Znad Bałtyku w góry jest bliżej niż myślisz

Zapytany na szlaku o to, skąd jestem, trochę z lenistwa, a trochę z przywiązania, nierzadko odpowiadam: z Bielska. Dlaczego? Przyznać się na Południu do mojego sopockiego pochodzenia, to jak powiedzieć, że przyjechałem zza chińskiego muru. Każdy wie, gdzie leży Trójmiasto i podejrzewam też, że wcale nie tak odległym jest wyobrażenie szumu morskich fal, krzyku mew i zapachu wędzonej ryby z frytkami odgrzewanymi w tygodniowym tłuszczu. Nie każdy jednak wie, że, by dostać się z sopockiej plaży na szlak na Wielką Raczę, Turbacz, czy do Bacówki na Rycerzowej nie trzeba zaprzęgać koni przed kilkudniową wyprawą, pakować dorobku swojego życia i żegnać się z rodziną na lata. Wystarczy wsiąść w pociąg. Moim dyliżansem od dawna jest już TLK Pogoria, który trasę z Sopotu do Bielska – Białej przez Bydgoszcz, Toruń, Łódź, Częstochowę i Katowice pokonuje nocą w nieco ponad 10 godzin.

źródło: www.pkp.pl [dostęp: dnia 16.01.2015]

Po całym dniu pracy, nauki i innych powszednich spraw wsiadam do wagonu nr 30, by rozłożyć śpiwór i spać już do samego Podbeskidzia. Dalej kwestia jest już prozaiczna – pociągi Kolei Śląskich odjeżdżają w kierunku Zwardonia średnio co dwie godziny, pozwalając dostać się do Węgierskiej Górki, Milówki, Rajczy w kilkadziesiąt minut.

 

źródło: www.pkp.pl [dostęp: dnia 16.01.2015]

Alternatywą jest rozbudowana siatka połączeń busów, którymi dojechać można w Beskid Mały, okolice Suchej Beskidzkiej, do Zawoi i w zachodnią część Beskidu Śląskiego. Właśnie dlatego Bielsko zawsze uzurpować będzie u mnie tytuł stolicy polskich gór. Leżąc u wlotu do Kotliny Żywieckiej, z jednej strony jest doskonale skomunikowane ze Śląskiem i Małopolską, z drugiej zaś w jego niedalekim pobliżu znajdują się aż cztery górskie pasma, z których aż dwa osiągnąć moża regularną linią autobusową (szlak z Kopca na Hrobaczą Łąkę, ze Straconki na Magurkę, węzeł szlaków w Cygańskim Lesie i szlak spod Dębowca na Szyndzielnię).

źródło: www.mapa-turystyczna.pl [dostęp: dnia 16.01.2015]

Koszt całej podróży, uwzględniając zazwyczaj miejsce leżące w pociągu, nie przekracza zwykle 80 złotych, a bywa jeszcze niższy, gdy uda mi się odnaleźć odpowiednie wieczorne połączenie na BlaBlaCar, jakich cena oscyluje w okolicach 60 zł.

źródło: blablacar.pl [dostęp: dnia 16.01.2015]

Dodając do tego koszt noclegu w schronisku, który mieści się w granicach 15 – 35 zł oraz niewielkie zakupy spożywcze pozwalające przyżądzić proste posiłki na turystycznym gazie, trzydniowy wypad w góry jestem w stanie zamknąć w 250 – 300 zł, a bywa i taniej, gdy śpię pod namiotem.

 

Doskonałym węzłem komunikacyjnym jest także Kraków, którego olbrzymi potencjał odkryłem, gdy mieszkałem w nim przez ponad pół roku. Z Sopotu dostać można się tam nocnym pociągiem TLK już w 7,5 godziny. Jeszcze szybsze, choć zdecydowanie droższe są nowe połączenia Express InterCity Premium nowym Pendolino, który pokonuje tę trasę w niecałe 6 godzin, czyli mniej więcej tyle, ile zajmuje przebycie tej drogi samochodem.

 

źródło: www.pkp.pl [dostęp: dnia 16.01.2015]

W dobie przyśpieszających połączeń kolejowych oraz rozwijającej się siatki dróg, dystana 600 km zaczyna sprowadzać się do kolokwialnego rzutu beretem, a jeśli wybrać podróż nocą, jedynym wydatkiem jest kilkadziesiąt złotych na bilet, bo, gdy śpimy problem straty czasu odpada. Z Krakowa droga w góry jest banalnie prosta. Wystarczy wsiąść w busa. Każdej minuty, któryś z przewoźników odjeżdża w jednym z pożądanych przez nas kierunków. Większość połączeń odnaleźć można na www.mda.malopolska.pl.

 

źródło: www.mda.malopolska.pl [z dnia: 16.01.2015]

Droga do Zakopanego to niecałe 2 godziny, ale wysiąść można już wcześniej. Na przykład w Skomielnej Białej, czy Klikuszowej, by udać się w Gorce, albo już w Pcimiu, a nawet Myślenicach, skąd prowadzą szlaki w Beskid Makowski i Wyspowy. Innym możliwym do obrania kierunkiem jest Sądecczyzna, gdzie również dostaniemy się w około 2 godziny. Busy jadą tam zwykle przez Mszanę Dolną i Limanową, w związku z czym wybierając się w te strony, poza Beskidem Sądeckim trafić można w same serce Beskidu Wyspowego. Poza Kotliną Żywiecką zdecydowanie odradzam natomiast na Południu połączenia kolejowe, które zwykle przegrywają walkę z transportem kołowym tak pod wzlędem czasu, jak i ceny. W obecnej chwili trasę Kraków – Zakopane pokonuje się pociągiem w niecałe 4 godziny, czyli tylko o 1,5 godziny szybciej niż drogę Sopot – Kraków.

źródło: www.pkp.pl [dostęp: 16.01.2015]

Gdy wyjeżdżam w góry, najchętniej śpię w schroniskach. Pierwszym argumentem jest fak, że dzięki temu na noc zostaję w górach, co z jednej strony pozwala uciec od zgiełku i poczuć niepowtarzalny klimat, z drugiej zaś, gdy wstaję rano, sporą część wysokości względnej mam już za sobą, w związku z czym mogę dotrzeć wyżej i dalej. Jeśli celem wyjazdu jest bieganie, a nie trekking, korzystnie wypada wariant wyniesienia biegowego sprzętu w plecaku, by rano zostawić go w schronisku, a resztę drogi pokonać biegiem. Tak zrobiliśmy, gdy pokonywaliśmy Orlą Perć śpiąc uprzednio w Murowańcu – mieliśmy ze sobą wszystko, co potrzebne na dwudniowy wypad, nie ciągnąc jednocześnie za sobą w czasie treningu śpiworów, ręczników, jedzenia i innego balastu.

 

Schronisko PTTK Jaworzec w Bieszczadach

Najtrudniejsze zawsze bywają powroty. O ile droga znad morza w góry wydaje się łatwa, to choć winny pomagać prądy rzek i grawitacja, nagminnie znajdują się powody, by zostać jeszcze dzień dłużej. A bo pociąg odjeżdża za wcześnie, albo jedzie zbyt długo, choć dokładnie tyle samo zajęła mu droga w stronę przeciwną. Czasami cały świat przysięga się przeciwko mnie i nie ma żadnych dogodnych przejazdów na BlaBlaCar, albo pogoda ma być doskonała, wyprawa niepowtarzalna, zawody ciekawe, wyjazd na Słowację wyjątkowy, co zmusza mnie nieszczęśliwie, by jeszcze przez chwilę związać swe losy z tą właściwą częścią kraju. Bo, parafrazując przysłowie – wszystkie drogi prowadzą w góry. Dlatego jeszcze tylko chwila i sam kupię wreszcie bilet, tym razem w jedną stronę!

Jakub Kałużny

Posted in Porady | Tagged , , , , | Leave a comment

Bieg po piwo

„A jednak trzeba się sponiewierać od czasu do czasu w imię czegoś. Rzucić się w przepaść i poczuć, że się frunie. Bez tego może i bezpieczniej, ale nijako”
Maciej Stuhr – W krzywym zwierciadle


Szukając pomysłu na najtrafniejsze zakończenie sezonu biegowego, uciekłem się do połączenia dwóch moich najbardziej wybijających się zainteresowań – biegów ultra i piwa. Kilka tygodni temu wymyśliłem zarys wycieczki, którą roboczo nazwałem „Bieg Po Piwo”. Miała być to podróż z opolskiego Browaru Słociak do Browaru Widawa w Chrząstawie Małej pod Wrocławiem. Początkowo liczyłem na wsparcie ze strony lokalnego środowiska biegowego, wszak każda dodatkowa para nóg uprzyjemniłaby nieco trud podróży. Ostatecznie jednak nie postarałem się o wystarczającą promocję wydarzenia, w związku z czym coraz wyraźniej jawiła się przede mną wizja samotnej pohasówki.
Tematem zainteresowali się założyciele największego polskiego serwisu piwnego – browar.biz (i zarazem założyciele browaru domowego Świński Ryjek), oraz właściciel Browaru Widawa. Wszyscy zadbali o odpowiednie nagłośnienie inicjatywy w sieci, rzecz jasna szczególnie w środowisku okołopiwnym ;) W ostatniej chwili padła propozycja modyfikacji trasy, cobym po drodze zaliczył jeszcze zamknięty browar Brzeg i nowopowstający browar Probus w Oławie, do którego w dniu biegu przywieziono instalację do warzenia piwa. Zatem zrobił się z tego Bieg 4 Browarów, nawiązując nieco do nazwy najdłuższych biegów DFBG i Festiwalu w Krynicy ;)
Wczesna pobudka, chwila na ogarnięcie się i pora ruszać. Pomiar włączyłem już pod domem, choć stąd do oficjalnego startu biegu mam jeszcze ponad 4km. W plecaku żele, magnez, elektrolity, jakieś grubsze ciuchy na wypadek gdyby zrobiło się zimno, czołówka no i płyny. W bukłaku woda, w jednym bidonie izo, w drugim odgazowana cola, a co! Już na początku jakiś emeryt na przystanku autobusowym rzucił w moją stronę „za wolne tempo!”, tacy to potrafią zmotywować. Dobiegam do Browaru Słociak kilka minut po 8:00, z daleka już wita mnie delegacja browaru domowego Świński Ryjek – Gosia filmuje, Artur robi zdjęcia, Jacek trzyma koszulkę… ze świńskim ryjkiem! Bo na taki układ promocyjny obie strony się dogadały ;)


Wybiegając spod hotelu, chcę skrócić sobie drogę i skaczę przez rów. Źle szacuję jego wielkość i na chwilę znikam z oczu komitetu pożegnalno-powitalnego. Na szczęście cało wychodzę z opresji i mogę kontynuować najdłuższe płaskie wybieganie w moim życiu. Pierwszy meldunek z trasy przesyłam na wylocie ze Skorogoszczy, czyli po jakichś 22 kilometrach. Już wtedy jestem trochę zmęczony, ale na pocieszenie powtarzam sobie że za mną już ponad ćwierć trasy, a lada moment nawet 1/3 całego dystansu. Bardzo Ruchliwą Rrogą nr 94 podążam do Łosiowa, a potem (wciąż tą samą, Bardzo Ruchliwą Drogą) obieram kurs na Brzeg. Boczne lusterka TIRów śmigają centymetry obok mojego ucha, ale nikt nie trąbi. Zanim jednak docieram do niedziałającego już brzeskiego browaru, na przydrożnym parkingu odwiedzam pierwszy punkt serwisowy! Justyna zadbała o ultra-klimat i czekała tam z gorącym rosołem. Rewelacja, tego potrzebowałem Rozgrzewam żołądek, ale mięśnie stygną więc pora ruszać w dalszą drogę. Prawie połowa trasy za mną, całe szczęście.


W Pawłowie żegnam Bardzo Ruchliwą Drogę nr 94 i płynnie przedostaję się do miasta Brzeg. Pod punktem kontrolnym czeka już ekipa supportująca w osobie tradycyjnie już filmującej Gosi, fotografującego Artura oraz Jacka. W międzyczasie dzwoni kolega z Wrocławia, z pytaniem o szacowany czas przybycia do mety, jako że on również chce mnie tam powitać. Czuję się dobrze jak na kogoś kto właśnie przebiegł maraton z plecakiem. Nie ma co tracić temperatury, wciągam żel i lecę dalej! Przez kilkanaście metrów biegnie ze mną Jacek, kolega mojego ojca. Czyli jednak jest jakiś support ;)
Wybiegam z Brzegu dość szybko, mocnym krokiem, z dobrym samopoczuciem. Zaraz potem trochę mnie ścina, słabnę, za dużo myślę o tym ile jeszcze do mety. Co chwilę spoglądam na zegar, odliczając kilometry do Oławy – ależ to się ciągnie! A po tej Oławie jeszcze tyle kilometrów, ehh… Do tego zauważam pierwsze objawy odwodnienia. Dobiegam do miejscowości Kamila Bednarka. Lipki są całkiem ładne, bardzo tu spokojnie, ale nie przybiegłem tu na urlop. Szukam jakiegoś sklepu spożywczego, na szczęście mieszkańcy ochoczo wskazują drogę. W zasadzie to mówią tylko „już zaraz będzie”, jako że biegnę ciągle prosto przed siebie, jedną ulicą. W sklepie kupuję Colę i Grześka. Dżizas jakie to dobre! I jakiego daje kopa. Ale nie można robić zbyt długiego postoju, nóżki stygną, lecimy dalej.
Kiedy skończyła się wspomniana ulica i skończyły się Lipki – skończyło się wszystko. Naprawdę, na krańcu zabudowań zaczyna się Wielkie Nigdzie. Wbiegam ścieżynką w las i dość mocno zaczynam odczuwać ból w prawym kolanie, co nigdy wcześniej mi się nie zdarzało. Zdaję sobie sprawę z kompensacji i przeciążeń jakie wiążą się z odczuwaniem bólu, szczególnie jednostronnego, dlatego tempo bardzo spada, a i satysfakcja nieco oklapła. Choć niektórzy twierdzą, że lubię ból, lubię cierpieć.
Wbiegłem do lasu w województwie opolskim, wybiegłem w dolnośląskim. Przynajmniej tutaj zauważalny postęp. Zygzak przez Ścinawę Polską i hops, jestem w Oławie. Dłuuuga prosta ulicą Portową, wpadam do centrum i odnajduję browar Probus. Artur oczywiście czeka z aparatem Kilkutonowa warzelnia właśnie zjeżdżała na rampie do wnętrza starego budynku, który za kilka miesięcy będzie naprawdę ładnym browarem restauracyjnym. Stara, czerwona cegła robi jak zawsze pozytywne wrażenie ;) Nagle zza rogu wylatuje szpiegowski dron i krąży nad nami niedyskretnie. Lokalna telewizja? Nieco się tam zastałem, zagadałem i ostygłem, ale Gosia przytomnie popędza mnie do dalszej drogi. Przede mną ostatni odcinek, uff!
Bez historii przebiegam przez Stary Otok i docieram do miejscowości Jelcz – Laskowice. Znajduję sklep spożywczy, gdzie kupuję colę, wodę, ciastka i Grześka, po czym (pijąc i jedząc na miejscu) wdaję się w pogawędkę z panią zza lady. Pytam ile jeszcze do Chrząstawy Małej, Pani mówi że jakieś 10km i trasa ładna i do 18:00 powinienem tam dojechać. Na koniec dowiaduje się, że jednak nie jestem rowerzystą. Zabiera ode mnie puste butelki i opakowania po żelach i Grześku. Kiedy wychodzę ze sklepu, jest już półmrok. Wyciągam czołówkę, zarzucam jeszcze kilka ciastek i próbuję truchtać. Kolano głośno krzyczy, ale nie ma ultra bez cierpienia- na koniec sezonu mogę się dobić, wręcz powinienem ;) Ulicą Inżynierską wybiegam z miejscowości, mijając mnóstwo zakładów przemysłowych po obu stronach drogi. Jest ciemno, chłodno i nie jestem zbyt dobrze oznakowany.
W Miłoszycach przebiegam z włączoną czołówką przez jakieś gospodarstwa, więc bynajmniej nie niespodziewanie, zaczyna gonić mnie jakiś pies. Stare chińskie przysłowie brzmi: najlepszą obroną jest atak. Zatrzymuję się, odwracam i po chwili namysłu to ja zaczynam gonić psa. Logika podpowiada, że dwie istoty nie mogą gonić się jednocześnie, więc pies poddaje się logice i zaczyna uciekać. Odpuszczam mu po kilku metrach i wracam na właściwe tory. W międzyczasie odbieram smsowe zaproszenie na imprezę w Opolu, ale na ten wieczór mam inne plany. Po chwili wybiegam na drogę główną i mijam panów policjantów, dzielnie pełniących służbę przy wyjeździe z Miłoszyc. Pytam ile jeszcze do mojej dzisiejszej destynacji, na co panowie odpowiadają że tak z 5km będzie. Po chwili zegar nakazuje zboczyć z drogi i wbiec na jakąś gruntową, polną ścieżynkę. Dobiegam do jakichś zabudowań, ale drogi ni chodnika tu nie uświadczam. Uświadczam za to innego zjawiska, tak charakterystycznego w świecie biegów ultra. Wbiegam w (kolejne tego dnia) Wielkie Nigdzie. Las. Ciemny, gęsty, milczący las. W takich chwilach ostatnie co chcę pobudzać do działania, to moja rozbudowana wyobraźnia. Nieszczęsne kolano każe robić coraz dłuższe przerwy w truchcie na rzecz marszu. Wiem, że meta już blisko, ale ten mroczny, leśny kilometr to świetna przyprawa do posiłku, jakim jest cały ten szalony bieg. Artur prosi o smsowy meldunek, odpisuję że jestem blisko ale coraz więcej marszu bo kolano siadło, więc pyta czy chcę żeby po mnie przyjechał. Heh, „Dotrę choćby na rękach”;)
Wybiegając z lasu, mijam tablicę z upragnioną nazwą miejscowości. Chrząstawa Mała, to tutaj. Kręcę jeszcze ostatnie wiraże, co kilka sekund spoglądając na ślad trasy na zegarku. W oddali dostrzegam już grupkę ludzi pod gospodą. Machają i rozkładają metę z papieru toaletowego. Wybiegam na środek drogi, lecz po chwili składają metę a mi zza pleców wyjeżdżają jeszcze dwaj zdezorientowani kierowcy. Dobra, teraz mój finisz! Wyrównuję rytm kroku, ściągam plecak i unoszę swojego towarzysza podróży nad głowę. Zbieram klatą szarfę, za którą czeka Wojtek (właściciel Browaru Widawa) z aparatem w jednej dłoni i nonikiem pełnym pysznego piwa w drugiej. Dobiegłem, oto zasłużona nagroda :D W środku przywitał mnie jakże bliski mojemu sercu mocny zapach zacieranych słodów, jako że tego dnia wypadało warzenie nowego piwa.


Benjamin Franklin, jeden z Ojców – założycieli Stanów Zjednoczonych, powiedział kiedyś: Piwo jest dowodem na to, że Bóg nas kocha i chce, byśmy byli szczęśliwi. Tego dnia, droga do mojego szczęścia miała 77 kilometrów długości. Biegiem Po Piwo zakończyłem sezon 2014, teraz pora na zasłużony odpoczynek.
Dlaczego to zrobiłem? Dlaczego biegłem samotnie tyle czasu tylko po to, żeby napić się dobrego piwa? Bo fajnie czasem zrobić coś nienormalnego i nie dla wszystkich zrozumiałego. Bo lubię piwo. Bo mogę.


I tak już zupełnie na koniec wszystkiego – wieeelkie podziękowania za wsparcie i pomoc w wygenerowaniu całej tej piwnej otoczki wokół wydarzenia składam na ręce ludzi z browaru Świński Ryjek, Browaru Widawa oraz Justyny i Marcina. Bez nich Bieg Po Piwo straciłby cały klimat, a ja z pewnością nie miałbym takiej motywacji. Zdrowie! ;)

Rafał Słociak

Posted in Wyprawy | Tagged , , , | 3 Comments

ELS 2900 – 7 szczytów Andorry

Nie zawsze to dystans decyduje o tym czy impreza jest trudna czy nie.

Na pewno do takich imprez należy ELS 2900, która odbędzie się w dniach 16-18 października 2015.

 

Nazwa pochodzi od 7 szczytów powyżej 2900 m n.p.m , które zalicza się po drodze:

 Pic de la Portelleta (2,905m), Pic de l’Estanyó (2,915m), Pic de la Serrera (2,912m), Pic de Font Blanca (2,904m), Pic de Medacorba (2,913m), Roca Entravessada (2,928m) oraz Pic de Coma Pedrosa (2,944m)

 

Trasa ma „tylko” 70 km ale za to przewyższenie całości to 6700m+. Oznacza to oczywiście że na każde 10 km przypada prawie 1km w górę i 1km w dół. Całkiem syto. A na ukończenie zawodnicy mają 20 godzin.

Ze względu na poziom trudności organizatorzy ograniczyli ilość chętnych do 50 osób, które muszą „wykazać się odpowiednim doświadczeniem w górach”

Zarówno przed „biegiem” jak i po nim uczestnicy spędzą noc w schronisku w górach ze względu na odległość miejsca startu (Refugi Illa) i mety (Refugi Coma Pedrosa) od „cywilizacji”. Do miejsca startu i z miejsca mety trzeba będzie podejść a to oznacza ok 2,5 marszu na start i godzinę marszu z mety.

Trasa będzie dokładnie oznakowana i jakiekolwiek z niej zejście oznacza natychmiastową dyskwalifikację.

Co ciekawe jedynymi przedmiotami na liście wyposażenia obowiązkowego są: działający telefon komórkowy i uprząż. Decyzję co do reszty wyposażenia organizatorzy pozostawiają uczestnikom licząc na ich doświadczenie i zdrowy rozsądek.

Wygląda więc na to, że za jedyne 200 Euro można zaliczyć przygodę życia.

Więcej informacji i zapisy:

www.els2900.com

Posted in Imprezy | Tagged , , , , , , | Leave a comment

Lodowy robal – recenzja ICEBUG Pytho 2 Buggrip

Obiektywno-subiektywny test butów: ICEBUG PYTHO 2 BUGRIP


Z początkiem okresu zimowego zawsze gdzieś z tyłu głowy tliła się myśl, uporczywa myśl. Wiercąc i łechtając moją próżność oraz chęć posiadania podpowiadała bez końca: bardzo są Ci potrzebne bo w tym roku zima będzie tęga, że ho ho, wszystko będzie skute lodem, bez nich to nie będzie to samo etc. Chęć kupna i użytkowania tych butów spędzała mi zimowy sen z powiek…jednak zaraz przychodziło otrzeźwienie – po jaką cholerę wydawać tych kilka stów na coś, co będzie w użytku może pięć lub sześć razy w ciągu sezonu zimowego? Myśl wyparowywała wprost proporcjonalnie do znikającego śniegu, więc latało się we wszystkim tym, w czym biega się w lecie. Co prawda było przy tym trochę więcej adrenaliny, mniej przyczepności, parę gleb, wykręconych kostek, ale zawsze kilka złotych zostawało w kieszeni. Wszystko do czasu. Nie to, że od razu zrobiło się któreś tam zlodowacenie na Wyżynie Lubelskiej, nic z tych rzeczy, ale zapisałem się na pewien zimowy i dość długi bieg w górach i temat posiadania powrócił jak bumerang.


Od razu uprzedzę sceptycznych czytelników – buty kupiłem – NIE DOSTAŁEM ICH od Dystrybutora ani Producenta. Będę się starał by test był w miarę obiektywny.
Więc do dzieła. Boże Narodzenie standardowe z temperaturą na plusie, ale 26 grudnia na dworze stała się białość. Wychodzę na pierwszy tej zimy śnieżny trening. Śnieg luźny, nie jest ślisko. Buty trzymają normalnie, przemokły po 20km…mają już swoje lata, chyba siedem to i mają prawo przemoknąć. Nie martwi mnie to, przecież w domu, w pudełku leżą i czekają na gorszą czyli lepszą dla nich pogodę, zupełnie nowe, głodne zmarzliny i mrozów ICEBUG PYTHO 2 BUGRIP. Sama nazwa powoduje topnienie śniegu i lodu w promieniu 2km.
Nadszedł ten dzień: 27 grudnia. Śniegu jeszcze dopadało, mróz też trochę ścisnął. Zakładam pierwszy raz ICEBUGI.
Trening: myślę, że miarodajny – 56km tylko las, 660 m w pionie – co jak na Lublin całkiem sporo.
Warunki: śniegu było dość by sprawdzić czy buty nie przemokną, ale na tyle mało by nie zakładać ochraniaczy, trochę śliskiego i zadeptanego śniego-lodu, ale nie było ekstremalnie ślisko. Temperatura około -5 C.
TEST


To czy się komuś but podoba czy nie, to jest sprawa subiektywna. Mi się podoba, jego konstrukcja jak i jakość wykonania ( szycia, klejenia ) jest bardzo staranna i estetyczna. Zalatuje długowiecznością.
Cholewka swoim wyglądem i użytymi materiałami sprawia wrażenie ( mam nadzieję, że tak będzie przez dłuuugie kilometry użytkowania ), że może przetrzymać sporo zarówno mechanicznie jak i wodoodpornościowo ( choć producent nie chwali się tutaj żadną zastosowaną membraną ). W butach nie było mi ani za zimno, ani za gorąco, było akurat w sam raz. But nie wydał mi się obszerny, ale spokojnie stopa się zmieściła, a stopień „opiętości” można dopasować sobie ściskając bądź luzując sznurówki. Przy zbyt silnym zawiązaniu i użyciu cienkiej skarpety troszeczkę odczuwałem górę cholewki, ale zakończyło się to bez żadnych obtarć lub dyskomfortu. Buty nie przemokły, stopa pozostała sucha podczas całego treningu, a co jeszcze ważniejsze cholewka w tej temperaturze nadążała z wietrzeniem i w środki nie było dżungli amazońskiej. W ogóle nie miałem żadnych problemów ze stopami podczas tego biegu, a przypominam, że był to pierwszy bieg i od razu na dystansie 56km. Sznurówki wiązane w podwójną kokardkę nie miały tendencji do rozwiązywania się.


Zapiętek: moja pięta Achillesowa…w niektórych butach w ogóle nie mogę biegać. Niektóre zapiętki powodują u mnie taki ból w przyczepach ścięgna Achillesa, że odechciewa mi się wszystkiego a najbardziej biegania ( niestety należą do nich Montrial Masochist…). Ból ten znika jak zdejmę buty…W ICEBUGach takiego problemu, jak na razie – nie miałem.
Podeszwa: czyli to co najważniejsze w tych butach. Bieżnik średnio agresywny, ale dozbrojony 17 kolcami robi znakomitą robotę. Napisać, że te buty trzymają się drogi, to nic nie napisać. One jedzą i wypluwają każdy naturalny teren po którym się poruszają, a ich ulubionym daniem jest czysty lód. Nie przesadzam. Z uwagi na moje operowane kolano zbiegam ogólnie dość ostrożnie i asekuracyjnie, jednak mając pewność trzymania, pozwoliłem sobie na zupełny luz przy pełnej prędkości, bez wybierania terenu czy kluczenia po śniegu unikając w ten sposób lodu. Nie było żadnych uślizgów czy innego tego typu historii. Pełna kontrola trakcji. Oczywiście but ze względu na użyte kolce „średnio” nadaje się na czysty asfalt ale drobne przeloty można robić. Kolce otoczone są bardziej miękką gumą niż ta, z której wykonana jest reszta podeszwy i chowają się przy zetknięciu z asfaltem, kostką czy czymś podobnym.


Podsumowanie:
Czy warto? Nie ma tutaj jednej odpowiedzi. Dla tych, którzy dużo biegają w terenie gdzie często występuje lód, bardzo twardy śnieg na pewno tak. Duże i zdecydowane TAK. Dla tych, dla których takie treningi to rzadkość i raczej ugniatają ścieżki rowerowe i asfalt to nie będzie dobry pomysł – ze względu na kolce.
Wykonanie wprost przed wojenne tzn. bardzo porządne, materiał dobrze chroniący przed zimnem, dobrze oddychający. Wizualnie but bardzo może się podobać, a to przecież w tak wesołym i fajnym sporcie jak bieganie zimą jest też istotne. Czy można taniej, inaczej? Oczywiście, że tak. Jednak ja nie lubię półśrodków i od 27 grudnia 2014 r. moimi butami na najtrudniejsze warunki zimowe są: ICEBUG PYTHO2 BUGRIP i również szczerze Wam je polecam!


Plusy:
Użyte materiały i jakość wykonania.
Podeszwa.
Podczas biegu but nie przypominał o sobie tzn. nie cisnął, nie uwierał, nie zmarzłem w nim ani nie było mi w nim mokro ani za gorąco.
Wygląd.
Minusy:
Po pierwszym treningu nie zauważyłem, co nie oznacza jednak, że inny użytkownik ich nie znajdzie. To co dobre dla mnie nie musi być równie dobre dla innych biegaczy.
Polecam Dystrybutora: http://www.icebugrunning.pl/ bardzo dobry kontakt, znają się na bieganiu sami bieg górski współtworząc.
Dla chętnych buty do obejrzenia u mnie w domu.

 

Tomek Michalak

Posted in Sprzęt | Tagged , , , , , , | 1 Comment

Weź to na bary – jak wybrać plecak do biegania? cz1.

KAMIZELKA, PLECAK, PAS BIEGOWY? Co i jak wybrać?

CZ1. DYSTANSE

 

Producenci wszelakiego sprzętu dla biegaczy prześcigają się w wymyślaniu coraz to nowszych wersji czegoś, co według nich jest absolutnie niezbędne żeby w ogóle ruszyć się za róg. Co sezon pojawia się najbardziej zaawansowany materiał, system czy technologia które mają gwarantować lekkość, oddychalność, szybkość, zwinność i pakowność. Niestety w naszym (polskim /środkowoeuropejskim) wydaniu liczba zer przy cenie jest po złej stronie przecinka i może to nieco hamować pęd do technologii a co za tym idzie (jeśli wierzyć producentom) niesamowite postępy rodzimych naśladowców Filipidesa.

Co bardziej zatwardziali szlakobywalcy i tak mają to wszystko w poważaniu twierdząc, że kawałek sznurka i dobra reklamówka załatwią sprawę a napić się można z byle kałuży czy strumienia ewentualnie upchnąć 1,5 litrową butelkę Cisowianki we wspomnianej reklamówce tuż obok zgrabnie zapakowanych w folijkę kanapek albo kabanoska.

 

Jednak kiedy można sobie nieco ułatwić życie bo:

a) pozwalają na to warunki finansowe

b) nie jest się z założenia minimalistą

c) chce się choć dobrze wyglądać bo na wyniki i tak już za późno

d) po prostu jest się gadżeciarzem

należy to zrobić z głową bo nawet superkasiaści nie lubią wywalać mamony w błoto.

 

W CO INWESTOWAĆ?

Moim zdaniem istnieją dwa elementy tzw. sprzętu przy którym oszczędność nie popłaca. Po pierwsze to buty – tu sprawa jest chyba oczywista bo niezależnie od dystansu to one nas niosą po drodze i o ile nie należymy do Tarahumara nawet za minimalistyczne sandały biegowe ze sklepu trzeba wyłożyć grosiwo.

Po drugie to plecak/kamizelka/pas biegowy. I tu niestety sprawa nie jest oczywista. Część z nas uważa, że cokolwiek przytroczone do pasa da radę a jak będzie ocierało to można przecież zagryźć zęby i pójdzie. Po co więc iść w koszty skoro można za 30zł kupić jakiś tam pasek na bidon? W końcu Cliff Young wygrał w gumowcach…

Otóż dlatego, że na wielu biegach wymagane jest jakieś tam wyposażenie, które niestety trzeba taszczyć ze sobą przez cały czas trwania. W przypadku 100km dla niektórych oznacza to 10 godzin a dla innych 16 a nawet 20. Wtedy lepiej chyba mieć na plecach/biodrach coś, co nie zedrze całej skóry no i oczywiście pomieści wszystko to co jest wymagane. I tu znowu pojawia się dylemat że hej. Bo tak naprawdę wszystko zależy od tego co i jak często będziemy robić. Naturalnie te dywagacje pomijają tryb stylówa i skupiają się na praktycznej stronie rzeczy. O stylówie będzie później…

Ale do rzeczy:

 

ZIB – czyli ZORGANIZOWANA IMPREZA BIEGOWA

To o tyle ważne, że ZAWSZE jest coś do jedzenia/picia (no chyba, że to BUT Challenge) i z reguły impreza ma zabezpieczenie medyczne. W efekcie biegniemy sami maksymalnie ok 25 km. Ile rzeczy na to potrzeba zależy od całkowitej długości trasy, wymagań organizatora i warunków w jakich odbywa się impreza.

 

Dystanse

Przyjęło się, że ultra to od 50km w górę. I takie najbardziej typowe dystanse to właśnie 50km , ok 70-80 , 100 i okolice oraz 168-170 czyli 100 mil. Są też dłuższe ale w zasadzie już od tych 170 sprawy mają się mniej więcej tak samo.

50 km- to w sumie tylko 8 km więcej od maratonu. To oznacza w przypadku tych najszybszych około 3-4 godzin na nogach, ale w przypadku tych nieco wolniejszych może znaczyć nawet 10. Pytanie brzmi co jest nam tak naprawdę potrzebne na zawodach gdzie średnio co 15-25 km maks są punkty odżywcze. Jasne, że zależy to od warunków. Bo w upał można sporo wypić a na deszczu nieźle przemarznąć. Ogólnie jednak nie ma co ukrywać, że przez pierwsze 10-15km niewiele się pije a tym bardziej je. Można spokojnie poczekać na punkt. No chyba, że z nieba leje się 40 stopniowy żar. Ale i tu pytanie czy brać plecak z 2 litrowym bukłakiem i dodatkowo się obciążać na bądź co bądź krótką trasę. Ci szybsi już mają doświadczenie i nigdy za dużo nie biorą a Ci wolniejsi biegną/idą wolniej więc mają nieco mniejszy wydatek energetyczny. Tu moim zdaniem najlepiej sprawdzą się pasy biegowe/ nerki albo tak u nas niedoceniane bidony z rączką. Po pierwsze wyposażenie obowiązkowe z reguły jest minimalne a po drugie im lżej tym szybciej i o ile w przypadku pasów można spekulować o otarciach – nie można nic zarzucić bidonom. Większość osób krytykujących je tak naprawdę nigdy ich nie próbowała stąd zwłaszcza w Europie pokutujący pogląd, że są niewygodne i zaburzają technikę biegu. W USA znakomita większość biegaczy używa ich na co dzień i w ogóle nie wyobraża sobie biegania bez nich. Naturalnie nie oznacza to, ze od teraz MUSIMY to robić bo tak mają Amerykanie ale warto się zastanowić.

70-100 km- Niby to dwa różne dystanse, ale ludzie już od tej magicznej 70 zaczynają myśleć, że to już na poważnie. I zaczynają POWAŻNE pakowanie. Często widuje się zawodników z 25-30 litrowymi, maksymalnie wypełnionymi plecakami, przytroczonymi kurtkami Gore i Bóg wie czym jeszcze ledwie sapiących pod ciężarem „prowiantu” i „sprzętu”. A sytuacja na zorganizowanych imprezach jest podobna na każdym dystansie – co 15-maks 25 km punkt. Nawet jak będą słabo wyposażone np. tylko w rodzynki i ciastka to zawsze to coś lżejszego niż wykonane przez połowicę przerażoną nowym wymysłem małżonka ociekające majonezem i pełne wędlin i kotletów buły po których nikt nie ruszy się przez najbliższe 3 godziny. Doświadczenie jakie zdobywa się na biegach uczy między innymi, że nie potrzeba tak dużo jedzenia, różnego rodzaju ubrań i gadżetów – więc po co je taszczyć?? Pewnie, że są tacy co muszą jeść więcej ale jeśli to nie piknik to jeszcze trzeba biec więc kalkulacja jest prosta – zabierz jak najmniej poza tym co rzeczywiście musisz. Przyjmując nawet baton na każde 10 km (ewentualnie żel) wychodzi nam, biorąc pod uwagę punkty odżywcze organizatora, że trzeba by mieć ze sobą 5 batonów lub żeli. Można to spokojnie spakować do pasa/nerki a przy odrobinie siły/sprytu do kieszonki przy bidonie z rączką.

Wyposażenie obowiązkowe jeśli w ogóle istnieje to najczęściej zawiera folię NRC czy czołówkę i telefon i ono również zmieści się w pasie/nerce czy nawet w sprytniejszej kieszeni spodni.

Jedną z opcji jest tu kamizelka biegowa czyli coś co u nas jest jeszcze nie za bardzo popularne, ale to bardzo przemyślany i sensowny gadżet. Kamizelka to po prostu… kamizelka czyli jakby mniejsza wersja plecaka z tym, że mniej pakowna ale za to o wiele lżejsza – topowe modele potrafią ważyć nawet 160 g więc tak naprawdę biorąc bukłak czy bidony nosimy na sobie tylko to, co mamy zamiar wypić. Na pewno za to nie obciera, oddycha lepiej niż plecak i przylega jak koszulka.

100km i okolice – sto to już konkret. Niby tylko 30 km więcej od 70 ale te 30km może się nieźle ciągnąć. Poza tym martwiłbym się właśnie o te „okolice”. Bo tzw setka może mieć 110 ale nawet 125 czy 130 a to już nie przelewki. Może się też okazać, że robiąc ogony na punkcie nie zastaniemy wiele albo nie wyrobimy się w limicie. Poza tym od „setki” orgowie są nieco bardziej wymagający w kwestii obowiązkowego szpeju. Zdarza się, że trzeba zabrać kurtkę, kije, bluzę, coś więcej do jedzenia i zaczyna się robić kłopot. Oczywiście można lecieć z bidonem (sam tak robię) ale trzeba już trochę wiedzieć o sobie i mieć świadomość ile można biec na ok 600ml no i upchnąć gdzieś te wszystkie szpargały. Wciąż jeszcze pas biegowy, nerka czy kamizelka właśnie spokojnie da radę. Ale tu, biorąc pod uwagę, że jednak średnie tempo spadnie nieznacznie można by już rozważyć plecak.

168km i więcej. Stumilówki to nie zabawa. A już na pewno nie dla początkujących. W necie znajdziecie obrazki Kiliana czy Krupicki pomykających WS z bidonem w rączce ale nie każdy jest Kilianem, nie każdy ma ekipę i no cóż nie wszystkim uchodzi nie stosowanie się do przepisów. I to właśnie one są tu kluczem bo znakomita większość stumilówek WYMAGA plecaka i to takiego, który pomieści całą listę wyposażenia wymaganego. Pytanie czy sensownego jest z zupełnie innej beczki ale najważniejsze jest to, że trzeba ten cały bagaż taszczyć. Tu sprawa się nie zmieni prawie niezależnie od dystansu bo czy będzie to „ledwie” UTMB czy też Tor de Geantes musimy mieć ze sobą sporo rzeczy.

 

SWB – czyli Samodzielna Wyprawa Biegowa.

To już zupełnie inna para kaloszy. Naturalnie kwestia w tym co rozumiemy pod pojęciem wyprawy. Jak dla mnie to coś innego niż trening – czyli powiedzmy dystans od 40km w górę. Oznacza to, że się nie ścigamy (albo niespecjalnie), a to powąchamy kwiatuszek, a to pstrykniemy słit focię i tak to się może ciągnąć dobrych parę godzin. A ponieważ może się okazać, że zwiedzamy zupełnie nowe tereny mogą się również pojawić niespodzianki nawigacyjne. To oczywiście niesie za sobą pewne konsekwencje bo to w końcu góry a nie wycieczka na deptak i mimo że dość często tam bywamy trzeba być na wszystko gotowym. No i plecak tu jak znalazł bo zapakujemy mapę , kompas czy gps. Zmianę ciuszków, dodatkowe żarełko i piciu , telefon i wszystko inne co tym razem musimy mieć bo po prostu nikt nam tego nie poda na tacy.

 

DJT czyli Dłuższa Jednostka Treningowa

 

Zwana potocznie wybieganiem ( żeby to miało sens maksymalnie ok 35 km). Sprawa jest dyskusyjna bo zależy od tempa, warunków pogodowych, osobistych preferencji i terenu, Czasem nawet na 20 km chce się pić jak diabli ( a nie ma punktu odżywczego ani strumyka po drodze) bo pomykamy na maksa lub jest strasznie gorąco. A czasami siąpi sobie miła ciepła mżaweczka i nawet po 35 przez myśl nie przejdzie chęć na piciu. Tu znowu mogą się sprawdzić bidony, pasy i nerki. Na pewno sprawdzi się kamizelka z racji swej lekkości i pojemności a czasami może się sprawdzić plecak jeśli potraktujemy go li tylko jako pojemnik na bukłak.

Jeżeli już macie plan na to co, jak i kiedy będziecie biegać można spokojnie przejść do etapu drugiego wyboru plecaka. Ale o tym w części drugiej.

Posted in Porady | Tagged , , , , , , | Leave a comment

Rękawica została rzucona! Jakie rękawiczki wybrać na zimowe mrozy?

Craft Hybrid Weather Glove vs. The North Face Apex Etip Glove vs. za cholerę nie wiem co to za rękawice

Choć pogoda za oknem pozwala polemizować, czy zima rzeczywiście nadeszła / nadejdzie, to prawdopodobnie każdy z nas, zdążył już przynajmniej raz zmarznąć i przemoknąć kląc na czym świat stoi. Na warsztat wziąłem tym razem rękawice z kilku powodów. Rękawiczki, z których korzystałem przez ostatnie lata, zdążyły już zeszmacieć, a jeśli się postarać jestem w stanie zrobić z nich bezpalczaste przyrządówki wyciągając większość palców przez dziury w materiale. Jakkolwiek bezdyskusyjnym jest fakt, że najważniejsze jest, żeby było tanio i tanio, to z dziadowaniem nie ma co przesadzać, wszak mistrz jest jeden. Poza tym miałem już dość marznących dłoni i litujących się spojrzeń, które z pewnością mówiły może masz ochotę na zupę? Najpierw poradziłem się mojego serdecznego kolegi Artura, którego znacie z bloga Triszerpa.pl. Ten jednak doradził mi rękawice ogrodowe z Castoramy za 5 zł, więc nie wiedząc czy to żart, kpina, a może prośba bym pomógł mu przy warzywnych grządkach, zdecydowałem się zdać na siebie samego. I choć Mistrz Yura swoją listopadową wycieczką na Wołowiec przekonywał, że rękawice to zbędny gadżet dla kalafiorów, na bok odrzuciłem wszystkie dobre rady i rozpocząłem poszukiwania.

The North Face Apex Etip Glove

 

Po przykrych doświadczeniach z moimi dotychczasowymi rękawicami, które piły śnieg, wodę i wszelką wilgoć jak VW Passat 1.9 TDI ropę, zacząłem rozglądać się za membranami – najlepiej Gore – Tex. Ku mojemu zaniepokojeniu, wszystkie rękawice, które odnalazłem były wielkimi łapawicami, w których dłonie ugotowałyby mi się jak kluski na parze, a rozbijanie namiotu przypominałoby w nich grę słoni w bierki. Zacząłem więc pytać, googlować i kontemplować swoje spostrzeżenia. Jedni twierdzili, że nigdy nie spotkali się ze zręcznymi rękawicami membranowymi, inni zaś mówili, że owszem są takie produkty na rynku, ale w cenach, które wolałbym wydać na sprzęt skiturowy, albo dobrą imprezę w Kozach. Nic to – pomyślałem i szukałem dalej. W pewnym momencie ktoś doradził mi system insertowy – jeśli chcę ciepłych i nieprzemakających rękawiczek najlepiej kupić wielkie łapawice a do środka mały insert, który wyjdzie z ukrycia w razie konieczności wykonania prac zręcznościowych. Nie o to mi też chodziło. Szukałem uniwersalnych rękawic, w których bedzie mi ciepło, nie będą przemakać i nadadzą się tak na dłuższe wycieczki biegowe, jak i do zwykłego kilkudniowego trekkingu. Wreszcie odnalazłem The North Face Apex Etip Glove. I choć nie jest to idealne rozwiązanie biegowe, to doskonale sprawdza się w czasie górskich wędrówek, gdy potrzebna jest też funkcjonalność i zręczność palców. Rękawice wykonane są z materiału Apex, który jest swojego rodzaju softshellem od TNF. Nie jest w stuprocentach nieprzemakalny, ale zdecydowanie odporny na wilgoć i śnieg, a do tego bardzo elastyczny. Rękawice docieplone są w środku polarowym materiałem, a kciuk i palec wskazujący pokryte są powłoką, dzięki której używać można smartfonów bez ich zdejmowania (notabene: niech ktoś najpierw znajdzie smartfona, którego bateria nie padnie w warunkach, w jakich zakłada się podobne rękawice). Warto też zauważyć, że bardzo dobrze chronią one dłoń przed otarciami i uderzeniami. Wzmocnienie po wewnętrznej stronie pozwala uniknąć bolesnych ukłuć i zadrapań przy walce z gałęziami w czasie przedzierania się przez pola wiatrołomów i inne szuwary. Nadto, pomimo krótkiego, lecz intensywnego użytkowania nie zauważyłem jeszcze żadnych ich uszkodzeń, zadrapań, czy ubytków. Nawet na brud wydają się stosunkowo odporne – po 3 tygodniach w górskim śniegu i nizinnym błocie, starciach z ostrymi graniami, gałęziami nachalnie próbującymi wydłubać mi oczy oraz specjałami przyrządzanymi na turystycznym gazie, jedynym zabrudeniem były ślady żywicy drzewa, z którym siłowałem się wspinając się na Zajęcze Wzgórze, z jakiego rozpościera się wspaniała panorama Zatogi Gdańskiej z Sopotem pod nogami.

Pomimo cieplnego komfortu, wygody i funkcjonalności, nie da odmówić się jednak tym rękawiczkom pewnych wad. Przede wszystkim, są nieco zbyt toporne, by w nich dłużej biegać. I choć wilgoć odprowadzają pierwszoligowo, wydają się za ciepłe do intensywniejszego wysiłku, regularnie doprowadzając do przegrzania. Poza tym, są stosunkowo drogie w porównaniu do pozycji konkurencyjnych, jak na przykład rękawiczki Milo, którymi zachwyciłem się ostatnio w bielskim Turyście. Poza tym, wbrew marketingowym zapewnieniom między bajki wkładam oświadczenia o odporności Apexu na wiatr, co zdążyłem już sprawdzić chodząc w spodniach TNF. Kilka dni temu wybrałem się na moją ulubioną Małą Fatrę, gdzie po wyjściu na główną grań stanąłem do walki z mgłą i potężnym, przenikliwym wiatrem. Pomimo tego, że rękawiczki były suche, mialem wrażenie jakby każdy podmuch przeszywał je na wskroś, doprowadzając dłonie do wychłodzenia. W takich warunkach znacznie lepiej sprawdzały się nawet moje sześcioletnie rękawiczki, których producent już chyba na zawsze pozostanie wielką zagadką, o cenie, jak podejrzewam, kilkukrotnie niższej od przedmiotowych.

Komfort cieplny: 5/5

Wytrzymałość: 4/5

Oddychalność: 4/5

Ochrona przed wiatrem: 2+/5

Ochrona przed wilgocią: 4+/5

Przeznaczenie: trekking

Cena: 149 zł

Craft Hybrid Weather Glove

Te rękawiczki to prawdziwy majsetrsztyk! Trafiłem na nie przeglądając biegowe akcesoria, wciąż czując niedosyt, po rozwiązaniu, jakie zaproponował mi TNF. Tym, co przykuło moją uwagę w pierwszej kolejności, była kieszeń, w której tradycyjna pięciopalczasta rękawiczka ukrywa nakładkę z membraną, dającą zwiększony komfort cieplny i stanowiącą bardzo dobrej jakości ochronę przed wiatrem. Rękawiczki te są znacznie lżejsze od omawianych powyżej, a w razie ekstremalnych mrozów ogrzewają nieco słabiej. Niemniej, doskonale opinają dłoń, świetnie oddychają, i na wietrze sprawdzają się znacznie lepiej niż Apex. Ponadto, docieplone są polarowym materiałem, a kciukiem i palcem wskazującym spokojnie strzelać można zapierające dech w piersiach foty z północnej ściany Hrobaczej Łąki. Jak dotychczas, rękawiczki miałem okazję sprawdzić w warunkach najbardziej ekstremalnych – w Alpach i jeszcze bardziej wymagającym i surowym Beskidem Śląskim, gdzie w tułaczce między Szyndzielnią a Klimczokiem ducha można wyzionąć z wyziębienia, o ile niedźwiedź nie pożre nas w całości wydzierając nasze zimne truchło z wilczych szczęk. Po aklimatyzacji w Beskidzie Małym nic nie było mi jednak straszne i podjąłem próbę sprawdzenia rękawiczek w boju. Pierwszym sprawdzianem był bieg bliski wspinaczce, podczas którego na 4 km zrobiłem 1100 m w pionie. Pokonując metry w górę, chwytając się kurczowo ostrych kamieni jak tonący brzytwy, pnąc się jak po drabinie, przedzierając przez górskie strumienie i tonąc w lawinach śniegu myślałem o zdobyciu szczytu. Powyżej 2300 m okazało się jednak, że to, co z dołu zdawało się wierzchołkiem, okazało się być tylko fragmentem grzbietu, który dalej rósł jak szalony, by utwierdzić mnie tylko w dramatycznym przekonaniu, że aby zdobyć szczyt musiałbym zmierzyć się z kilkusetmetrową pionową ścianą, z jaką wygrać wydawało się tak prawdopodobne jak lot na Księżyc rakietą z LEGO. Rękawiczki zdały jednak swój egzamin. Mimo, że niefortunnie zamoczyłem rękę w rzece, rękawiczka już po chwili była sucha. Bez względu na ujemną temperaturę i porywisty wiatr, ani razu nie poczułem też chłodu, a moje samojebki udowodniły, że ze smartfonem stanowią zespół zgrany jak Butch Cassidy i Sundance Kid. Po powrocie z Alp trafiłem na Południe naszego pięknego kraju, gdzie korzystając z audiencji u Mistrza Kóz w Skyrunningu przebiegłem za jego przewodnictwem z Wisły do Bielska przez Trzy Kopce i Błatnią. Wtedy również moje nowe Crafty mnie nie zawiodły. I choć noc była ciepła, współczynnik ich oddychalności jest na tyle wysoki, by uchronić mnie przed przegrzaniem. Do tego, co najważniejsze, rękawiczki wydają się bardzo zręczne – sprawiając wrażenie drugiej skóry. Dokładnie tego szukałem!

 

Komfort cieplny: 4/5

Wytrzymałość: ?/5

Oddychalność: 5/5

Ochrona przed wiatrem: 4/5

Ochrona przed wilgocią: 4/5

Przeznaczenie: bieganie, wycieczki biegowe, szybki trekking

Cena: 89 zł

Nie mam zielonego pojęcia co to za rękawice, ale służyły mi przez lata

Chyba każdy ma w swojej szafie sfatygowany sprzęt, jaki kupił przed laty, lecz bez cienia wątpliwości nazwać może go niezawodnym. W moim wypadku są to między innymi te sześcioletnie rękawice, które były prezentem pod choinkę. Przeżyły ze mną wiele – wioślarskie obozy w Murzasichlu, zimowe morskie kąpiele, Zimowy Ultramaraton Karkonoski, lutową noc w namiocie pod Wielką Raczą, wycieczkę na Orlą Perć i móstwo innych. Przyszedł jednak czas ich sportowej emerytury. Szwy zaczęły pękać, materiał przedzierać, a ich wady stawać się coraz bardziej wyraźne. Mimo to, na zawsze pozostaną w mojej pamięci jako nieodłączny kompan każdej zimowej wyprawy i niezawodny druh na polu bitwy.

Co mi w nich nie leży? Polarowy materiał z membraną Dry Plus Wind Protector zapewniał wysoki komfort cieplny i ochronę przed wiatrem. Jednak kiedy zmokły zaczynała się droga krzyżowa. Jak dziś pamiętam spacer przez Dolinę Chochołowską po listopadowym wyjściu na Wołowiec, kiedy ręce aż piekły z przemrożenia. Wspominam także walentynkową noc pod namiotem, gdy każda kropla wody i potu w rękawicach zamarzła, czyniąc je sztywnymi i twardymi jak… kamień. Odprowadzanie wilgoci nie było więc ich najmocniejszą stroną, choć na krótkich wypadach sprawowały się doskonale. Drugą wadą jest wewnętrzna poszewka, która często wywija się na lewą stronę. Ciężko wtedy przepchnąć palce tak, aby całe ułożyły się jak należy. Nie ukrywam, że było to moją zmorą i przyczyną wielu przekleństw, jakie wyrzucałem zagniewany w ich kierunku, za co teraz przepraszam.

Porównując te rękawiczki do pozostałych mam na celu przybliżenie nie konkretnego modelu, a określony profil. Chodzi mi przede wszystkim o polarowe rękawiczki, które doskonale ogrzeją dłonie, ale szybko przemokną i nie uchronią przed wilgocią. W przypadku krótkich treningów i wycieczek sprawują się bardzo dobrze (w szczególności przy suchych warunkach). Wybrać się w nich jednak na silny deszcz, czy śnieg, jak pływać w betonowych butach.

Komfort cieplny: 4/5

Wytrzymałość: 5/5

Oddychalność: 2+/5

Ochrona przed wiatrem: 4+/5

Ochrona przed wilgocią: 1/5

Przeznaczenie: krótkie biegi, krótki trekking, suche warunki

Cena: ?

Jeśli miałbym wybrać z powyższych modeli tylko jedne rękawiczki. Zdecydowanie wskazałbym Crafty. Są one najbardziej uniwersalne, jednoczesnie wychodząc na przeciw większości moich wymagań. Jeżeli jednak, ktoś szuka rękawiczek kładąc największy akcent na trekking i długie wycieczki, myślę, że lepszym rozwiązaniem są TNF Apex Etip Glove. Warto też przyjżeć się technicznym rękawiczkom Milo Batura z włókniną Thinsulate i kevlarowymi wzmocnieniami za producencką cenę 89 zł link. Myślę, że jeśli na zakup decydowałbym się dziś, własnie te rękawiczki bym wybrał. A jak sprawdzają się w boju? Sprawdźcie sami, a kto już wie, niech podzieli się w komentarzach :)

Jakub Kałużny

Posted in Sprzęt | Tagged , , , , , , , | Leave a comment

OROBIE Ultra Trail – prawie 10km w górę po włoskich Alpach

 

 

 

 

Kolejną już dość interesującą propozycją dla tych z Was, którym nie powiedzie się losowanie na jutiembi jest na pewno OROBIE Ultra Trail. Już choćby ze względu na fakt, że na nieco krótszej trasie proponuje takie samo przewyższenie a poza tym po pokonaniu 140 kilometrowej trasy wiodącej przez sam środek alp zawodnicy finiszują w przepięknym średniowiecznym Bergamo.

A więc kolejna szansa na połączenie przyjemności wszystkich członków rodziny podczas wakacji (31.07-4.08 )we Włoszech . No i na koniec bieg jest polecany przez samego Simone Moro , który tam ponoć, w górach Orobi przygotowuje się do swoich wypraw.

 

Trasa jak już pisałem ma 140 km z 9500 m przewyższenia ale do wyboru jest też krótsza, choć wcale nie łatwa wersja czyli Gran Trail Orobi z 70km i 5600m +/

Rejestracja ma swoje ograniczenia ze względu na bezpieczeństwo. I tak organizatorzy wymagają, by każdy chcący wziąć udział w OUT musi w ciągu ostatnich 3 lat mieć ukończone przynajmniej 3 zawody o następujących parametrach:

XL- czyli powyżej 100km (co najmniej 1)

L- czyli 70-99km (1)

M- czyli 24-70km (1)

Oczywiście można mieć ukończone 3 XL, 2XL i jeden L itp. Biegi kwalifikacyjne muszą znajdować się na liście ITRA na tej podstawie będą bądź nie będą uznawane zależnie od poziomu trudności.

 

Interesujący za to jak na warunki alpejskie jest cennik ponieważ OUT kosztuje do konca tego roku 100 Euro a potem do czerwca 110 i 130 , a GTO to koszt 50/70/90 Euro na podobnych zasadach.

Organizatorzy przyjmują 500 osób na OUT i 1000 na GTO więc będzie to spora impreza.

Transport z Bergamo do Clusone ( miejsce startu) należy zarezerwować przy rejestracji.

 

Więcej szczegółów:

 

http://www.orobieultratrail.it/

 

 

Posted in Imprezy | Tagged , , , , , , , | Leave a comment

Z deka długo-TRANS PYRENEA

 

Ultra to już 50 km ale są i dłuższe: 100, 160, a nawet te mega długie pod 300km. Są też ludzie dla których te 50 to niedzielna przebieżka dla rozruszania kości a w każdy weekend łoją po 100 i więcej. No to żeby zadowolić tych nienasyconych powstało Trans Pyrenea.

 

 

 

 

 

W zasadzie trudno tu coś sensownego napisać – liczby mówią same za siebie. Bo oto organizatorzy TransOamnii wpadli na pomysł, że można by Pireneje śmignąć naraz i wyszło im 898 km i 52900 m+ przewyższenia z limitem czsu 400 godzin.. Sporo, co?

 

Założenie jest takie, że każdy pomyka na zasadzie self-supported ale po drodze przewiduje się 2-3 bazy – gdzie będzie można się przebrać, zjeść , odpocząć i może wykąpać. Impreza zatem skłąda się z 4 etapów, choć zapewne chętnych biec bez zatrzymania nikt nie będzie specjalnie zatrzymywał.

Etap 1 ma 196 km i limit czasu 85 godzin. Czyli średnia prędkość to ok 2,31 km/h. Ktoś, kto był w Pirenejach wie, że momentami to bardzo szybko.

 

 

 

 

 

 

Etap 2 to 255 km z limitem 120 godzin więc prędkośc to ok 2.13km/h.

 

 

 

 

 

Etap 3 to 263km z limitem 120 godzin i prędkość średnia wzrasta do 2.19 km/h

 

 

 

 

 

 

 

Etap 4 to „ledwie” 184km i 75h i trzeba „gnać” 2,4 km/h.

 

Ponieważ koszt imprezy delikatnie mówiąc odzwierciedla dystans – 840 Euro do 1 grudnia 2014 i 895 Euro po tej dacie, organizatorzy tłumaczą na stronie, że ponad 80% kosztów to logistyka, ubezpieczenie i organizacja.

Ważne jest to, że impreza odbywa się w 2016 roku a wpłat dokonuje się w 3 ratach (pomijając koszt rejestracji w wysokości 10%) do 1maja 2015, do 1 września 2015 i do 1 marca 2016.

Jeśli zabawa się nie odbędzie zwracane jest 85%kosztów. Co ciekawe wpisowe nie obejmuje ewentualnych zakupów pożywienia po drodze.

 

Wyposażenie obowiązkowe jest dość tradycyjne dla tych dłuższych biegów i nietypowych rzeczy zawiera:

  • śpiwór
  • lusterko sygnalizacyjne
  • zapalniczka
  • kompas
  • scyzoryk
  • światełka chemiczne (lighstick)

 

Na liście jest już prawie 300 osób. Ktoś chętny?

Więcej informacji i zapisy:

 

http://www.transpyrenea.fr/

 

 

 

Posted in Imprezy | Tagged , , , , , | Leave a comment

Zbieganie- po prostu zamknij oczy…

Odkąd biegam po górach, często i intensywnie poruszany jest temat zbiegania. Temat jest tym intensywniej poruszany – im dłuższy dystans i bardziej stromy jest profil trasy biegu. 

 

Ultrasów można podzielić na dwie kategorie – pierwsza to ci którzy na każdy zbieg na profilu trasy reagują z podnieceniem i radością, bo będą mogli odpocząć i coś nadrobić. Drudzy znowu na ten sam widok dostają skurczów żołądka i palpitacji serca i przeklinają,że znowu będą uda bolały. Często nie są w stanie biec w dół po przebyciu dość sporego dystansu i idą, tracąc przez to bardzo cenne godziny.

Po biegu podobnie - jak się słucha opowieści – ci pierwsi zachwalają każdy techniczny element zbiegu, cieszą się na ich długie i strome fragmenty. Drudzy znowu “k***a ale te zbiegi dały popalić.

Zazwyczaj, na pierwszy rzut oka widać jedną różnicę miedzy tymi dwoma grupami – pierwsi mieszkają w górach na co dzień lub mają okazję bardzo często tam trenować, dzięki czemu niczym kozice pomykają po stromych skarpach, przeskakują między konarami drzew, a nawet po przebyciu 100 km są w stanie zbiegać poniżej 4 min/km, w międzyczasie odpoczywać i robić zdjęcia.
Dla mnie zbiegi to jeden z najpiękniejszych elementów biegów górskich i bardzo je lubię, niemniej moja opinia nie jest często podzielana. Wielu kolegów pyta się - jak zbiegać ? Co robić, żeby szybciej i luźniej zbiegać i żeby tak nie bolało – wpis ten jest odpowiedzią na te pytania :)

 

 

Bo któż nie chciałby biegać z taką gracją ?

 

Zatem co różni tych pierwszych od tych drugich? A co najwazniejsze – co zrobić aby być zbiegającą kozicą? Za chwilę się dowiemy!

 

 

1. Jedź w góry!

Jeśli chcesz dobrze zbiegać, nie ma nic ważniejszego jak spędzenie dziesiątek, albo setek godzin na treningu w górach. Nie będziesz dobrze zbiegał jak nie będziesz trenował w górach.  Możesz pakować na siłowni i mieć czwórki jak kolarz  z tour de France albo Arnold Schwarzenegger, ale bez treningu w górach będą tylko balastem.

2. Zamknij oczy!

Ta porada dotyczy zwiększenia swojej koncentracji, spostrzegawczość i zaplanowania stawiania kolejnych kroków. Można to przyrównać do zjazdu na nartach – narciarz ma w głowie zaplanowaną linię, którą będzie się poruszał.  W trakcie szybkich zbiegów nie widzimy tego, co mamy pod stopami, widzimy natomiast kolejne 5, 6 kroków przed nami, warto więc ćwiczyć planowanie i czucie, gdzie Twoje stopy są i będą za chwilę.  Podczas treningu  zamknij oczy i postaraj się przebiec 15 m zapamiętując teren. Po chwili powtórz, i jeszcze raz.
Ćwiczenie to jest również bardzo dobre do poprawy równowagi.

3.Rozluźnij się.

Według Kiliana Jornet’a w zbieganiu najważniejsze są dwie rzeczy:   wizja w głowie kilku(nastu) kolejnych kroków oraz rozluźnienie.  Podczas zbiegu praktycznie wszystkie nasze mięśnie są spięte, przez co czujemy się dość szybko zmęczeni . Jeśli nauczymy się zbiegać i równocześnie być rozluźnionym możemy biec dużo szybciej i tracić dużo mniej energii .
Dobrym ćwiczeniem rozluźniania jest wyobrażanie sobie, że podczas zbiegu tańczysz, albo np. co kilka kroków robić delikatny podskok i lekko kopiąc jedną nogą w drugą, wykonywać różne ewolucje, bawić się tym.


Kolejny filmik z zawodów – Limone Skyrace – od 12 minuty możemy podziwiać jak zbiegają najlepsi skyrunnerzy, aż miło się ogląda :)

4. Bądź rozciągnięty.

W biegach górskich rozciąganie jest super hiper turbo istotne. Jeśli Twoje ciało będzie dobrze rozciągnięte, nie straszne bedą mu wszelkie nierówności terenu, poprzewracane drzewa. Nie zrobisz sobie krzywdy podczas nagłych zrywów czy też poślizgów.

5. Odrzuć  myśli o bólu.

Kilian Jornet w drodze do sklepu po bułki i nutellę

Jeśli biegasz ultra dystanse - zapomnij o czymś takim jak brak bólu. Boli nawet najlepszych.  Kiedy przychodzi – zacznij myśleć o czymś innym, odsuń go od siebie, zacznij podziwiać widoki, zaczep biegacza obok i porozmawiaj z nim, albo włącz muzykę.

 

6. Pamiętaj o treningu korpusu

Podczas zbiegania bardzo mocno pracują mięśnie brzucha ,plecy – cały korpus. Warto mocniej skupić się na treningu ogólnorozwojowym i poświęcić kilka godzin w tygodniu na ich rozwijanie

napisane na podstawie wpisu na stronie suunto :

 

Autor: Artur Paciorek – autor bloga triszerpa.pl

 

Posted in Porady, Wyprawy | Tagged , , , , , , | 1 Comment

Changes changes- recenzja batonów energetycznych

CHANGES CHANGES

Otrzymałam do testów zestaw 3 batonów, polskiej firmy ZMIANY ZMIANY.
Wypróbowałam je w trakcie swoich górskich treningów biegowych. Przyszło mi je testować (przyswajać) na dystansach 15km, 40km i 28km.
Oto rezultat:

Opakowanie:
Wspomnę o nim na początku, bo zrobiło na mnie wrażenie. Mimo, że w górach raczej nie ma komu się nim pochwalić, za to na uczelni czy na mieście można śmiało lansować się unikalnym wyglądem tej zdrowej przekąski.
Kwestia praktyczności – bardzo łatwo się je otwiera, nawet skostniałymi z zimna palcami.

 

Składniki:
Jak czytamy na stronie producenta:
„Nasze batony są w 100% roślinne, odpowiednie dla osób na diecie witariańskiej, wegańskiej i bezglutenowej. Nie zawierają zbędnych dodatków i polepszaczy. Nie dodajemy cukru, słodzików, syropów, utwardzonego tłuszczu ani środków przedłużających okres przydatności do spożycia.”
Jednym słowem, czysto.
Istotnym faktem jest to, że data przydatności do spożycia to tylko 1 miesiąc od daty produkcji – dlatego, że nie ma w nich konserwantów. Jak mówiła babcia – są „zdrowe”.

Składnikami bazowymi są: daktyle, figi, orzechy nerkowca, migdały, słonecznik.

Mamy 3 smaki:

Aloha – zawiera kokos.
Ten najbardziej mi smakował. Delikatny i przyjemny.


Kosmos – dodatkowo wzbogacony o kakao.
Jak dla mnie troszkę jakby zbyt gorzki. Odpowiedni dla tych, którzy lubią ciemną czekoladę.


Lewy sierpowy – z jagodami goji.
Po jego zjedzeniu liczyłam na jakieś skoczne efekty z bajki Gumisie. Niestety, na mnie to widać nie działa. Ale smaczny był.

Konsystencja:
Rzecz najważniejsza jeśli chodzi o ultra – jedzenie.
Batony wypadły na 5 tkę.
Bardzo dobrze się je gryzie i połyka. O dziwo – mimo takiego bogactwa zawartych bakalii, są stosunkowo luźne. Nie jest to gniot, jak, przykładowo, popularny Snickers.
Jadłam je na podbiegu, w truchcie, nie tracąc oddechu.
Koniecznie trzeba popić.

Podsumowanie:
Jak dla mnie, batony sprawdzają się na długie, ale wolne wybiegania. Na zawody i szybkie treningi niestety odpadają. Mimo tego, że dają „moc”, to dla żołądka stanowią twardy orzech do zgryzienia. Choć wiadomo, każdy toleruje co innego.
Myślę, że sprawdzą się w roli przekąski przed treningowej, a jeszcze bardziej – po treningowej. Znakomicie wpływają na regenerację. I w tym charakterze będę z nich korzystać.
Materiały zdjęciowe użyte w tekście pochodzą ze strony producenta.

 

Julia Honkisz

Posted in Porady, Sprzęt | Tagged , , , , , , | Leave a comment