w najbardziej intensywnym okresie przygotowań).

Foto: po jednym z treningów
Zanim jednak zacznę bardziej szczegółowo opisywać dni treningowe, chcę zwrócić waszą uwagę na sprzęt biegowy. Jak to ładnie wszyscy mówią bieganie to najłatwiejsza i najtańsza forma uprawiania sportu. Trzeba podnieść cztery litery i wyjść pobiegać. Troszkę inaczej to wygląda z „dłuższym” bieganiem. Osobiście bardzo mocno przywiązuję uwagę do tego w czym biegam. Mam na myśli przede wszystkim obuwie, spodenki biegowe i podkoszulki. Może to się wydać banalne, ale już nie raz kończyłem bieg z dość dużymi obtarciami na stopach, udach czy też ramionach. Do dziś pamiętam mój debiut w biegu ultra (89 km), po którym byłem szczęśliwy z uwagi na wygrany bieg, ale przez kolejne 2 dni miałem palący ból na udach od otarć i dość mocno obtarte ramiona od źle dobranej podkoszulki. Nauczyłem się, że konieczne jest posiadanie dobrego zaplecza, zarówno do trenowania jak i do startów.

Foto: to co przygotowuje na długie wybiegania
Sam używam różnego obuwia w zależności od wykonywanego treningu. Na akcenty szybkościowe zabieram bardzo lekkie buty startowe, dzięki czemu mogę zyskać nawet 10 sekund na każdym kilometrze.

Foto: startówki
Na długie wybiegania zabieram buty z amortyzacją, aby nie zamęczyć nóg treningiem i być gotowy na kolejny trening już następnego dnia. Mam specjalnie dedykowane obuwie tylko na zawody. Plastry, wazelina, podkoszulki „techniczne”, spodenki, zegarek z GPS, to wszystko jest zawsze pod ręką. Dokładnie zapisuje ile kilometrów zrobiłem w każdych butach. Jest to dla mnie bardzo dobre źródło informacji o samych butach, ich producentach, jak również jest to dla mnie wskaźnik, kiedy buty muszą przejść na zasłużoną „emeryturę”. Nie będę pisał o zużyciu sprzętu, bo jest to dłuższa analiza.

Foto: aktualny zestaw butów

Video: zestaw butów
Typowy tydzień treningowy:
Poniedziałek przeznaczony jest na spokojne bieganie i siłę statyczną, tak aby zregenerować się po niedzielnym długim wybieganiu. W planie zazwyczaj mam poranne rozbieganie, a wieczorem lekka rozgrzewka, ćwiczenia ze sztangą (przysiady i wspięcia), taśmami rehabilitacyjnymi (pas biodrowy), piłką rehabilitacyjną (brzuszki i grzbiety). Do tego plank i side plank (brzuszki i ręce), rozciąganie i na koniec relaks na macie z kolcami (masaż odcinka lędźwiowego). To wszystko w celu wzmocnienia „core body”. Jak to często bywa w końcowych odcinkach biegu ultra organizm szuka zapasów „mocy” wszędzie i taki trening tylko wzmacnia.

Foto: ćwiczenia ze sztangą
Wtorek to kolejny dzień pracy nad siłą biegową, ale tym razem na podbiegach (czasami biegam po schodach). Na początek oczywiście zaczynam porannym rozbieganiem, a wieczorem po dłuższej rozgrzewce biegowej przechodzę do podbiegów. Zazwyczaj jest to wielokrotność 150 m podbiegów, a jak uda mi się już dobrze opanować technikę i szybkość to sukcesywnie zwiększam odległość, aż do 250 m.

Foto: na mojej górce do robienia podbiegów
środa to akcent szybkościowy. Ze względu na środek tygodnia nie biegam na stadionie, ponieważ jest on już zamknięty kiedy wychodzę z pracy, dlatego robię je na mieście, co zmusza mnie do biegania na czas, a nie na dystans. Wygląda to w ten sposób, że po wprowadzającej rozgrzewce i rozciąganiu biegam odcinki czasowe zazwyczaj 20 x 2 min na krótkich przerwach lub inne kombinacje, jest to tak zwana „zabawa biegowa”. Oczywiście nie obejdzie się od porannego rozbiegania.
Czwartek to dzień nabijania spokojnych kilometrów i troszkę regeneracji. Mam tu na myśli głównie kąpiele solankowe, masaż olejkami rozgrzewający, mata z kolcami i może troszkę ćwiczeń typu plank. Tu również biegam dwa razy dziennie, ale relatywnie wolno i nie tak dużo.

Foto: kąpiel lodowa
Piątek zaplanowany mam jako dzień wolny, ale aktywnie, czyli jazda na rowerze lub inne aktywności nie związane z bieganiem. Jednym słowej „fun day”.
Sobota i niedziela to „zapierdziel” na maksa. Sobota to akcent szybkościowy na stadionie. To jest mój najcięższy trening, ponieważ wymaga koncentracji, a przede wszystkim jest męczący fizycznie. Jak tylko pomyśle o sobotnim bieganiu to nie jest mi łatwo wyjść z domu, bo wiem, że będzie ciężko. Tu mam sporo możliwości. Jednym z moich ulubionych choć wymagających, jest bieganie 4 km odcinków (4 x 4 km / 800 m przerwach). Biegam również wielokrotności 1 km, 2 km, 5 km, 6 km. Niedziela to oczywiście długie wybiegania. Zazwyczaj jest to 30 – 40 km, jednak zdarzają się dość często biegi typu + 40 km. Miałem już takie jednostki biegowe, gdzie przebiegałem więcej niż 60 km na jednym rozbieganiu. Wszystkie długie odcinki staram się biegać w okolicach 5 min/km lub szybciej, aby nie zamulać nóg, oczywiście jeśli biegam po płaskim. Co czwarty tydzień zazwyczaj zmniejszam długość wybiegania, aby złapać troszkę świeżości. Moje weekendowe bieganie to jest taki typowy model „back – to – back”, czyli dwa mocne treningi po sobie. Dodatkowo w plan treningowy wpisane mam starty kontrolne. Zazwyczaj biegam 50 km lub maraton, choć ten drugi rodzaj biegu staram się ograniczać. Zdarzają mi się również krótsze starty, ale nie tak często.

Foto: po niedzielnym wybieganiu
Jak łatwo zauważyć jest tego bardzo dużo, można powiedzieć, że w tygodniu robię około 10 treningów. Większość z nich pokonywanych jest w tempie poniżej 5 min/km. W przypadku akcentów szybkościowych mówimy tu o zakresie 3:30 – 4:00 min/km. Takie rozłożenie prędkości, długich wybiegań, podwójnych treningów, jak również ćwiczeń uzupełniających pozwala mi na spokojne przebiegnięcie 50 km w zakresie 4:30 – 4:45 min/km.
Jest jeszcze jeden istotny element, o którym jeszcze nie pisałem. Oczywiście mowa tu o diecie i suplementacji. Ponieważ jestem wegeterianinem i regularnie oddaję krew, muszę kontrolować swoje wyniki morfologii. Jednym z kluczowych elementów jest poziom żelaza, który w sportach wytrzymałościowych jest bardzo ważny. Odpowiednio zbilansowana dieta pozwala na utrzymanie odpowiedniego ich poziomu i zachowanie balansu wagi. Staram się utrzymywać stałą wagę ciała, a w okresie blisko startowym troszke ją zmniejszyć, co dodatkowo potęguję znaczenie odpowiednio zbilansowanej diety. Jedzenie odgrywa również ogromne znaczenie w czasie startów. W zależności na jakim dystansie startuje odpowiednio przygotowuje taktykę nawadniania i odżywiania. Dotyczy to zarówno czasu przed startem, w czasie biegu i po nim. Zawsze staram się spożywać tylko te produkty, które już sprawdziłem i nie powodowały u mnie żadnych problemów. W czasie biegu każda sekunda jest ważna i nie ma opcji, aby tracić zbędnie czas na nawadnianie i jedzenie, dlatego pracuje nad tym elementem również na treningach. Nauczyłem się już jak pić w czasie biegu, jak łapać w „locie” kubek z piciem, aby nic się nie powylewało. Jak nie pozalewać „buźki”, czy też całego siebie. W biegu świętojańskim, kiedy biegamy na 3 km pętli, zatrzymywanie się choć na kilkanaście sekund, daje stratę nawet do 15 min !!! Taki czas przy równym mocnym tempie w biegu ultra jest nie do odrobienia. Po samych zawodach przede wszystkim nawadniam się ile się da, co pomaga w regeneracji.

Foto: śniadanie po biegu

Foto: jedna z kolacji przygotowana przez żonkę
Jak łatwo zauważyć, każdy element ma ogromne znaczenie, dlatego przykładam się i monitoruje zarówno swoje treningi, dietę jak i zdrowie. Najdrobniejszy błąd może prowadzić do dużych zniszczeń o czym nie raz się przekonałem. Z każdym dniem, treningiem i startem zdobywam nową więdzę, którą staram się wkomponować w codzienne aktywności.
Na tym etapie ważne jest również aby wspomnieć o jeszcze jednym elemencie w życiu każdego ultramaratończyka, a mianowicie„psychika”.

Foto: jeszcze szczęśliwy przed startem
Nie zależnie od tego co i gdzie biegamy, bardzo ciężko jest przewidzieć co nasza „głowa” nam zgotuje. Możemy przygotować się super do biegu, ale i tak najważniejsze jest to czy jesteśmy gotowi przezwyciężyć „kryzysy”, które pojawiają się w biegu ultra. Tak, nie mówimy tutaj o jednej „ścianie”, bo takich maratońskich ścian na biegach ultra jest kilka i trzeba mieć mocną głowę, żeby je pokonać. W moim przypadku zawsze jest ten sam problem. Mam pewne założenia czasowe i kiedy zauważam, że nie uda mi się ich zrealizować, bo biegnę za wolno, to przychodzi taki moment zwątpienia. To nie jest łatwe, bo wiesz, że musisz utrzymać aktualne tempo biegu, a dość często bywa tak, że musisz jeszcze przyśpieszyć. Tego nie da się uniknąć. Przychodzą momenty, kiedy wiesz, że fizycznie już nie dasz z siebie nic więcej. Mimo to wiesz również, że musisz biec dalej i szybciej, to jest ból, ale już psychiczny. Na mecie padam ze zmęczenia, nie mogę się ruszać, ale jestem szczęśliwy i już myślę o kolejnym starcie, kolejnym treningu i kolejnym czasie, który chce pokonać.

Foto: na mecie tuż po debiucie na dystansie 100 km
W tym asfaltowym bieganiu zawsze liczy się czas, który ucieka nie zależnie od tego co robisz, dlatego ważne jest aby ograniczyć jego straty do minimum.

 

Jacek Będkowski

Posted in Artykuły | Tagged , , , | Leave a comment

Ultrarunning – transgresja czy autodestrukcja (część druga)

Zwykło się mawiać „każdy kij ma dwa końce”. Poruszając tematykę ultrarunningu także należy brać to pod uwagę. Bazując na rozważaniach, o których mowa była w części pierwszej, można z całkowitą pewnością stwierdzić, że biegacze ultra to rzeczywiście twardziele, przykłady idealnej determinacji w realizowaniu własnych celów, w końcu osoby, od których można by się było wiele nauczyć. W pewnym sensie tak jest i biegacze ultra mają wiele innym do zaoferowania, jednakże czy rzeczywiście stanowią idealne wzory do naśladowania? Spróbuję przypatrzyć się temu z bliska.

 

Nie ma co ukrywać, przebiegnięcie ultramaratonu to prawdziwy wyczyn. Dla większości biegaczy takim wyczynem jest przebiegnięcie maratonu, jednak dla biegaczy ultra przebiegnięcie go nie jest szczytem szczęścia i samospełnienia. Potrzebują oni czegoś więcej, potrzebują przed wyrazem „maraton” wstawić przedrostek „ultra” (z łac.: więcej). Przebiegnięcie maratonu to już ogromny wysiłek, a co dopiero 2, 3, 4, nawet 6 maratonów naraz i to nie po asfalcie tylko w coraz to bardziej wymyślnych warunkach, począwszy od pustyni, przez góry, na krainach wiecznego lodu kończąc, w temperaturach nieraz daleko poniżej zera i na wysokościach, na których stężenie tlenu w powietrzu jest tak niskie, że normalna osoba miałaby trudności oddychać, a co dopiero biegać.

 

To oczywiście skłania do zadania pytania o powody, dla których biegacze ultra to robią. Odpowiedzią mogłaby być nie tylko potrzeba transgresji, ale także tendencje autodestrukcyjne, które gdzieś w odmętach nieświadomości u każdego biegacza ultra pewnie tkwią i nie chcą być bezczynne, muszą się w jakiś sposób realizować, i robić to mogą, właśnie dzięki pewnym aspektom ich psychiki. Przebiegnięcie ultramaratonu w końcu wystawia organizm i psychikę na takie obciążenia, że bez odpowiedniego przygotowania człowiek nie byłby w stanie tego zrobić.

Każdy biegacz ultra może porównać sam siebie jak wyglądał i jak się czuł przed startem z tym jak wyglądał i czuł się na mecie ultramaratonu. Wygląda to mniej więcej jak powiedzenie dotyczące dwóch stron medalu. Biegacz ultra na starcie- pełen wigoru, skupienia, gotowości, uśmiech nie jest mu obcy, z kolei biegacz ultra na mecie –nieraz kilka kilogramów lżejszy, odwodniony, z ogromnym deficytem energetycznym, po wielu godzinach spędzonych w samotności, organizm doprowadzony do takiego stanu, że jego regeneracja nieraz liczona jest w miesiącach. Oto ogólny obraz tego co się dzieje w trakcie takich biegów. O dziwo biegacz po takim skrajnym wysiłku jest jeszcze w stanie wysilić się na zadowolenie. Wynika to niewątpliwie z odczuwanej przez niego ulgi. Czym można zatem wyjaśnić taki stan rzeczy? Czy rzeczywiście tylko dzięki idei przekraczania granic czy może także raczej symbolicznym aktem samounicestwienia?

 

Przedstawione przeze mnie poniżej treści noszą znamiona rysu psychopatologicznego, jednak ich ukazanie jest istotne dla przedstawienia „ciemnej” strony ultrarunningu.

 

Krótko mówiąc, tendencje autodestrukcyjne (czy też zachowania autoagresywne) są zaburzeniem instynktu samozachowawczego, mającymi postać działań ukierunkowanych na spowodowanie szkody samemu sobie. Mówiąc potocznie jest to dobrowolne podejmowanie zachowań pośrednio lub bezpośrednio zagrażających naszemu życiu. Są najczęściej sposobem rozładowania emocji, które sprawiają danej osobie ból, czasem porównywalny do fizycznego i są charakterystyczne dla osób niestabilnych emocjonalnie. Gdy zawodzą inne sposoby ich neutralizacji, aby sobie z nimi poradzić, osoba zaczyna je maskować za pomocą bólu fizycznego (który de facto jest nieodłączną właściwością biegów ultra). Dzięki temu osoba daje upust wszystkim tym myślom i uczuciom, które nie dają jej spokoju. Dodatkowo zachowania autodestrukcyjne stanowią w jakimś stopniu próbę ukarania samego siebie. Wachlarz emocji i uczuć, które neutralizuje się poprzez działania autodestrukcyjne nie stanowi kilku odizolowanych jego elementów. Może to być gniew, niskie poczucie własnej wartości, poczucie winy lub wstydu, frustracja, smutek itd., przykładów można mnożyć.

Inną przyczyną takich zachowań może być niemożność znalezienia nikogo do kogo można by się było zwrócić ze swoimi problemami, w celu ich rozwiązania czy otrzymania wsparcia. Jest to niewątpliwie nierozerwalne z poczuciem samotności i deficytem na prawidłowe relacje interpersonalne. Zastanawiająca zgodność tego aspektu widać z samotnością biegaczy ultra, której niewątpliwie doświadczają w trakcie biegów. Radzenie sobie z samotnością także musi stanowić dla nich pewną umiejętność i rzemiosło, które muszą opanować.

 

Do ostrych (bezpośrednich) form autodestrukcji zaliczyć można próby samobójcze, samookaleczenia, uzależnienia od substancji psychoaktywnych czy zaburzenia odżywiania (anoreksja, bulimia). Ultrarunning oczywiście będzie się zaliczał do bardziej łagodnych (pośrednich) form autodestrukcji, porównywalnych do hazardu, sportów ekstremalnych, pracoholizmu, wyniszczającego trybu życia czy innych, noszących znamiona częściowo adaptacyjnych zachowań (wyuczona bezradność, zaniedbania zdrowotne itp., pełniących rolę komunikatu „pomóż mi”, „zaopiekuj się mną”).

 

Jaką funkcję zatem autodestrukcja miała by pełnić i w jaki sposób miałaby człowiekowi pomóc? Chodzi oczywiście o nierozerwalne z nią doświadczanie ulgi, które może być doświadczane w wielu zakresach. Jeśli autodestrukcja jest odzwierciedleniem psychicznego bólu, to jej dokonywanie jest próbą pokazania go na zewnątrz, sprawienia aby był widoczny dla świata. W przypadku gdy wystawiamy swoje ciało na skrajne warunki organizm produkuje endorfiny, których zadaniem jest uporać się z bólem (co ciekawe, stymulują one te same receptory, co opiaty). Ponadto może to być dokonywane w celu wywołania określonej reakcji organizmu, noszącej znamiona euforii. W tym przypadku dochodzi do swego rodzaju uzależnienia od przyjemności. Zachowania autodestrukcyjne mogą także służyć zwiększeniu poczucia kontroli i autonomii. Osoba, która boryka się z własnymi problemami i nie może sobie z nimi poradzić zaczyna kontrolować swoje ciało, tym samym zyskując poczucie kontroli. Najczęściej do takich stanów dochodzi w przypadku zaburzeń odżywiania. W innym wypadku, jeśli osoba z tendencjami autodestrukcyjnymi doświadczyła jakiejś traumy w przeszłości, to w ten sposób może ją wyrażać na zewnątrz. Dochodzi do tego gdy nie jest w stanie ubrać tego w słowa czy też jest przepełniona wstydem. Zachowania autodestrukcyjne są wówczas symbolicznym zakomunikowaniem owej traumy.

Funkcji, jakie pełnią tendencje autodestrukcyjne, jest zapewne więcej, tutaj skupiłem się tylko na jej głównych rodzajach. Po bliższym zastanowieniu się można jednak stwierdzić, że w jakimś stopniu wszystkie dotyczą także ultrarunningu. Pokonanie niejednego biegu ultra wiąże się ze znaczącymi kosztami fizycznymi i psychicznymi, zatem coś musi powodować, że pewna część biegaczy jest w stanie (i jest gotowa) tą cenę ponieść. Coś musi leżeć w samej naturze biegaczy ultra, co pcha ich do takich specyficznych i często wyniszczających form aktywności.

 

Wracając do kwestii transgresji, zachowania transgresyjne dzielimy na pozytywne, destrukcyjne i ochronne. Pozytywne to takie, które wychodzą poza ograniczenia stawiane przez dany problem i są nastawione na zmianę rzeczywistości, są spontaniczne i nowe dla jednostki. Destrukcyjne to takie, które zagrażają dobrobytowi i dobrostanowi jednostki i mogą być źródłem cierpień. Ochronne to zachowania powszechne lub rutynowe, mające na celu przywrócenie równowagi organizmu, konieczne, by przystosować się do środowiska, a które są wyznaczone przez otoczenie.

 

Nie umieściłem tego podziału przy okazji omawiania zjawiska transgresji z jednej przyczyny, mianowicie podział ten, choć obowiązuje, to trudno jest go przekuć na tematykę ultrarunningu. Dzieje się tak ze względu na to, że, w świetle całych rozważań, zaliczałby się on do wszystkich trzech kategorii, tj. zachowań transgresyjnych pozytywnych, negatywnych i ochronnych. To oczywiście świadczy o tym jak złożonym kompleksem jest zagadnienie ultrarunningu. Żeby je wyjaśnić należałoby uruchomić warsztat badawczy i szczegółowo przeanalizować. Oczywiście nie istnieje żadna grupa, która byłaby wewnętrznie jednorodna pod każdym względem. Każdy członek jakiejkolwiek grupy jest w końcu na swój sposób unikalny, posiada własną historię i cele, charakteryzuje się niepowtarzalnym zespołem cech, zasobów, możliwości. Moją motywacją w pisaniu tego artykułu było rzucenie pewnego światła na dynamikę pewnych mechanizmów, jakie można zaobserwować w istocie ultrarunningu, jednak do odpowiedzi na pytanie czym tak naprawdę charakteryzuje się motywacja biegacza ultra, zachęcam czytelnika niniejszego tekstu. W końcu możliwym jest, że gdzieś na kontinuum transgresja-autodestrukcja mógłby on umieścić siebie samego.

 

Podsumowując, z pewną dozą pewności można stwierdzić, że ultrarunning jest pewnego rodzaju grą, grą w którą można wygrać lub przegrać, jednakże wynik jaki się osiąga w znacznej mierze zależy od tego kto i w jaki sposób tą partię rozgrywa.

 

Andrzej Zieliński

Posted in Artykuły | Tagged , , , , | Leave a comment

Ultrarunning – transgresja czy autodestrukcja (część pierwsza)

 

Krew, pot i łzy, zero wytchnienia, kryzys za kryzysem, organizm w pełnej gotowości nieraz przez kilkanaście godzin, eksploatowany niczym fabryka diamentów w południowej Afryce, zwątpienie i determinacja, krok za krokiem, kilometr za kilometrem, meta coraz bliżej, morderczy wyścig trwa.

Ultrarunning – coś więcej niż bieganie. Ultrarunning- bieg ku czci Prometeusza– tego, który wykradł bogom ogień czy może ultrarunning– bieg ku czci Nemezis– gniewu bogów, każącej każdego, który śmie przekroczyć wyznaczone już granice. Oto jak w wielkim skrócie wygląda bieganie w najbardziej ekstremalnym wydaniu.
Niewątpliwie ultrarunning jest formą rozrywki, która nie tylko odbija się na funkcjonowaniu człowieka, wymuszając na nim daleko idące zmiany, ale też sama w sobie jest bardzo wymagającą sztuką, dlatego też jej opanowaniem zajmują się naprawdę nieliczni.
Pojawia się zatem ciekawe pytanie, mianowicie co tak naprawdę motywuje biegaczy ultra do wystawiania własnego organizmu na tak ekstremalne warunki i pokonywanie dystansów, określanych przez większość biegaczy raczej jako niemożliwe, mordercze, ogólnie niepojęte.
Postaram się wyodrębnić i opisać 2 motory napędowe, które według mnie kształtują motywację biegaczy ultra, a którymi są potrzeba transgresji (tj. przekraczania własnych granic) oraz zachowania autodestrukcyjne. Ściślej mówiąc, przedstawię 2 punkty widzenia istoty motywacji do biegania, które chociaż na pozór przeciwstawne, to stanowiące jednak swego rodzaju dwubiegunowy wymiar, na którym każdy biegacz ultra będzie w stanie się odnaleźć.
Nim przejdę do opisu powyższych mechanizmów myślę, że warto wyjaśnić samo zjawisko motywacji, jej istoty i mechanizmu działania, gdyż jest to znaczące dla dalszych rozważań.
Ogół psychologicznych koncepcji dotyczących natury motywacji jest zgodnych co do jednego, mianowicie że nie ma motywacji gdy nie ma emocji. Można w tym miejscu zacząć przytaczać całą serię teorii i koncepcji, jednak nie o tym jest ten artykuł. Skoncentruję się na poniższym diagramie, który dostarczy niezbędnej nam wiedzy. Wygląda on następująco:
PRAGNIENIE . POTRZEBA . EMOCJE . MOTYWACJA . DZIAŁANIE . ZASPOKOJENIE PRAGNIENIA
Mechanizm ten wyjaśnię w sposób najbardziej prozaiczny, jakkolwiek istotny dla każdego człowieka, każdego dnia. Otóż, pojawia się PRAGNIENIE, w tym przypadku GŁÓD, który rodzi POTRZEBĘ jego zaspokojenia. W tym samym czasie aktywizują się EMOCJE, przybierające najprzeróżniejszą postać, ale powiedzmy, że w tym wypadku jest to rozdrażnienie, rozkojarzenie, ogólnie nieprzyjemny stan, o czym każdy pewnie nieraz się przekonał, gdy był głodny. Emocje, co jest kluczowe, aktywizują MOTYWACJĘ do zaspokojenia pragnienia, z kolei ta skłania do DZIAŁANIA, ukierunkowanego na zaspokojenie potrzeby. W praktyce wygląda to tak, że gdy odczuwamy głód idziemy do kuchni, robimy kanapkę i ją zjadamy. W tym momencie pragnienie zostaje ZASPOKOJONE, dzięki czemu głód zanika, a wraz z nim emocje i motywacja. Tak cykl się zamyka i pojawia w każdym następnym momencie, w którym pojawia się kolejne pragnienie, które rodzi w nas potrzebę jego zaspokojenia.
Abstrahując trochę od tematu warto zauważyć, że w zgodzie z powyższym mechanizmem, pojawiające się czasami wśród ludzi sformułowanie „brakuje mi motywacji”, nie wynika rzeczywiście tylko z jej braku, ale raczej niewystarczającego nasilenia emocji, towarzyszącym potrzebie zaspokojenia pragnienia. Innymi słowy, brak
motywacji jest w rzeczywistości brakiem potrzeby zaspokojenia pragnienia. Pojawia się tylko pytanie, po co ludziom motywacja do czegoś, skoro wystarczająco nie chcą tego osiągnąć. Zostawmy jednak ten temat, wróćmy do rozważań.
Tak więc mamy motywacje do pewnych działań, mające swe źródło w pewnych potrzebach. W przypadku omawianego tematu będzie to transgresja oraz tendencje autodestrukcyjne, które skoro występują, to także mają swoje źródło w potrzebach.
Na gruncie psychologii koncepcję transgresji z powodzeniem rozwijał Józef Kozielecki. W ramach swojej koncepcji psychotransgresjonizmu stworzył on wizję człowieka jako podmiotu wielowymiarowego, telicznego, tj. ukierunkowanego na realizację konkretnego celu, posiadającego przy tym zdolność do przekraczania różnego rodzaju granic, czy to materialnych, społecznych czy symbolicznych. Warto w tym miejscu wspomnieć, że wiele teorii i koncepcji, które zostały stworzone na gruncie psychologii, mają swoje odzwierciedlenie w osobistym doświadczeniu życiowym ich twórców. Tak też było w przypadku Kozieleckiego, który swoje wnioski i przemyślenia weryfikował z własnym doświadczeniem ciężkiej choroby. W momencie, w którym znajdował się blisko załamania i zwątpienia dokonał on swoistej transgresji, w tym przypadku pokonania granicy własnych słabości. To go zaprowadziło do kolejnego wniosku, w którym wykazał, że dla osiągnięcia celu niezbędny jest upór, rozumiany jako wola. Tym samym orzekł, że przekraczanie granicy nigdy nie jest aktem następującym samym w sobie, jest w swej istocie działaniem intencjonalnym, czyli ukierunkowanym.
W przypadku ultrarunningu ma to swoje odzwierciedlenie w postaci podnoszenia sobie poprzeczki za każdym razem, gdy osiągnie się jakiś zamierzony cel. Tak więc po pierwszej asfaltowej 50tce pojawia się 80tka, potem setka, biegi górskie na coraz to dłuższym dystansie i rosnącym stopniu trudności, kończąc na biegach, których ukończenie jest możliwe tylko dla odsetka biegaczy ultra. Mam tu na myśli ultramaraton Bad Water, Maraton Piasków (Marathon des Sables), Mount Everest Marathon czy inne, których listę można z powodzeniem wypełnić co najmniej kilkunastoma kolejnymi przykładami. Ogólnie rzecz ujmując, w przypadku ultrarunningu zapewne chodziłoby o przesuwanie granic biologicznych, mających swe odzwierciedlenie w wytrzymałości oraz granic psychicznych, między innymi dotyczących umiejętności radzenia sobie z kryzysami, których na trasie biegu ultra nie brakuje.


Józef Kozielecki nie jest jedynym, który podejmował tematykę przekraczania granic. Abraham Maslow zauważył, że w procesie zaspokajania potrzeby samorealizacji (patrz: piramida potrzeb Maslowa) jednostka jest w stanie przekraczać swoje dotychczasowe możliwości rozwoju psychologicznego i duchowego. Także inny polski uczony- Kazimierz Dąbrowski, w swojej teorii dezintegracji pozytywnej wskazuje, że rozwój osobowy dokonuje się w wielkim trudzie, gdyż jednostka dokonuje przekraczania własnego poziomu intelektualnego i emocjonalnego, nabywając przy tym nowe zachowania. Także Czesław Nosal proponuje pewne wyjaśnienie działań transgresyjnych jednostki, bazując na metaforze „żagla”. Polega ona na tym, że dzięki celowości naszych działań zwiększamy prawdopodobieństwo osiągnięcia celu, czemu jednocześnie towarzyszą pozytywne emocje. Taki dodatni bilans sprawia, że dążymy do celu, pomimo tego że po drodze czeka nas pokonanie wielu przeszkód tkwiących w nas samych lub otaczającej rzeczywistości. Warte poruszenia są także poglądy Ericha Fromma, który zauważył, że każdy człowiek, w miarę własnych możliwości próbuje przekroczyć świat „przypadkowości” w swoim życiu. Chodziło mu zapewne o życie intencjonalne, czyli wytyczone przez nasze własne zamierzenia i cele. Takie zmagania pozwalają osobie twórczo realizować swoje życie w różnych sferach funkcjonowania.
Rozumując w zgodzie z powyższym można założyć, że biegi ultra, w gruncie rzeczy, stanowią symboliczny wyraz codziennej egzystencjalnej walki, którą każdy w końcu podejmuje, a przynajmniej podejmować powinien. Wygląda na to, że bieg ultra to nic innego jak skrócona wersja naszego życia, no ale filozoficzne dociekania zostawmy na inny artykuł.


Podsumowując, motywację biegaczy ultra można określić jako warunkowaną potrzebę przekraczania własnych granic. W tym aspekcie bieganie ultramaratonów w przeróżnego rodzaju warunkach i o różnej długości stanowiłoby próbę określenia własnych (ostatecznych) limitów. W końcu trudno o biegacza ultra, który po osiągnięciu jakiegoś poziomu w pełni by się nim zadowolił, porzucając dalsze poszukiwania możliwości sprawdzenia się.
Oczywiście wyżej przedstawione koncepcje nie mogą być odnoszone tylko do biegaczy ultra, gdyż dotyczyć one będą biegaczy w ogóle, czyli krótko,- średnio,- i długodystansowych, ponieważ i oni dążą do przekraczania własnych granic, w tym wypadku czasów potrzebnych na przebiegnięcie odpowiedniego dystansu. Koncentracja na biegaczach ultra jest interesująca głównie ze względu na drugi czynnik, o którym jest ten artykuł, czyli tendencji autodestrukcyjnych. Przedstawię je i omówię w drugiej części artykułu.
Andrzej Zieliński

Posted in Artykuły | Leave a comment

Setka po schodach i drabinach – Brtnickie Ledopady 2015

Brtnické ledopády to pierwsza z organizowanych w 2015 roku imprez rywalizacji CS-1000 (Česko-Slovenská Tisícovka). Dla zainteresowanych polecam cały cykl – trzeba ukończyć min. 10 biegów 100km+ z dostępnego katalogu imprez organizowanych w Czechach i na Słowacji. Taka korona (ultra)maratonów tylko zdecydowanie bardziej ekstremalna.
Udział w Brtnickich ledopádach planowałem od dawna, a w zasadzie nie planowałem – ja po prostu zaliczam wszystkie setki u naszych południowych sąsiadów jak leci, o ile czas i fundusze na to pozwalają. W przypadku tej imprezy mamy do czynienia z długimi tradycjami, gdyż to już 55 edeycja, Na trasie oczekiwane też tytułowe ledopády (=sople), ale przede wszystkim piękne trasy Czeskiej i Saksońskiej Szwajcarii.
Bazę zawodów zlokalizowano w przygranicznej miejscowości Mikulášovice – z Opola to niewiele ponad 300 klinometrów. Najprościej dotrzeć tam samochodem. Na imprezę jechaliśmy w dwie osoby. Z drogi warto odnotować jedynie fakt ciekawej skąd inąd koncepcji organizacji setki w słowackim raju – ale raczej nie w nocy i nie w zimie. Jak się okazało później, uwzględniając ilość żelastwa jakie czekało nas na trasie Brtnickich ledopádów, próbka takiego biegu czekała nas wcześniej niż się spodziewaliśmy.
Na miejsce dotarliśmy już o godzinie 15. Najpierw zaliczone odwiedziny miejskiego pubu, degustacja czeskiego piwa i potraw, a następnie wizyta w bazie zawodów.

Bazę zawodów zlokalizowano w miejscowej szkole. Przyjechaliśmy, za wcześnie, więc na formalności trzeba było jeszcze trochę poczekać, jednak my chcieliśmy się przede wszystkim przespać. Mimo sprzeciwu miejscowych, walnęliśmy się w kącie koło Sali gimnastycznej i tak 2 godzinki snu zaliczone, O 18 przebudził mnie hałas rejestrujących się uczestników, dokonaliśmy płatności za imprezę po czym udaliśmy się do wskazanej sali szkolnej by kontynuować sen. Budzik zadzwonił o godzinie 21:45, do startu pozostało 75 minut. Czas wykorzystaliśmy na pakowanie, ubranie, odebranie karty kontrolnej, pierwszego route booka i chipa.


Warto tutaj odnotować, że Brtnickie ledopády to kilka imprez organizowanych na różnych dystansach, więc wśród zawodników również całe rodziny z dziećmi. Start krótszych trasach planowany był na następny dzień
My wystartowaliśmy równo o 23, pogoda była dobra – temperatura minimalnie poniżej zero, wiatru bark, na nawierzchnia nieznacznie po pokryta śniegiem, miejscami oblodzenia od czasu do czasu padał lekki śnieg. Początek biegu po ulicy po czym odbicie w drogę polną i głęboki śnieg. Droga stała się fatalna, nogi się mocno zapadały, bieg był niemożliwy. Pomyślałem sobie, że jak tak dalej będzie to ukończenie imprezy zajmie bardzo dużo czasu.. Później było lepiej. Szutrowe lub asfaltowe drogi przykryte lekkim śniegiem, który stanowił dobry amortyzator, a na dodatek wyrównywał nawierzchnię zakrywając kamienie i korzenie. Śnieg rozświetlony w blasku księżyca sprawił ponadto, że było bardzo widno, a czołówka nie była potrzebna. Te wszystkie czynniki sprawiły, że biegło się bardzo przyjemnie, nawet nie wiem kiedy przekroczyliśmy granice i wbiegliśmy do Niemiec. Tu zdziwienie – brak śniegu – czyżby odśnieżali szlaki?
Pierwsze strome zejścia i podejścia zaczęły się po około 25 kilometrach – trasa tutaj wiodła po schodach wcinających się w głębokie przełęcze. Samoobsługowe punkty kontrolne były organizowane na szczycie skał, co zwykle wymagało odbicia od wytyczonej trasy celem zakreślenia kolorowym pisakiem kolejnego numerka na karcie.
Warto odnotować, że trasa nie była specjalnie znakowana, więc pozostawało na bieżąco analizować route booka i pilnować znakowania szlaków. Standardowo ślad gps był również bardzo pomocny. Akurat pech chciał, że na imprezie miałem nowy telefon, na którym nawigacja głosowa Run.GPS nie działała. Pozostawało zaglądać od czasu do czasu na ekran analizując dalszy przebieg trasy.
Po około 30 kilometrach dobiegliśmy do brzegu Łaby, następnie asfaltową drogą wzdłuż rzeki skierowaliśmy się na południe w stronę przejścia granicznego – krajobraz zabudowy miejskiej wyglądał jakby to miejsce miało czas świetności już dawno za sobą. Zaledwie kilkadziesiąt metrów po przekroczeniu granicy szlak opuszcza drogę asfaltową pnąc się po schodach ostro pod górę na wybijającą się przy drodze skałę, gdzie oczywiście był samoobsługowy punk kontrolny. Następnie prosty zbieg do miejscowości Janov, gdzie w restauracji była kontrola z bufetem. Typowo dla czeskich biegów – jak punkt organizowany jest w restauracji, to jedzenie jest zapewnione, ale napoje (piwo?) trzeba kupić we własnym zakresie. Po opuszczeniu restauracji wiele drogi nie ubyło i kolejny punkt zlokalizowany na wierzy, na wzgórzu, z resztą bardzo wysokiej – do pokonania sporo schodów by zakreślić kolejne pole na karcie. Następnym etapem trasy była jedna z większych atrakcji Czeskiej Szwajcarii Pravčická brana (po drodze w zadumie zaliczyłem upadek i dziurę w moich ulubionych spodniach softshell). W toku wspinaczki zakosami, na szczyt, gdzie oczywiście również był punkt kontrolny, mogłem jedynie wyobrażać sobie jakie to niezwykłe i widokowe miejsce, a późniejszy przegląd zdjęć w Internece tylko potwierdził co straciłem będąc tutaj w nocy.
W dalszą drogę ruszyłem w towarzystwie Czecha z Ostrawy, standardowa rozmowa na temat biegów wartych do zaliczenia i tutaj otrzymałem rekomendację ciekawej imprezy na 1000 mil – wydało mi się to nieprawdopodobne, a jednak faktycznie 1000 mil – dla zainteresowanych http://www.1000miles.cz/ Nowy towarzysz z racji, że w Brtnickich ledopádach startuje nie pierwszy raz opowiedział mi o atrakcjach trasy, które jednak trochę mnie zaniepokoiły – opowiadał o wchodzeniu po drabinach do grodu i kolejnych drabinach na trasie. Jak się okazało te atrakcje czekają mnie już niebawem. Ponieważ poznany kolega nie planował biegać, zostawiłem go i pobiegłem do przodu. Powoli robiło się widno więc czułem się bardziej pewnie. Droga obfitowała w strome trawersy w skalnym terenie, w końcu dotarłem do formacji skalnej, do szczeliny w której faktycznie prowadziła drabina, zerknąłem na mapę i route booka – zamek Šaunštejn – kolejny punkt kontrolny. Co było robić – porzuciłem kijki i rozpocząłem wspinaczkę po drabinie, okazało się, że by dostać się na górę trzeba zaliczyć więcej drabin i trochę wspinaczki po uformowanej skale. Nagrodą był piękny wschód słońca.

W tym momencie poczułem się usprawiedliwiony, że nie spieszyłem się zbytnio, bo po pierwsze włażenie w tak trudnym terenie w nocy nie było by przyjemne, po drugie ominął by mnie wschód słońca.

Miałem jednak nadzieję, ze to jedyne takie techniczne podejście na trasie – oczywiście się myliłem. Przed kolejnymi atrakcjami zaliczyłem punk kontrolny w miejscowości Vysoká Lípa. Na miejscu wyśmienity gulasz i Kofola. Człowiek skanujący chip poradził mi ponadto, by przed kolejnym punktem kontrolnym założyć nakładki antypoślizgowe, co tłumaczył koniecznością wspinaczki po oblodzonej skale – od razu skorzystałem z dobrej rady zakładając moje już zużyte yaktraxy.

Dotarcie do kolejnego punktu kontrolnego faktycznie przysporzyło wiele emocji. Znajdował się na skale Rudolfův kámen w drewnianej chatce, widocznej z podejścia. Podejście zapowiadało się nieciekawie. Schodzący biegacze, kilkukrotnie przestrzegli mnie „be carefull! be carefull!”. Rzeczywiście, czekała mnie wspinaczka po skale uzbrojonej w drabiny i poręcze, jednocześnie skały były bardzo śliskie i było gdzie zlecieć, nakładki się przydały a i strachu trochę też było, wchodzenia na kolanach i schodzenia na dupie. Poręcze i drabiny były też mocno zamarznięte, a śnieg wilgotny, co dodatkowo utrudniało korzystanie z ułatwień – rękawice po chwili były mokre i nie spełniały swoich funkcji. Po drodze tworzyły się też zatory, bo jednak ciężko było się wyminąć na wąskim oblodzonym podejściu. Chciałem zrobić kilka zdjęć, niestety warunki były trudne, a inne osoby też nie miały ochoty na robienie mi fotek w niebezpiecznym terenie, tym bardziej, że wymagało to zdjęcia rękawiczek.

Dalsza trasa to kontynuacja szlaku terenie skalnym – strome podejścia, przyciskanie się w szczelinach skalnych, drabiny – tym razem jednak nie mogłem porzucić kijków bo to była droga w jednym kierunku – musiałem sobie radzić z jedną ręką, gdyż jakoś nie miałem ochoty na zabawę w troczenie kijów do plecaka. Po drodze spotkałem turystów ze sporymi plecakami na stelażach, zastanawiałem się jak oni się tam między skałami. Poprosiłem o zrobienie pamiątkowego zdjęcia, gdyż teren był widokowo bardzo ładny.

W dalszej części trasy teren stawał się coraz bardziej łagodny – szczegółów trasy nie pamiętam bo nie było większych atrakcji. A przy okazji miałem drobny probem techniczny tj. zgubiłem kabelek USB, którym podładowywałem telefon z battery packa na trasie. 30% baterii raczej nie wystarczy do mety, a bez nawigacji zwłaszcza po zmroku może być ciężko. W międzyczasie zaliczyłem kolejny punkt kontrolny w restauracji (miejscowoś Krásná Lípa) i kolejny tależ zupy – tych tależy zupy naliczyłem 6 na całej trasie – świetny pomysł na odżywianie na setce, zwłaszcza w warunkach zimowych. W restauracji pytałem również o sklep by uzupełnić płyny, obsługa zasugerowała mi by zrobić zakupy na miejscu. Jednak 1,5 litowych butelek nie mieli. Zdecydowałem się szukać po drodze sklepu i to był błąd, gdyż czekała mnie długa droga bez płynów.
Punkty kontrolne w restauracjach miały dosyć istotną wadę – po wyjściu z ciepłego na trasę trzeba było się zmagać z odczuciem zimna. Z miejscowości Krásná Lípa w drogę ruszyłem sam, generalnie cała impreza znacznie się rozciągnęła. Droga była łatwa – ścieżki polne przy nieznacznym nachyleniu. Po kilku kilometrach dotarłem do miejscowości Kyjov i tutaj miałem problem ze zlokalizowaniem dalszego przebiegu trasy. Szlak miał przecinać prostopadle ulicę, zabudowa miejscowości utrudniała zlokalizowanie właściwej ścieżki. Po kilkunastu minutach dogoniło mnie dwóch biegaczy – nie mieli problemu ze zlokalizowaniem dalszej drogi – wąska ścieżka między płotami, a ja spodziewałem się raczej szerokiej drogi. Teren znów stał się bardzo trudny – bardzo strome zejścia, kamienne schody, metalowe platfomy, dużo oblodzeń. Zgodnie z mapą szlak prowadził przez Kyjowską Dolinę (Kyjovské údolí), chociaż według mnie to wyglądało raczej na skalny wąwóz. Ponieważ byłem już mocno zmęczony, postanowiłem trzymać się tuż za biegaczamy spotkanymi w miejscowości Kyjov. Uwagę moją zwrócił język w jakim się porozumiewali, coś jakby Szwedzki – na pewno nie był to język Czeski. “Are you from Sweden?” – zapytałem, “No, from Hungary” (…), “I’am from Poland”, “BUT Challenge, last year”, “Are you this only runner who finnished?”, “Yes.”, “I’m that guy, who cut off latest”, “Rafal…?”, “Yes it’s me”. Po drodze jeszcze zamieniliśmy kilka zdań – standardowo na temat biegów wartych do zaliczenia. Bálint polecił mi kilka biegów na terenie Węgier i na Ukrainie, ja zaproponowałem udział w PTL – w końcu wciąż szukam członka drużyny na ten rok. Wspomniałem również o run6000 Challenge, jednak Bálint chyba aż tyle nie biega. Okazało się również, że dziewczyna, z którą robiłem ostatnie 30 kilometrów Praskiej Stovki dwa lata temu, to jego siostra Przy okazji kolejnej kontroli na odwrocie kart zapisaliśmy maile, po powrocie otrzymałem fotki z trasy.


W międzyczasie coraz bardziej niepokoił mnie stan baterii w telefonie – poniżej 10% – i doskwierało pragnienie. Ratunkiem okazała się tajna kontrola – rozstawiony kram z ciepłą herbatą, kofolą, czeskim piwem i różnorodnym jedzeniem. Napełniłem bukłak kofolą i jeszcze butelkę 0,7 – nikt nie robił z tego problemu. Od razu przypominało mi się ubiegłoroczne UTMB – płacisz 220 eur za start i zabraniają ci napełnienia bukłaka colą czy też nawet izotonikiem – żenada. Tajną kontrolę opuściłem bez pieczątki, bo też nikt się nie kwapił by odnotować moje przybycie, pomyślałem, że jak coś pokażę zapis gps z resztą znam tego gościa co tam stał.
Najedzony – (chleb, ser i salami) i z batonami w kieszeni ruszyłem w dalszą drogę – z atrakcji na trasie należy wymienić punkt kontrolny przy wejściu do jaskini i piękne sople (ledopady). Do kolejnej restauracji dotarłem jak już robiło się ciemnio. Na szczęście miałem możliwość podładowania telefonu – nie obyło się jednak bez tłumacza . Ze względu na konieczność ładowania telefonu postanowiłem zatrzymać się na dłużej. Na miejscu dowiedziałem się też na ostatnim odcinku trasy czeka mnie jeszcze co najmniej jedna drabina i jedna wieża. Na trasę ruszyłem sam, trasę wytyczyły mi ślady butów biegowych, więc nawigacja w zasadzie była nie potrzebna. Na tym odcinku po raz pierwszy spotkałem osoby z krótszych dystansów, zastanawiało mnie dlaczego nie mają latarek. Generalnie droga była łatwa, prószył lekki śnieg. Z lasu wybiegłem na wielkie pole i dalej po śladach. Tak dotarłem do granicy czesko-niemieckiej i tutaj zgubiłem szlak. Co również uczyniła grupka biegaczy podążających za mną. Zgodnie z ich sugestią postanowiliśmy iść do przodu szukając dojścia do szlaku, jednak gęste drzewa i duże nachylenie terenu bardzo to utrudniały. Na dodatek wzdłuż granicy biegła rzeczka. Postanowiłem więc się wrócić szukając szlaku w miejscu gdzie go zgubiłem. Po przekroczeniu granicy teren znów stał się bardzo atrakcyjny – mogłem sobie tylko wyobrażać jak za dnia wygląda Saksońska Szwajcaria. Trasa pięła się wzdłuż rzeki wśród formacji skalnych, mnie natomiast niepokoił opis kolejnego punktu kontrolnego „u wylotu śląskiego komina” – od razu na myśl przychodzi kolejna drabina – jak się niebawem okazało był to najciekawszy punktu trasy. Po pokonaniu sporej ilości schodów, spotkałem biegaczy, którzy jakby podążali ze złego kierunku. Pytam „Kontrola?”. Kiwnęli głową, przy czym jeden wyjaśnił że punkt kontrolny znajduje się na dole, co drugi podkreślił bardzo wymownym westchnięciem. Nie bardzo rozumiałem o co chodzi, po sporej ilości schodów dopiero co wspiąłem się na wzniesienie. Kierując się we wskazanym kierunku systemem platform wchodzę na wąską skałę – na skale drewniana chatka, punktu kontrolnego brak, wyglądam z każdej strony – sporo powietrza i jest gdzie zlecieć. Hmm – punkt kontrolny na dole, ale jak zejść na dół? Po chwili dostrzegam pod platformą wąski otwór i stopnie.

Kilka oddechów, celem ochłonięcia i schodzę. Zdecydowanie wyglądało to bardziej pionowo jak na powyższym zdjęciu. Czekało mnie 20 metrów w dół w bardzo wąskiej szczelinie – większy plecak, większa postura i mogło by być ciężko. Na dodatek wyobrażałem sobie jak by to wyglądało jakby kilka osób miało w tym kominie wchodzić i schodzić – organizacyjnie było by to trudne. Stopnie niestety były mocno oblodzone, a ja nie założyłem nakładek antypoślizgowych, więc czubkami butów skuwałem lód, by nie zlecieć. Na dole okazało się, że była alternatywna droga na dół po schodach, jednak wiele emocji bym w ten sposób stracił.

Dalsza część trasy była już łatwa, po drodze zaliczyłem tajną kontrolę – do dyspozycji ciepła herbata, różne rodzaje jedzenia – ja jednak załatwiłem formalność i leciałem dalej. Chciałem jak najszybciej skończyć. Kilka kilometrów dalej spotkałem biegaczy, którzy jakimś cudem tajny punkt kontrolny ominęli -konieczność nadłożenia drogi nie nastawia pozytywnie jak w nogach ma się już 100 kilometrów. Ostatni punkt kontrolny był na wysokiej wieży – znów sporo schodów do pokonania. Po zejściu zaliczyłem jeszcze jedno zbłądzenie – tzn. niepotrzebnie się wróciłem do odblasków, które wcześniej wypatrzyłem, podczas gdy właściwa droga prowadziła tuż obok wieży. Mijani biegacze dziwili się dlaczego się wracam – niepotrzebnie. Chwila biegu i znów jestem w Czechach – tylko dlaczego wciąż jest pod górę? W Mikulášovicach byłem kilka minut po 23, meta w restauracji, kolejna zupa i satysfakcja z ukończenia. Zastanawiam się czy w przyszłym roku znów się zdecyduję. Tak, wiem to zły moment na takie rozważania.
Podsumowując, bieg pięknie poprowadzony, jednak trasa bardzo wymagająca, dużo technicznych odcinków – wymaga uwagi. Zalecam nakładki antypoślizgowe. Szkoda tylko, że bieg organizowany w zimie, a atrakcyjne odcinki pokonywane pod osłoną nocy. Z drugiej strony, przynajmniej jest mniej turystów.

 

Rafał Koszyk

Posted in Relacje | Tagged , , , , , | Leave a comment